Zakarpacie: Oligarchowie walczą o granicę i haracze

Zakarpacie– Do strzałów w Donbasie przywykliśmy. Jednak strzelanina w spokojnym do tej pory Mukaczewie, mieście położonym tak daleko na zachodzie Ukrainy szokuje. Potyczka uzbrojonych bojowników praktycznie tuż obok unijnych granic Węgier, Słowacji i Polski. Tak, bo Zakarpacie to region z którym graniczymy, choć wprawdzie na dość wąskim pasie przez Bieszczady – pisze Michał Kacewicz w Newsweeku.

W piątek oddział zakarpackiego Prawego Sektora starł się z… No właśnie, tutaj sprawa staje się zagmatwana. Przeciwnikami grupy bojowników Prawego Sektora była lokalna milicja, lub, jak twierdzi sam Sektor, miejscowa mafia i bandyci. W ruch poszły granatniki, automaty kałasznikowa. W okolicach stacji benzynowej na obrzeżach Mukaczewa stoczono regularną bitwę. Jest kilkunastu rannych. Na Zakarpacie wysłano antyterrorystów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), którzy osaczyli grupę bojowników Prawego Sektora w lasach. Trwają negocjacje. Na całej Ukrainie zapanowało wzburzenie. Tłumaczyć się musi minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow. Próba zbrojnego zamachu ze strony nacjonalistów? Rokosz? Próba dywersji i destabilizacji na zachodnich rubieżach?

Tymczasem poszło o pieniądze i władzę. Nie ideologię. Starcie z Prawym Sektorem szykowało się już od dawna. Jeszcze zaraz po rewolucji na kijowskim majdanie, tuż po ucieczce Wiktora Janukowycza, Prawy Sektor wyrósł na najsilniejszą, rewolucyjną siłę na Zakarpaciu i od razu wszedł w konflikt z tymi, którzy w przygranicznym regionie zarabiali najwięcej na tranzycie i handlu międzynarodowym. Czyli kontrolującą granicę miejscowym układem skorumpowanych pograniczników, milicji, SBU i mafii. Ten układ przetrwał spokojnie wszystkie dotychczasowe rządy. Miał się świetnie za Janukowycza, ale nie zamierza oddawać dochodowej granicy dziś, choć na Ukrainie Poroszenki walka z korupcją jest formalnie państwową ideologią.

Zakarpacie to region bardzo specyficzny. Na najdalej na Zachód wysunięty skrawek Ukrainy w Kijowie zawsze patrzono podejrzliwie, z obawami o separatystyczne tendencje wielokulturowego regionu. Bo to tam mieszka mniejszość węgierska, tam żyją Rusini. Jednocześnie region żyje trochę w izolacji, z dala od Kijowa i Lwowa, odgrodzony od ważnych ośrodków gospodarczych i politycznych pasmem górskim Karpat i skomplikowaną, odziedziczoną jeszcze po monarchii austro-węgierskiej siatką komunikacyjną.

Odizolowany również politycznie, bo rządzony niepodzielnie przez rodzinę Bałohów. Wiktor Bałoha, nestor rodu, oligarcha i czołowy polityk regionu kontroluje właściwie wszystko na Zakarpaciu. Decyduje o nominacjach urzędników, rządzi partiami, firmami i służbami państwowymi. Wraz z braćmi i kuzynami tworzy osobną, pięcioosobową frakcję „Bałohów” w parlamencie w Kijowie. Dla Bałohów Zakarpacie jest odskocznią do wielkiej polityki i nie mniejszych interesów. Na tyłach, w swoim mateczniku chcieliby mieć przede wszystkim spokój. I często występują w roli arbitrów godzących różne grupy interesów w regionie. A także wyjątkowo sprytnych manipulatorów, rozgrywających konflikty między lokalnymi klikami a Kijowem. Rewolucja Majdanu sporo pomieszała jednak w starych układach.

Jeszcze wiosną ubiegłego roku Prawy Sektor próbował na własną rękę lustrować ukraińskie służby na granicy z Węgrami i Słowacją. Tropił korupcję i pikietował przejście graniczne w Czopie. Ale walka o czystość granicy była pozorna. Chodziło bardziej o kontrolę granicy i udział w zyskach z haraczy, jakie płacą przemytnicy i tirowcy. Tym bardziej, że Prawy Sektor czerpie zyski z przemytu towarów do Donbasu. Zarabia na eskortowaniu tirów przez linie frontu, często tych samych, które wcześniej wjechały na Ukrainę na Zakarpaciu.

W szeregach Prawego Sektora znalazło się zresztą wielu dawnych przemytników. Kontrabandą parał się Roman Stojka, jeden z ukrywających się obecnie przed siłami specjalnymi bojowników nacjonalistycznej organizacji. Musiało dojść do spięcia ze skorumpowanymi służbami mundurowymi. Rok temu w sierpniu w centrum Użhorodu grupa dowódców lokalnego Prawego Sektora piła wódkę z szefostwem zakarpackiej Alfy (jednostki specjalne SBU). Pili i rozmawiali o podziale stref interesów na granicy. Jednak nie doszli do porozumienia. Doszło do bijatyki między dowódcą Alfy, o pseudonimie „Rumun”, ściągającym haracze od przemytników, a Bogdanem Pylypiwem z Prawego Sektora. Potem zaczęła się szaleńcza, samochodowa gonitwa przez centrum starego Użhorodu. W końcu ścigany przez liczniejszych bojowników z Prawego Sektora „Rumun” schronił się w siedzibie użhorodzkiej SBU i wezwał na pomoc milicję. Doszło do szarpaniny z milicjantami, padły strzały. Pijany Pylypiw z Prawego Sektora postrzelił ciężko milicjanta.

I w tym momencie do sprawy wmieszała się niewidzialna ręka zakarpackich oligarchów, Bałohów. Podobno to oni używając swoich wpływów i pożyczając aresztowanemu watażce z Prawego Sektora pieniądze na łapówki dla sędziów i kaucje, uratowali go przed długoletnim więzieniem. Dostał zaledwie wyrok w zawieszeniu i wyruszył na front do Donbasu, by zniknąć z oczu zakarpackim służbom. Ale od tej pory zakarpacki Prawy Sektor pozostał wdzięczny i lojalny wobec klanu Bałohów. Jeśli zbóje z Prawego Sektora wystąpili zbrojnie przeciw milicji, a teraz przeciw kijowskiemu SBU, to robią to niewątpliwie w interesie klanu. Bałohowie zyskują, bo pod płaszczykiem słusznej walki z korupcyjnymi układami napędzają lokalnym strukturom stracha. Przerażają również Kijów, wystarczająco zajęty wschodem kraju, by jeszcze martwić się konfliktami na zachodzie. A rzecz idzie o poważną stawkę. O utrzymanie wpływów magnackiego klanu, dla którego konkurentem jest zarówno Kijów i prezydent Petro Poroszenko, jak i lokalna administracja z nadzieją oglądająca się na kijowską władzę, z nadzieją, że uwolni ich od władzy Bałohów. Klan sięga więc do swojej ulubionej metody i prowokuje konflikt, który porusza całą Ukrainę. Tylko po to, by cała Ukraina zostawiła im Zakarpacie.

za Newsweek.pl