Służba dla najlepszych

226_11Nie wystarczyło chcieć walczyć z Niemcami, nie wystarczyło być dobrym żołnierzem, chwalonym przez przełożonych. Aby zostać cichociemnym, trzeba było być najlepszym z najlepszych. Sprawnym fizycznie, odpornym psychicznie i znakomitym fachowcem w jednej z przydatnych w walce konspiracyjnej dziedzinie.

Ale i to nie wystarczyło. Cichociemny musiał być prawym Polakiem, o nieposzlakowanej opinii i wysokim morale. Należy wybierać ludzi – mówił gen. Władysław Sikorski – o twardym, nieugiętym charakterze, dzielnych, zdecydowanych, ideowych, umiejących w sposób bezwzględny dochować tajemnicy, zdolnych do odegrania roli emisariuszy politycznych i wojskowych. Cichociemny musiał być przygotowany na przetrzymanie tortur w razie schwytania przez Niemców, musiał też być gotowy zginąć, by ochronić misję, którą wykonywał, musiał umieć zabijać.

O tym, jak ciężka była to służba świadczą liczby: na 2413 kandydatów szkolenie ukończyło 606 osób, w 1 kobieta na 15, które przyjęto na kurs. Od początku przyjęto koncepcję ochotniczej służby, głównie ze względu na jej szczególny i niebezpieczny charakter.
Aby zostać zakwalifikowanym do zrzutu do kraju należało przejść wieloetapowe szkolenia. Część szkolenia była wspólna dla wszystkich kandydatów, resztę zajęć odbywali w specjalnościach, które mieli posiąść.

Nie istniał jednolity plan takich szkoleń – pierwsze kursy były mocno improwizowane, później ramowe programy były wciąż udoskonalane. Znaczący wpływ na kształt szkoleń miały informacje przychodzące z kraju, także od cichociemnych już zrzuconych do Polski, o zmieniającej się sytuacji i o potrzebach podziemia. Największy nacisk kładziono na zajęcia praktyczne, minimalizując liczbę zajęć teoretycznych.

Szkolenia odbywały się w kilku miejscach na terenie Wielkiej Brytanii. Największym ośrodkiem była zarekwirowana na potrzeby wojenne XVII-wieczna rezydencja Audley End, wielu szkolenie odbyło też w bazie w Briggens. Szkolenia spadochronowe oraz sprawnościowe odbywały się najczęściej w Largo House w Szkocji, a także w Ring- way pod Manchesterem, gdzie ćwiczyła pierwsza grupa skoczków.

Szkolenia dzieliły się na dwa rodzaje: zasadnicze i specjalnościowe. Oprócz tego wielu cichociemnych kończyło jeszcze kursy uzupełniające, które dawały im dodatkową specjalizację. Niezależnie od profilu szkolenia, każdy żołnierz musiał przejść szkolenie spadochronowe i odprawowe. Dotyczyło to też 28 kurierów politycznych, którzy skakali razem z cichociemnymi. Resztę szkolenia żołnierze odbywali w grupach specjalizacyjnych: inaczej szkolono do działań dywersyjnych, pracy konspiracyjnej, wywiadowczej, fałszowania dokumentów czy radiotelegrafistów – bardzo ważnej i poszukiwanej specjalności.

Selekcja kandydatów odbyła się na każdym etapie. Kandydaci na cichociemnych odbywali wyczerpujące szkolenie w zakresie przygotowania fizycznego i przetrwania w trudnych warunkach – dziś nazwalibyśmy takie zajęcia survivalem – Polacy nazywali je wówczas kursem korzonkowym,. Oprócz morderczej zaprawy fizycznej uczono sztuk walk, perfekcyjnego posługiwania się bronią, produkcji bomb i ataków dywersyjnych, orientacji w te- renie, cichego zabijania i zdobywania jedzenia. Odbywali długodystansowe biegi. Instruktorzy podkreślali, że dobra kondycja fizyczna i umiejętności samodzielnego przeżycia mogą żołnierzowi uratować życie. Ważnym elementem zajęć były przygotowania do skoków na spadochronie, czyli oswajania się z wysokością: ćwiczenia na trapezie, wspinaczki, skoki na linie, nauka lądowania poprzez skoki z wysokości. Szybko ośrodek w Largo House zyskał wymowny przydomek: „Małpi Gaj”. Szkolenie spadochronowe kończyło się oddawaniem skoków spadochronowych: z wieży spadochronowej i samolotu. Skoki oddawano również w nocy, bo przecież cichociemny będzie skakał właśnie w warunkach nocnych.

Obowiązkowo każdy cichociemny przechodził także tzw. kurs odprawowy – niezwykle ważny, bo przygotowujący do życia w kraju. Kandydaci otrzymywali wówczas nie tylko tzw. legendę, czyli fałszywy życiorys i dokumenty, ale poznawali realia życia w okupowanym kraju. Zdecydowana większość z nich nie znała przecież tej rzeczywistości, bo po klęsce wrześniowej ich droga wiodła najczęściej do Francji, a następnie Anglii. A przecież takie szczegóły mogły zdecydować o życiu. Historyk Tomasz Lasocki przytacza przypadek cichociemnego, który wpadł, ponieważ jadąc tramwajem powiedział „przepraszam” po…. angielsku. Ważny był sposób wysławiania się, okupacyjny język z specyficznymi wyrażeniami, realia życia codziennego, jak np. ceny, system kartkowy, nawet sposób ubierania i ubrania jakie się nosiło – wszystko co świadczyło, że człowiek przybył z zagranicy mogło stać się przyczyną zguby. Dlatego drugą część tego kursu odprawowego cichociemni przechodzili właściwie już w kraju, gdy podczas tzw. aklimatyzacji zdobywali aktualną wiedzę o otoczeniu, w którym się znalazł.

Powodzenie misji zależało nie tylko od pilota samolotu, precyzji zrzutu i poprawności skoku, ale również, a może przede wszystkich od ludzi, którzy na skoczka czekali. To m.in. dlatego tak potrzebni byli w kraju radiotelegrafiści, bo radiostacje dawały możliwość w miarę szybkiego kontaktu oddziałów w kraju z dowództwem w Wielkiej Brytanii. W Komendzie Głównej AK powołano specjalną komórkę, pod wdzięczną nazwą „Syrena”, która zajmowała się przyjmowaniem zrzutów. Zrzuty odbywały się z pominięciem okresów letnich – lot trwał kilka godzin, a letnie noce były zbyt krótkie, by zapewnić bezpieczny lot, lądowanie i przetransportowanie skoczka z miejsca lądowania. Zrzuty odbywały się w czterech sezonach operacyjnych, z których każdy miał swój kryptonim. Loty w latach 1941-1942 to okres próby, od września 1942 r. do kwietnia 1943 r. odbywała się „Intonacja”, od września 1943 r. do lipca 1944 r. trwała „Riposta”, od września 1943 r. do lipca 1944 r., a od sierpnia do grudnia 1944 r. – Odwet”.

W okresie próbnym odbyło się 9 lotów, podczas których zrzucono 40 cichociemnych żołnierzy i 8 kurierów politycznych. W „Intonacji” wykonano 42 zrzuty i zrzucono 106 żołnierzy i 9 kurierów, a także… węgierskiego radiotelegrafistę. W ramach „Riposty” – gdy skoki odbywały się nie tylko z terenu Anglii, ale i oswobodzonych Włoch – zrzucono 143 skoczków, w tym 10 kurierów. W ramach „Odwetu” odbywały się głównie loty bezzałogowe z zaopatrzeniem dla walczącej Warszawy podczas 225 lotów, do Polski skoczyło 32 cichociemnych, 2 kurierów i cztereosobowa misja brytyjska. Do kraju zrzucono w sumie ok. 670 ton broni, amunicji, materiałów wybuchowych, sprzętu radiowego, materiałów medycznych, umundurowania, wyposażenia specjalnego, jak sprzęt fotograficzny.

Cichociemni zabrali ze sobą 26 mln do- larów przeznaczonych dla AK, 3,5 mln ma- rek, 40 mln „młynarek” – czyli okupacyjnej waluty. Osobno zabierano środki przeznaczone na działalność Delegatury Rządu.

Na polskiej ziemi
O planowanym zrzucie z niewielkim wyprzedzeniem informowano podziemie w kraju, emitując w radiu BBC specjalnie uzgodnioną melodię. Oddziały przyjmujące zrzut musiały więc być w gotowości do przyjęcia zrzutu. Po pierwszych skokach w „Syrenie” opracowano przyjmowania skoczków pn. „Instrukcja służby na placówce” i „Ewakuacja personelu i materiału”.

Jednostki przyjmujące zrzut były dobrze przygotowane do przyjęcia skoczków. Przed rozpoczęciem „sezonu” zrzutów przygotowywano miejsca lądowania. Oddział odbierający skoczków został podzielony na jednostkę odbiorczą, ewakuacyjną i ubezpieczającą zrzut. Po otrzymaniu sygnałów świetlnych z samolotu placówka organizowała wówczas pole do przyjęcia zrzutu, czyli oświetlano miejsce lądowania. Po wylądowaniu cichociemnego i zrzuceniu sprzętu należało jak najszybciej oddalić się w miejsca akcji. Skoczek transportowany był do Warszawy, na aklimatyzację, pocztę, którą przywiózł zabezpieczano, wywożono zrzucony sprzęt.

Po aklimatyzacji cichociemny obejmował przydzielone mu zadania. Żołnierze ci mieli na swoim koncie żmudną pracę konspiracyjną czy szkoleniową, ale także spektakularne akcje, w których wykazywali się nie- prawdopodobną wręcz odwagą i walecznością. O kilka takich akcjach opowiemy w kolejnym wydaniu.

IWONA KLIMCZAK