Psucie polskiej szkoły (Aspekt Polski nr 208)

Kończy się rok szkolny. W takim momencie zastanawiamy się czasem, co przyniósł z sobą ten rok, czy polska szkoła jest po tym roku lepsza czy może gorsza? Tak postawione pytania wcale nie napotykają mnogości odpowiedzi. Pośród ogólnie zbieżnych opinii, dominuje ta dająca się ująć jednym słowem: chaos.

Niekończące się reformy systemu oświaty od lat wyrządzają krzywdę naszym dzieciom, naszym wnukom i przyszłości Polski. Gwałtownie spada poziom i wyniki nauczania, a równie gwałtownie rosną patologie na terenie szkoły. Mimo, że PO-PSL trzyma pełnię władzy równe osiem lat, następują kolejne zmiany ministrów edukacji narodowej. Świadczy to o świadomości rządzących, że jest źle, ale kolejny minister zostawia po sobie coraz większą zapaść. Ciągłe zmiany rozmyły tylko odpowiedzialność za błędy. Skutki zaniedbań i zaniechań edukacyjnych i wychowawczych w tak delikatnej dziedzinie, jaką jest edukacja, są nieodwracalne. Efekty widzą nauczyciele akademiccy, którzy potwierdzają coraz niższy poziom wiedzy i kultury u nowoprzyjmowanych absolwentów szkół średnich.

Co rusz ujawniane są kolejne skandale związane z nietrafionymi decyzjami MEN. Ledwo przycichnie temat „darmowego podręcznika”, pojawiają się problemy z „e-podręcznikami”, programem „cyfrowej szkoły”, czy reformy zasad nadzoru pedagogicznego. Każdy z tych legislacyjno-organizacyjnych bubli wymaga krótkiego scharakteryzowania.

Ostatnie kompromitujące wpadki, w dziwny sposób łączą się z osobą pani wiceminister resortu edukacji – Joanną Berdzik. To jej powierzono nadzór nad ostatnimi reformami. Jak widać, ta była dyrektorka szkoły podstawowej z Dolnego Śląska, nie radzi sobie z ministerialnymi zadaniami. Ostatnio pracuje nad zmianą systemu oceny szkół, który skądinąd sama współtworzyła. Miał on polegać na ocenianiu szkół literkami od A do E. Raport Ośrodka Rozwoju Edukacji przeprowadzony w latach 2013-2014 wykazał, że 1,6 procent z około 1,5 tysiąca przebadanych szkół nie spełniło minimum podstawy programowej, otrzymując najgorszą notę E. Takie szkoły muszą „wprowadzić program naprawczy”, cokolwiek to znaczy. W każdym razie pani minister chce znowelizować przepisy i zastąpić niefortunny „system literkowy” ocenianiem opisowym, czyli tak jak było dawniej. Szkoda tylko, że takie eksperymenty pochłaniają wielkie sumy pieniędzy. Może zresztą o to właśnie chodzi? Ten eksperyment kosztował dwa miliony złotych! Do tego dochodzą koszty szkoleń. Od 2011 roku do końca tego roku MEN zaplanowało wydanie 60 milionów złotych na przeszkolenie 25 tysięcy osób – kuratoryjnych ekspertów i dyrektorów szkół; tylko na temat nadzorowania szkół.
Zbiurokratyzowanie i komputeryzacja systemu oświaty narzuciły nauczycielom obowiązek opisywania niemal każdego swojego kroku. Wszyscy zostali zmuszeni do działania według wytycznych, nieprzynoszących korzyści, ani nauczycielom, ani uczniom. Goniąc za nowoczesnością i „europejskością”, szkoła zatraciła zdrowy rozsądek i porzuciła misję, do wypełniania której została powołana. Stąd zasadna jest opinia, że polskie szkoły zamieniły się w „zakłady kształcenia”, w których liczy się statystyka, harmonogram, klucz oceniania i inne bezduszne urzędnicze terminy. Młody człowiek, który chciałby spotkać w szkole mistrza i przewodnika, ma na to małe szanse.

Inne edukacyjne kuriozum to „cyfrowa szkoła”. Miał to być hit nowoczesności. MEN wyłożyło na ten cel 45 milionów złotych. Realizacja projektu rozpoczęła się w 2012 r., kiedy do 399 podstawówek, w ramach pilotażowego programu „cyfrowa szkoła”, trafiły zestawy przenośnych komputerów. Ówcześni czwartoklasiści dzięki najnowszym technikom mieli kształcić się ciekawiej i efektywniej. Niestety, wyniki tego eksperymentu nie potwierdziły oczekiwań. Oceny uczniów, którzy mieli frajdę korzystania z nowiutkich komputerów niczym nie różniły się od wyników uczniów pracujących tradycyjnie – z zeszytem i długopisem w ręku. Pani wiceminister Berdzik porażkę tłumaczyła tym, że „zabrakło dostępu do wysokiej jakości zasobów edukacyjnych”. Materiały te miały być umieszczone na portalu edukacyjnym „Scholaris”. Owszem, pojawiły się tam pewne materiały, tylko że …niekompletne. Chłopski rozum podpowiada, że najpierw trzeba było skompletować „zasoby edukacyjne”, a dopiero potem kupować i rozdawać uczniom komputery. Chyba, że i w tym przypadku chodziło o pilne wydanie gigantycznych milionów. Bo są tacy, co skorzystali na tym eksperymencie – to producenci i dystrybutorzy sprzętu komputerowego.

Kolejny edukacyjny bubel, to projekt epodręcznika, czyli cyfrowych książek szkolnych. W związku z tym, że pojawiły się zarzuty o niekompletności i niskim poziomie materiałów przeznaczonych dla e-podręcznika, pod koniec kwietnia sejmowa Komisja Edukacji Narodowej zwróciła się do Najwyższej Izby Kontroli z prośbą o zbadanie sprawy. Miejmy nadzieje, że NIK dobrze wywiąże się ze swojego zadania i pogoni towarzystwo tuczące się na pieniądzach przeznaczonych na naukę polskich dzieci. Istnieją uzasadnione obawy, że ambitny plan MEN nie zostanie zrealizowany w terminie. Plan zakładał, że od pierwszego września tego roku nauczyciele i uczniowie będą korzystać z e-podręcznika dla wszystkich przedmiotów kształcenia ogólnego – od podstawówki, przez gimnazja po licea. Znowu nie zakończy się sukcesem kolejny ministerialny projekt, który kosztował podatników 45 milinów złotych! Nie da się uniknąć konkluzji, że otrzymywanie zleceń z MEN jest całkiem niezłym interesem. Trzeba mieć tylko właściwych znajomych.

Działania MEN sprawiają wrażenie, jakby ciągle ich ktoś poganiał. Ustalane są nierealne terminy, a zmiany dokonywane są na siłę kosztem jakości, często wbrew rozsądkowi. Darmowy elementarz dla pierwszoklasistów jest tego najlepszym przykładem. Przypominają się nie tak odległe czasy, kiedy na dzień 22 lipca, trzeba było oddać do użytku jakąś socjalistyczną budowlę. Stawano na głowie, by dotrzymać terminu, a potem latami naprawiano fuszerki. Niestety, tu mamy do czynienia z delikatną materią, jaką jest młody człowiek. Eksperymentowanie na nim i zaniechania edukacyjno-wychowawcze szkoły zostawiają ślad na całe jego życie.

Według planu resortu edukacji, od września tego roku miał się pojawić darmowy elementarz dla klas drugich. Już nadszedł maj, a do konkursu na wydrukowanie i kolportaż około trzech milionów podręczników zgłosił się tylko jeden oferent. Jest nim amerykański koncern, który zaoferował za swoje usługi kwotę 90 milionów złotych, czyli sześć razy więcej niż przeznaczyło na ten cel MEN. Jest zatem poważny problem – drugoklasiści mogą nie zobaczyć we wrześniu nowego podręcznika. Pani minister Joanna Kluzik-Rostkowska w tej sprawie milczy jak zaklęta.

W kwietniu, usłyszeliśmy o jeszcze innym nowym pomyśle. Kreatywne umysły pracowników resortu edukacji zaproponowały zmiany w sposobie oceniania niektórych przedmiotów. Model ten zakłada, że oceny będą wystawiane nie za wiedzę i osiągnięcia, ale za dobre chęci. Efekt się nie liczy, ważne jest, by się pojawiać na lekcjach i wykonywać polecenia nauczyciela. Na razie rewolucja ta ma dotyczyć mniej ważnych przedmiotów – WF, plastyki, muzyki. Aż strach pomyśleć, co będzie gdy ten system oceniania obejmie język polski, historię, matematykę.
Ale nie tylko MEN psuje polskie dzieci. Szkodzą im również media. Nikt nie kontroluje, co dzieje się na ekranach w godzinach, kiedy rodzice są w pracy. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji milczy, gdy TVN demoralizuje nasze dzieci i młodzież produkcjami w stylu filmu zatytułowanego „Szkoła”. Tytuł jest mylący, bo to co przedstawia ten niby dokumentalny film, w niczym nie przypomina normalnej szkoły. Film ten, emitowany każdego dnia, jest niczym innym, jak tylko instrukcją zła, patologii, przestępstwa i chamstwa. Autorzy programu twierdzą, że scenariusze oparli na podstawie prawdziwych historii. To kłamstwo! Każdy normalny dorosły człowiek, który wysili się i obejrzy ten diabelski program, będzie wiedział, że służy on deprawowaniu młodzieży. Nagromadzenie w nim wulgaryzmów i niemoralnych zachowań jest porażające. Młody człowiek nie wymyśliłby sam tyle bezeceństw. Oglądane historyjki wgrywają się w ich podświadomość i szkolą w złych zachowaniach. Wystarczy przytoczyć kilka tematów poruszanych w filmie „Szkoła”, by wstrząsnąć się z obrzydzenia i oburzenia: „Gimnazjalistka oskarża ojca o molestowanie”, „Przypadkowy seks, ciąża i tabletki poronne”, „Uczeń wstydzi się matki, która pracuje jako sprzątaczka”, „Rozbierane zdjęcia za doładowanie telefonu”, „Zemsta na polonistce za złe oceny”, „Produkcja dopalaczy w pracowni chemicznej”, „Wywoływanie ducha matki”, „Głodny uczeń zarabia sprzedając marihuanę”, „Filmik z symulowanym gwałtem i próba samobójcza dziewczyny”. Ani jeden scenariusz nie mówi o nauce, o koleżeństwie, o normalności. Autorom filmu zależało na tym, by zafałszować świat i pociągać zaciekawionych młodych widzów w zakamarki świata zdegenerowanych dorosłych. Tylko niemądrzy lub źli ludzie mogli taki film wymyślić. Ten film jest trucizną zabijającą młode serca. Ci sami ludzie, którzy dopuszczają, by w mediach pojawiały się takie obrazy, oburzają się potem, gdy nastolatek popełnia przestępstwa. Winą najczęściej obarczają rodzinę i Kościół.
Rosnąca przemoc i agresja w szkole, bardziej potrzebuje dobrego zdiagnozowania przyczyn, niż koncentrowania się na skutkach. Coraz częściej mówi się o monitoringu szkół i zwiększeniu liczby szkolnych psychologów. Nie widzi się jednak skutków, jakie może przynieść zgoda na traktowanie szkoły jak cyrku, wybiegu dla modelek, rewii osobliwości lub miejsca, gdzie odbywają się takie szaleństwa jak „Dzień spódnicy”, czy „Dzień śmiesznego kapcia”. Jaką pedagogiczną treść niesie ze sobą wydarzenie szkolne polegające na paradowaniu po szkole uczniów w kapciach z pomponami, tygryskami, wilczkami, zajączkami? Dyrektorzy udzielający zgodę na takie maskarady i chwalący uczniów za kreatywność przyczyniają się do niszczenia powagi instytucji, jaką jest szkoła. Takie zabawy przeprowadzane na terenie szkoły prowadzą do prymityzowania zachowań. Kto w końcu przypomni, że szkoła powinna być miejscem zdobywania wiedzy, wychowania, kształtowania charakterów i przygotowania uczniów do przyszłych obowiązków życiowych?

Mirosław Orzechowski