Prosto z nieba do Polski

316_225_s12Nie byli wojskiem powietrznodesantowym ani brygadą spadochronową, nie byli nawet skupieni w zorganizowanej jednostce, ale odegrali znaczącą rolę w historii Polski pod okupacją hitlerowską, wnosząc weń duży wkład organizacyjny, intelektualny i bojowy. A początki tej wielkiej sprawy wcale nie były łatwe.

Pomysł stworzenia takiej formacji związany z był z koniecznością utrzymywania łączności władz emigracyjnych z okupowanym krajem. W początkowym okresie najczęstszą formą – mocno niedoskonałą i ryzykowną – łączności byli kurierzy, którzy udawali się drogą lądową do Polski lub łączność radiowa, z natury rzeczy ograniczona wyłącznie do przekazywania informacji. Tymczasem ważne było, by polskie podziemie zaopatrywać w różnorodny sprzęt, a nade wszystko pieniądze oraz w wysoko wykwalifikowanych specjalistów.

Trudne początki
Wojska spadochronowe i skoki na spadochronach były w początkach II wojny światowej ważną formacją. Pierwsze próby użycia wojsk spadochronowych w walce miały miejsce podczas I wojny światowej, wiele państw, w szczególności ZSRR i Niemcy, rozwijali je w okresie międzywojennym, słusznie upatrując, że mogą odegrać znaczącą rolę na tyłach przeciwnika, lub jako wsparcie operacji z użyciem samolotów czy okrętów. Zrozumieli to też alianci, stąd powołano w Anglii specjalną jednostkę SOE, nastawioną na organizowanie dywersji na tyłach przeciwnika i działalność wywiadowczą.

Polska w okresie międzywojennym rozpoczęła rozwój formacji spadochronowych, ale miały one jeszcze charakter eksperymentalny. W 1937 r. otwarto kurs spadochronowy w Legionowie, a w maju 1939 r. utworzono Wojskowy Ośrodek Spadochronowy w Bydgoszczy. Dalszemu rozwojowi przeszkodził wybuch wojny.

Na pomysł użycia tego typu wojsk do łączności z okupowanym krajem wpadli dwaj oficerowie, którzy po Wrześniu 1939 r. przedostali się do Armii Polskiej we Francji: kpt. Maciej Kalenkiewicz i kpt. Jan Górski. Już w grudniu 1939 r. opracowali oni raport, który przedłożyli Naczelnemu Wodzowi. Zarysowali koncepcję użycia lotnictwa i spadochroniarzy do łączności z krajem, organizowania akcji dywersyjnych, a ostatecznie – do wparcia powstania ogólnonarodowego. Początkowo odzew dowództwa był mocno zniechęcający – podkreślano brak sprzętu, tj. samolotów, które mogłyby dolecieć nad Polskę, brak doświadczenia i odpowiedniego przeszkolenia. Z czasem grupa zwolenników stworzenia wojsk powietrznodesantowych rosła, rosła też wiedza i opracowania na ten temat. Nie bez znaczenia był dynamiczny rozwój tego typu formacji w armii niemieckiej i sukcesy, jakie odnoszono dzięki ich działaniom. W lutym 1940 r. kpt Kalenkiewicz i kpt Górski ponowili wniosek o nawiązanie łączności powietrznej z krajem, dołączając listę 16 osób chętnych do skoku spadochronowego do Polski. Nazwano ich „chomikami”.

Przełom nastąpił jednak dopiero po klęsce Francji i ewakuacji Armii Polskiej do Anglii. W czerwcu 1940 r. w Sztabie Naczelnego Wodza powołano Oddział VI, mający za zadanie przeszkolić i przygotować przerzut spadochroniarzy do Polski, a w lipcu Oddział nawiązał współpracę z brytyjskim dowództwem wojsk dywersyjnych SOE, w ramach którego działała zresztą sekcja polska.

Lecimy do Polski!
Przełom nastąpił 20 września 1940 r., gdy gen. Sikorski zdecydował o utworzeniu polskiej jednostki spadochronowej i rozpoczęciu lotów nad teren Polski. Warto dodać, że gorącą zwolenniczką wojsk powietrznodesantowych była Zofia Leśniowska, córka gen. Sikorskiego, która miała spory wpływ na decyzje ojca. W październiku powołano specjalny wydział studiów i szkolenia wojsk spadochronowych, na czele którego stanął płk Wilhelm Heinrich, przed wojną oficer Oddziału II. W skład zespołu weszli też „ojcowie” pomysłu: kpt Maciej Kalenkiewicz i kpt Jan Górski oraz ppłk Stefan Olszewski, oficer lotnictwa i kpt naw. Lucjan Fijuth, również z formacji lotniczej. Ów pięcioosobowy wydział miał zająć się organizacją przedsięwzięcia. A była to praca niemała: należało ustalić sposoby werbunku i weryfikacji kandydatów do skoku do Polski, zaplanować ich szkolenie i sam przebieg zrzutów, zwłaszcza wybrać odpowiednie miejsca i zadbać o ich pobyt w kraju. Większość z tych spraw wymagała ścisłej współpracy z podziemiem w kraju, a powodzenie projektu zależało od przygotowania struktur ruchu oporu do przyjęcia „zrzutków”.

Pierwsi ochotnicy W październiku 1940 r. odbył się w pierwszy „polski” kurs spadochronowy w brytyjskim ośrodku szkoleniowym w Ringway w okolicach Manchesteru. Ukończyło go 12 żołnierzy. Projekt nabierał szybko rozmachu, zaczęły funkcjonować podobne kursy w Wyższej Szkole Wojennej oraz Szkole Oficerów Wywiadowczych w Londynie. To tam szukano chętnych do tej trudnej misji. Bo od początku przyjęto założenie, że kandydat na cichociemnego musi być ochotnikiem. Armia Polska zyskała też prawdziwe wojsko powietrznodesantowe. Osławiona później w walce, zwłaszcza w operacji Market-Garden, 4. Brygada Kadrowa Strzelców pod dowództwem – wówczas płk. – Stanisława Sosabowskiego przemianowana została na 1. Brygadę Spadochronową. Jej hasłem było: „Najkrótszą drogą” – do Ojczyzny.

Adoplphus Zero
Tymczasem w ośrodku szkoleniowym trwały przygotowania do pierwszego skoku do Polski. Miał on się odbyć pod koniec 1940 r., ale w ostatniej chwili uznano, że samolot, który miał lecieć na teren Polski ma za mały zasięg. Podjęto więc decyzję o wyposażeniu go w dodatkowe zbiorniki paliwa.

Operacja Adolphus Zero odbyła się w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. Przed lotem gen. Sosnkowski mówił do pierwszych cichociemnych: Macie udowodnić, że łączność z Krajem w naszych warunkach jest możliwa.

Samolot leciał nad Niemcami, najkrótszą drogą. Cichociemni mieli przy sobie sporo sprzętu: radiostacje, karabiny maszynowe, szyfry i pocztę. Lot trwał 6 godzin. Zrzut miał charakter lotu próbnego i nie był udany. Mimo dobrej pogody, angielski pilot zrzucił skoczków w Dębowcu na Śląsku Cieszyńskim zamiast w okolicach Włoszczowy, a więc w Rzeszy, zamiast w Generalnej Guberni. Do Polski zrzucono kuriera Czesława Raczkowskiego „Orkana” oraz dwóch cichociemnych: mjr. Stanisława Krzymowskiego „Kostkę” i rtm. Józefa Zabielskiego „Żbika”. Lądowanie także nie było udane: „Żbik” złamał nogę, a „Orkan” wpadł w ręce Niemców. Szczęśliwie ci uwierzyli w legendę, że jest przemytnikiem i próbował przejść granicę. Więc spędził trzy miesiące w więzieniu. Mimo trudności obaj cichociemni: „Żbik” i „Kostka” podjęli decyzję o przedostaniu się do Generalnej Guberni.

Moment znalezienia się nad Polską wspomina rtm. Zabielski: Serce wali nam w piersiach, tak jakby pęknąć chciało. Podbiega pod gardło. Jesteśmy bardzo wzruszeni. You are in Poland – triumfująco stwierdza Anglik, waląc mnie w łopatkę z nadmiaru wzruszenia. Oddaję mu z nawiązką, aby za chwilę złapać go wpół, nie wiadomo dlaczego i po co. – Good luck – mówi do nas Anglik. I dopiero wówczas pryskają wszelkie lody. Jesteśmy szczęśliwi. I szczęście nasze nie może pozostać wewnątrz nas.

Lot pokazał, że w sferze organizacji pozostało jeszcze dużo do zrobienia i postanowiono nie zrzucać jeszcze następnych żołnierzy. Kolejny skok miał miejsce dopiero jesienią 1941 r. Wówczas lądowanie było już precyzyjne, a trzech cichociemnych wylądowało w Czatolinie, w pobliżu Łowicza. Pilotowi nie starczyło natomiast paliwa na powrót do Anglii i podjął decyzję o lądowaniu w Szwecji, gdzie spalił samolot.

IWONA KLIMCZAK

***

Kpt. Maciej Kalenkiewicz
„Bóbr”, „Kotwica”, „Kotwicz”, „Maciej”, „M.K.”, „Jan Kotwicz”, „Maciej Kotwicz”, „Jan Kaczmarek”, „Franciszek Tomaszewicz”.

Urodził się w 1906 r. w Pacewiczach. W czasie wojny obronnej w 1939 r. przydzielony został do sztabu Suwalskiej Brygady Kawalerii, następnie znalazł się w 110. Pułku Ułanów pod dowództwem ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego. Przyłączył się do oddziału mjr. Dobrzańskiego, w którym został szefem sztabu, a później zastępcą „Hubala”. Szybko jednak przedostał się do Francji.

27 grudnia 1941 r. został zrzucony do Polski. Skoczkowie wylądowali jednak na terenie Niemiec i zostali aresztowani. Po brawurowej akcji odzyskali wolność i przedostali się do Warszawy. Kalenkiewicz pracował w sztabie Armii Krajowej. Prowadził szkolenia i przygotowywał plan ogólnonarodowego powstania. Był współautorem operacji „Ostra Brama”.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej nie zaprzestał walki. Stacjonował w Puszczy Rudnickiej. 21 sierpnia oddział został rozbity przez Rosjan. Kalenkiewicz poległ w walce w okolicach Surkontów.

Kpt. Jan Górski

„Chomik”, „Deribas”, „Maciej”, „Samowar”. Urodził się 11 września 1905 w Odessie. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej jako żołnierz Korpusu Kadetów w Modlinie.

W Wrześniu 1939 r. przydzielony został do Sztabu Naczelnego Wodza. Po agresji ZSRR ewakuował się do Francji. W marcu 1943 r. został zrzucony do Polski. Niejasne są okoliczności jego śmierci. Wiadomo, że został aresztowany w Krakowie w sierpniu 1944 r. Został rozstrzelany lub zginął podczas próby ucieczki z obozu Lengenfeld – filii obozu koncentracyjnego Flossenbürg.