Mirosław Orzechowski, „Strażnica” na Rzgowskiej

203mByło strasznie zimno, wiał przenikliwy wiatr – chyba jakaś łódzka końcówka orkanu Aleksandra. Na Kurczakach, tuż przy Rzgowskiej stały dwie panie. Pilnowały małego stoiska z wydawnictwami „Watchtower”, po polsku „Strażnica”; miesięcznika o mało wyszukanej szacie graficznej, ale ukazującego się w łącznym światowym nakładzie blisko 46 mln egzemplarzy.

Przechodzę tamtędy niemal codziennie, bo to wyjątkowo ruchliwe miejsce na Chojnach. Idą tamtędy ludzie do Św. Wojciecha, do Matki Odkupiciela, na krańcówkę tramwajową i przechodzą w drodze do popularnych sklepów. I prawie zawsze widzę to stoisko i dwie osoby.
– Panie coś sprzedają, czy to jakiś protest, że jesteście tutaj codziennie? – zapytałem, bo następnego dnia była rocznica stanu wojennego, to kto wie?
– Głosimy Słowo Boże i zachęcamy do czytania Ewangelii – odparła młoda kobieta w futrzanej czapce i sięgnęła pod folię zakrywającą broszury przed deszczem. Wyjęła jeden zeszyt w zielonej tonacji. Na okładce młody człowiek patrzył w niebo, a z jego boku zielony tytuł zapewniał: „Możesz zbliżyć się do Boga”.
– A jest tu może coś o Bożym Narodzeniu? – zapytałem, bo do świąt zostały dwa tygodnie.
– Tu jest o prawdziwym Bogu i o naszych relacjach z Nim.
– No, tak – przyznałem – dlatego pytam. Bo jesteśmy w czasie adwentu, oczekiwania na narodzenie Boga w osobie Jezusa Chrystusa.
– Bóg jest tylko jeden i nie rodzi się co rok – wtrąciła starsza pani, która dotąd tylko przyglądała się naszej rozmowie. – W biblii nie ma daty narodzenia Jezusa. Jezus polecił upamiętniać Jego śmierć, a nie narodzenie.
– Mówimy o roku liturgicznym, o naszym wspomnieniu Narodzin Zbawiciela świata – odparłem. – A co do tego, że Bóg jest jeden, to racja, ale w trzech Osobach: Bogu Ojcu, Synu Bożym i Duchu Świętym. Słyszały panie zapewne o Trójcy Przenajświętszej?
– Biblia mówi jasno: Bóg jest jeden, a nie trzech. Jego imię to Jehowa…
– A nie czytała pani, że w Biblii Jezus mówił: „Ja i Ojciec jesteśmy jedno”?
– Nie takie jest znaczenie tych słów – zaprotestowała pani w futrzanej czapce. – Bóg Jehowa jest jeden, a Jezus jest jego pierwszym stworzeniem, synem, który króluje w niebie.
– Skoro zna pani fragment, że „Ja i Ojciec jesteśmy jedno”, to na pewno doczytała pani do miejsca, w którym Jezus mówi: „Ja jestem w Ojcu a Ojciec we mnie”? – nie dawałem za wygraną.
– Nic takiego nie ma w Biblii!
– Właśnie, że jest – odparłem spokojnie. – Po prostu miała pani pecha czytać książkę, która jest fałszerstwem Słowa Bożego, napisaną przez założycieli waszej sekty.
– Świadkowie Jehowy są zborem, a nie sektą – wtrąciła się starsza pani.
– Sektą, proszę szanownej pani, sektą, bo odrzucacie prawdę o Trójcy Świętej i nie uznajecie boskości Jezusa Chrystusa. A więc, nie tylko nie jesteście chrześcijanami, ale zaprzeczając, że Duch Święty jest Bogiem i Jezus Chrystus jest tym samym Bogiem bluźnicie przeciw Bogu, a to rodzi grzech nieusuwalny, w tradycji chrześcijańskiej zwany śmiertelnym.
– Bo jest jeden Bóg, Jehowa – odcięła się pani w czapce – a nie trzech różnych bogów. To pogaństwo!
– Proszę pani – odezwałem się spokojnie do starszej kobiety, gasząc nerwy – czy była pani katoliczką? Proszę wybaczyć, ale sądząc z wieku, mogę się domyślać, że tak.
– Byłam.
– Ja też byłam katoliczką, proszę pana – nie odpuszczała młoda w futrzanej czapce. – I powiem panu, że prawie już wstąpiłam do klasztoru…
Oniemiałem na chwilę.
– Tak, tak – ciągnęła. – Szczęśliwie spotkałam na swojej drodze bardzo mądrą kobietę, która pokazała mi prawdziwą drogę. – I ta droga zaprowadziła do Świadków Jehowy? – zastanowiłem się głośno. – To smutne. Ale chyba pani powołanie do życia klasztornego nie było wystarczająco silne. W każdym razie zaoszczędziła pani zakonowi bolesnego wychodzenia z instytutu życia konsekrowanego.
– Dopiero teraz widzę, że błądziłam przez ponad dwadzieścia lat życia – odparła. – Dzięki Świadkom Jehowy poznałam biblię, która zachęca do samodzielnego myślenia.
– A kiedy była pani katoliczką, to ktoś zabraniał pani myśleć albo czytać Biblię, prawdziwą Biblię, która jest Objawieniem Bożym, a nie powieścią napisaną przez liderów sekty? – zapytałem. Atmosfera zrobiła się znów trochę niezręczna. Miałem wrażenie, że apostolski zapał młodszej pani trochę przygasł. Wiał zimny wiatr, to nie ma się czemu dziwić.
Jacyś ludzie w drodze do tramwaju przyglądali się nam i cicho wymieniali uwagi. Pewnie myśleli, że kupuje ciekawą książkę u ulicznych sprzedawców. Wiadomo, idą święta. Wszyscy spieszą się gdzieś, zamyśleni, ze spuszczonymi głowami. Pomyślałem sobie przez moment, że chyba w tej chwili tylko ja i dwie panie od świadków Jehowy zawracamy sobie głowę sprawami ducha. Pamiętam z dzieciństwa, że jehowcy chodzili po domach, teraz też chodzą, ale stoisko przy Rzgowskiej, to coś nowego.
Zastanowiło mnie, ile myśli potrafi przemknąć przez głowę w kilka sekund milczenia w tej to w sumie dość stresującej rozmowy? W takich chwilach często uciekają myśli a zostaje tylko jedna: na cholerę mi gadać z tymi odszczepieńcami? Niech sobie idą do diabła i niech robią co im się podoba, co mnie do tego, „moja chata z kraja. Ale z drugiej strony, nie – pogadam z nimi jeszcze trochę, w końcu to moja wiara jest apostolska; żeby tylko nie stracić nerwów. Może się opamiętają, może wrócą? Przypomniałem sobie, że Świadkowie Jehowy wierzą, że do nieba pójdzie tylko 144 tysiące wiernych, tych najlepszych. Z tego, co wiem, w Polsce jest ich już około 130 tysięcy. – Wierzą panie, że będą zbawione? – zacząłem znów, choć chyba nie wywołałem tym radości pań na posterunku. – Przecież Świadkowie Jehowy nie wierzą w życie po śmierci. Według nich, człowiek nie posiada duszy, tylko sam jest duszą, która przestaje istnieć po śmierci. A zbawionych ma być ledwie 144 tysiące wybranych. Czy macie nadzieję, być wśród nich?
– W czasie tysiącletniego panowania Jezusa, tu na ziemi będzie raj – odparła tajemniczo młodsza. – Będzie to po Armagedonie. Jezus wzbudzi wtedy miliony zmarłych żeby i oni cieszyli się życiem. 144 tysiące najlepszych będzie w niebie.
Zamarłem.
– Chrystus umarł za nas wszystkich i odkupił nasze grzechy – zacząłem zbierać myśli. – Swoją męką, śmiercią i zmartwychwstaniem otworzył nam drzwi do zbawienia. Ale warunkiem jest wiara. Dlaczego Jezus miałby rządzić na ziemi tylko tysiąc lat i dlaczego z miliardów ludzi żyjących tu przez wieki, tylko „miliony” zamieszkają w raju? A co z całą resztą? To się kupy nijak nie trzyma.
– Niech pan czyta biblię – odcięła się młoda.
– Czytam. I nic podobnego tam nie ma. To, co pani tu opowiada, brzmi jak cytat z powieści w stylu Harry`ego Pottera, a nie jak Pismo Święte. Wasze „ciało kierownicze” fałszuje Ewangelię i w gruncie rzeczy każe wam wierzyć w „Strażnicę”.
Znów zrobiło się nerwowo.
– Dlaczego pani się nie odzywa? – zapytałem kobiety w podeszłym wieku. – Przecież to są bluźnierstwa przeciw Bogu. Głoszący takie słowa popełnia grzech śmiertelny.
– Kościół katolicki nie został założony przez Jezusa, ani przez Jego uczniów, a papież i duchowieństwo są uzurpatorami władzy – próbowała ratować sytuację młoda kobieta w futrzanej czapce.
Tego już było za wiele, jak dla mnie. Spojrzałem na młoda panią w czapce i na stragan zakryty folią. Pora była kończyć tę rozmowę. Ludzie przemykali za moimi plecami, a starsza pani wciąż milczała.
– Drogie panie, jest adwent, czas oczekiwania na Narodzenie Syna Bożego. Tu niedaleko jest kościół św. Wojciecha, idźcie tam, wyspowiadajcie się i żałujcie za zdradę, której się dopuściłyście. Ratujcie swoje dusze – postanowiłem zakończyć już tę rozmowę. I dodałem do milczącej starszej pani: – Ma już pani swoje lata. Nigdy, co prawda nie wiadomo, kto pójdzie pierwszy pod osąd Boży, ale proszę pomyśleć, czy warto jeszcze tracić czas? Przecież trwając na tym posterunku, przykładacie ręki do pługa diabła. I na was spadnie odpowiedzialność za każdą duszę wyrwaną Chrystusowi z Jego Kościoła. Macie wielką szansę, żeby za dwa tygodnie i w waszych domach rozległa się kolęda, żeby zajaśniały święta. Żeby i w waszych domach narodził się Bóg.
Kiedy wracałem tą drogą niecałą godzinę później, przy straganie ze „Strażnicami” stały już inne dwie panie. Przyznam szczerze, że nie miałem już siły walczyć z drugą zmianą jehowców. Jeszcze mi w głowie huczały słowa z tamtej rozmowy. Postanowiłem jednak, że wrócę tu do nich przy kolejnej okazji.
Drodzy Czytelnicy, idźcie tam do nich, na róg Kurczaków i Rzgowskiej, i wszędzie, gdzie próbują się zagnieździć. Rozmawiajcie z nimi, powiedzcie im głośno, że skazują się na potępienie, ale Chrystus, który narodził się w Betlejem, także dla nich jest Miłosierny, jeśli pozwolą Mu narodzić się w ich sercach.