Mirosław Orzechowski, Europejczycy chcą wrócić do domów

204mPrzeprowadzone późnym latem 2014 roku referendum w Szkocji wywołało szeroką dyskusję nad kondycją Unii Europejskiej zagrożonej ruchami separatystycznymi wewnątrz jej państw członkowskich. Powszechnie lansowana idea „Europy regionów” i pielęgnowania regionalizmów w ramach „małych ojczyzn”, pokazała swoje niebezpieczne oblicze.

Po latach pełzającej homogenizacji kultur europejskich ożyły nadzieje wielu narodów na samodzielne stanowienie o sobie. Precedens szkocki mógł stać się dowodem, że programowe niszczenie tożsamości narodów Europy poniosło fiasko i wręcz otworzyć mógł drogę do wyodrębniania się nowych państwowości na Starym Kontynencie. Przecież o tym od lat marzą Katalończycy – chcący oderwać się od Hiszpanii, Baskowie – również chcący oderwać się od Hiszpanii i Francji, Flamandowie – planujący oderwanie się od Belgii. Podobne roszczenia mają mieszkańcy północnych Włoch, którzy nie chcą stanowić jednego państwa razem z „biednym”, jak na włoskie warunki, południem. Ambicje na odrębny byt państwowy mają też Wenecja, Korsyka i Sycylia oraz Irlandia Północna i Samowie, zwani Lapończykami. W różnych miejscach Europy problem ten wzbiera jak wulkan. Wiadomo, że kiedyś wybuchnie i że jego wybuch będzie niebezpieczny, tylko nie wiadomo, kiedy to nastąpi.

Dzień przeprowadzenia referendum w Szkocji – 18 września, mógł być przełomowym momentem w dziejach Europy. Tak się nie stało. Przeważyły głosy zwolenników utrzymania Szkocji w Zjednoczonym Królestwie. Zwolennicy secesji otrzymali tylko 44,7 procent głosów poparcia. Do ostatniej chwili wynik był niepewny. W przededniu referendum sondaże mówiły o przewadze separatystów. Poparcie dla „wolnej” Szkocji rosło od miesięcy, dlatego od wiosny tego roku rząd Davida Camerona rozpętał antysecesyjną kampanię. Premier rządu Jej Królewskiej Mości przestraszył się, że rzeczywiście może dojść do rozbicia kraju. Wyrażając zgodę w 2011 roku na przeprowadzenie referendum, nie przypuszczał, że idea wolnej, niepodległej Szkocji zyska tylu zwolenników i stanie się realnym zagrożeniem dla jedności Wielkiej Brytanii. Gdyby Szkocja wybiła się na niepodległość, doszłoby do secesji 1/4 powierzchni Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej obejmującego cztery regiony: Szkocję, Walię, Anglię i Północną Irlandię. Wraz z odejściem Szkocji, ubyłoby 5,3 miliona mieszkańców. Zjednoczone Królestwo straciłoby bogate roponośne złoża na Morzu Północnym należącym do szkockich wód terytorialnych.

Kampania antysecesyjna wykorzystała wszystkie dostępne sztuczki i manipulacje, by wzbudzić strach przed usamodzielnieniem się Szkocji. Główne stronnictwo dążące do secesji – Szkocka Partia Narodowa – domagała się, by niepodległa Szkocja zachowała obecną walutę – funta szterlinga. Możliwość taką kategorycznie odrzucali przedstawiciele rządu w Londynie. Jednym z argumentów zastraszania była groźba, że niepodległa Szkocja może stracić milion miejsc pracy, które zależą od handlu i członkostwa w Wielkiej Brytanii. Straszono również, że po opuszczeniu Zjednoczonego Królestwa, Szkocja straci prawo do bycia członkiem Unii Europejskiej. W tej sprawie Cameron uzyskał wsparcie ze strony unijnej biurokracji. Były prezydent Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso powiedział, że dla niepodległej Szkocji droga do Unii Europejskiej jest praktycznie zamknięta. W efekcie takich zmasowanych pogróżek z Wielkiej Brytanii zaczął odpływać kapitał. Na londyńskiej giełdzie inwestorzy wyprzedawali akcje szkockich spółek i banków. Szkoci się przestraszyli.

Wynik wyborów pokazuje, że sterowane agresywne media i mobilizacja międzynarodowej propagandy przynosi oczekiwane skutki. Szkoci bali się osamotnienia, niepewności i zapowiadanej zapaści na rynku, dlatego nie wywalczyli swojej niepodległości. Zwolennicy niepodległej Szkocji muszą na razie zapomnieć o marzeniach „Szkocji jako drugiej Norwegii” i przyjąć demokratyczny werdykt. Będą teraz oczekiwać, by Cameron spełnił obietnice, które dał im podczas kampanii referendalnej. A obiecał, że poszerzy zakres szkockiej autonomii w dziedzinie polityki fiskalnej. Dzisiaj Szkocja posiada autonomię większą niż Anglia, która nie ma, tak jak Szkoci, swojego parlamentu. Pozostałe regiony liczą, że przy „szkockiej okazji”, sami coś skorzystają. Propozycje zmian konstytucyjnych rząd Camerona ma opublikować na początku roku 2015 – przed majowymi wyborami powszechnymi w Wielkiej Brytanii.

Intensywna kampania zwolenników i przeciwników secesji Szkocji sprawiła, że cała Europa na chwilę odwróciła wzrok od dżihadystów w Iraku, Syrii i od wojny na Ukrainie, a z zaciekawieniem śledziła wydarzenia na Wyspach Brytyjskich. Wysoka frekwencja szkockiego referendum – 86-procentowa oraz spokojny jego przebieg pokazuje, że są jeszcze sprawy, które mobilizują Europejczyków. Że jeszcze nie pozamykali się całkowicie w swoich domach, przy swoich laptopach i innych elektronicznych gadżetach. Jeszcze chce im się walczyć o sprawy publiczne, swój kraj i swoją tożsamość.

Emocje związane z referendum w Szkocji rozpaliły nadzieje wielu grup narodowych dążących do samodzielności. Najintensywniej kibicowali sprawie Katalończycy. Oni też walczą o suwerenność swojego regionu. Po śmierci generała Franco Katalonia uzyskała szeroką autonomię kulturową i polityczną. Mimo tego, nadal domaga się niepodległości. W przeciwieństwie do Szkotów, Katalończycy niepodległościowe ambicje głoszą bardzo hałaśliwie. W Barcelonie co jakiś czas odbywają się kilkusettysięczne manifestacje za oderwaniem się od Hiszpanii. Parlament Katalonii postanowił, że 9 listopada ubiegłego roku odbędzie się referendum w sprawie niepodległości tego liczącego 7,5 miliona mieszkańców regionu. Jednak władze w Madrycie nie wyraziły na to zgody! Katalonia zajmuje atrakcyjną północno-wschodnią część Półwyspu Iberyjskiego z obleganym przez turystów wybrzeżem Costa Brava. Jest to najbogatszy region Hiszpanii, dostarczający do jej budżetu jedną czwartą krajowego dochodu! Dlatego nikogo nie zdziwił fakt, że rząd w Madrycie nie wyraził zgody na referendum. Hiszpańska konstytucja mówi, że nie wolno przeprowadzać żadnych plebiscytów, jeżeli nie mogą zagłosować wszyscy obywatele kraju. Premier autonomicznego parlamentu Katalonii – Artur Mas próbował jakoś wybrnąć z sytuacji zastępując referendum, „konsultacjami dotyczącymi tego, czy Katalończycy chcą niepodległości”. Tym sposobem, autonomiczny rząd kataloński chciał ominąć zapisy konstytucji, ale to się nie udało. Nie należy się jednak spodziewać, że Katalończycy zrezygnują z ambicji wybicia się na niepodległość; zwłaszcza, że Hiszpania powoli wychodzi z recesji, a Katalonia jest najbogatszą częścią tego kraju.

Czy przegrane referendum w Szkocji powstrzyma rozwój ruchów separatystycznych w Europie? Przeciwnicy rozpadu UE drżą, by misternie zbudowany „wspólnotowy dom” nie obrócił się w gruzy. Parę lat temu Unii Europejskiej zagrażał upadek strefy euro, teraz lontem zapalającym mogło być wyjście Szkocji ze struktur Wielkiej Brytanii. Taki finał mógł zapoczątkować dalszy rozpad imperium brytyjskiego. Pierwsza obudziłaby się Irlandia Północna, która po latach burzliwej walki zarzuciła terrorystyczne metody, jakimi posługiwali się partyzanci IRA. Od 1998 roku armia ta regeneruje siły. Irlandczycy mają różne wizje przyszłości swojego kraju. Jedna z opcji chce położenia kresu podziałowi Irlandii i połączenia sześciu hrabstw na północy Irlandii należących teraz do Wielkiej Brytanii z 26 hrabstwami z południa wyspy – obecnej Irlandii. Inny wariant dopuszcza oddzielenie Północnej Irlandii od Zjednoczonego Królestwa w drodze referendum. Liderzy irlandzkiej partii Sinn Fein, na razie tylko mówią, że takie referendum powinno się odbyć. Kiedyś zapowiedzi na pewno zmienią w działanie.

Niewiele brakowało, a Szkocja zapoczątkowałaby efektu domina dla ruchów separatystycznych różnych narodów zamieszkujących Europę. Nie do przewidzenia jest, jak wtedy wyglądałaby mapa kontynentu. Nie można wykluczyć takiego scenariusza w przyszłości. Wydarzenia na Ukrainie pokazują, jak niewiele trzeba, by zachwiał się zastany porządek geopolityczny. Wszędzie tam, gdzie w wyniku historycznych wydarzeń zmieniała się przynależność państwowa, gdzie na jednym terenie zamieszkują ludzie różnych narodowości i kultur, tam panuje większa niepewność losów, niż w krajach ustabilizowanych narodowościowo. Regiony, w których mieszkańcy byli kulturowo zróżnicowani, były zawsze areną gospodarczych i politycznych rozgrywek. Tak rozpadła się Jugosławia, Czechosłowacja, czy Związek Radziecki. Również obszary tzw. pogranicza są często monetą przetargową sąsiadujących państw. Dlatego mieszkaniec pogranicza charakteryzuje się nieufnością i hardością. Dla Katalończyków i Basków obrazą jest nazwanie ich Hiszpanami. Podobnie jest z niektórymi mieszkańcami Śląska, którzy podjudzani fałszywymi ideałami autonomii reagują często rozdrażnieniem na dźwięk słowa „Polak”; polecam lekturę artykułów redaktora Marcina Kellera. „Mieszkańcy pogranicza” mają jeszcze jedną cechę – są konformistami. Często chcą przynależeć do kraju, gdzie łatwiej się żyje. Szkoci i Katalończycy zapragnęli lepiej żyć. Stwierdzili, że osiągną to rządząc się samodzielnie. Podjęli próbę usamodzielnienia, ale tym razem im się to nie udało. Było to trudne zadanie, bo ideą globalizmu jest zacieranie odrębności narodowych i pilnowanie, by wszyscy myśleli jednakowo. Przegrane referendum w Szkocji i powstrzymanie Katalończyków od decydowania o swojej niepodległości pokazują, że jeszcze nie czas na sukcesy ruchów separatystycznych. Że odrębność narodową w Europie można, co najwyżej, realizować w ramach autonomii.