Konsekwencje niektórych idei

„Żył sobie niegdyś człowiek nazwiskiem Rousseau, który napisał książkę o niczym innym, jak tylko o samych ideach. Tylko, że drugie wydanie tej książki oprawiono w skóry tych, którzy lekceważąco naśmiewali się z pierwszego”. Thomas Carlyle, szkocki eseista.

Dawno minęły czasy wspaniałych katedr, cudownej muzyki i malarstwa inspirowanego Biblią, poszukujących prawdy uniwersytetów, powszechnie przyjętych norm obyczajowych, serio respektowanych powinności religijnych, obowiązku obrony wiary katolickiej, stania na straży honoru, współistotności rozumu i wiary – w ogóle wszystkiego, co składało się na Christianitas.

Było wiele przyczyn destrukcji tamtej rzeczywistości. Ich spektrum jest ogromne i wielowymiarowe. Głównych sprawców zmian da się jednak wskazać. Rozmaici myśliciele i pseudomyśliciele głosili przez wieki swoje idee, które przerodziły się w końcu w agresywny podbój świata przez ateizm i gorliwość w obalaniu przykazań Dekalogu, zwłaszcza w odniesieniu do ludzkiej seksualności. Niniejszy tekst w żadnej mierze nie aspiruje do szerokiego omówienia problematyki, zaledwie ją zarysowując, ale jest jednak obszerny na tyle, że szczupłość dostępnego miejsca wymusza jego podział na części. Autor wyraża przy tym nadzieję, że P.T. Czytelnicy docenią wagę zamieszczonych treści i nie poczytają mu tego za nadużycie ich cierpliwości.

Przyjrzymy się wybranym aspektom tego procesu. Będzie to jedynie niewielki wycinek, skromna pomoc w uświadomieniu sobie, jak mogło dojść do apokaliptycznej rewolucji, która doprowadziła do tego, że dzisiaj: – republikanie w Kongresie USA ponoszą wielokrotnie fiasko w walce o prawo do choćby utrzymania przy życiu dziewięciomiesięcznego dziecka narodzonego w czasie nieudanej aborcji,
– większość Amerykanów za normę przyjmuje przeprowadzenie aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży, a wielu pragnie rozciągnąć ten „przywilej/prawo” do 24 tygodni,
– przeciwny aborcji Donald Trump ośmiela się co najwyżej na próbę przepchnięcia przez Kongres zakazu aborcji po 20. tygodniu ciąży,
– Bundestag w Niemczech prawnie legalizuje „trzecią płeć”,
– kilkadziesiąt tysięcy ludzi rocznie w Holandii, Belgii, USA i w innych miejscach na świecie, wielu wbrew własnej woli, jest eliminowanych lub sami eliminują się wskutek eutanazji,
– przestrzeń publiczna w Polsce jest pod ciągłym atakiem organizacji i „artystów” zmierzających do rozpadu klasycznej kultury, małżeństwa i rodziny,
– liderka PO jawnie szydzi ludzi opowiadających się za życiem od poczęcia do naturalnej śmierci, nazywając ich zacofańcami cuchnącymi naftaliną,
– odbywa się Polonez Równości na warszawskiej studniówce, władze Warszawy podpisują deklarację LGTB+, Wojewódzki Sąd Administracyjny wydaje wyrok de facto zezwalający na zawieranie związków jednopłciowych jako małżeńskich, w 200 szkołach odbywa się „tęczowy piątek”, czy odbywają się zajęcia propagujące gender.

Chcąc zrozumieć naturę zjawisk, trzeba się cofnąć do odległej przeszłości. Richard M. Weaver, amerykański myśliciel konserwatywny, w swym dziele Idee mają konsekwencje (1948, polskie wydanie 1996, WPSB), analizując głęboki kryzys cywilizacji zachodniej, wskazał pierwsze przyczyny już w dominującym w myśli filozoficznej Zachodu w XIV w. kwestionowaniu realności uniwersaliów. Ruch ten, za sprawą angielskiego franciszkanina Williama Ockhama (1285-1347), przeszedł do historii filozofii pod mianem nominalizmu, doktryny filozoficznej, według której nie istnieją przedmioty i pojęcia ogólne, a pojęcia abstrakcyjne – np. wartości, również nadprzyrodzone, czy moralność – są tylko nazwami niemającymi odpowiedników w rzeczywistości. Świat Zachodu podjął jedną złą decyzję, która stała się wystarczającą i ostateczną przyczyną innych złych decyzji. Centralną stała się kwestia: czy istnieje źródło prawdy wyższe i niezależne od człowieka? Praktycznym rezultatem filozofii nominalistycznej było odrzucenie rzeczywistości poznawanej przez umysł i umieszczenie na jej miejscu tego, co poznawane jest przez zmysły, empiryzm. To z kolei oznacza nieuchronnie zaprzeczenie istnienia obiektywnej prawdy. Wówczas nie ma już ucieczki przed relatywizmem hasła: „człowiek miarą wszystkich rzeczy”.

Samo pojęcie wiecznych prawd stało się wręcz obraźliwe dla współczesnego umysłu. Pozycja religii zaczyna być dwuznaczna i musi pojawić się pytanie, czy może ona w ogóle istnieć w świecie racjonalizmu i nauki. Słowa przestały korespondować z obiektywnymi rzeczami, więc nie wydaje się wielkim złem swobodne nimi dysponowanie. Od tego momentu wiara w język, jako środek docierania do prawdy, słabnie, aż po nasz wiek tak zwanej post-prawdy. Słyszymy dziś, że nie ma znaczenia, w co człowiek wierzy, dopóki nie bierze on swej wiary poważnie. Jest to stan, do którego od wielu lat zredukowane są wierzenia religijne.

Szerokiego przeglądu rozmaitych idei i konsekwencji, które za sobą pociągnęły, dokonał Benjamin Wiker, wykładowca filozofii i etyki chrześcijańskiej na amerykańskich uczelniach, w pracy Dziesięć książek, które zepsuły świat (2008, polskie wydanie 2012, Fronda). Tytuł jest nieco mylący, gdyż książka opisuje w rzeczywistości 15, a nie 10 toksycznych książek, gdyż kilka z nich, napisanych chronologicznie wcześniej, niejako przygotowały grunt pod tytułowe dziesięć. Tutaj zajmę się tylko niektórymi z nich, tymi, które najbardziej przyczyniły się do takiego urobienia umysłów, jakie sygnalizowałem wyżej.

„Książę” – Niccolo Machiavelli, 1513
To bodaj najważniejsza w dziejach książka, która na stulecia stała się busolą, którą kierują się rządzący państwami. To studium władzy, które obaliło wszystkie zasady dotąd obowiązujące ją sprawujących. Na pytanie, czy rządzący (książę) powinien starać się utrzymywać zaufanie, honorować obietnice, działać w sposób otwarty i bez zarzutu, być uczciwym i tym podobne, Machiavelli odpowiada, że godne pożałowania dla księcia jest dotrzymywać wiary i postępować w życiu szczerze. Przeciwnie, cokolwiek wiedzie do sukcesu – niezależnie od tego, co sądzą o tym inni – już z samej definicji musi być dobre. Sama idea bycia dobrym jest raczej naiwna. Książę, który chce odnieść sukces, musi koncentrować się nie na tym, jak być dobrym, lecz na tym, jak wobec innych udawać bycie dobrym; powinien być raczej „dobrym kłamcą i obłudnikiem”.

Jest bardziej mądre „uchodzić za litościwego, dotrzymującego wiay, religijnego, prawego”, lecz jeśli trzeba być okrutnym, bezbożnym, nieuczciwym – powinno się wynaleźć jakieś okrężne drogi, żeby móc popełnić każde konieczne zło w taki sposób, by jednocześnie wydawało się dobrem. Demonstrowanie pobożności ma być zaręczeniem, że skoro się wierzy w Boga, to tym samym posiada się wszystkie inne cnoty.

Machiavelli przekonuje, że wielkie zło, zbrodnie są nawet godne pochwały, jeśli popełniane bywają w imię jakiegoś dobra. Zapoczątkował filozofię, która nosi imię: „cel uświęca środki”. A skoro taką radę przyjmie się w kontekście ateizmu, którego jednym z pierwszych reprezentantów był Machiavelli, wówczas zło, jakie może być popełnione w imię zakładanego dobra ludzkości rzeczywiście nie ma granic. To podejście stoi w rażącej sprzeczności z fundamentalnym principium chrześcijaństwa, jakim jest zakaz dopuszczenia się zła dla osiągnięcia jakiegokolwiek dobra. Nie wolno usunąć z życiowej drogi nienarodzone dziecko dla zrobienia czy tylko poprawienia swojej kariery zawodowej. Niestety nasze dzisiejsze myślenie jest inne.

Aby zaakceptować koncept dopuszczalności zła, jeśli wyniknąć ma z tego jakieś dobro, trzeba odrzucić istnienie Boga, duszy i wieczności. Katastrofalne w konsekwencjach dla rozwoju zachodniej kultury politycznej było odrzucenie przez Machiavellego chrześcijańskiej perspektywy na życie – konceptu życia wiecznego. Chrześcijaństwo – twierdzi Machiavelli – wiąże ludziom ręce nakazami moralnymi, skupiając naszą uwagę na wyimaginowanym królestwie niebieskim, odciągając nas od wysiłków, by czynić świat realny miejscem pokoju i przyjemnym domem. Machiavelli zainicjował wielki i istniejący do dziś konflikt między sekularyzmem a chrześcijaństwem.

Rozprawa o metodzie – René Descartes (Kartezjusz) 1637
Kartezjusz jest – co godne pożałowania – czczony przez współczesnych jako ojciec nowożytnej filozofii. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że położył on wielkie zasługi dla nauk ścisłych, matematyki i fizyki.

Tutaj zajmiemy się wybranymi aspektami jego filozofii, najpełniej wyłożonymi w książce „Rozprawa o metodzie”. Kartezjusz zaatakował paradoksalnie sceptycyzm, lecz zrobił to odrzuciwszy rzeczywistość. By przezwyciężyć sceptycyzm Kartezjusz zaproponował, żebyśmy wątpili we wszystko, aby poznać, czy zostało nam coś, co nie wymaga naszego wątpienia. Metoda ta oznacza stawianie siebie w pozycji boskiego absolutu wyposażonego w niepodważalne możliwości osądzenia wszystkiego, bez względu na sądy innych.
W wątpliwość musi być podana przede wszystkim mądrość odziedziczona z przeszłości, bo pełno w niej niezgodności i rozbieżnych opinii, a to według Kartezjusza oznacza brak mądrości. Nie ma w przeszłości niczego, co jest poza wszelkim wątpieniem. Im dokładniej przyjrzeć się wielkim myślicielom – utrzymywał – tym więcej odkrywamy chaosu i zamieszania. Tradycja naszego narodu jest bardzo różna od tradycji innych narodów, co sprawia, że wszystko wydaje się być relatywne. Kartezjusz przyjął, że nie ma ani jednej rzeczy, która by była taką, jaką ona za sprawą zmysłów się wydaje. Powinniśmy wątpić nawet w sam rozum. Za pierwszą zasadę filozofii Kartezjusz przyjął słynną maksymę „myślę, więc jestem”, śmiertelną pułapkę, która deformująco ukształtowała zachodnią kulturę i zachodni sposób myślenia na cztery stulecia, aż do dzisiaj. Od niej nie ma ucieczki, jeśli pozwolimy, by nasze wątpliwości przeobraziły się w wątpienie w samą rzeczywistość.

Podstawowy błąd, jaki Kartezjusz popełnił, polega na tym, że jest bezsensem i zaprzeczeniem zdrowego rozsądku wyróżniać myślenie jako akt, dzięki któremu wiem, że istnieję. No bo, czyż nie muszę najpierw istnieć, żeby móc myśleć? Zdrowy rozsądek podpowiada, że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszego myślenia. Metoda Kartezjusza nakazująca wątpić we wszystko z wyjątkiem własnych myśli, uczyniła z subiektywizmu jedyne kryterium prawdy.

Kartezjusz udowodnił wprawdzie istnienie Boga, ale na mocy takiego oto kuriozalnego rozumowania: Bóg istnieje, ponieważ Kartezjusz może Go sobie wyobrazić; religia jest wytworem naszego ludzkiego ego. A skoro istnienie Boga powodowane jest naszym własnym myśleniem, to musi On być myślą czy ideą, a nie rzeczywistością. A skoro Bóg nie jest realny, to nie sprzeciwia się niczemu, co zapragniemy uczynić z ludzką naturą czy z ludzkim ciałem. Kartezjusz zaprzeczył fundamentalnej prawdzie wiary chrześcijańskiej, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, bo przecież sami siebie stworzyliśmy. To drugi wielki ateista.

Lewiatan – Thomas Hobbes, 1651
Tytuł nawiązuje do biblijnego potwora morskiego, przez Hobbesa utożsamianego z opresyjnym państwem o wszechobejmujących prerogatywach. Głównym założeniem Lewiatana jest teza, że z natury rzeczy nie ma ani dobra, ani zła, prawości i nieprawości, sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. Człowiek pozostawiony samemu sobie, niezależny od społeczności, w której przyszło mu żyć, jest kreaturą całkowicie pozbawioną sumienia. Znamy jego powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem”. Tworem tym rządzą wyłącznie uczucia przyjemności i bólu. Hobbes dodał podstępny pomysł dotyczący tzw. ludzkich praw. Według niego równają się one pragnieniom. Wniosek jest jasny: ludzie mają naturalne prawo do wszystkiego, czego zapragną. I to właśnie „prawo” sprowadziło na świat zamieszanie i chaos. Współczesna publiczna i polityczna debata została zdominowana tematem tzw. „praw jednostki”, których zresztą owa „jednostka” żąda dla siebie coraz większych. Na straży tych praw powinien stać/ wymuszać, i je nadawać, rząd. Na tym ufundowane są stwierdzenia, że człowiek ma prawo do pornografii, do aborcji, do wolności wypowiedzi, nawet takiej, która obraża moralność i godność człowieka. Dobro znaczyłoby wszystko to, czego pragniemy, a zło byłoby wszystkim tym, co staje naszym pragnieniom na przeszkodzie. Nie ma wolnej woli, nie ma grzechu. Dobro i miłosierdzie są stanem nienaturalnym. Dobro i zło nie istnieją jako prawa naturalne, a moralność staje się czyjąś prywatną sprawą, sprawą osobistego gustu. Skutkiem filozofii Hobbesa jest kompletny moralny relatywizm. Zbyteczne dodawać, że to kolejny wielki ateista.

Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi – Jean-Jacques Rousseau, 1755
W dorobku Rousseau ta książka wywarła największy wpływ na współczesne myślenie. Autor podał w niej osobliwą teorię pochodzenia człowieka, którego nazwał, podobnie jak Hobbes, „człowiekiem natury”. Ale w odróżnieniu od Hobbesa, dla którego człowiek natury był paskudnym, bestialskim i ograniczonym indywiduum, dla Rousseau ludzie pierwotni byli pokojowymi, niewinnymi lubieżnikami. W tej koncepcji ma swoje źródło społeczny ruch „wolnej miłości” z lat 60. XX w. Według Rousseau pierwotni ludzie natury nie mieli ani domów, ani żadnej własności. Byli samotnikami. Zarówno miłość, jak i rodzina nie były czymś naturalnym. Samiczki i samce łączyli się przypadkowo i rozstawali się z taką samą łatwością. Zrodzone z takiego związku dzieci, po dojściu do samodzielności opuszczały matkę. Ojciec mógł w ogóle nie poznawać swoich dzieci. Pierwotny mężczyzna i kobieta działali wyłącznie na zasadzie seksualnych impulsów. Tak Rousseau wyobrażał sobie raj – nową udoskonaloną wersję Adama i Ewy, z seksem całkowicie pozbawionym nieprzyjemnych zobowiązań i uczuciowego zaangażowania. W takim modelu nie przewiduje Rousseau miejsca dla moralności. Każdy robił to, na co miał ochotę. Ba, nie tylko moralność seksualna, lecz każda inna moralność była dla Rousseau nienaturalna. Ludzie byli całkowicie amoralni. Zło ludzkości przyszło na świat wraz z pomysłem postawienia przez jakiegoś głupca szałasu, do którego ów zaprosił samiczkę, a to zapoczątkowało pojawienie się prywatnej własności, rodziny, a wreszcie społeczeństwa, według Rousseau czegoś niedobrego. Od tego – twierdził – rozpoczął się proces upadku człowieka. Koncepcja zła prywatnej własności bardzo przypadła do gustu Marksowi i Engelsowi i doprowadzili ją do znanego nam komunizmu. Ale Rousseau bardziej sławny jest jako ojciec rewolucji francuskiej. Potępiając nierówności społeczne wynikające z posiadania prywatnej własności i nieodłącznej od niej nierówności, czyli bogacenia się bogatych i ubożenia biedniejszych, usprawiedliwiał rebelie tych, którzy nie posiadają. To była główna przyczyna rewolucji. Nie tylko tej zresztą. Bo jego idee „kupili” również Marks i Engels, a za nimi Lenin. Na marginesie, wszystkim tym panom Wiker poświęcił w swojej książce osobne rozdziały, które tutaj jednak pominiemy.

My współcześni, żyjemy dzisiaj w świecie wyimaginowanym przez Rousseau. Dzisiejszy człowiek odrzucił ideę, że stworzony został na podobieństwo Boga, że ma miłować swoją żonę jak siebie samego i że powinien przyjmować swoje dzieci jako niezwykły dar i cud noszący znamię samego Stwórcy. Gotów jest porzucać swoją towarzyszkę życia jak zwierzę na rujowisku, powierza losowi lub państwu swoje dzieci pod opiekę, oddaje się „pełni doznań”, którym na imię alkohol, narkotyki, telewizja (również internet), seks i rozrywka.

Ataki na rodzicielstwo są masowo powtarzane przez współczesnych naśladowców Rousseau. Do nich dołączają nawet państwa poprzez swoje struktury (Norwegia, Niemcy). Skutkiem może być tylko katastrofa demograficzna, przez niektórych z wielkim zaangażowaniem wspomagana (fundacja Gatesów), świata wyobrażonego przez ateistę Rousseau.

Utylitaryzm – John Stuart Mill, 1863
Wprawdzie John Stuart Mill nie był twórcą idei utylitaryzmu, bo jej pierwowzorem była antyczna filozofia Epikura (341-270 p.n.e.), wedle której całe zło świata spowodowane jest przez religię, ale to właśnie on poniósł ją w następne stulecia jako filozofię przyszłości. Mill przyjął, że można cieszyć się moralnymi korzyściami wynikającymi z chrześcijaństwa, nawet bez chrześcijaństwa. A to na mocy uproszczenia, że skoro wielu współczesnych mu Anglików jest solidnymi i przyzwoitymi ludźmi, to ludzie z natury rzeczy kierują się tymi normami i religia może być odrzucona jako nonsensowna przeszkoda w rozwoju ludzkości. Nie ma – twierdził – grzechu pierworodnego i wolnej ludzkiej woli. Dla zachowania moralności nie potrzeba żadnych boskich przykazań i sankcji. Zamiast nich, moralność powinna opierać się na prostej zasadzie przyjemności i bólu. Za Epikurem Mill zredukował całą kompleksowość moralności do podwójnego równania: „Dobro równa się Przyjemności” i „Zło równa się Cierpieniu”. Sformułował je nieco odmiennie jako zasadę „najwyższego szczęścia”, według której istnienie ma być najbardziej wolne od cierpienia i jak najbardziej bogate w przyjemności. Od razu jednak wyłonił się problem, jak oceniać i klasyfikować przyjemności lub cierpienia. Mill przyznał sobie i jemu podobnym rolę „sędziego moralności”, bo skoro nie ma Boga, nie ma też absolutnie żadnych moralnych praw i wymogów wpisanych w naturę. Konsekwentnie nie ma złych czynów, które można osądzić jako moralnie złe. Okrasił dodatkowo swoje koncepcje perwersyjną uwagą, że oceniający powinien wprzódy doświadczyć tego, co będzie oceniał, nawet najbardziej niemoralnych (oczywiście tylko w rozumieniu chrześcijan) czynów. Jakaż to pokusa dla wieprzy. Nie był tylko w stanie przewidzieć społecznych skutków utylitaryzmu; faktu, że taka filozofia życia tworzy społeczeństwo wręcz barbarzyńsko i autodestrukcyjnie szukające przyjemności; jak i tego, że ludzie stają się niczym narzekające dzieci w obliczu najmniejszej choćby niedogodności czy bólu. Nie przewidział też, że w konsekwencji jego filozofii ludzie będą czuli się zachęceni do domagania się coraz większych przywilejów i „praw”. Wydłuża się kolejka zasłużonych dla ateizmu.

O pochodzeniu człowieka – Karol Darwin, 1871
Wprawdzie bardziej znaną pracą Darwina jest „O pochodzeniu gatunków”, w której pojawiła się teoria ewolucji oraz teoria doboru naturalnego, lecz to właśnie O pochodzeniu człowieka była bardziej złowieszczą i brzemienną w skutki. Długo utrzymywano ją jednak w ukryciu po tym, jak niesławny użytek uczynił z niej Adolf Hitler. Tenże wyciągnął tylko brutalne konsekwencje z teorii doboru naturalnego („sama natura faworyzuje mocne jednostki i usuwa słabe”). Darwin, z obawy przed jej odrzuceniem przez ówczesną elitę Anglii, ukrył jej samonarzucające się „zastosowanie” do rasy ludzkiej. Naziści na sposób szatański wierzyli, że społeczeństwo nie powinno przeszkadzać naturze, sztucznie chroniąc słabych przed eliminacją. Darwin w gruncie rzeczy mówił to samo, tyle że pod perwersyjną przykrywką hodowli zwierząt. W dzisiejszych podręcznikach do biologii w szkołach całego „cywilizowanego” świata jest wiele wyrywków o teorii ewolucji, starannie jednak pomijane są jej eugeniczne implikacje. Nie jest przypadkiem nadzwyczajna popularność eugeniki na początku XX wieku, której Darwin jest patronem. Gdyby nie jej potworna implementacja przez Niemców, nie bądźmy pewni, czy eugenika od dawna już nie rządziłaby umysłami ludzi Zachodu. Jej renesans przynosi XXI wiek, który odrzuca wszelkie skrupuły i przywraca eugenice rosnące miejsce w polityce, nauce i praktyce, m.in. w postaci in vitro, hybryd ludzko-zwierzęcych czy surogacji. Nie wzbudzając zresztą większych oporów ani u elit, ani u zwykłych obywateli.

Głównym założeniem O pochodzeniu człowieka jest, że ludzka istota jest jeszcze jednym zwierzęciem w ewolucyjnym spektrum. Nie wyróżniając człowieka spośród innych żywych stworzeń w ogólnym systemie moralnym i traktując go na równi z nimi, odwraca się cały porządek moralny i naturalne prawa. Produktem filozofii Darwina może być jeden z punktów programu nowej partii Wiosna, który domaga się prawa dla kobiet do zabicia swojego dziecka bez ograniczeń do 12 tygodnia ciąży, a w kolejnym pojawia się deklaracja, że „nie pozwolimy pastwić się nad zwierzętami”. Innymi słowy – nie wolno „mordować” zwierząt, ale wolno mordować nienarodzone dzieci.

Odnotujmy również „zasługi” Darwina dla rozwoju ideologii rasistowskiej: „cywilizowane rasy ludzkie wytępią rasy dzikie, by zająć ich miejsce w świecie”, o czym możemy wprost przeczytać w O pochodzeniu człowieka ateisty Darwina.

Sedno cywilizacji – Margaret Sanger, 1922 Założycielka organizacji Planned Parenthood, największej na świecie organizacji proaborcyjnej, posiadającej sieć klinik aborcyjnych na terenie całych Stanów Zjednoczonych, przeprowadzającej aborcję do 9. miesiąca ciąży włącznie. Margaret Sanger była zagorzałą propagatorką eugeniki, która była dla niej źródłem i inspiracją dla usiłowań, by wsączyć kwestię regulacji urodzin do społecznej świadomości.

Sedno cywilizacji ostrzega przed „brak[iem] równowagi pomiędzy urodzeniami społecznie niepożądanych i pożądanych, zagrożenie[m] wynikający[m] z faktu płodności upośledzonych i chorych umysłowo, a także biednych”. Sanger podała nawet wzór matematyczny, który miałby odzwierciedlać skalę poziomu inteligencji osób klasyfikowanych jako „ograniczeni umysłowo”. Oto ten wzór: IQ = wiek umysłowy/wiek życia x 100. Wartość 100 odpowiadałaby osobnikowi w pełni sprawnemu umysłowo. Według tej skali „idiota” miał IQ na poziomie 0 – 25, „imbecyl” 26 – 50 i „kretyn”51 – 70. Aby nie dopuścić do urodzeń idiotów i imbecyli, Sanger proponuje wprowadzić „kontrolę urodzeń”, będącą „sednem i warunkiem istnienia cywilizacji.”, konieczną, aby wyeliminować u ludzi wszystkie wady psychiczne i fizyczne. A jeśli uwzględnić dane rządowe (USA, 1920), mówiące, że 75% dzieci szkolnych posiada rozmaite defekty, to do eliminacji mogłoby się kwalifikować niemało ludzi. Należałoby zapobiec możliwości płodzenia tym, którzy mogliby przekazać swoim potomkom swój imbecylizm. Według Sanger bowiem „ociężałość umysłowa jest nieuchronnie związana z wyjątkowo wysokim współczynnikiem płodności”, czyli ludzie głupi rozmnażają się niczym króliki. Powołała się przy tym na „współczesne badania”, według których gruntownie zdegenerowane klasy, do których zaliczyła obłąkanych, przestępców, prostytutki, ubogich (sic!), tych z wadami psychicznymi, są najbardziej płodne.
To oczywiste pokłosie darwinowskiego punktu widzenia, według którego moralność jest jedną z ewolucyjnie rozwiniętych cech i może stać się cechą dziedziczną. Sanger była wierną wyznawczynią darwinizmu, tyle że przepakowała go pod hasłem eugeniki. Jej receptą była przymusowa sterylizacja. Innymi (jej) słowy: człowiek inteligentny nie może być jednocześnie złym człowiekiem. Uważała na przykład, że rzeczą karygodną było chrześcijańskie pojmowanie miłości, wywodzące się z pojęcia świętości życia ludzkiego, każdorazowo stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Kościół katolicki był jej największym wrogiem. Sanger nie ograniczała się jedynie do koncepcji kontroli urodzeń. Uważała również, że „antykoncepcja jest etyczną koniecznością dla współczesnych ludzi, dając nowy instrument dla autoekspresji i samorealizacji”.

Lepiej teraz widać zręby radykalnej przemiany mentalności w świecie, która doprowadziła do wybuchu zgoła religijnego zapału współczesnych elit promujących edukację seksualną, czy powszechną akceptację zabijania dzieci nienarodzonych. Seksowi przypisywała Sanger pozytywną siłę i energię, ubolewając, że nie może być w pełni wykorzystana, ponieważ używana jest tylko do prokreacji. Wystarczy tylko – uważała – uwolnić energię seksualną od tabu moralnego. Seks stał się dla niej jednocześnie bogiem, idolem i religią. Dzisiejszy świat w pełni urzeczywistnił jej marzenia. Margaret Sanger należy się palma pierwszeństwa w tym szatańskim dziele.

Przyszłość pewnego złudzenia – Zygmunt Freud, 1927
Kontekst tytułu tej książki jest jednoznaczny: to fundamentalny atak na religię przedstawiający wiarę jako czystą iluzję, niemądre i pobożne życzenie składane przez infantylne umysły. Freud wkroczył na drogę ateizmu wytyczoną przez Machiavellego, której filozoficzną kulminację wypracował Nietzsche. Nie będziemy się tutaj zajmować absurdalnymi teoriami Freuda dotyczącymi pochodzenia religijnego kultu, który miał wziąć swój początek od zabijania ojców i zjadania ich ciał przez synów (brr!), ani o tym, że synowie pragnęli stosunków seksualnych z własnymi matkami. Nie bez powodu ojcem Freuda określa się Hobbesa, który odmalował pierwotny raj na ziemi jako miejsce pozbawione nawet śladu moralności, gdzie nie istnieje naturalne dobro czy zło. W konsekwencji człowiek miał prawo do wszystkiego, nawet do ojcobójstwa, kazirodztwa czy kanibalizmu – wystarczyło, że tego pragnął. Atak Freuda na religię, ale przede wszystkim na chrześcijaństwo osiągnął wynaturzoną kulminację w ataku na ideę dziewictwa Matki Bożej i stwierdzeniu, że największy z sakramentów chrześcijaństwa jest ohydną rekapitulacją ojcobójstwa i kanibalizmu wywodzącego się z kazirodztwa. Na marginesie, warto tu przywołać analogiczną interpretację w tezach islamu. Freud, podobnie jak Hobbes i Rousseau, potępiał jako nienaturalną moralność zachodnich społeczeństw opartą na chrześcijaństwie. Rzecz to racjonalna, zapewniał w swojej książce, by zaniechać tego złudzenia, porzucić religię i przyjąć naukowe podejście.

Dojrzewanie na Samoa – Margaret Mead, 1928
Książka Margaret Mead, zważywszy na jej infantylizm nie zasługiwałaby w gruncie rzeczy na wspomnienie, gdyby nie dwa ważne przesłania. To praca wydatnie wzmacniająca nurty walki z religią i obalania tabu życia seksualnego, co dzisiaj kulminuje w wynaturzeniu gender. Mead wybrała się na jedną z polinezyjskich wysp w celu znalezienia żyjącego przykładu człowieka prymitywnego i życia pozbawionego ograniczeń cywilizacji zachodniej, ludzi oddających się (rzekomo) beztroskiemu i lubieżnemu bytowaniu, pozbawionemu wszelkich zobowiązań, uprawiających seks, kiedy przyjdzie ochota, z przypadkowymi partnerami, co miałoby być dowodem na to, że człowiek prymitywny wydaje się być bliżej tego, co naturalne i dobre. Okazało się, że jej „badania” nie spełniały elementarnych wymagań metodologicznych, co zostało, niestety poniewczasie, udowodnione przez poważnych naukowców. Właściwie należałoby je traktować jako zgrabne opowieści erotyczne. Jej prawdziwym zamiarem było bowiem przekonać zachodni świat o tym, że rygory chrześcijańskiej moralności dotyczące seksualności były nienaturalne, powodowały urazy i zahamowania, i że my wszyscy bylibyśmy znacznie szczęśliwsi bez nich. Nawoływała do przyjęcia postawy „otwartego umysłu”, co miałoby oznaczać otwartość dla mnogości seksualnych zachowań, jako że „tolerancja” dla seksualnych alternatyw stała wysoko w edukacyjnych planach Mead. W Dojrzewaniu na Samoa owi prymitywni ludzie uprawiają na równi seks homoseksualny, heteroseksualny, kazirodczy, zoofilny, jeśli taki właśnie impuls ich dopadnie. Skutkiem ubocznym ideologii Mead stało się dalsze osłabianie znaczenia rodziny, której to na Samoa jakoby nie było. Zarówno zejście się, jak i rozstanie partnerów obywało się bez jakichkolwiek zobowiązań. Wszystko to pobrzmiewa dobrze znanymi tonami, jako że właśnie te idee stały się platformą dla dwudziestowiecznego kulturowego rewolucyjnego przewrotu.

Zastanawiające, jakim cudem ta książeczka utorowała sobie drogę do umysłów wielu ludzi Zachodu. Jak mogły generacje uniwersyteckich wykładowców włączać Dojrzewanie na Samoa do obowiązkowej lektury studenckiej? Wiker stawia tezę, że zarówno sama Mead, jak i my również po prostu chcieliśmy przyjąć takie obrazki za obiektywnie opisujące rzeczywistość.

Zachowanie seksualne mężczyzny – Alfred Kinsey, 1948
To słynny, o perwersyjnych konsekwencjach, Raport Kinseya, od którego gwałtownie przyspieszyła rewolucja oswajania homoseksualizmu; „dzieło” powstałe w celu narzucenia światu własnych dewiacji i własnego spaczonego charakteru, co (tj. sekretne orgie Kinseya) wyszło na jaw niestety długo po tym, gdy seksualna rewolucja została już zakończona. Było zimną kalkulacją dla osiągnięcia jednego celu: forsownego wtłoczenia rewolucji – idei całkowitej swobody seksualnej, w oficjalny nurt rewolucji naukowej. Podobnie jak w przypadku Margaret Mead, pozorna naukowość Kinseya łatwo utorowała sobie drogę do wielu współczesnych umysłów, które chciały w nią uwierzyć.

Strategię Kinseya można scharakteryzować tezą, że nie ma czegoś takiego jak seksualne dewiacje. Cokolwiek się wydarza, a jest natury seksualnej, jak na przykład stosunki homoseksualne, czy ze zwierzętami, musi być częścią naturalnego spektrum i nie może być uznane za nienormalne, nawet jeżeli względnie rzadko spotykane. Uzasadniał tę tezę faktami z życia zwierząt (był rzeczywiście znawcą życia os), traktując ludzką seksualność jako mechaniczną reakcję, pozbawioną wymiaru moralnego. Gdyby nie sztuczne moralne restrykcje – twierdził – ludzie w naturalny sposób dostosowywaliby się do mnogości seksualnych zachowań, nawet tych uważanych za odrażające.

Rewolucyjny plan Kinseya miał na celu przede wszystkim wyzwolenie homoseksualizmu. Głosił, że jeden na trzech mężczyzn, których spotykamy przypadkowo na ulicy, miał jakiś rodzaj doświadczenia homoseksualnego. Jego praca rości sobie pretensje do naukowości i poprawności metodologicznej. Przyjrzyjmy się więc sposobowi, w jaki uzyskał swoje dane. Otóż duży odsetek wśród przepytanych mężczyzn stanowili ludzie wykolejeni: kilkuset z nich uprawiało męską prostytucję, wielu aktualnie rezydowało za więziennymi kratkami, 25% pytanych było przestępcami seksualnymi lub odbywało karę z tego powodu. Gdy Kinsey decydował się wyjść poza obskurne kręgi ludzi, wyszukiwał to, co najbardziej pasowało do jego założeń, dobierając ludzi głównie z homoseksualnych środowisk. Urabiając w podobny sposób dane, ogłosił, że homoseksualizm jest równie często spotykany jak heteroseksualizm oraz że prawie połowa wszystkich mężczyzn angażuje się zarówno w hetero-, jak i homoseksualne związki. Homoseksualizm nie jest więc rodzajem seksualnej dewiacji; jest jeszcze jedną normalną seksualną ekspresją. Gdyby nie kulturowe restrykcje, odsetek biseksualistów sięgnąłby 100%. Innymi słowy judeo-chrześcijańskie podstawy kultury anglo-amerykańskiej, opresyjne w stosunku do homoseksualizmu, są nienaturalne. Podobnie naturalną jest według niego pedofilia. Podał na przykład statystyki orgazmów (nawet wielokrotnych) u dzieci tak małych jak cztero- czy pięciomiesięczne niemowlęta!!! Molestowanie seksualne było według niego reliktem pochodzącym z religijnej spuścizny. Oczywiście podważał on każdy aspekt tradycyjnego rozumienia przedmałżeńskiej seksualności czy cudzołóstwa jako rzeczy niewłaściwych. Wszystkie te pseudonaukowe odkrycia stały się fundamentem dla seksualnej rewolucji. Były przytaczane w sądach, nauczane w salach wykładowych, lansowane w kulturze, zwłaszcza w filmach hollywoodzkich, począwszy od lat sześćdziesiątych XX w.

Konkluzje
Wszyscy zaprezentowani tu autorzy, którzy przyczynili się do sprowadzenia na świat chaosu i nieszczęść, odrzucili wiarę w ludzką wolę i w konsekwencji w realność istnienia grzechu i piekła. Coraz powszechniejsze jest traktowanie chrześcijańskich zakazów dotyczących eugeniki, eliminacji ludzi „niedostosowanych”, dzieciobójstwa, eliminacji nieuleczalnie chorych, jako „średniowiecznych” i zacofanych. Chrześcijańska opozycja w stosunku do Kinseyowskiej niemoralnej analizy homoseksualności i pedofilii ogłaszana jest przez postępowców jako ignorancja czy nawet Orwellowska „myślozbrodnia”. Ludzie stają się obsesyjni na punkcie seksualnych doznań. Destrukcja ta została zapowiedziana w ideach Hobbesa i Rousseau, odwołujących się do „pierwotnego stanu natury”, w którym panuje pierwotny i drapieżny seks, otwarcie jawny i uwolniony z moralnych uwarunkowań. Rewolucja ta nie zakończy się, dopóki nie obali wszystkich seksualnych granic i nie wytępi każdej opozycji, wśród której największą jest chrześcijaństwo. Raz jeszcze ateizm stanął u wrót rebelii. W XXI wieku rewolucja seksualna całkowicie zdominowała całokształt życia społecznego, kulturę, a nawet politykę. Codzienną praktyką zachodnich sądów jest skazywanie na kary więzienia tych, którzy ośmielają się na krytykę takich czynów. Skutkiem jest rozpad rodziny, zanikanie ojcostwa i macierzyństwa oraz poświęcanie milionów dzieci rocznie (42 miliony w 2017 r.) pożerającemu je Molochowi, któremu na imię „prawo do aborcji”.

JERZY NAGÓRSKI