Konkubinat to grzech

206bW kilku miastach w Polsce pojawiły się plakaty o treści „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż”, wywołując burzę w liberalnych mediach. Z reakcji koncesjonowanych stacji telewizyjnych i redakcyjnych komentarzy odnieść można wrażenie, że autorzy plakatu poważyli się nieomal na „publiczne zgorszenie”, polegające na powiedzeniu kilku słów prawdy.

Billboardy pojawiły się w kilku miastach w Polsce. Wyrażone na nich jasno przypomnienie, płynące wprost z Dekalogu: „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż!” wywołało silny rezonans w prasie i w wielu dyskusjach towarzyskich.
Od razu trzeba stwierdzić, że trafność i komunikatywność tej akcji informacyjnej potwierdził jej odzew. Ranga problemu, którego dotyka prosty komunikat, że „konkubinat to grzech”, widoczna jest nie tylko w życiu wielu polskich rodzin, ale też w życiu państwa polskiego. Rozpad rodziny, niesłychanie wysoka liczba rozwodów, niechęć do podejmowania zobowiązań za wspólne losy, a nawet za życie i przyszłość płodzonych dzieci, wreszcie, traktowanie związku z partnerką czy partnerem jako okazji do wyszumienia się, do przejściowego zadowolenia seksualnego, staje się tu charakterystyką cywilizacji białego człowieka początków XXI wieku.

Konkubinat jest grzechem ciężkim; ma charakter uporczywy, niekiedy trwały i bezpośredni skutek społeczny. Konkubinat stał się antropologicznym zaprzeczeniem małżeństwa, woli wolnych ludzi, ilustracją egoizmu i skrajnego indywidualizmu człowieka. A przecież jesteśmy stworzeni do życia społecznego. A współżycie międzyludzkie, tym bardziej współżycie w rodzinie – z racji oczekiwanych efektów tego współżycia – nastawione jest na ofiarność wobec małżonka i wobec dzieci! Tymczasem skutki wychowywania dzieci w konkubinacie, często z obcym niż mama nazwiskiem, pod presją nieustającej obawy o trwałość rodziny, w której dziecko żyje, zostawia nieusuwalne często szkody na duszy i na osobowości małego człowieka. Jego umysł, wrażliwość i kryteria odczytywania świata zostają wtedy trwale zdeformowane – nienormalność zostaje uznana za coś oczekiwanego. Trudno się dziwić, że wzorce z dzieciństwa stają się matrycą w dorosłości. To dzieci są bodaj najbardziej bezbronnymi ofiarami konkubinatów.

Czy zatem, z upływem jednego czy dwóch pokoleń, konkubinat staje się zapowiedzią cywilizacji „życia przygodnego”? Przeniesienia się człowieka do gromady zwierząt wiążących tylko na krótko swoje losy z partnerem, aby spełnić zew biologiczny do prokreacji i nie bacząc na losy potomstwa – porzucić je? Jeśli tak, to trzeba znać też inny skutek odrzucenia przywiązania do rodziny: samotność – chyba najbardziej dotkliwy efekt emancypacji człowieka.

A wszystko, jak się wydaje, nie wygląda tak źle na początku konkubinatu, chociaż początkiem jest przecież zawsze cudzołóstwo.„Miłe złego początki, lecz koniec żałośny…” – pisał kiedyś ks. Ignacy Krasicki w swojej bajce „Woły krnąbrne”. Związek niesakramentalny, który staje się substytutem małżeństwa znajduje w Polsce szereg niezwykle sprzyjających okoliczności: materialna niepewność rodzin, bezrobocie, nachalna propaganda antykościelna, seksualizacja każdej sfery życia, promowanie postawy wyzwolonego od wszelkich zobowiązań singla, z uśmiechem akceptacji ukazywana postawa rozwiązłości. To tylko niektóre przykłady, obecne na co dzień nie tylko w masowo i bezmyślnie oglądanych programach i serialach telewizyjnych, ale także w życiu codziennym: w kolejkach sklepowych, towarzyskich rozmowach przy stole, czy debatach polityków na salach parlamentarnych. Media ociekają zepsuciem, bo mają wdzięcznych odbiorców. Dramat zdrowej rodziny w Polsce pogłębia fakt, że sprawująca od dwóch kadencji władzę, Platforma Obywatelska przyjęła, szczególnie po objęciu w niej rządów przez Ewę Kopacz, drastyczny kierunek na urzeczywistnienie skrajnie lewackich ideologii niszczących rodzinę w sposób doktrynalny. Jeszcze dwa lata temu nikt nie uwierzyłby, że chrześcijańska Polska stanie się widowiskiem preferencji dla legalizacji par jednopłciowych – pederastów i lesbijek, dla upowszechniania ideologii gender, dla przedwczesnego rozbudzania seksualności dzieci w szkołach, dla walki z religią, czy dla promowania odmieńców seksualnych i stawiania ich za wzór dla dzieci i młodzieży! Oto forum, na którym niszczone są serca młodych Polaków, a przez to tożsamość i przyszłość Polski.

Państwo zostało zaprzęgnięte do implantacji zjawisk, przed którymi powinno być chronione. Obecnie spektakularnym tego typu zjawiskiem jest parlamentarna procedura ratyfikacji szumnie nazwanej „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”. W istocie rzeczy – chodzi o masoński dokument europejski, którego celem jest uderzenie w podstawy porządku moralnego i kulturowego w Polsce.

Należymy do nielicznych grup narodowych i państw, w których rola kobiety jest wybitnie wyróżniona w społeczeństwie, w kulturze i w obyczajach. Szacunek dla matek, żon, narzeczonych, koleżanek i w ogóle „płci pięknej” – jak mawiają Polacy – ma odbicie także w niespotykanym gdzie indziej w Europie kulcie Najświętszej Maryi Matki Bożej. Ale w Konwencji nie chodzi o to. Rolą „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” jest postawienie w stan oskarżenia, np. mężów, którzy będą mogli za jednym oświadczeniem być posłani przed sąd z obwinienia za gwałt, bo współżycie między małżonkami wymagało będzie biurowych niemal procedur! Bo nawet „ofiara przemocy seksualnej” (czyli: żona) nie będzie miała wpływu na następstwa sądowo-karne, a zakazana będzie „mediacja pomiędzy sprawcą i ofiarą”, a więc, pomiędzy mężem i żoną! Jak sądzicie Polacy, którzy nie protestujecie: po co ten teatr? Po co to wszystko? Wcale nie dla żartów – otóż dla rozbicia resztek antropologicznego systemu, jaki powstał z udziałem mężczyzny i kobiety od chwili Stworzenia.

Cały ten diabelski teatrzyk odgrywa się nad katafalkiem polskiej rodziny, za którym stoi szereg różnych indywiduów, z Ewą Kopacz, Krzysztofem Bęgowskim (zwanym Anną Grodzką), Jerzym Urbanem, Januszem Palikotem, Wandą Nowicką i minister Małgorzatą Fuszarą – sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera i pełnomocnikiem rządu do spraw równego traktowania. Deklamują oni pochwałę dla konkubinatu, który jest rewanżem diabła za Bożą misję małżeństwa.
Różne są koleje naszych losów, o różne potykamy się przeszkody, niekiedy na oko niezauważalne. Nawet w zdrowych związkach, podejmowanych późno – bo brak pracy, bo obawa o zwolnienie, bo lęk, że przegramy w „wyścigu szczurów” – blask radości blednie niekiedy już po pierwszych porażkach. A kiedy zawodzą pierwsze plany i kalkulacje, kiedy pojawia się pierwszy kryzys małżeński – bo wynikający choćby ze spotkania dwóch przeszłości i przyzwyczajeń, albo pojawia się zdrada, czy nadmiar alkoholu – wtedy Sakrament przegrywa z grzechem, dla „wygody”, dla „wolności”, czy dla „świętego spokoju”. I kiedy nikt nie przychodzi Bogu w Sakramencie z pomocą, bo ktoś załamuje ręce, wtedy przychodzi pierwsza myśl o rozwodzie, „bo, po prostu, nie da się z tym człowiekiem żyć”. I co wtedy robi „katolik”? Mimo trójki dzieci, mimo wcale niemłodego wieku, czasem ledwie w rok po ślubie – udaje się do Sądu Biskupiego, po „kościelny rozwód”, po „unieważnienie małżeństwa”. W rzeczywistości, po uzyskanie stwierdzenia nieważności ważnie przyjętego Sakramentu Małżeństwa. I wcale nie odchodzi od okienka z kwitkiem.

W ciągu ostatnich 20 lat potroiła się (!) liczba stwierdzonych nieważności małżeństw i w roku 2014 sięgnęła liczby 3,5 tys.!!! To znaczy, że albo niekompetentnie udzielono mężczyźnie i kobiecie Sakramentu Świętego, albo gwałtownie rodzi się instytucjonalny konkubinat, którego człowiek niech się raczej nie waży zatwierdzać tak hojnie, bo pęczniejące burzliwie fortuny adwokackie wystawiają Imię Boże na szwank…

MIROSŁAW ORZECHOWSKI