Jemen – kolejne ognisko zapalne zapalne

Do ognisk zapalnych na świecie przybyło kolejne miejsce, Jemen – mało znany kraj leżący na południu Półwyspu Arabskiego. Od początku roku toczy się tam wojna. Mało kto interesował się problemami tego kraju, aż do czasu, gdy w połowie marca samoloty Arabii Saudyjskiej zbombardowały stolicę Jemenu – Sanę. Wygląda na to, że konflikt ten ma charakter rozwojowy, bo Arabię Saudyjską wsparło dziewięć państw arabskich: Jordania, Kuwejt, Katar, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Sudan, Maroko i Pakistan.

Wspólnymi siłami koalicja ta chce przeciwstawić się ugrupowaniu Huti, które przejmuje kontrolę nad coraz większą częścią terytorium Jemenu. I tu pada pytanie. Po co aż taka wielka międzynarodowa siła przeciwko rebeliantom jednego, bardzo ubogiego państwa? W Jemenie nie od dziś, ale od kilkudziesięciu lat ugrupowanie Huti walczy o swoją pozycję w kraju. Czy naloty „koalicji dziesięciu” na Jemen nie powinno nazywać się najazdem bądź agresją obcych państw?

Przeciętnemu Europejczykowi trudno się zorientować, o co chodziło we wcześniejszych konfliktach toczących się w Jemenie począwszy od 1962 roku, kiedy po obaleniu monarchii absolutnej, powstała Jemeńska Republika Arabska. Od tego czasu wybuchały konflikty na tle religijnym między szyitami – Huti a sunnitami, konflikty między spychanymi na margines Huti a władzą państwową oraz konflikty między Jemenem Północnym i Południowym. W walkach ginęli ludzie, ale Europa i świat specjalnie tym się nie zajmowali. Zatem, co takiego wydarzyło się teraz, co wymagało konsolidacji aż dziesięciu arabskich państw? Pytanie to jest tym bardziej zasadne, że od roku grasuje w niedalekim Iraku i Syrii, budząc przerażenie świata, samozwańcze terrorystyczne Państwo Islamskie i brak adekwatnej międzynarodowej akcji odwetowej.

Chaos panujący w Jemenie charakterystyczny jest dla państw, które dotknęła „arabska wiosna” z 2011 roku. Zbuntowani mieszkańcy chcieli demokracji i chleba. Udało im się nawet obalić swoich dyktatorów, ale niestety, we wszystkich tych państwach, począwszy od Tunezji, Libii, Egiptu, a skończywszy na Jemenie, skutki „demokratyzacji” są podobne – jeszcze większa bieda, ruina gospodarcza, destabilizacja i fala uchodźców.

Przekazy płynące z mediów wyjaśniają konflikty dziejące się w świecie według nieczytelnych kryteriów i nieznanych rzeczywistych celów. Dlatego koniecznością staje się wysiłek samodzielnego rozszyfrowywania wydarzeń. Zaniechanie samodzielnego myślenia i wnioskowania powoduje, że zasilamy rosnące rzesze ludzi myślących jednakowo, czyli tak, jak tego życzą sobie globalni socjotechnicy. Efekty tej masowej indoktrynacji są aż nadto widoczne na naszym polskim podwórku. Gdy kazano nam kochać Unię Europejską, kochaliśmy. Wstąpiliśmy do niej nie widząc jej kajdan. Kazano nam lekceważyć Białoruś i przymilać się do Ukrainy – robiliśmy to. W ocenie wydarzeń toczących się gdzieś daleko, potrzebna jest szczególna determinacja, bo nie mamy osobistego kontaktu z odległymi państwami i brak nam własnych spostrzeżeń. Telewizja podaje „gotowce”, a w internecie prawda podana jest nie w łatwo dostępnych newsach, lecz skrywa się w bardziej zaawansowanych obszarach. Konflikt w Jemenie nabiera niebezpiecznego wymiaru, bo do gry wkroczyły państwa obce; prawdopodobnie, by realizować jakieś globalne interesy. Do tej pory w Jemenie toczyły się walki „między swoimi”. Huti, zwani przez media rebeliantami, uczestniczyli w bojówkach lokalnych, w których ginęli bojownicy – pojedyncze ofiary. Laik nie dojdzie, o co chodziło poszczególnym stronom licznych lokalnych awantur. Były one uciążliwe dla mieszkańców, ale nie burzyły życia kraju. Jeżeli teraz Jemen staje się podmiotem międzynarodowej interwencji, to na pewno warto zastanowić się, o co tutaj chodzi. Czyżby chodziło o ropę naftową lub złoto? Czym rebelianci Huti zagrażają światu arabskiemu? Jemen jest najbiedniejszym krajem tego regionu. Dochody z ropy naftowej zasilają konta małej kliki związanej z rządzącymi, zamiast finansować modernizację kraju. Produkt krajowy brutto przypadający na mieszkańca jest 14 razy niższy niż w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej. Połowa spośród 25-milionowej rzeszy mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa. Ponad 40 procent młodych ludzi jest bezrobotnych. Czy takie państwo zagraża bogatym sąsiadom, na przykład opływającym w dostatki, Zjednoczonym Emiratom Arabskim? Odpowiedzi należy szukać w tym, jakich sojuszników ma Jemen. Są nimi Iran i Rosja. W przypadku tego drugiego państwa, „przyjaźń” ma długą historię. Kiedy po pierwszej wojnie światowej Jemen wyzwolił się spod władzy Imperium Tureckiego, pierwszym krajem, który uznał niepodległość Jemenu była Rosja Radziecka. Jemen ma jeszcze jedną odrębność. Różni się tym od innych państw tego rejonu, że nigdy nie był państwem kolonialnym. Wielka Brytania i Włochy czyniły próby w tym kierunku, ale nie udało się. Jemeńczycy nie nabyli więc mentalności ludzi skolonizowanych.

Obecne wydarzenia tłumaczy się oficjalnie tym, że interwencja zagraniczna jest odpowiedzią na prośbę prezydenta Abd arRab Mansura al-Hadiego, który w styczniu został obalony przez rebeliantów Huti. Ten znalazł schronienie na terenie Arabii Saudyjskiej i błagał o pomoc dla Jemenu. Długo nie czekał. Zdziwienie budzi fakt, jak wielką siłę zgromadzono przeciwko rebeliantom. Jakoś nie słychać o poprzedzających zabiegach dyplomatycznych i międzynarodowych mediacjach. Naloty przeprowadzane od połowy marca już spowodowały katastrofę humanitarną w obszarach nalotów. Brakuje jedzenia, wody i lekarstw. Od ataków z powietrza zginęło ponad 70 dzieci. Właściwie, dopiero po śmierci tych dzieci „świat” oburzył się i zaczął pytać o celowość tej wojny. Słychać, że to dopiero początek. Trwają przygotowaniach do inwazji wojsk lądowych wielkiej koalicji. Czterdzieści tysięcy żołnierzy i pięć okrętów na Morzu Czerwonym, czekają na rozkaz. Operację mają dodatkowo wspierać egipskie myśliwce. Ta wyjątkowa nadgorliwość i jedność działania koalicji arabskiej wzbudza podejrzenie, że chodzi tu o coś więcej, niż poskromienie wojowniczego, szyickiego ugrupowania Huti.
Na terenie Jemenu rozgrywa się walka pomiędzy światem arabskim wspieranym „duchowo” przez Stany Zjednoczone, a szyickim Iranem, który udziela wsparcia ugrupowaniu Huti i jest państwem ogólnie nielubianym. W tle znajduje się Rosja, która od lat dozbrajała Jemen w katiusze i inną broń ciężką. Ma na terenie Jemenu sprawdzone kontakty, co udowodniła przeprowadzając drogą powietrzną sprawną ewakuację 20 obywateli polskich do Moskwy oraz drogą morską – ewakuację ponad 300 obywateli innych państw.

Zamieszkujący północno-zachodnią część Jemenu ugrupowanie Huti, nie jest jedyną organizacją prowadzącą w Jemenie zbrojne rozrachunki. Na terenie wschodniego Jemenu działa najbardziej radykalny odłam Al-Kaidy. Obok nich, ostatnio pojawili się dżihadyści z Państwa Islamskiego. Ich „dziełem” był dokonany w marcu zamach na szyickie meczety w stolicy kraju – Sanie. Jednak zarówno Al-Kaida, jak i dżihadyści nie wzbudzili zainteresowania Arabii Saudyjskiej. Dopiero sukcesy ruchu Huti kazały im udzielić bratniej pomocy Jemeńczykom poprzez wojskową operację, której celem jest „ochrona i obrona prawowitego rządu Jemenu”.

Interwencja w Jemenie to próba wciągnięcia w konflikt Iranu. Ten sojusznik Jemenu, będzie zmuszony zająć jakieś stanowisko. Szkoda, że międzynarodową rozgrywkę z Iranem prowadzi się na terenie Jemenu. Niszczy się ten najbiedniejszy kraj w regionie. Zabija się ludzi. Burzy się infrastrukturę, szyby naftowe i cenne, liczące setki lat zabytki. Stolica Jemenu – Sana to jedno z najstarszych miast na ziemi. Ta perła architektury bombardowana jest dzisiaj samolotami arabskich sąsiadów. Sięgając do map i historii widać, w jakim strategicznym położeniu zlokalizowany jest Jemen. Sąsiaduje z wąską cieśniną Bab-al-Mandab, łączącą Półwysep Arabski z Afryką. Tą cieśniną przepływają tankowce z ropą naftową z całego regionu. Jemen to państwo biedne, ale z bogatą historią. Od starożytności aż do trzeciego wieku naszej ery, Jemen był potęgą. Rzymianie nazywali ten kraj „Arabia Felix” – szczęśliwa Arabia. O dawnej świetności Jemenu świadczą ruiny akweduktów i innych wielkich budowli. Do 1962 roku panujący król był jednocześnie imamem sprawującym najwyższą władzę religijną. Od czasu uzyskania niepodległości, Jemen żył w miarę spokojnie. Utrzymywał się głównie z rolnictwa. Słynna na cały świat jemeńska kawa „mokka”, pochodzi od nazwy portu Mokka, z którego wypływała w świat. Wszystko zaczęło się zmieniać, odkąd w 1955 roku koncern amerykański uzyskał koncesję na eksploatację ropy naftowej oraz złóż minerałów na obszarze dwóch trzecich ówczesnego terytorium Jemenu. Nie minęła dekada tej amerykańskiej „obecności”, a tysiącletnia monarchia Zajadycka została obalona. Na jej gruzach powstała Jemeńska Republika Arabska i od tego czasu praktycznie nieustannie toczy się tam wojna domowa.

Oficjalnie, rozpoczęte w marcu działania wojenne na terenie Jemenu, prowadzi koalicja państw arabskich. Stany Zjednoczone udzielają tylko logistyczno-wywiadowczego wsparciu, ale możliwe, że to one są decydentem tej wojskowej operacji nazwanej „Burzą determinacji”. Faktem jest, że nie słychać, żeby ONZ wyraziło zgodę na tę międzynarodową interwencję wojskową. Chyba, że już nie jest to wymagane. Z resztą, pojawiła się ostatnio nowa metoda walki bez wypowiadania wojny. Od paru lat USA prowadzi krucjatę przeciwko terrorystom za pomocą nowej broni – „polujących” dronów. Zdalnie sterowane latające roboty zabijają namierzone cele – terrorystów. Przypadkowo giną niewinni ludzie, a wśród nich dzieci. W zeszłym roku, takie drony zabiły kilkuset Jemeńczyków. Fakty te są wyciszane.

MARCIN KELLER