Janusz Janyst, Powrót Holendra

205mNa scenę łódzkiego Teatru Wielkiego powrócił, w swej „niekończącej się wędrówce”, „Holender tułacz”. To, chronologicznie biorąc, czwarta z kolei, mająca już na wskroś indywidualne rysy, opera Richarda Wagnera.

Oparta jest na zaczerpniętym z legend skandynawskich opowiadaniu Heinricha Heinego o przeklętym za bluźnierstwa przeciw Bogu żeglarzu, skazanym na wieczną tułaczkę po morzach i oceanach, póki nie znajdzie się kobieta-wybawicielka, która go pokocha i dochowa wierności. Ma też zresztą ta opera – czy też dramatyczna ballada, jak chciał ją nazwać kompozytor, będący zarazem autorem libretta – dodatkowe inspiracje wywodzące się z jego osobistych doświadczeń, związanych z morską podróżą.

Holender tułacz wystawiony był już raz w Łodzi w 1994 roku – spektaklem tym pożegnał się wówczas z naszym miastem, sprawujący kierownictwo muzyczne premiery, dyrektor Antoni Wicherek. Tym razem na podium dyrygenckim stanął Eraldo Salmieri, wzbudzając uznanie dla swej interpretacji, charakteryzującej się wydobyciem z partytury elementów najcenniejszych – siły wyrazu oraz różnorodności nastrojowej, cechującej między innymi tzw. motywy przewodnie, po raz pierwszy przez Wagnera konsekwentnie zastosowane (a stanowiące potem atrybut jego dramatów muzycznych). Orkiestra spisała się bardzo dobrze, nie licząc np. kilku mniej pewnych wejść waltorni i wiolonczel oraz nielicznych przerysowań dynamicznych. Dość spójne brzmienie zademonstrował (także w eksponowanych oddzielnie sekcjach żeńskiej i męskiej) chór przygotowany przez Waldemara Sutryka.

Za szczególnie mocny, od strony muzycznej, punkt całej realizacji uznać trzeba pierwszoplanową partię Senty. Sopran Wioletty Chodowicz, szlachetny w barwie, pełen naturalnej ekspresji, przewyższał zapewne atrakcyjnością jej niezłe, skądinąd, aktorstwo. I tu pewna konkretna uwaga, bardziej może pod adresem reżysera.

Reżyseria Herberta Adlera – powściągliwa i pozbawiona tak częstych dziś ekstrawagancji, zawiodła w kluczowej scenie, gdy Senta, w obecności chciwego ojca, ofiarowuje Holendrowi swe uczucie. Na tym etapie akcji widz może mieć uzasadnione wątpliwości, czy jest ono rzeczywiście bezinteresowne, gdyż Daman informuje wcześniej Sentę o bogactwie przybysza, pokazując nawet otrzymane od niego klejnoty. W zachowaniu (mimice, „mowie ciała”) dziewczyny brakuje zdystansowania się do owych dóbr materialnych, przez co powstaje niepotrzebna dwuznaczność.

Reżyserowi wytknąłbym również nieciekawy sposób operowania zbiorowością. Chór albo jest statyczny i stoi jak na koncercie (nawet wtedy, gdy w scenie końcowej Senta rzuca się w przepaść i naturalnym odruchem byłoby podbiegnięcie do skraju urwiska, by zobaczyć, co się z nią stało), albo też zaczyna się ruszać stosując na ogół środki naiwnej i tandetnej pantomimy, sprowadzającej się do patetycznych wymachów rąk, rozkładania ich w szerokim geście – ma to zapewne symbolizować „podążanie świadomością za wypadkami”. Zamiast sensownych interakcji między postaciami – estetyka co najmniej sprzed półwiecza. Ten problem wykracza zresztą w łódzkim teatrze poza omawianą premierę.

W roli tytułowej Stanisław Kierner zaprezentował aktorstwo przemyślane, skupione, dobrze oddające wewnętrzny dramat Holendra. Jego bas-baryton, wyrównany w rejestrach, ma jednak, jak się okazuje, zbyt mały potencjał dramatyzmu do tej roli. W duecie z Chodowicz w II akcie został przez nią zupełnie zdominowany (notabene podobnie było dwie dekady temu, gdy Włodzimierz Zalewski – tak się składa, że póżniej profesor Kiernera – śpiewał z Hanną Lisowską). Dobrą formą wokalną wykazał się bas Robert Ulatowski jako Daland. Tenor Clemensa Biebera, kreującego postać Eryka, mniej ciekawy był w „górach”. Dzielnie spisali się w swoich rólkach Elwira Janasik – alt (Mary) i Łukasz Załęski – tenor (Sternik). Konwencjonalna raczej scenografia oraz kostiumy Dietmara Solta nie budziły większych zastrzeżeń, zbyt natarczywe były natomiast momentami komputerowe animacje ekranowe.

Popremierowych spektakli przewidziano niewiele. Czyżby tak się Holendrowi spieszyło do dalszej wędrówki?