Jacek Kędzierski, Festiwalowa „osiemnastka”

203mW dniach 2 – 16 listopada br. odbył się w Łodzi XVIII Festiwal Kultury Chrześcijańskiej, na który złożyło się kilkanaście imprez prezentujących różne produkty współczesnej kultury: plastykę, poezję, teatr, film, różne gatunki muzyki – każdy mógł wybrać coś dla siebie.

W niedzielę 2 listopada inaugurującej festiwal Mszy św. zaduszkowej – przewodniczył ks. Bp Adam Lepa. Na zakończenie festiwalu Mszy św. dziękczynnej przewodniczył ks. Bp Ireneusz Pękalski. Na półmetku festiwalu Mszę św. w intencji twórców kultury odprawił ks. Andrzej Luter z Warszawy.
Prof. Tadeusz Boruta – artysta malarz z Krakowa wygłosił wykład pt. „Wpływ chrześcijaństwa na sztukę”, co obok wygłoszonego przez duszpasterzy Słowa Bożego dało duchową oprawę festiwalu. Poezja zagościła podczas wieczoru poetyckiego Urszuli Kozioł z Wrocławia, z udziałem Janusza Drzewuckiego z Warszawy. Plastyka – za sprawą Aleksandry Telka-Budka z Katowic, która przedstawiła swoje grafiki oraz Ewy i Macieja Berbeków z Zakopanego, którzy przyjechali do Łodzi zaprezentować ekspozycję przestrzenną „Między niebem a ziemią”.
Na festiwalu pojawił się film dokumentalny. „Ostatnia droga” (reż. Robert Wichrowski, scen. Józef Herold). To obraz poświęcony bł. ks. Jerzemu Popiełuszce. Zamordowany 30 lat temu przez komunistyczną SB kapłan przedstawiony został podczas pracy duszpasterskiej – ostatniej Mszy św. w bydgoskim kościele pw. św. Braci Męczenników oraz rozważań różańcowych, które wygłosił po niej. Projekcja przypomniała mroczne czasy pierwszej połowy lat 80-tych XX w., w których większość Polaków była niepewna jutra.
Największą atrakcją festiwalu od lat jest teatr. Jak zwykle zaprezentował się miejscowy Teatr LOGOS, tym razem dwukrotnie. Pierwszym spektaklem „gospodarza” był „Czas odwiedzin” Felixa Mitterera w reż. Roberta Wichrowskiego, drugim „Toast” C. S. Lewisa w reż. Waldemara Wilhelma.
Ale najważniejsi na festiwalu są „przyjezdni”. Teatr ZAR z Wrocławia przywiózł przedstawienia: „Ewangelie dzieciństwa. Tryptyk”, cz.1 „Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa”, „Ewangelie dzieciństwa. Tryptyk” cz. 2 „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” „Ewangelie dzieciństwa. Tryptyk” cz. 3 i „Anhelli. Wołanie”. Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana z Warszawy przedstawił „Odprawę posłów greckich” w reż. Ryszard Peryta, muz. Włodka Pawlika. Teatr Władca Lalek ze Słupska przedstawił „Nie tylko dla ciebie” – monodram w reż. Urszuli Szydlik-Zielonki, z muz. Roberta Ochocińskiego. Teatr STU z Krakowa przywiózł „Wesele” wg Stanisława Wyspiańskiego (część I tryptyku) (reż. Krzysztof Jasiński), a kielecki Teatr Tańca „Sen Jakuba” (chor. Grzegorz Pańtak), „Monochrome” (chor. Jacek Przybyłowicz) i „Stół bez szczęścia” (chor. Elżbieta Szlufik-Pańtak). Teatr im. St. I. Witkiewicza (Zakopane) „Na niby – Naprawdę” Felixa Lope de Vega y Caprio – (scenariusz, inscenizacja i reż. Andrzej Dziuk).
Na cześć wokalno-muzyczną tej festiwalowej „osiemnastki” złożyło się kilka imprez: Leszek Możdżer wystąpił z solowym koncertem jazzowym. Styl gospel prezentował chór Gospel ACM pod dyr. Mark De-Lisser z W. Brytanii. Muzykę klasyczną Zespół Kameralny Gregorianum (Warszawa). Nie zabrakło muzyki „poprawnej i wskazanej politycznie”, czyli występu chóru DUMKA z Ukrainy oraz Tria Manaz z Niemiec. Festiwal zakończyło „Requiem dla Ziemi” – koncert hiszpańskiego muzyka Paco Peña z zespołem oraz z udziałem chórów pod dyrekcją Anny Domańskiej i Waldemara Sutryka.
Festiwal ma z pewnością „pożeraczy wszystkiego”, ale są też widzowie, którzy z jego bogatego repertuaru wybierają co bardziej smakowite kąski. Ja wybrałem cztery spektakle teatralne: Teatru ZAR z Wrocławia, Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana z Warszawy, Teatr STU z Krakowa i Teatru im. St. I. Witkiewicza z Zakopanego.
Teatr ZAR z Wrocławia to teatr ruchu i tańca. Przedstawiony „Tryptyk Ewangelie dzieciństwa” jest tak bogaty w formę, że każdy może podłożyć pod dokonujący się na scenie kompleks ruchów dowolną treść. Osobiście, kojarząc tytuł z ewangeliami apokryficznymi, spodziewałem się scen z dzieciństwa Jezusa, kiedy chodził po świecie i lepił ptaszki. Tymczasem „Uwertura – Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa” oparta jest na motywach wskrzeszenia Łazarza. Z pewnością wielu widzów nie zrozumiało sensu tego spektaklu i aktualna dla nich będzie pierwsza fraza z „libretta”, które kolportowano w foyer: „Spóźnieni, w niedoczasie; przychodzimy zbyt późno, by jeszcze zrozumieć”. Kto nie (z)rozumiał, mógł ograniczyć się do słuchania pieni cerkiewnych w tym uroczym kościółku.
Druga część tryptyku zatytułowana „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” odbywała się już w innym miejscu i innej scenerii. Miejscem tym była płaszczyzna z kilkoma krzesłami na której aktorzy dramatu wykonywali zespoły nieskoordynowanych ruchów, które co wynika z tytułu, miały być ruchami osób ze skłonnościami samobójczymi. Każdy może ten teatr ruchu interpretować na swój sposób, jak również rozsypanie na płaszczyźnie, na której się rozgrywał, mnóstwa pomarańczy. Te dorodne owoce wraz z kałużami czerwonego wina utworzyły ciekawą kompozycję finalną. Tryptyku część trzecia – „Anhelli. Wołanie” jest teatrem przestrzennym. Ile w tym wszystkim jest Słowackiego, to już inna sprawa. Szósty punkt „libretta”, zbudowanego z licznych niezwiązanych ze sobą cytatów myśli wielu autorów, zawiera intrygującą deklarację: „Potrzebny mi, k…., ten cud”, (wykropkowanie moje) więc rzecz ma być o jakimś cudzie, albo o potrzebie doznania cudu.
„Odprawa posłów greckich” uchodzi za nudny i zdezaktualizowany produkt polskiego późnego odrodzenia. Powstała na zamówienie kręgów zbliżonych do dworu królewskiego poruszała zagadnienia wówczas aktualne, wmontowane w scenografię Ilionu. Dramat Kochanowskiego nigdy nie traci na aktualności, jako że krytyka demokracji większościowej, nie zaś rozumu zawsze jest aktualna. Wersja przedstawiona przez Teatr Polski została zaktualizowana do realiów współczesności nie tylko przez scenografię, ale także przez oprawę muzyczną – urocze „plumkanie” na fortepianie wykonane przez W. Pawlika. Taki klimat jak w starym kinie. Tekst „Odprawy…” wzbogacony został słowami „Muzy” – (Sobie śpiewam, a muzom…) i wierszem dziękczynnym Kochanowskiego – „Czego chcesz od nas, Panie…”
Sztukę „Na niby – Naprawdę” zaliczyłbym do „teatru dworskiego” z epoki Cesarstwa Rzymskiego za panowania Dioklecjana. Zaspokoiwszy żądzę podbojów terytorialnych, w czasie których legiony rzymskie dybały także na cnotę niewiast z ludów ujarzmianych, znudzeni rozpustą „młodego dworu” i delektowaniem się „niczym nie skrępowaną miłością” Rzymianie wydają się niespełnieni. Choć sztuka zakopiańskiego teatru przedstawia czasy starożytne, legionistów odziano w „moro”, zaś Consigliere imperatora ubrany jest w grafitowy garnitur i popija herbatkę łyżeczką. Rozluźnienie obyczajów którym przeżarta jest „młodzież dworu” podkreśla lekkoerotyczny taniec w takt nowoczesnej muzyki. Nowoczesne środki wyrazu, czy próba nadania sztuce uniwersalności i aktualności? Kolejne pytanie, czy w czasach wszechobecnej erotyki, a nawet pornografii, tego typu formy przekazywania treści, aczkolwiek bez wątpienia podane niezwykle estetycznie, z wyczuciem dobrego smaku, powinny gościć także na festiwalu sztuki chrześcijańskiej? Skoro jest to wszędzie, czy musi być także i tutaj, w miejscu, które czymś jednak powinno różnić się od „powszechności”. Odpowiedzi na te pytania pozostawiam czytelnikowi. Cezar znudzony beztroskim życiem dworskim urozmaicanym gorącymi pocałunkami, którymi obdarza go małżonka, klasyką komicznie prezentowaną na dworskiej scenie, chciałby czegoś nowego. Tą nowością ma być zagranie przez dworskiego aktora „chrześcijanina”, jako że tego tylko jeszcze imperator nie widział. Guinnes, bo tak go otoczenie nazywa (zamiast Genezjusz) głowi się jak sobie z tym poradzić, jest nawet interaktywny, bo pyta publiczność. Aż wreszcie z teatru wychodzi klapa. Ustalony tekst zastępuje nieustanną improwizacją, czym wprowadza współautorów w zaniepokojenie, a na dalszym etapie w śledcze tarapaty. Nie spodobało się to cezarowi, a skoro nie spodobało się, aktor został skazany na śmierć. Egzekucję wykonano przy użyciu współczesnych „humanitarnych” środków.
Czy chodzi tu o to, że chrześcijanina w ogóle nie można „odgrywać”, po to by zyskać poklask władzy? Ciekawe postawienie zagadnienia. Ponadto odnosi się wrażenie, że Rzym Dioklecjana oczekiwał nadejścia czegoś, co odnowiłoby jego oblicze. Za tego cezara to jeszcze nie przyszło, ale zwiastuny już były.
Tak jak w Rzymie Dioklecjana były już zwiastuny czegoś nowego, a miała to być wiara chrześcijan, tak w Krakowie Młodej Polski były już zwiastuny niepodległości. Wyspiański jej nadejście zapowiadał w „Weselu”. Wiele jednak wskazuje na to, że zwiastuny te pojawiają się w społeczeństwie zupełnie na to nieprzygotowanym, w którym wielka sprawa narodowa została rozmieniona „na drobne”. To motyw ciągle aktualny. I dziś żyjemy w społeczeństwie pochłoniętym „sprawami drobnymi”, czy to groszoróbstwem, czy też szukaniem „pawich piór” gdzieś w Brukseli. Sprawy wielkie gdzieś zeszły na margines, zgubiono „złoty róg”, którego dźwięk miał zwiastować przywrócenie niepodległości narodu. Różnica jest taka, co wyrażono w adaptacji dokonanej przez Teatr STU, że nie kręcimy się w kółko w takt chocholej muzyki, ale wykonujemy konwulsyjne ruchy w rytm muzyki techno. Tak wygląda najnowsza aktualizacja, uwspółcześnienie „Wesela”. Rytmy techno to finał, w międzyczasie młodzi i goście weselni wykonują nieskoordynowane ruchy w takt disco polo… a Maryna wspomina utraconą za młodu miłość przy „Białym Misiu”. Muzyka weselna pojawia się sporadycznie, stąd wrażenie, że goście konwersują raczej na stypie niż na godach.
Jest jeszcze jedno „uwspółcześnienie”. Na tym „Weselu” dzieci są nieobecne… Osobiście zaliczyłem kilkanaście wesel, czy to miejskich, czy też wiejskich i na każdym z nich „w kółeczku” bawiły się dzieci. Ich obecność jest ponoć dobrym znakiem dla młodych, bo przecież wesele jest po to, aby kiedyś, nie za długo dzieci przybyło. U Wyspiańskiego również, aż do czasu, kiedy gospodyni „położyła dziecka spać”. W uwspółcześnionej wersji „Wesela” dzieci nie ma, co czyni całą imprezę nieco smutną i nieco pozbawioną sensu.