Iwona Klimczak, Pędzi po torach pendolino

205m„Stoi na stacji ojciec z rodziną. Marzną i patrzą jak mknie pendolino”. Mamy za sobą dwa miesiące kontaktu wzrokowego z szybką włoską koleją żelazną pendolino.

Sprowadzono je z francuskiej firmy Alstom, lekceważąc ofertę rodzimego producenta taboru kolejowego – bydgoskiej Pesy, chociaż wyprodukowany w Polsce pociąg o nazwie Dart ma porównywalne parametry techniczne do włoskiego pendolino, tylko że kosztuje 41 milionów złotych; a więc jest dwa razy tańszy od włoskiego produktu wysokich prędkości.

Tak więc, w myśl nowoczesnego rozumowania – zapłacimy dwa razy więcej, a dostaniemy dwa razy mniej – decydenci wybrali pendolino, mimo że nie jest on przystosowany do niskich temperatur (minus 25 stopni) oraz z oszczędności nie został wyposażony w tzw. wychylne pudła. Dostaliśmy pociągi, które będą musiały zwalniać na łukach i chować się do kolejowego garażu, gdy zdarzy się sroga zima.

Zanim zaczniemy zastanawiać się, jakie machinacje brały udział przy wyborze produktu firmy Alstom, warto wiedzieć, że kontrakt wartości 2,64 miliarda złotych obejmował dostarczenie docelowo 20 sztuk siedmioczęściowych składów. Na razie, pociągi pendolino jeżdżące pod nową nazwą EIP – Expres Inter City Premium spółki PKP Intercity, obsługują tylko linie: Gdynia-Warszawa, Wrocław-Warszawa, Katowice-Warszawa i Kraków-Warszawa. Można przypuszczać, że decydenci pracują w Warszawie a do Gdyni, Wrocławia, Katowic albo Krakowa jeżdżą spać.

Zdaje się, że podejmujący kontrowersyjną decyzję zakupu „wahadełka”, bo tak tłumaczyć należy nazwę pendolino, zakładali, że sympatyczni Włosi wysyłają razem ze składami szybkiej kolei odpowiednie tory. Bo w Polsce odpowiednich torów nie ma. Ale tory, to jeszcze nic. Nie ma też u nas trakcji kolejowych w odpowiednim stanie – bo nie inwestowano w nie od ponad dwudziestu lat. Nadrabianie zaległości, z wykorzystaniem unijnych dotacji, potrwać ma jeszcze wiele lat. Póki to się nie stanie, na kilku odcinkach, które już zdołaliśmy zmodernizować, pędzą uprzywilejowane składy pendolino z uprzywilejowanymi pasażerami na pokładzie. Bo tylko takich pasażerów będzie stać na wydanie 135 złotych, by przejechać trasę 300 kilometrów. Strach pomyśleć, dokąd i za ile pojedzie w wakacje czteroosobowa rodzina, w której np. ojciec nie jest dygnitarzem kolejowym wożącym siebie i swoich bliskich darmo. Wstępnie można zaryzykować pogląd, że z przejażdżki „wahadełkiem” nie skorzysta też większość studentów i emerytów. Ubytek w finansowych kalkulacjach uzupełnić muszą zatem pasażerowie z wyższej półki społecznej – ale to można zrozumieć, bo niby dlaczego w komfortowych warunkach ma jeździć kto popadnie? Pojadą więc menadżerowie z różnych spółek korporacyjnych i ci posłowie, którym nie będzie się opłacać wziąć kilometrówkę na samochód, a przejechać się przepełnionym ale za to tanim TLK (podobno: tanie linie kolejowe). Reszta Rodaków musi się chwilowo zadowolić prawem do spłacania kredytu z Europejskiego Banku Inwestycyjnego na kolejną nietrafioną inwestycję. Ale to w końcu też coś.

Sprowadzenie do Polski pendolino pogorszyło funkcjonowanie kolei Przewozów Regionalnych (PR) i wyeliminowało z rynku przewozowego zwyczajnych ludzi – z powodu kuriozalnie wygórowanej ceny biletu. Rozkład jazdy pociągów z Przewozów Regionalnych został całkowicie podporządkowany rozkładowi jazdy szybkich pociągów pendolino. Ci, co dojeżdżają do szkół i do pracy kolejami regionalnymi, kipią z wściekłości, bo muszą bez względu na pogodę stać na peronie przez wiele minut, aby przepuścić „wahadło”. Czekający na tani pociąg nie mają nawet atrakcji oglądania wysiadających pasażerów pendolino, bo ich tam prawie nie ma – włoskie wagony wykorzystane są zaledwie w 30 procentach. Z usług Przewozów Regionalnych korzysta dziennie ponad 230 tysięcy osób. Ci pasażerowie, na pewno nie cieszą się z „rewitalizacji polskiej kolei” i nie zachwyca ich „europejski poziom polskiej szybkiej kolei”, skoro sami muszą czekać i stać na mrozie. Nie mogą się schować w ogrzewanej poczekalni, bo większość dworców doprowadzono do kompletnej ruiny.

PKP Intercity wprowadzając na tory pendolino, zmniejszyło dotychczasową liczbę pociągów dalekobieżnych TLK, które choć jechały długo, miały cenę biletów w zasięgu możliwości przeciętnego Polaka. Wprowadzając na polskie tory pendolino, nie zadbano o rozbudowę rozjazdów, dlatego cierpią inni przewoźnicy będąc zmuszeni do uznania pierwszeństwa szybkiej kolei. Ci gorsi to Przewozy Regionalne i pociągi towarowe.

Nawet małe Czechy lepiej sobie radzą z koleją niż Polska. Oni też wprowadzili pendolino, tylko, że u nich cena biletu jest prawie trzy razy niższa niż u nas, a składy, które wprowadzili na tory mają przechylne nadwozia – nie muszą więc zwalniać na łukach.

Ponieważ pendolino staje się synonimem głupoty i absurdów nowych czasów, do jednego z nich trzeba zaliczyć zakaz kupowania biletów w pociągu. Bilet można zakupić tylko drogą elektroniczną lub w kasie na dworcu. Gdy zdarzy się, że kolejka będzie się wlokła – a dzieje się tak nagminnie, bo z oszczędności większość kasowych okienek jest zamknięta, pasażer po prostu nie zdąży kupić biletu. Za brak biletu i niemożność kupienia go u konduktora, będzie musiał zapłacić karę 600 złotych! I jest jeszcze parę innych „udoskonaleń” – pendolino nie przewidział miejsc stojących oraz prawdopodobnie nie przewidział tego, że pasażerowie mogą zabrudzić wagony. Do opinii publicznej dotarła wiadomość, że pociąg jest sprzątany raz na trzy dni. Jest to całkiem zrozumiałe, bo skoro tym pociągiem nie jeżdżą rodziny z dziećmi, a menadżerowie jedzą tylko w restauracjach, to kto by miał w pociągu nabrudzić?

Przeglądając rozkład jazdy, widać chaos, nierealistyczne godziny odjazdu, dublowanie pociągów i uprzywilejowanie niektórych tras. Jeżeli już ktoś ma pieniądze, by korzystać z pendolino, to na trasę Gdynia –Warszawa wyjeżdża aż pięć składów EIP, podczas gdy na porównywalnym odcinku Katowice-Warszawa wyjeżdża tylko jeden skład EIP. Wniosek nasuwa się sam – Wybrzeże jest dla decydentów ważniejsze od górniczego Śląska, albo w okolicach Trójmiasta mieszka najwięcej „uprzywilejowanych”; osobiście, stawiam na to drugie.

Szybkie koleje Pendolino nie rozwiązały żadnego problemu w komunikacji masowej. Wyeliminowały z niej przeciętnego Polaka tworząc chorą sytuację – obowiązki, które w tym zakresie spoczywają na państwie, przejął prywatny przewoźnik. Stąd tak masowy rozwój prywatnej komunikacji autobusowej. Irlandzka firma „Polski Bus” staje się w tej dziedzinie prawdziwym potentatem. Każdego miesiąca powiększa swoją ofertę. Np. na linii Wrocław-Warszawa kursuje już 22 autobusów dziennie. Nie dość, że jest ich bardzo dużo, to jeszcze są stosunkowo tanie.

Efekt polskiej polityki transportowej jest taki, że pustoszeją tory kolejowe, a zapełniają się i korkują autostrady. Szybkie i wygodne pociągi dostępne są tylko dla bogatych i to mieszkających w dużych miastach. Biedni i podróżni z małych miejscowości muszą zapomnieć o dalekich podróżach i zadowolić się jazdą po najbliższej okolicy rowerem. Podobnie jest z dworcami. Rewitalizuje się dworce w dużych miastach. Tam powstają architektoniczne cacka z ekskluzywnymi kawiarniami i butikami, podczas, gdy w małych miejscowościach dworce straszą zaniedbaniem. Ale tego nie zauważy pasażer przejeżdżającego z prędkością 200 km na godzinę pendolino.