Iwona Klimczak, „Gorejący na wietrze, straszliwy Radogoszcz”

204m„Tu spoczywamy zamordowani w przeddzień wolności/ imiona i ciała zabrał nam ogień/ żyjemy tylko w Waszej pamięci/ niechaj śmierć tak nieludzka/ nie powtórzy się” – czytamy na tablicy ku czci ofiar obozu na Radogoszczu.

19 stycznia 1945 r. do Łodzi weszły wojska sowieckie wypierając Niemców. Zajęcie miasta było wynikiem ofensywy 8. Armii Gwardii należącej do 1. Frontu Białoruskiego, prowadzącego w styczniu 1945 r. działania wojenne na Ziemi Łódzkiej. Wojska Armii Czerwonej weszły do Łodzi od północy i zachodu. Jednym z pierwszych miejsc, do których dotarli był hitlerowski obóz na Radogoszczu. Niemcy dokonali tu straszliwej zbrodni, jednej z najbardziej okrutnych na długiej liście mordów niemieckich w czasie II wojny światowej. W chwili wycofywania się wojska niemieckiego zamordowali ok. 1500 więźniów, część rozstrzeliwując, pozostałych paląc żywcem. Cudem ocalało ok. 25 osób.

Miejsce kaźni
Dziś Radogoszcz kojarzy się łodzianom głównie z wielkim osiedlem mieszkaniowym na północy miasta. Ale jadąc tam z centrum mijamy pamiątkę okrutnej przeszłości – pozostałości więzienia i obozu śmierci na Radogoszczu, w którym mieści się dziś muzeum, i pomnik ku czci ofiar. Obóz powstał w związku z prowadzoną przez okupanta niemieckiego akcją germanizacyjną – Łódź została bowiem przyłączona do Rzeszy i miała stać się wzorcowym niemieckim miastem, z którego dotychczasowi mieszkańcy zostaną usunięci – Żydzi wymordowani, Polacy wysiedleni do Generalnej Guberni, zesłani na roboty do Niemiec, do obozów śmierci lub zamordowani.
Dla skutecznej realizacji tych zadań potrzebny był zarówno obóz przejściowy, jak i więzienie. Obie te funkcje spełniał początkowy obóz mieszczący się w fabryce Glazera przy ówczesnej ul. Krakowskiej 55 (dziś Liściasta 17), który rozpoczął działalność w listopadzie 1939 r., a także obóz na Rudzie Pabianickiej. Działalność tych obozów skierowana była głównie przeciw elicie łódzkiej: inteligencji w ramach Intelligenzaktion Litzmannstadt – nauczycielom, urzędnikom, działaczom społecznym i politycznym i duchowieństwu. Osoby wysiedlane z domów grupowano natomiast w obozach przejściowych przy ul. Kopernika, Łąkowej, 6 Sierpnia i Leszno (obecnie Żeligowskiego). Tu przeprowadzano selekcję: kogo wysłać na roboty do Niemiec, kogo do GG, a kogo osadzić w więzieniu lub wysłać do obozu koncentracyjnego. Niemal od początku okupacji Niemcy rozstrzeliwali też Polaków, głównie w lasach lućmierskich i wiączyńskich.

„Oni, ciężarem cierpień ziemi równoważni…”
Więzienia i obozy przejściowe szybko przestały wystarczać Niemcom. Już jesienią 1939 r. podjęto decyzję o zorganizowaniu więzienia i obozu w dawnej fabryce Abbego przy zbiegu ulic Zgierskiej i gen. Sowińskiego. Warto dodać, że Radogoszcz nie był wówczas częścią Łodzi, przyłączenia do miasta dokonali w 1940 r. właśnie Niemcy. Od lipca 1940 r. obóz zmienił charakter: stał się „rozszerzonym więzieniem policyjnynm” (Erweitertes Polizeigefängnis Radegast). Jego komendantem został Walter Pelzhausen, funkcje wachmanów spełniało 83 Niemców, w większości z SS. Formalnie więzienie nie było obozem śmierci, jednak w rzeczywistości stał się Radogoszcz miejscem wyrafinowanego okrucieństwa wobec osadzonych tam więźniów, z których wielu zamęczono. Długa jest lista wymyślnych sposobów, na które niemieccy oprawcy torturowali swoje ofiary. W większości tortur zbyt okrutnych by je opisywać: wybijanie oczu, łamanie kości, zdzieranie skóry ryżową szczotką czy chodzenie lub czołganie się po rozżarzonych węglach, podtapianie i wymyślne bicie to początek długiej listy. Ocaleni jako szczególnie okrutną „rozrywkę” niemieckich oprawców wspominali tzw. maneż. „Była to klatka z drutu kolczastego – czytamy w Sprawozdaniu Komisji Nadzwyczajnej dla zbadania zbrodni niemieckich faszystów w obozie śmierci na Radogoszczu z 22 stycznia 1945 r. – w której zmuszano więźniów biegać dwójkami w koło pod knutami 4 razy dziennie po 45 minut. Kto padał ze zmęczenia, tego natychmiast dobijano. Często wskutek bicia knutem po twarzy więźniowi wybijano oko. SS-man pytał się wówczas więźnia: kto wybił ci oko? I wskazując na drugiego więźnia powiedział: to on wybił ci oko. Zbij go. Jeśli więzień nie wykonał natychmiast rozkazu i nie zbił towarzysza, był natychmiast rozstrzeliwany”.

Do okrutnych tortur dochodziły jeszcze warunki bytowe w więzieniu, nastawione na szybkie wymieranie więźniów. Więźniowie poddawani byli kąpielom – na przemian zimnym i gorącym prysznicom, po których przez kilka godzin czekali na opuszczenie łaźni, zabierano im ciepłą odzież, nie zezwalano na przesyłanie żywności, co w połączeniu z głodowym wyżywieniem powodowano wysoką śmiertelność ofiar. Więźniowie otrzymywali raz dziennie zupę z liści kapusty lub brukwi, a na śniadanie i kolację po 10 dkg chleba i 1 litrze ciepłej wody. Pod koniec okupacji więźniów karmiono jedynie zupą z pokrzywy.

W takich warunkach śmiertelność była ogromna, a co jakiś czas wybuchały epidemie: najpierw dezynterii, później czerwonki i tyfusu. Więzienie posiadało swoją „izbę chorych”, trafienie na nią oznaczało jednak pewną śmierć. Funkcję sanitariusza spełniał oprawca, którego metody „leczenia” – jak relacjonowali więźniowie – polegały np. na wyrywaniu zębów obcęgami, przecinaniu wrzodów nożem czy wrzucaniu chorych do niegaszonego wapna.

„Widziałem w Radogoszczu ludzi spalonych żywcem”
Nie zachowała się dokumentacja radogoskiego więzienia, stąd trudno dokładnie ustalić liczbę ofiar. Według badań Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, przez obóz przeszło ok. 40 tysięcy osób, a zamordowano ok. 20 tys.

Najbardziej wstrząsającej zbrodni Niemcy dokonali jednak w przededniu wkroczenia Armii Czerwonej do Łodzi. Wycofujący się Niemcy zamierzali zatrzeć ślady związane z działalnością obozu. W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. rozpoczęto rozstrzeliwanie więźniów. Część z nich rozpaczliwie próbowała się bronić, wówczas Niemcy podłożyli ogień, strzelając do tych, którzy próbowali się wydostać z budynku, by nie zginąć w płomieniach. W dniu tragedii w obozie było ok. 1500 osób. Przeżyło 25… „Gdy się nieco rozwidniło – czytamy we wspomnianym Sprawozdaniu, przygotowanym na podstawie relacji świadków – z więzienia wybuchł słup dymu. Rozległy się detonacje. Ludzie zamarli z trwogi. Dym rósł. Zrozumieliśmy: hitlerowcy podpalili więzienie. SS-mani zasiedli przytem w bunkrach i okopach i strzelali w okna palącego się więzienia. (…) Więźniowie wyskakiwali z nieokratowanych okien klatki schodowej. Do tych ludzi strzelali hitlerowscy kaci. Dym rósł, jakby całe miasto płonęło – a z tego dymu doszły nas wyraźnie tony pieśni śpiewanej przez więźniów. Była to polska pieśń narodowa „Jeszcze Polska nie zginęła”. Trwało to do wieczora. Kobiety mdlały co chwila. Ludzie klękali na śniegu i odmawiali modlitwy za konających”. Jednym z tych, który cudem przeżył był Franciszek Zarębski, który był współautorem wspominanego Sprawozdania. Ukrył się w rezerwuarze z wodą i nakrył kocem. To on opisał bestialstwo oprawców.

28 stycznia odbyła się Msza św. w intencji ofiar, którą odprawił ks. kanonik Józef Orłowski z parafii pw. Przemienienia Pańskiego w asyście ks. Reicherta. Relację z pogrzebu zamieściła ukazująca się wówczas w Łodzi gazeta „Wolna Łódź” : „Umęczony Chrystus na krzyżu, patron wszystkich niewinnie i niezasłużenie cierpiących wznosił się wysoko ponad głowami tłumnie zebranej ludności”. Czuje się jednak już powiew „nowych prądów”: w relacji aż roi się bowiem od słów wdzięczności wobec Stalina i „przyjaciół” z Armii Czerwonej, „wybawicielki Polski”, a tłum skandował rzekomo „okrzyki piętnujące zdradziecką i antypolską politykę londyńskich emigrantów”.
18 lutego miał miejsce symboliczny pogrzeb ofiar, których szczątki złożono na pobliskim cmentarzu św. Rocha.

Spośród ponad 80 oprawców jedynie kilkunastu odpowiedziało przed sądem. W 1947 r. przed sądem stanął Walter Pelzhausen, komendant obozu, którego skazano na karę śmierci. Został stracony w więzieniu przy ul. Sterlinga. Władze odrzuciły Społecznego Komitetu Opieki nad Więzieniem w Radogoszczu, by wykonać wyrok na terenie więzienia, obawiając się reakcji obserwujących egzekucję ludzi.

W latach 60-tych zbudowano pomnik ofiar, widoczną z dala 30-metrową iglicą. W latach 70-tych otwarto w pozostałościach dawnych zabudowań więziennych muzeum, które obecnie jest częścią Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.

Tytuł i śródtytuły są cytatami z wierszy: Bernarda Sztajnerta, Mariana Piechala i Mieczysława Jastruna.