Graj o milion, graj o rozum

206bDlaczego telewizyjne teleturnieje coraz mniej wymagają od uczestników, dlaczego są nakierowane na kogokolwiek z ulicy, a zwłaszcza na ludzi, których najwięcej, tych z wysoką samooceną?

Stare teorie medialne mówiły, że kulturą masową rządzi zasada najniższego wspólnego mianownika. Prawo Kopernika – Greshama mówi, że na rynek masowy wypychana jest sfałszowana waluta, bo pieniądz wartościowy jest chowany w skarpecie. A dlaczego wspólny mianownik na rynku kultury masowej musi być najniższy? Bo struktura wykształcenia w społeczeństwie ma kształt stożka, u szerokiej podstawy są najliczniejsi widzowie z najniższym wykształceniem. Jednakże to są stare teorie, a czasy się zmieniają, gwałtownie przybywa ludzi z maturą lub ze studiami humanistycznymi (pożal się Boże). Struktura wykształcenia ze stożka zmienia się w beczkę, najliczniejszą grupę widzów nie będą stanowili już ludzie ze szkołą podstawową, ale co najmniej ze szkołą średnią. A teleturnieje są coraz głupsze. Dlaczego „Wielka Gra” z udziałem sędziów ekspertów nie ma już kontynuatorów? Do sprawy podejdziemy analitycznie, na przykładzie wybranych teleturniejów.

Są cztery główne sposoby zabawy i zabawiania innych: dawanie do oglądania barwnych spektakli, widowisk (tzw. mimicry), współzawodniczenie, walka konkurencyjna (agon), loteria, korzystanie z łaski losu, gry losowe (alea) oraz oszołomienie, hazard, ucieczka od samokontroli (illinx). Załóżmy, że w każdym teleturnieju występują wszystkie te cztery pierwiastki, tyle, że za każdym razem występują one w innych proporcjach.

„Jeden z dziesięciu” na przykład jest mało widowiskowy, nie stawia na wielki spektakl, lecz na coś innego. Scenografia uboga, jeden pan prowadzący, dziesięć stoisk dla graczy, zauważmy, nie ma publiczności, niby to loże dla publiczności są imitowane kropkowaną tapetą. Ale w tym teleturnieju najważniejsza jest konkurencja na wiedzę, erudycję i pamięć. O samych graczach nie wiemy wiele, zaledwie zawód i deklarowane zainteresowania. Oczywiście w telewizji nie można żadnego gracza publicznie kompromitować. Dlatego do tej bezwzględnej konkurencji na wiedzę dodaje się trochę pierwiastka losowego. Przegrałeś w pierwszej turze, bo widocznie miałeś pecha, gdyby nie pech, to przecież byłeś lepszy od tych trzech finalistów. Jest tu trochę gry strategicznej, atakować silniejszych, ale kiedy jest ostatni etap do finału, atakować ostatniego najsłabszego. Natomiast euforia i zacietrzewienie bywają tu umiarkowane, nie dochodzi do takiego hazardu, by gracze tracili kontrolę na sobą. Ta agonistyczna konkurencja trwa długo, wygrany musi czekać dziesięć tygodni, by móc zagrać od początku o najwyższą stawkę. Prowadzący grę Pan Sznuk nie jest aktorem, zachowuje się niezwykle powściągliwie, no chyba, że chce przemycić własne pytania o żeglarstwie (np. między pytaniem o różnicę między hermeneutyką a fenomenologią). Ten niezwykle taktowny siwy pan trzydzieści lat temu był czarnym i czarującym mężczyzną, jednym z czterech filarów eksperymentującego w tamtym czasie Studio 2, (o którym ja pisałem przed dziesięcioleciami w „Zabawie”).

Przeciwnie jest w „Postaw na milion”. Tu rządzi poetyka spektaklu oraz hazard, idzie o milion (zatem mimicry plus illinx), widzimy miliony rzucane na stół. Hazard byłby większy, gdyby uczestnicy mieli możliwość zatrzymania się bądź wycofania z następnej wyższej stawki, ale nie mają, bo księgowy wie, że w końcu i tak padną. Jakie są tu elementy spektaklu, mimicry? Jeszcze przed wyjściem na scenę uczestnicy przedstawiają się widzom i z życzliwą pomocą prowadzącego sprzedają i obnażają swą osobowość, to będzie później najważniejszy element widowiska wobec obecnej w studio młodej widowni. Ten wstęp do programu zajmuje sporą część czasu antenowego. Krzycząca i dopingująca publiczność jest jakże istotnym elementem widowiska. Pojawia się żywa interakcja między samymi graczami, oni się naradzają publicznie, do ostatniej chwili waży się, który z nich zdecyduje o wyniku.

W tej zabawie konkurencyjnej docieka się raczej potocznej wiedzy uczestników, tu nie pyta się, jak poprzednim teleturnieju, o szczegółową historię Polski, o mity greckie czy o Stary Testament. O takie rzeczy można było pytać w poniedziałek, ale w sobotę pyta się np. czy z Warszawy do Kutna jest bliżej niż do Kiernozi. Jest to w przeważnie czysta gra losu, przypadku, nie tyle turniej na wiedzę. Przypadek jest demokratyczny i skutecznie ukrywa każdą niekompetencję. O ile w „Jeden z dziesięciu” występują młodzi studenci i ludzie dojrzali to w „Postaw na milion” dużo roześmianych dziewcząt, kobiet, całe rodziny lub przemili chłopcy trzymający się za ręce.

Z kolei w „Jaka to melodia” poetyka spektaklu, barwnego, dynamicznego widowiska jest najbardziej widoczna (mimicry). Jednakże tutaj konkurs na wiedzę i kompetencję jest w równym stopniu czynnikiem konstytutywnym. To powinno się nazywać raczej „Jaka to piosenka”. Konkurs żąda od uczestników olbrzymiej erudycji na bardzo wąskim polu kultury masowej, tu nigdy nie pyta się o muzykę tzw. poważną, muzyka to są tylko piosenki. Uczestnicy często rozpoznają piosenkę już po pierwszym takcie, w takiej konkurencji losowy czynnik (alea) prawie nie ma wpływu, trzeba okrągły dzień słuchać piosenek i być mistrzem od tytułów piosenek. Konkurs rozgrywa się na tle barwnego widowiska, długonogie dziewczęta tańczą w kolorowym studio, soliści śpiewają, tańczą też konkursowicze, śpiewa nieźle sam prowadzący. W finale pojawiają się profesjonalne gwiazdy (kiedy już potanieją na polskim i światowym rynku). Program ma olbrzymią popularność wśród młodzieży, ekspertem od tytułów piosenek chce zostać każdy młody, również matki wychowujące w domu małe dzieci. Pracę magisterskie na ten temat piszą u mnie i młody murarz i śliczna sprzedawczyni i emigrant do Anglii. Ten program promuje skutecznie i na wielką skalę, przyznajmy, trochę zadziwiającą drogę awansu kulturalnego.

W telewizji publicznej jest jeszcze „Familiada”. Tu najlepsze były anegdoty, które prowadzący dodawał do programu, ale już ich nie ma. Jest to gra konkurencyjna między dwoma zespołami przyjaciół lub rodzin, tu można wygrać lub przegrać, ale w obu wypadkach nie ma żadnego ryzyka publicznej kompromitacji. Jakiekolwiek ryzyko jest zresztą rozdzielone między kilka osób. To gra salonowa, każdy z nas może się zaprezentować w telewizji, byle był starannie ubrany i uczesany, byle nie miał widocznych ubytków w zębach. Przedmiotem gry jest zgadywanie, co wcześniej setka innych osób w ankiecie kojarzyła z podanym słowem, hasłem. Nie wiemy jakich osób, nie wiemy gdzie ich ankietowano. Nie idzie o to byśmy byli wykształceni, inteligentni, innowacyjni, byśmy trafili w sedno. To jest zabawa w skojarzenia najbardziej stereotypowe, jeśli wymyślisz coś oryginalnego to zostaniesz skarcony i przegrasz. Idzie tylko o to by się wczuć w jakiegoś przeciętnego innego. Wreszcie stawia się więc sprawę otwarcie, kultura masowa jest przeciętnością dla przeciętnych.

„Jeden z dziesięciu” pojawia się kilka dni w tygodniu od wielu lat (na razie). Na przeciwnym biegunie jest równie trwałe „Jaka to melodia” oraz najnowsze „Postaw na milion”. Nie mówię o teleturniejach w telewizjach prywatnych, żeby nie skończyć na sali sądowej. Jakie mam prognozy? Czarne. Nie wierzę, iżby w telewizji merytoryczny konkurs na wiedzę wygrał na dłuższą metę z widowiskiem i spektaklem, który zaledwie symuluje testowanie erudycji uczestnika. Bowiem telewizja publiczna coraz bardziej otwarcie ściga się o widza z telewizjami prywatnymi (pościg na słupki oglądalności i reklamy). „Jeden z dziesięciu”, turnieje na wiedzę, to ostatni ślad po telewizji misyjnej o aspiracjach wychowawczych. Dzisiaj w wyścigu o to kto najwięcej widzów sprzeda reklamodawcom ukształtował się model tzw. neotelewizji. Neotelewizja nie pracuje już nad tym jak przemycić intencję dydaktyczną w atrakcyjnej formie. Jedyną intencją neotelewizji jest zatrzymanie widza przed ekranem za wszelką cenę, by jego czas sprzedać, jest to tylko telewizja kontaktu.

PROF. BOGUSŁAW SUŁKOWSKI