Archiwum kategorii: Aspekt Polski nr 196

Jan Paweł II i Jan XXIII wyniesieni do chwały ołtarzy


Prośby wiernych Kościoła katolickiego zostały wysłuchane! W Niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 roku, Papież z Polski Jan Paweł II uroczyście został włączony w poczet świętych Kościoła. Jego proces kanonizacyjny był jednym z najkrótszych w historii. Jeszcze za życia Papieża wierni byli pewni, że zostanie on wyniesiony na ołtarze.

Wszyscy pamiętamy okrzyki wznoszone na Placu Św. Piotra w Watykanie podczas pogrzebu Jana Pawła II w 2005 roku. Nie mieliśmy już wtedy najmniejszych wątpliwości, że nasz Rodak Ojciec Święty Jan Paweł II zasiada w Domu Ojca w gronie Świętych. Jednak na chwilę wyniesienia do chwały ołtarzy poczekaliśmy 9 lat.

Każdy Polak potrafi jednym tchem wymienić dokonania Jana Pawła II, które miały wpływ na nasze osobiste, narodowe, historyczne, a nade wszystko religijne sprawy i potrzeby. Jego słowa zapamiętywane po pierwszym wysłuchaniu homilii, Jego papieskie dokumenty traktujące o prawdach i dylematach wiary, nawet Jego przygodne powiedzonka czy uwagi zapadały w sercach Jego świadków. To On wyzwał: „Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu społecznym czy rodzinnym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz” – takie fundamentalne i jakże odkrywcze słowa powiedział Papież Jan Paweł II w czasie Mszy św. w Zakopanem w 1997 roku. Słowa, jak Ewangelia, prawdziwe i oczywiste, a odkrywane każdego dnia na nowo, słowa Świętego Jana Pawła II nie tracą aktualności, mimo upływu lat.

Mieliśmy wrażenie, że był z nami zawsze i zawsze pozostanie z nami. A teraz wiemy, że Dobry Bóg chciał, żeby pozostał z nami na zawsze. I dał mu miejsce w orszaku Świętych, aby każdy obrazek z Jego wizerunkiem, każdy zmawiany różaniec i każda okoliczność XX i XXI wieku przemawiały świętością Jana Pawła II.

Był jednym z nas i kimś, kto przerasta każdego w każdym wymiarze. Chyba dlatego kanonizacja Ojca Świętego z Wadowic przerosła wszelkie kanonizacje, jakie odnotował w swoich dziejach Kościół powszechny. A była to jednocześnie dwóch Papieży. Zresztą nie była to jedyna niezwykłość w Stolicy Świętego Piotra w Niedzielę Miłosierdzia 2014 roku. Jan Paweł II i Jan XXIII wyniesieni zostali podczas Mszy Św. z udziałem dwóch następców Jana Pawła II – Papieża Franciszka i Papieża seniora Benedykta XVI. Były to więc uroczystości podwójne, zwielokrotnione pod każdym względem.
Osoby dwóch wielkich postaci Kościoła katolickiego wyniesionych do godności ołtarza łączy duchowo niewątpliwie Sobór Watykański II, zwołany i otwarty przez Jana XXIII. Jan Paweł II po wyborze przez konklawe na Głowę Kościoła przyjął imiona dwóch swoich poprzedników – właśnie Jana XXIII i Pawła VI, który dokonał zamknięcia tego Soboru XX wieku.

Wyniesienie Papieży do chwały ołtarza odbyło się w Niedzielę Miłosierdzia 2014 roku. To „nowe” święto, ujmujące w widomy znak odwieczną miłosierną miłość Boga do człowieka, jego wymiar i teologiczna głębia nadaje znamienity akcent pontyfikatowi Jana Pawła II, zwanego przecież Papieżem Miłosierdzia Bożego. Trzeci w historii Kościoła, co do długości trwania, pontyfikat Jana Pawła II – po Piotrze Apostole i Piusie IX – zajmuje szczególne miejsce w dziejach. Papież–pielgrzym, Papież–pisarz, Papież–myśliciel i naukowiec, ale przecież nie tylko z racji tych przymiotów nazywany zaraz po śmierci Wielkim. Przed Świętym Papieżem Janem Pawłem II tylko trzech Biskupów Rzymu nosiło przydomek Wielki: Leon I, Mikołaj I i Grzegorz I.

Ojciec Święty Jan Paweł II był nade wszystko Papieżem Miłosierdzia Bożego. To on otworzył światu skarbnicę miłosierdzia, objawioną św. Siostrze Faustynie, urodzonej niewiele ponad 50 km od Łodzi.
Krótko po jej beatyfikacji, która miała miejsce w przewodnią niedzielę po Wielkanocy 18 kwietnia 1993 roku, Biskupi polscy wystosowali prośbę do Papieża o ustanowienie Święta Miłosierdzia Bożego. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zezwoliła w 1997 roku na obchodzenie go w polskim Kościele katolickim w II Niedzielę wielkanocną.

Trzy lata później, podczas kanonizacji św. Faustyny w 2000 roku, Jan Paweł II ogłosił II Niedzielę wielkanocną jako Święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu Papież dokonał 17 sierpnia 2002 roku w Bazylice Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach.

W Święto Miłosierdzia Bożego w 2011 roku, w dniu 1 maja, Jan Paweł II został ogłoszony Błogosławionym, a w Święto Miłosierdzia Bożego 27 kwietnia 2014 r. został Świętym, razem z Papieżem Janem XXIII. Na uroczystości kanonizacyjne zjechałodo Watykanu blisko milion ludzi. Dominowali pielgrzymi z Polski, w liczbie ponad 300 tys. W relacjach telewizyjnych kanonizację obejrzało ponad 2 mld ludzi na całym świecie.

O godz. 10:14 Papież Franciszek ogłosił świętymi Jana Pawła II i Jana XXIII, wypowiadając uroczyście formułę kanonizacyjną: „Na chwałę Trójcy Przenajświętszej, dla wywyższenia katolickiej wiary i wzrostu chrześcijańskiego życia, na mocy władzy naszego Pana Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła, a także Naszej, po uprzednim dojrzałym namyśle, po licznych prośbach o pomoc Bożą i po wysłuchaniu opinii naszych Braci w biskupstwie orzekamy i ogłaszamy świętymi błogosławionych Jana XXIII i Jana Pawła II i wpisujemy ich w poczet świętych i polecamy, aby w całym Kościele byli oni czczeni z oddaniem pośród świętych. W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”.
W homilii papież Franciszek powiedział m.in.: „Jan XXIII i Jan Paweł II mieli odwagę oglądania ran Jezusa, dotykania Jego zranionych rąk i Jego przebitego boku. Nie wstydzili się ciała Chrystusa, nie gorszyli się Nim, Jego krzyżem”. – „Nie wstydzili się ciała swego brata, ponieważ w każdej osobie cierpiącej dostrzegali Jezusa” – dodał. Podkreślił następnie: „Byli to dwaj ludzie mężni, pełni męstwa Ducha Świętego i złożyli Kościołowi i światu świadectwo dobroci Boga i Jego miłosierdzia”.

O Janie Pawle II Franciszek powiedział też, że był to „Papież rodziny”, nieugięty w walce o życie, o wychowanie dzieci i prawa rodzin do godnego życia: – „Kiedyś sam tak powiedział, że chciałby zostać zapamiętany jako papież rodziny. Chętnie to podkreślam w czasie, gdy przeżywamy proces synodalny o rodzinie i z rodzinami, proces, któremu na pewno on z nieba towarzyszy i go wspiera” – powiedział Ojciec Święty Franciszek.

Mszę Św. zakończyła modlitwa Maryjna Regina Coeli (Do Królowej Niebios). Po zakończeniu Mszy św. wierni ruszyli w kierunku bazyliki Świętego Piotra, by oddać hołd nowym świętym przy ich grobach.
Nasze pokolenia zostały wybrane, aby wobec nas dokonał się cud wyniesienia do godności Głowy Kościoła pierwszego Polaka i Słowianina. Osobiście miałem szczęście, jako wiceprezydent Łodzi, klęczeć przed tronem papieskim, podając Janowi Pawłowi II do błogosławieństwa sztandar prezydenta miasta w roku 2003. Do końca życia nie zapomnę krótkiego dotknięcia jego dłoni – to dla mnie jedna z najwspanialszych chwil w życiu. Zobaczyłem z bliska twarz Papieża, jego przenikliwie niebieskie oczy i uśmiech, poczułem radość w sercu nie do wysłowienia. Uderzyła mnie wtedy myśl, że to nam Pan Bóg zechciał ukazać ten niezwykły znak obecności Jana Pawła II. Teraz mamy obowiązek te wszystkie chwile zbierać z pietyzmem i utrwalać, aby stały się świadectwem Jego świętości.

Za przykładem osoby naszego Rodaka, świętość rozlewa się hojnie po świecie, również na naszych oczach. Czy za kilkadziesiąt lat świat zechce się zachwycić tym dziedzictwem i nawrócić albo chociaż zainteresować? Owoce pontyfikatu Jana Pawła II będą rodzić się przez pokolenia i wypełniać karty historii Zbawczej Chrystusa, historii Kościoła i historii Polski. My zostaliśmy wybrani, aby na naszych oczach dokonał się ten cud. Na nas przypada obowiązek bycia Jego świadkami, a przez to – świadkami Syna Bożego. Nie jest to ciężki obowiązek, zważywszy jak dorodnej próby ludzie zostali powołani na świadków, w wiekach, w których za przynależność do wiary Chrystusowej nagradzano śmiercią i przerażającym często męczeństwem. Od nas Chrystus oczekuje ledwie przyznawania się do Niego i życia, jak porządnemu człowiekowi przystoi; nadto, obrony wiary i Kościoła. Za ten mały heroizm można dzisiaj, co najwyżej, zostać bezrobotnym, albo w najgorszym razie – być wyśmianym. To bolesny bat w dzisiejszych czasach, ale przytomność nakazuje zastanowienie, jak nisko ustawił Bóg progi, które trzeba przekroczyć dla zbawienia. Mimo to i one często zdają się nie do przestąpienia. Im niższy jest ten próg, tym głośniej brzmi pytanie: czy jesteśmy jeszcze ludźmi wierzącymi, czy już tylko oportunistami?

Ojciec Święty Jan Paweł II był Papieżem na czasy lęku, zwątpienia i kryzysu wiary. Już w dniu wyboru przez konklawe zawołał z balkonu watykańskiego: „Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!” – jakby przewidując czasy, które nadchodzą. Jego pontyfikat naznaczony był Miłosierdziem Bożym, które idzie przed Bożą sprawiedliwością. Dlatego, jego „Nie lękajcie się!” brzmieć będzie aż po krańce czasów. Prawdy o Miłosierdziu Bożym, które głosił jako namiestnik Chrystusa, uprawniają nas do oczekiwania, że Święty Jan Paweł II Papież Miłosierdzia Bożego zostanie Doktorem Kościoła.

„Pan wezwał Cię, Karolu”


„Pan wezwał Cię, Karolu” to tytuł sztuki, która 10 maja rozpoczęła festyn w parafii pw. Dobrego Pasterza w Łodzi. Inscenizacja była wydarzeniem niezwykłym, bo blisko godzinne przedstawienie autorstwa Mirosława Orzechowskiego wykonano niezwykle profesjonalnie i dużą dbałością o szczegóły.

Honorowy patronat na przedstawieniem objął Ksiądz Arcybiskup Marek Jędraszewski, Metropolita Łódzki, a premiera odbyła się w okazałym przykościelnym amfiteatrze w wigilię niedzieli Dobrego Pasterza w Łodzi, patrona tutejszej parafii.

W kameralnej sztuce Mirosława Orzechowskiego wystąpili renomowani aktorzy scen łódzkich: Mirosława Marcheluk i Ryszard Mróz, a spektakl wyprodukował Jacek Gwizdał, szef firmy producenckiej „Contrastudio”. Scenografię i oprawę plastyczną przygotowali Elżbieta Żukowska-Jóźwiak i Jacek Jóźwiak. Przeniknięta wiatrem sceniczna biel otaczająca aktorów dawała wrażenie napiętego żagla. Oprawę muzyczną przygotował i wykonywał Łukasz Szafrański.

Przed rozpoczęciem festynu słowo wstępne wygłosił proboszcz parafii Dobrego Pasterza ks. Czesław Duk, który przywitał zaproszonych gości, w tym przedstawiciela Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitarnej ks. Marcina Wojtasika, dziekana dekanatu bałuckiego ks. Edwarda Półtoraka z parafii Najświętszej Marii Panny Królowej Pokoju i wicedziekana ks. Pawła Sudowskiego z parafii Zesłania Ducha Świętego. Powitał też parafian i gości z innych parafii, którzy, mimo sobotniego przedpołudnia i nisko wiszących chmur, niezwykle licznie przybyli na imprezę.

Ks. proboszcz podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do wystawienia sztuki, dodając, że wykonywali swoją pracę społecznie. Ks. Duk podkreślił, że ten wyjątkowy element festynu parafialnego jest dziękczynieniem za kanonizację Ojca Świętego Jana Pawła II. Ks. proboszcz nawiązał do słów Jana Pawła II z 1983 r., gdy mówił, że abyśmy „swoje słabości, grzechy, wady, sytuacje, nazywali po imieniu”, byśmy się z nimi zmagali, byśmy „nie pozwolili się pochłonąć fali demoralizacji, zobojętnienia, upadku ducha”. To dlatego mamy patrzeć „wciąż w oczy Dobrego Pasterza: «Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną» (Ps 32,4)”.

O dążeniu do świętości, o życiu z Bogiem i dla Boga, o Polsce, a nade wszystko o Bożym Miłosierdziu jest sztuka Mirosława Orzechowskiego. Na wewnętrznym dziedzińcu parafii, przed kilkusetosobową widownią rozegrały się sceny niezwykłego spotkania Św. Jana Pawła II ze Św. Siostrą Faustyną Kowalską. Ze względu na różnicę czasów, w których żyli Święci Miłosierdzia Bożego, przejmująca rozmowa odbywa się w …niebie, zaraz po kanonizacji Papieża Miłosierdzia Bożego.

– „Jak to dobrze, że jesteś już z nami, Janie Pawle! – powitała Św. Faustyna Świętego Papieża, który swoim pontyfikatem otworzył światu drogę do poznania objawień Jezusa zapisanych przez zakonnicę w „Dzienniczku”.

„Pan wezwał Cię, Karolu” z dużą wrażliwością ukazuje duchową drogę pontyfikatu Papieża z Polski, którego fundamentem było Miłosierdzie Boże i synowskie oddanie Matce Bożej. Autor pokazuje, jaki wpływ miało objawienia św. Faustyny na pontyfikat Jana Pawła II i dzieje Kościoła.

„Orędzie Miłosierdzia stało się ratunkiem dla udręczonych ludzi tego czasu pogardy”– stwierdza w sztuce Jan Paweł II – „Dzięki tobie, droga Siostro Faustyno rozlało się ono na cały świat. Dzisiaj oglądasz w Bogu owoce twojego posłannictwa na ziemi. Dziś doświadczasz u samego Źródła, kim jest twój Chrystus: dives in misericordia”– stwierdza Jan Paweł II.

Autor sztuki nie ucieka też od palących problemów współczesnego świata. Bohaterowie mówią więc o zagrożeniach dla człowieka: „Chrześcijanie pozwolili sobie wmówić, że wiara jest sprawą osobistą – rozważa Jan Paweł II. – Pozwolili ją wyrugować ze szkół, z pracy, z mediów, często z domu rodzinnego.

A przecież wiary nie można odstawić na bok, a żyć Chrystusem tylko w określonym czasie i miejscu. Katolik nie może mieć innej moralności w domu i poza nim”.

„Na tym polega przebiegłość złego – tłumaczy siostra Faustyna – że przoduje w taki sposób, aby nowe ideologie i zapatrywania, zwyczaje i mody były zwichrowane przeciw prawom Bożym. Zawsze poprzedza je zamęt i odwrócenie prawdziwego znaczenia słów. Człowiek ma się zgubić w zawiłościach świata, którego nie rozumie”. W tym autor upatruje też istoty świętości – to Bóg posyła świętych i błogosławionych, by „swoim bliskim powtarzali prawdy dobrze im znane, ale zapominane, aby przypominali, że misją człowieka wiary jest nieustanna ewangelizacja siebie i tych, których spotykają w życiu”.

Sztuka jest literacką interpretacją dzieł Jana Pawła II i bazuje na jego przemówieniach, homiliach, encyklikach i innych tekstach, i przez to staje się inspiracją do zapoznania się z nauczaniem Jana Pawła II i orędziem siostry Faustyny o Miłosierdziu Bożym.

Co prawda realizatorzy inscenizacji pominęli kilka ważnych i pięknych motywów obecnych w oryginalnym scenariuszu widowiska, ale wysoki poziom aktorskich ról zbliżył inscenizację do naszych wspomnień o Janie Pawle II i do wyobrażeń tych, którzy „znali” Świętego Papieża z telewizyjnych przekazów. Była mowa o objawieniach Fatimy, o kapłaństwie, grzechu i nawróceniu, nie zabrakło miejsca dla wspomnień o życiu i pracy Helenki Kowalskiej w Łodzi i wezwaniu Chrystusa do jej wyboru drogi zakonnej. Razem wspominali Łódź, a Jan Paweł II przypomniał Eucharystię na łódzkim lotnisku w 1987 roku.

Autor zasugerował, że akcent Eucharystyczny obecny na łódzkim Lublinku mógł zapoczątkować myślenie Jana Pawła II o czwartej Tajemnicy Różańca, Tajemnicy Światła, której centrum jest ustanowienie Eucharystii.

Przedstawienie zakończyło się wspólnym z widzami odmówieniem Koronki do Miłosierdzia Bożego.

Brawo, księże Kanoniku! Brawo artyści! To był czas spędzony wyjątkowo pożytecznie. Świetne kreacje Mirosławy Marcheluk i Ryszarda Mroza, osadzone w pomysłowej scenografii zajęły bez reszty uwagę licznej widowni, która reagowała na każdy akcent zaznaczony w kreacjach. Osobne gratulacje należą się Jackowi Gwizdale, którego kompetentna ręka pokierowała zdarzeniem w naprawdę spektakularnym kierunku.

– Każdy z nas może uczynić coś skromnego dla Jana Pawła II, a w istocie dla Chrystusa, któremu jesteśmy winni wdzięczność za wszystko – powiedział nam Mirosław Orzechowski. – Bóg tak chciał, żebyśmy przeżyli zdarzenia historyczne i poznali ludzi, na których Polacy czekali 1000 lat. Każdy z twórców dostał talenty darmo i serce każdego z nas wypełnia radość kiedy powstaje w nas coś, co uczestniczy w planie Bożym. A najważniejszym planem jest Jego Miłosierdzie.

Na premierze „Pan wezwał Cię, Karolu” nie skończyły się atrakcje. Po uczcie ducha przyszłą pora na coś bardziej rozrywkowego: grill, słodkości, przygotowane m.in. przez uczniów znajdującego się na terenie parafii Zespołu Szkół Zawodowych Specjalnych. Szereg atrakcji – gier i zabaw – przygotowano dla dzieci, które licznie przybyli ze swoimi rodzicami i dziadkami. Rodzinna, radosna atmosfera sprawiała, że nikt nie miał ochoty opuszczać festynu.

U grobu Wandy Malczewskiej


„Miłość Moją rozpalaj w młodzieży, którą zepsuty świat, szatan i własne namiętności, ciągną za sobą, odrywają od Kościoła Świętego i prowadzą na wieczną zgubę – mówił do Wandy Malczewskiej Pan Jezus, podkreślając też szczególną rolę wychowawców: „Wszystkim, którzy zajmują się dziećmi i młodzieżą i poprowadzą je drogą wskazaną przeze Mnie, udzielę tego ognia, aby nim rozgrzani i oświeceni, szczęśliwie przebyli pielgrzymkę doczesną i dostąpili światłości wiecznej. Widzicie Mnie jako znak, który zawsze jest gotów przyjść znów na wasz ratunek” – tak zapisała słowa Chrystusa Wanda Malczewska.


11 maja obchodziliśmy 192. rocznicę urodzin Czcigodnej Sługi Bożej Wandy Malczewskiej. Z tej racji odbyła się kolejna gremialna pielgrzymka do grobu Czcigodnej Wandy. Uroczystej liturgii przewodniczył ks. Bp Adam Lepa.

Jak każdego roku, pielgrzymka do Parzna była sposobnością do modlitwy w rozlicznych intencjach osobistych, ale głównie w intencjach Kościoła i Polski, a nade wszystko o potrzebny cud za wstawiennictwem Czcigodnej Wandy i rychłej beatyfikacji Wandy Malczewskiej, której wyniesienie na ołtarze jest tak bardzo potrzebne w dzisiejszej dobie. Orędownictwo Czcigodnej Sługi Bożej Wandy, wielkiej polskiej mistyczki, która w sposób szczególny umiłowała prosty lud i wśród niego prowadziła dzieło ewangelizacyjne i edukacyjne, z pewnością przyniesie bogate owoce wierzącym.

Licznie przybyli pielgrzymi z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Parznie, ale też jak co roku – z Bełchatowa, Łodzi i parafii archidiecezji łódzkiej, wypełnili parzneński kościół.
– Jeden jest tylko pasterz ludu Bożego – powiedział w homilii ks. Bp Adam Lepa ujmując jedność przypadającego w tym roku święta Chrystusa Dobrego Pasterza i urodzin Wandy Malczewskiej. – Inni, którzy podają się za przewodników są pasterzami fałszywymi, za którymi obyśmy nigdy nie poszli. Papież Franciszek przestrzega przed fałszywymi pasterzami, bo oni działają przeciw Chrystusowi.
Kto by pomyślał w czasach, kiedy żyła Wanda Malczewska, że w Polskę i w Europę uderzą tak oszukańcze i bluźniercze tendencje ideologiczne. One godzą w Boga, w godność człowieka i w patriotyzm. – Źle jest dzisiaj z patriotyzmem w Polsce – kontynuował ks. Bp Adam. – W telewizji emitowane są programy, w których wierność Bogu i miłość Ojczyzny są wyśmiewane, w których utożsamia się patriotyzm z szowinizmem. I te programy cieszą się widownią pięciomilionową! Naszym obowiązkiem jest w tej sprawie zabierać głos, obowiązkiem Kościoła jest wskazywać głośno drogę, którą iść do Chrystusa. Rozpoczyna się właśnie tydzień modlitw za powołania kapłańskie – liczne i dobre. Bo kapłan to dobry, przykładny pasterz. On troszczy się swoją o owczarnię.

Wanda Malczewska ukazywała nam swoim życiem przykład Jezusa jedynego pasterza. Zawsze myślała o innych, słabych, chorych i biednych. – Powiedzielibyśmy dzisiaj – wykluczonych – mówił ks. Biskup. – Świątobliwa Wanda zawsze znajdowała czas i cierpliwość, aby leczyć współczesnych sobie ludzi, pocieszać ich, dawać im wskazówki jak żyć. Ale też uczyła ich czytać i pisać, korzystając przy tym z katechizmu i modlitewnika. Ona uczyła miłości do Boga i do Ojczyzny! Uczyła patriotyzmu, w którym przetrwała wiara i tożsamość narodowa.

Na kilkanaście lat przed śmiercią Wandy, Pan Jezus ogłosił jej, że wróg najedzie odrodzoną Polskę, ale zostanie pokonany na naszej ziemi w dzień Wniebowzięcia Jego Matki. I tak się stało w wojnie 1920 roku. – Czcigodna Wanda, za swoją wierną postawę została także nagrodzona dziełami swojego wybitnego bratanka, Jacka Malczewskiego – kontynuował ks. Bp Adam Lepa. – On złożył jej uroczyste przyrzeczenie, że jego obrazy będą czyste i poświęcone Bogu i Polsce. Jacek zachęcał też innych malarzy tamtej epoki, aby również szli drogą miłości do Chrystusa i Ojczyzny. Owoce tego są nad podziw piękne i prorocze, bo za przyczyną Wandy powstały dzieła zachwycające, a zagradzające drogę wyuzdaniu i pornografii zalewającym teraz polską kulturę i polską świadomość.

Rolą Kościoła jest dzisiaj podtrzymywać ducha patriotyzmu. Jak zauważył ksiądz Biskup, wszędzie na świecie, gdzie brakuje patriotów – rosną szeregi kolaborujących ze złem, z tymi, którzy zagrażają ładowi panującemu w narodzie. – Przykład życia świątobliwej Wandy jednoznacznie wskazuje, jakich życiowych wyborów należy dokonywać – mówił Biskup Adam. – Upomniał ją Chrystus, że „Polska się ostanie – o ile sobie nie da wiary odebrać – i będzie zawsze przedmurzem Kościoła”. Dlatego obowiązkiem każdego z nas jest umacniać ducha patriotyzmu i brać udział w dziełach miłych Bogu, bo modlitwa to za mało w czasach takich, jak obecne. Trzeba być obecnym tam, gdzie rozstrzygają się sprawy Polski i zabierać głos w sprawach dotyczących życia narodu. Trzeba dawać wyraźne świadectwo!
Chrystus nie pozostawił wątpliwości, głosząc Czcigodnej Słudze Bożej: „Ojczyzna wasza będzie wolna od ucisku wrogów zewnętrznych, ale ją opanują wrogowie wewnętrzni. Przede wszystkim starać się będą wziąć w swoje ręce młodzież szkolną. Dowodzić będą, że religia w szkołach niepotrzebna, że można zastąpić ją innymi naukami (…). Krzyż i obrazy religijne z sal szkolnych będą chcieli usunąć, aby te wizerunki chrześcijańskie nie drażniły Żydów. Przez młodzież pozbawioną wiary zechcą w całym narodzie wprowadzić niedowiarstwo. Jeżeli naród uwierzy temu i pozbędzie się wiary, straci przywróconą Ojczyznę”.

Wielkim orędownikiem Wandy Malczewskiej jest Święty Jan Paweł II. – Papież wymienił imię Czcigodnej Wandy w czasie Mszy św. w Łodzi, w 1987 roku – wspomniał ks. Bp Adam Lepa. – Ostatnio ks. Abp Marek Jędraszewski, Metropolita łódzki, który jest członkiem Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej, został zapytany przez prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, ks. Kard. Angelo Amato: »jak się mają sprawy wyniesienia na ołtarze Czcigodnej Sługi Bożej Wandy Malczewskiej, bo oczekujemy na cud, który pozwoli ogłosić Czcigodną Wandę Błogosławioną«? Te słowa ks. Kardynała są pilnym zobowiązaniem do gorących modlitw nas wszystkich o cud za przyczyną Wandy Malczewskiej, aby Kościół mógł wypełnić się radością z powodu jej beatyfikacji.

Pielgrzymi odwiedzający Parzno po Mszy świętej udali się pod przewodem ks. biskupa Adama do krypty Wandy Malczewskiej, by modlić się u Jej grobu. „Tu spoczywa opiekunka ludu wiejskiego, świętością i łaskami słynąca, mistyczka i wizjonerka, chluba i nadzieja tej ziemi” – taki napis widnieje w krypcie grobowej Sługi Bożej Wandy Malczewskiej w Parznie.

Po uroczystościach był czas na smakowite, jak co roku, ciasto, które wystawia za każdym razem wspaniałą ocenę miejscowym Paniom gospodyniom. Rozmowom długo nie było końca, z każdym rokiem wśród pielgrzymów poznajemy osoby, które żarliwie pielęgnują kult do Czcigodnej Sługi Bożej. Wanda jest obecna zawsze wśród nas, stając się bohaterką naszych rozmów, przynosząc wielu ulgę poprzez spełniane intencje za Jej wstawiennictwem.

Po uroczystościach wspomnienia Czcigodnej Wandy Malczewskiej, pielgrzymi otrzymali nowy numer kwartalnika „Echo z Parzna” – magazynu parafialnego poświęconego szerzeniu kultu Wandy Malczewskiej. Piękne wydawnictwo upamiętnia w bieżącym numerze Św. Jana Pawła II – Papieża Miłosierdzia Bożego, który był orędownikiem wyniesienia na ołtarze Sługi Bożej z Parzna. To była piękna niespodzianka dla pielgrzymów, wskazująca starania parafii o beatyfikację Czcigodnej Wandy.
Wandę Malczewską w jej licznych wizerunkach odnajdujemy w Muzeum Modlitewnika, otwartym kilka lat temu w dawnej plebanii, na której mieszkała Wanda Malczewska.

Zachęcamy wszystkich do pielgrzymowania do grobu Wandy Malczewskiej w Parznie, nie tylko w maju, w rocznicę jej urodzin, i do modlitwy w intencji beatyfikacji tej niezwykłej Polki, oddanej całym życiem Bogu i ludziom i do wypraszania łask za Jej wstawiennictwem.

Co dalej z Ukrainą?


Kryzys na Ukrainie rozwija się dramatycznie. Obalenie prezydenta Wiktora Janukowycza wcale nie rozwiązała problemów u naszych wschodnich sąsiadów. Powstańcza technika wielotygodniowego palenia opon na kijowskim majdanie, szturmowanie publicznych obiektów, stopniowe przejmowanie władzy w Kijowie przez zbuntowaną ulicę, a w końcu ujawnienie rzeczywistych zamiarów „ludzi majdanu” polegających na uchwaleniu ustawowego zakazu używania języków mniejszości narodowych, szczególnie rosyjskiego w urzędach – wywołała gwałtowną reakcję obywateli Ukrainy narodowości rosyjskiej.
Pierwsze masowe ofiary na majdanie przekroczyły 100 osób. Wydawało się, że epoka „starej Ukrainy” utonie we krwi i zniknie. Tymczasem wypadki potoczyły się inaczej.


Powstał Wschód. Ukraińscy Rosjanie, zwani separatystami, a niedługo później – terrorystami, ogłosili referendum na Krymie. Wygrali i poprosili Rosję o przyjęcie na powrót w jej granice. I tak się stało. Za Krymem podniosła się cała wschodnia, „rosyjska” Ukraina, ta Ukraina której mieszkańcy w 2010 roku wybrali prezydentem Wiktora Janukowycza i dała Partii Regionów większość w parlamencie. Dlatego w miastach objętych protestem ukraińscy żołnierze, milicja i funkcjonariusze służb specjalnych masowo przechodzili na rosyjską stronę. Demonstracje nie gasły i chociaż nie przebiegały tak drastyczne jak te na majdanie, stały się obrazem wojny nowego typu – bez ognia, bez ofiar w ludziach, za to ze skutecznym zajmowaniem terytoriów, nad którymi kijowska władza zupełnie już nie panowała.

Do akcji posłano kolejne oddziały wojskowe i bezpieczeństwa. Ktoś musiał reprezentować władzę centralną w terenie, w którym gubernatorzy i administracja wojskowa wypowiadali posłuszeństwo władzy ustanowionej przez majdan. Premier Arsenij Jaceniuk podpisywał dymisje w formacjach siłowych, ale kolejni dowódcy też nie potrafili wykazać, że żołnierz ukraiński jest karnym i oddanym państwu funkcjonariuszem. Brakło poczucia ukraińskiej tożsamości i przywiązania do państwa, a może po prostu odwagi. Zapanowało poczucie bezsensu ryzyka, którego premier Jaceniuk, chętnie przemawiający w telewizji po angielsku nie potrafił w żaden sposób przełamać. Między innymi dlatego kijowska władza jest tak bardzo niepopularna.

Zwolennicy federalizacji Ukrainy przejęli władze w Ługańsku, Doniecku, Słowiańsku, Charkowie i Mariupolu. Na niedzielę 11 maja ogłosili referenda o ustanowieniu samodzielności. Wtedy rozgorzała milionowa Odessa. Miasto, podobnie jak poprzednie na wschodniej Ukrainie, ogłosiło autonomiczną Republikę Odessy. Po kilku dniach manifestacji do miasta zjechały ochotnicze oddziały „Prawego Sektora” i „Swobody” z Kijowa. Sytuacja zaogniła się jeszcze bardziej. Rozpoczęły się walki o budynki publiczne.

Przywódca samozwańczej Republiki Odessy Walerij Kaurow opisywał, co się wtedy działo: – Przyszło nagle około pięciu tysięcy mężczyzn, uzbrojonych po zęby. Mieli nie tylko koktajle Mołotowa, ale także broń palną, w tym kałasznikowy – powiedział w wywiadzie dla „Russia Today”. Atakujący banderowcy z „Prawego Sektora” i „Swobody” krzyczeli: „Rosja­nie, płońcie!”. Podpalili miasteczko namiotowe na placu Kulikowe Pole. W ruch poszły kamienie, kije bejsbolowe i koktajle Mołotowa. Policja próbowała rozdzielić walczące strony, jednak działała wyjątkowo pasywnie i niezdecydowanie.
Ludzie uciekali do centrum. Zabarykadowali się w Domu Związków Zawodowych. – Około trzystu osób weszło do budynku, by ocalić życie i przygotować się do dalszej walki – dodał Kaurow. Mieli oni nadzieję, że przeżyją te starcia. Jednak ukraińskie służby porządkowe im nie pomogły, milicja nie reagowała, kiedy budynek został zaatakowany przez napastników, którzy rzucali w niego koktajle Mołotowa, granaty. Doprowadziło to do wielkiego pożaru.

Ci, którzy schowali się w budynku, nie mieli żadnych możliwości ugaszenia pożaru. Straż pożarna przybyła na miejsce dopiero po blisko godzinie. – Banderowcy przeszkadzali strażakom. Krzyczeli do nas: „Rosjanie, płońcie!”– relacjonuje Kaurow. Kilka osób spłonęło żywcem, inni otruli się dymem. Ratując się przed ogniem ludzie skakali z okien i ginęli. Świadkowie zaręczają, że strzelano do wyskakujących z okien.

Portal http://vvv-ig.livejournal.com informuje szczegółowo o faktach, jakie miały miejsce w Odessie i publikuje zdjęcia i opisy, których nie przytoczymy ze względu na niesłychaną drastyczność. Dość powiedzieć, że pożar w Domu Związków Zawodowych na odesskim placu Kulikowo w piątkowy wieczór 2 maja, był tragicznym finałem zamieszek przypominających pod względem skali wydarzenia z majdanu w Kijowie sprzed dwóch miesięcy. Oficjalnie podano, że zabitych zostało 46 osób występujących na rzecz autonomii Republiki Odessy, ale zaginionych jest ponad 150.

Mimo radośnie obchodzonego corocznie w Rosji i na Ukrainie Dnia Zwycięstwa na Niemcami w II wojnie światowej, tego roku w Mariupolu trwały uliczne walki. Do miasta wjechały ukraińskie czołgi i transportery opancerzone. Według szefa ukraińskiego MSW, „20 terrorystów zostało zabitych”. Za danych szpitali Mariupola wynika, że zginęło siedem osób, rannych zostało 39. Nie wiadomo jednak, po której stronie walczyły te osoby.

Liczby ofiar podawane są coraz bardziej chłodno. Śmierć zdaje się budzić już coraz mniej emocji. Górę bierze polityka. Im dłużej trwa wewnętrzny konflikt na Ukrainie, tym bardziej ujawnia się słabość ukraińskiego państwa. Wydaje się że nikt tam nie zastanawia się nad tym, że kiedyś huk wystrzałów zamilknie, a wtedy ci, którzy pozostaną przy życiu zapytają o winnych paraliżu państwa i użycia broni przeciw własnym obywatelom – znamy to chociażby z polskiej historii. Jedno wiadomo już teraz: ci którzy podjudzali Ukraińców do zbrojnych wystąpień przeciwko sobie zamilkną wcześniej niż odgłos eksplozji koktajli Mołotowa. Właściwie milkną już teraz. Póki co, jeszcze płoną na ulicach opony, jeszcze niektórzy politycy dostatniej Europy wygrażają pięściami Rosjanom. Ale co będzie jeśli i oni zamilkną? Kto weźmie odpowiedzialność za krew przelaną na ulicach ukraińskich miast? A Przecież na Ukrainie jest możliwy spokój, bo już był. I na Ukrainie będzie spokój, kiedy przywrócony zostanie geopolityczny ład. Będzie przykro, kiedy dokona się on bez udziału Polski. Baczmy, aby Polska nie była nazywana winowajcą, kiedy inni podadzą sobie ręce do zgody i robienia wspólnych interesów. Ktoś przecież wreszcie zdobędzie na Ukrainie przewagę i osiągnie swoje cele. Czy Polska będzie miała wtedy jeszcze coś do stracenia, czy już dzisiaj utracimy szanse na zgodę i współpracę z sąsiadami?

A jeśli sprawy nie pójdą po myśli nieodpowiedzialnych polskich polityków, którzy dzisiaj wrogość stawiają wyżej niż przyjaźń i współpracę, to czy będą oni gotowi przyjąć odpowiedzialność za sytuację w jakiej znajdą się nasi Rodacy mieszkający za naszą wschodnią granicą? W tych dniach obchodzimy jedną ze strasznych rocznic o których wydaje się, że mało już który z polityków w Polsce pamięta. Oto 70 lat temu, w nocy z 9 na 10 maja 1944 roku, we wsi Derżów w przedwojennym powiecie żydaczowskim, zbrodniarze z banderowskich oddziałów UPA dokonali bestialskiej rzezi na ponad 100 Polakach, wśród których były siostry zakonne Kościoła katolickiego, a znaczną liczbę stanowiły polskie dzieci.

Ukraińcy mają do zdania jeszcze kilka egzaminów z historii i z planów na przyszłość. Będą to trudne egzaminy, których wszyscy zdać nie mogą. Jest bardzo prawdopodobne, że pierwszymi ofiarami demokracji padną rządy ustanowione na Majdanie. Zawiedzione nadzieje i drastyczny konflikt z Rosją są ich najbardziej znaczącym dorobkiem. Rozpadające się państwo, pusta i zadłużona kasa państwowa, niedowład administracji, zrujnowana gospodarka i rażące konflikty społeczne – to mieszanka wybuchowa, skłaniająca do szukania winnych. Teraz Ukrainę czeka zwątpienie, odrzucenie autorytetów i poszukiwanie radykalnych rozwiązań kryzysu. Polska musi w tej sytuacji zachować powściągliwość, nie judzić i nie stwarzać iluzji, bo mam wrażenie, że historia biegnie na Ukrainie szybko.

Starajmy się być dla naszych wschodnich sąsiadów dowodem na to, że zgoda buduje, a niezgoda – rujnuje. Wypadki toczą się tam własną dynamiką, nie pchajmy więc polskich rąk w nieuchronne tryby. W chwili, kiedy oddawaliśmy do druku bieżący numer „Aspektu Polskiego” ogłoszono wyniki referendów w obwodach w donieckim i ługańskim. Zgodnie z przewidywaniami, wyniki były podobne, jak na Krymie. W obwodzie donieckim 89,07 proc. głosujących opowiedziało się za niepodległością regionu, a 10,19 proc. było przeciwnych; frekwencja wyniosła tam 74,87 proc. W obwodzie ługańskim za secesją od Ukrainy opowiedziało się 96,2 proc. głosujących, przy frekwencji 82 proc. Organizatorzy referendum zapowiedzieli wystąpienie do ONZ o uznanie za ważne wyników głosowania, gdyż odbyły się one z przywołaniem praw narodów do samostanowienia i w oparciu o Deklarację Woodrowa Wilsona.
Te fakty otwierają przed Ukrainą nowe problemy. Zbliża się data wyborów prezydenckich. Już wiadomo, że ich legalność będzie podważana, choćby z powodu niemożności przeprowadzenia głosowania w obszarach objętych referendami niepodległościowymi. Nikt dzisiaj nie jest w stanie powiedzieć, co będzie dalej na Ukrainie. Ale Polacy mają prawo żądać od rodzimych polityków, aby stawiali interesy polskie ponad międzynarodowe. Przypominamy, że Ukraina leży bliżej niż Afganistan, bliżej nawet niż Irak.

Katecheza wczoraj i dziś – Dlaczego nowa ewangelizacja?


Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie wiąże się z Nadzwyczajnym Synodem Biskupów, który odbył się w 1991 roku. Kościół w krajach Wschodu, aż do upadku komunizmu musiał walczyć z oficjalnym ateizmem, zajmował pozycje obronne, w niektórych krajach przez 72 lata od I wojny światowej i 45 lat od II wojny światowej. Wytworzyła się w życiu wielu społeczeństw i w osobistym życiu wielu ludzi duchowa pustka będąca owocem formacji marksistowsko-ateistycznej.


W Europie Zachodniej, duchową pustkę spowodował rozszerzający się sekularyzm, zeświecczenie, kapitalistyczny konsumizm oraz liberalizm i relatywizm moralny. Spowodowało to ogołocenie serc ludzkich z podstawowych wartości etycznych i religijnych co znalazło miedzy innymi ilustrację w bezrozumnej zasadzie, że trzeba się zgodzić na zło, skoro ono przestaje być złem, ponieważ wszyscy tak żyją.

Mentalność laicka przenikała przez wiele lat wszelkie przejawy życia osobistego i społecznego. Ludzie zeświecczeni uważają za swój zasadniczy cel życia sukces zawodowy i ekonomiczny, dobrobyt, szybkie zaspokojenie przyjemności przy równoczesnym całkowitym zlekceważeniu wartości duchowych i religijnych. Wielu, którzy nazywają się „wierzącymi”, nie uświadamiają sobie sprzeczności, jaka zachodzi w ich życiu pomiędzy stylem życia i postępowania a Ewangelią i przykazaniami Bożymi.
Widzimy doskonale, że te problemy nie są obce naszemu społeczeństwu, które uchodzi za ludzi wierzących, a jednocześnie żyje, jak mawiał św. Jan Paweł II „tak, jakby Boga nie było”.

Wszystkie te problemy były obecne na Nadzwyczajnym Synodzie Biskupów i stały się przedmiotem głębokiej i wnikliwej analizy i refleksji. I chociaż biskupi stwierdzali, że sytuacja w różnych regionach świata jest nieco inna, nie mniej jednogłośnie stwierdzali, że szczególnie w młodych pokoleniach wiara chrześcijańska jest prawie nieznana, co zmusza Kościół do podjęcia ewangelizacji prawie od nowa.

Ale nawet tam, gdzie obecność wiary chrześcijańskiej jest jeszcze silna, np. w Polsce, tylko mniejszość bierze pełny udział w życiu Kościoła i coraz bardziej dotyka ją również rozbieżność pomiędzy deklarowaną wiarą a życiem z wiary w wymiarze osobistym, społecznym i kulturowym. Prowadzi to coraz bardziej do niepokojącego kryzysu duchowego, religijnego i moralnego.

Wnikliwa obserwacja współczesnego świata oraz refleksje biskupów podczas Nadzwyczajnego Synodu stały się dla Papieża Pawła VI wyzwaniem do przekazania Adhortacji Apostolskiej „O Ewangelizacji w Świecie Współczesnym” (Ewangelii Nutiandi).

We wstępie Ojciec Święty Paweł VI napisał: „Głoszenie Ewangelii ludziom naszych czasów, pełnym nadziei, ale również często nękanym lękiem i trwogą, należy uważać bez wątpienia za służbę świadczoną nie tylko społeczności chrześcijan, ale także całej ludzkości”.

Przekonanie o konieczności nowej ewangelizacji Paweł VI wyraził w następujących słowach: „…głoszenie ewangelicznego orędzia nie jest czymś takim, co kościół mógłby dowolnie albo wykonywać albo nie wykonywać, ale jest zadaniem i obowiązkiem nałożonym mu przez Pana Jezusa, ażeby ludzie mogli wierzyć i dostąpić zbawienia. Głoszenie Ewangelii jest zgoła konieczne, jest jedyne w swoim rodzaju i nic go nie może zastąpić”.

Wśród wielu powodów, że Kościół powinien podjąć nową ewangelizację Papież wymienia zwiększającą się ilość niewierzących w dzisiejszym świecie, a jednocześnie: „gwałtowne i tragiczne wołanie o ewangelizację”.

Drugim przynaglającym powodem ewangelizacji jest ogromna rzesza ludzi nie praktykujących religii. Wielka liczba ochrzczonych, którzy nie wyrzekli się swego chrztu, ale pozostają jakby na jego marginesie i nie żyją według niego.

Zwracając się przede wszystkim do biskupów, kapłanów, misjonarzy i katechetów Papież Paweł VI we wspomnianej Adhortacji napisał: „Zachowajmy więc gorliwość ducha, pielęgnujmy słodką i pełną pociechy radość z ewangelizowania, nawet wtedy kiedy trzeba zasiewać, płacząc”.

Festyn ku czci św. Faustyny


26 kwietnia br. w Parku Wenecja, dziś Parku im. Słowackiego w Łodzi odbył się doroczny Festyn Miłosierdzia „Szlakiem Faustyny”. Tegoroczne hasło imprezy brzmiało: „Święta Faustyna, Jan Paweł II –Apostołowie Miłosierdzia”. W przeddzień kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II łodzianie rozważali historię życia i powołania Helenki Kowalskiej.


90 lat temu właśnie w naszym mieście rozpoczęło się apostołowanie młodej Heleny Kowalskiej. Podczas zabawy tanecznej w parku Wenecja (dziś park im. Słowackiego) ukazał się jej się Pan Jezus, nakazując wyjazd do Warszawy i wstąpienie do klasztoru.
Doroczny festyn ma przypomnieć tamte wydarzenia. Całość została podzielona na trzy części. W części muzycznej, w Parku Słowackiego w Łodzi wystąpił m.in. zespół muzyczny „DUVAL” i Akademicki Zespół Pieśni i Tańca Uniwersytetu Łódzkiego „Kujon”. Po występach artystycznych uczestnicy festynu przeszli ulicami miasta Łodzi do Archikatedry Łódzkiej (ok. godz. 15), po drodze zatrzymując się w kilku miejscach: przed ulicą Wólczańską, gdzie odbyła się modlitwa w intencji mieszkańców i władze miasta, przed ulicą Sieradzką – tu modlono się za dzieci i młodzież, przy ul. Czerwonej odmawiano modlitwę za bezrobotnych, ludzi pracy i pracodawców, a przed katedrą – za chorych duchowo i fizycznie Przed katedrą przy pomniku Jana Pawła II przed archikatedrą nasze miasto zostało zawierzone Bożemu Miłosierdziu.

Na sam koniec uroczystości uczestnicy festynu otrzymali chlebki miłosierdzia. Niestety, wyjątkowo nie dopisała pogoda, co znacznie utrudniało radosne przeżywanie tej wyjątkowego wydarzenia.

„Poprzez przemarsz drogą, którą szła św. Faustyna z parku Słowackiego, ulicą Pabianicką, Piotrkowską, aż do dzisiejszej Archikatedry – mówił ks. Wiesław Potakowski, proboszcz parafii św. Faustyny – pragniemy upamiętnić szczególną chwilę jej życia, a także uzmysłowić mieszkańcom, że i oni mogą chodzić drogą Świętej. Tę drogę przebył przed 27 laty Honorowy Obywatel Miasta Łodzi, dziś już Święty Jan Paweł II. Łódź jest szczególnym miastem na mapie Miłosierdzia Bożego: tutaj bowiem żyła, pracowała i dorastała św. Faustyna, jeszcze wtedy Helenka Kowalska, która dziś została wyróżniona nie tylko przez władzę miasta, ale także Papieża Jana Pawła II. Święta Faustyna jest dziś dla nas Nauczycielką Wiary w Jezusa Chrystusa, tak jak Papież Polak, który ustanowił święto Miłosierdzia Bożego” – mówi ks. Wiesław Potakowski.

Pieniądze i zabytki


Prasowe nagłośnienie aresztowania dwóch osób związanych ze spółdzielczą kasą oszczędnościowo-kredytową SKOK w Wołominie budzą wiele refleksji. Z jednej strony dowiadujemy się o śledztwie w sprawie udzielania wielomilionowych kredytów z zastawem nieruchomości nieprzedstawiających adekwatnej wartości. Z drugiej strony wyłania się problem niszczejących zabytków i tajemnic ukrytych w notarialnych zapisach ksiąg wieczystych.

Kto dociekliwy, może zgłębi losy sprawy wołomińskiego SKOK-u, drugiego co do wielkości spośród 44 spółdzielczych „kas” działających w Polsce; największy jest SKOK Stefczyka. Kto dociekliwy, może znajdzie odpowiedź na pytanie, dlaczego w zeszłym roku urzędnicy Ministra Finansów złożyli do warszawskiej prokuratury wniosek o zbadanie nieprawidłowości – wyłudzenia kredytów w SKOK-u w Wołominie. Urzędnicy ministerstwa, którzy byli pobłażliwi wobec Amber Gold i wielu bankowych transformacji w Polsce, tym razem okazali zadziwiającą troskę o klienta.

Instytucja finansowa SKOK, stanowiąca część światowego ruchu związków kredytowych, nie cieszy się zaufaniem polskich władz. Brak zaufania władze okazują poprzez objęcie SKOK-ów „opieką” – od października 2012 roku – nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego, a od stycznia zeszłego roku – Bankowym Funduszem Gwarancyjnym. Ten wymuszony system kontroli nastąpił mimo świetnych wyników finansowych SKOK-ów i zadowolenia klientów – o czym świadczy rosnąca sieć oddziałów. Kondycję SKOK-ów w Polsce obrazowo ocenił w zeszłym roku Grzegorz Biernacki – przewodniczący Światowej Rady Związków Kredytowych i przewodniczący Rady Nadzorczej Krajowej SKOK mówiąc: „Przez 20 lat nikt nie stracił w SKOK złotówki”.

Na liście nieruchomości, które stanowiły zastaw kredytów udzielonych przez SKOK w Wołominie znalazły się dwa znaczące obiekty na Opolszczyźnie – zamek w Głogówku i Dom Wczasowy „Polonia” w Głuchołazach. Oba te obiekty są klasycznym przykładem sytuacji pomników kultury materialnej w Polsce – ofiar chronicznego braku pieniędzy. Państwo polskie nie wypracowało skutecznego modelu ochrony zabytków. Zdało się na „pomysłowość” lokalnych władz i inicjatywę różnej maści hochsztaplerów i fantastów. W wielu wypadkach urzędnicy ratując gminne budżety sprzedawali nieruchomości nie zachowując przezorności i dbałości o zachowanie dla potomnych walorów użytkowych, architektonicznych i historycznych obiektów zlokalizowanych na podległym im terenie.

Wybudowany w XIX wieku Zakład Kąpielowy w uzdrowisku Głuchołazy, po wojnie funkcjonował pod nazwą Dom Wczasowy „Polonia”. Obiekt ten podlegał Zarządowi Funduszy Wczasów Pracowniczych w Lądku Zdroju. Dziesiątki lat kurowali się tu chorzy na cukrzycę, ze schorzeniami układu oddechowego, osoby niepełnosprawne. Po likwidacji FWP, budynek został sprzedany nabywcy, który obiecywał przywrócić go do świetności. Niestety, skończyło się jak zwykle fiaskiem – przy ul. Jana Pawła II nie tętni już gwar kuracjuszy, zniknęła dawna perła uzdrowiska. Na ulicy, której patronuje nasz święty Papież, straszy dzisiaj ruina z powybijanymi oknami.

Opolszczyzna to szczególny region, gdzie większość niszczejących zabytków związanych jest z niemiecką kulturą i rodami niemieckich właścicieli. Wśród nich są nieliczne zabytki z polską historią, których należałoby strzec jak oka w głowie. Takim zabytkiem jest zamek w Głogówku koło Prudnika, kojarzony z „Potopem” Henryka Sienkiewicza i królem Janem Kazimierzem, który tu znalazł schronienie. Takim zabytkiem jest zamek w Kamieniu Śląskim związany z rodem Odrowążów, który wydał świątobliwych pasterzy Kościoła – biskupa Iwo, biskupa Jana Prandota oraz świętego Jacka, błogosławionego Czesława i błogosławioną Bronisławę. Zamek w Kamieniu Śląskim to rzadki w Polsce wyjątek zabytku, do którego uśmiechnęło się szczęście. W jego odbudowę zaangażował się Kościół w Polsce i hojni sponsorzy z Niemiec. Podobnie działo się przy renowacji ośrodka Caritas w Głuchołazach. Dzięki donatorom pozapaństwowym, oba te obiekty stały się prawdziwymi perłami Śląska – jego wizytówką powielaną w bedekerach. Szkoda, że taki los nie spotkał zamku w Głogówku.
W średniowieczu, w XIII wieku, książęta opolscy wybudowali w tym miejscu swoją siedzibę. Pozostawała ona we władaniu opolskiej linii Piastów aż do śmierci jej ostatniego przedstawiciela – księcia Jana II Dobrego. Od 1532 roku zamek stał się własnością niemieckich rodów – przez krótki czas należał do rodziny Seidlitz, a potem przez 400 lat pozostawał własnością rodu Oppersdorffów. Ostatni przedstawiciel Oppersdorffów opuścił zamek z chwilą zakończenia II wojny światowej. Ta potężna 200-komnatowa rezydencja o charakterze obronnym zajmuje razem z parkiem 20-hektarowy obszar. To tutaj w czasie potopu szwedzkiego schronił się król Jan Kazimierz Waza ze swoją żoną Ludwiką Marią i liczącym 1800 osób dworem. Z tego miejsca przez dwa miesiące 1655 roku rządził Rzeczpospolitą, którą pół roku później oddał pod opiekę Matce Bożej w katedrze lwowskiej. Gdyby mury mogły mówić, opowiedziałyby o ludziach, którzy tutaj gościli. Przebywał tu Jakub Sobieski, Jan Andrzej Morsztyn, Stefan Czarniecki. W czasie wojen napoleońskich w murach tego zamku schronił się Ludwig van Beethoven.

Czasy powojenne to próba zagospodarowania zabytku. W 1975 roku powstało tu regionalne muzeum, które stopniowo powiększało swoje zasoby. Jednak ostatnie lata to pasmo klęsk. W 2005 roku zamek wykupił za niewielką kwotę prywatny przedsiębiorca. Ambitne plany stworzenia w zamku centrum hotelowo-konferencyjnego pozostały tylko na papierze. Po pięciu latach procesów sądowych, zabytek w Głogówku powrócił do rąk włodarzy gminy, tylko że w stanie pogłębionej ruiny. W tym roku Minister Kultury ulitował się i na ratowanie zamku wyasygnował pół miliona złotych – akurat na zabezpieczenie przed katastrofą budowlaną.

Niszczeją w Polsce dobra narodowe, wytwory pracy wielu pokoleń. Niszczeją fabryki, pałace i dworki, budynki dworcowe i szkolne. Za to rosną obiekty będące synonimem nowoczesności – centra konferencyjno-kongresowe, biurowce, galerie handlowe, ośrodki odnowy i spa. O zachowanie dziedzictwa narodowego nikt nie dba. Pojedynczy człowiek, czy nawet grupa ludzi, nie zastąpi systemowych działań. Państwo polskie wyrzekło się działań służących zachowaniu dóbr polskiej kultury. Rządzący znajdują pieniądze na realizację dyrektyw unijnych – przystosowywanie gospodarki do pakietu klimatycznego, inwestycji ekologicznych, a nawet inwestycji „ideologicznych”, dotując równościowe i genderystyczne projekty. Zachowanie ciągłości kultury narodowej przejawiające się w dbałości o dobra materialne przekazane nam przez przodków to obszar lekceważony przez władze. Niestety, „obszar ten” pochłania sporo pieniędzy.

Ponieważ w najbliższym czasie nie zanosi się na zmiany, będziemy świadkami dalszej dewastacji – zawalania się kolejnego muru, kolejnej wieży. Wymówka ekonomiczna, że brak pieniędzy, niestety nie przekonuje. Można dojść do przekonania, że chodzi tu raczej o ideę, o realizację przewrotnego celu – by Polacy zapomnieli, co ich wyróżnia pośród innych nacji. By zapomnieli o swojej pięknej historii, o swoich odważnych bohaterach i świętych. Aby duch mógł się objawić w całej swojej krasie, potrzebuje materii. Aby dziecku mówić o Kościele, trzeba wejść z nim do kościoła. Aby dziecku pokazać polski dwór, trzeba żeby przekroczył jego próg – poczuł jego aurę i zapach. Przed wojną było w Polsce 16 tysięcy dworków; zachowało się kilkaset. Ratujmy przynajmniej dokumentację o nich.

Wielki Polak i kapłan


21 kwietnia 2014 r. wspominaliśmy w sposób szczególny ks. Bolesława Domańskiego w 75. rocznicę Jego przejścia do wieczności. Pamiętajmy w naszych modlitwach o wielkim Polaku.


Ks. Bolesław Domański był prezesem Związku Polaków w Niemczech w latach 30. XX wieku, przywódcy duchowym i politycznym polskiej mniejszości narodowej w Republice Weimarskiej i III Rzeszy, niezłomnym kapłanie i proboszczu w Zakrzewie (Wielkopolska).
Pamiętajmy o patronie polskiej spółdzielczości tamtego okresu (Związek Spółdzielni Polskich w Niemczech) i organizatorze Kongresu Berlińskiego z 6 marca 1938 r., podczas którego ogłoszono Prawdy Polaków spod Znaku Rodła.

Pamiętajmy o niedoścignionym wzorze patriotyzmu Polaka, który kochał Boga i Ojczyznę. Pamiętajmy o Pasterzu ludu polskiego w Niemczech dla którego polskość była istotą duszy Polaka.

Ks. Bolesław Domański jest i będzie w naszych sercach i wdzięcznej pamięci. Niechaj towarzyszą nam słowa tego wielkiego Polonusa: „Drogą krzyżową jest życie nasze, zasłane krzyżami niepowodzeń, utarczek, rozczarowań, przeszkód. Bądźmy dzielni, krzyże te dzielnie dźwigajmy, nieustraszeni idziemy dalej”.

Rozsądek


Ktoś, kto postępuje w życiu odpowiedzialnie, służy drugiemu człowiekowi, dochowuje wierności ideałom i zadeklarowanym przyrzeczeniom, postępuje godnie, niewątpliwie w efekcie działa rozsądnie. O wymienionych wyżej cnotach moralnych pisałem już wcześniej i nakłaniałem do ich rozważenia i stosowania. Teraz zatrzymuję się trochę na ważnej cesze osobowości – na rozsądku. Czymże on jest?


Rozsądek umiejętność trafnej oceny sytuacji i podejmowania odpowiednich (adekwatnych) do tej oceny decyzji. Człowiek rozsądny nie poddaje się emocjom tam, gdzie trzeba posłużyć się rozumem i rzeczowo ważyć sprawę. Rozważa za i przeciw, i dopiero wówczas decyduje zgodnie z logiką i sumieniem. O takim człowieku mówimy często, że „kierował się rozsądkiem”, on sam przemawia nieraz komuś do rozsądku (rozumu). No właśnie – rozum. Mamy go, czy nie? Należymy do tych istot żyjących, które – na szczęście – obdarzone są tą niezwykłą cechą i niewyobrażalnym darem Nieba.

Rozum to właściwa człowiekowi zdolność pojmowania, ale też rozumowania (wnioskowania), wydawania sądów, umożliwiająca mu poznawanie rzeczywistości (otaczającego go bytu).

Choć każdemu człowiekowi dany jest biologicznie organ (mózg) umożliwiający funkcjonowanie rozumu, to musi on być odpowiednio intelektualnie pielęgnowany. Oczywiście wykształcenie, poznanie praw logiki (prawidłowego rozumowania) ułatwia podejmowanie rozsądnych decyzji w życiu, ale bystra obserwacja oraz doświadczenie życiowe też dają możliwość niepopełniania błędów. O takim człowieku mówimy, że ma praktyczny, prosty, trzeźwy, zdrowy rozum lub zupełnie dosadnie, że ma tzw. chłopski rozum. Niestety, wystarczy się dobrze obejrzeć, by zauważyć, że napotyka się osoby (chciałoby się powiedzieć osobniki), które dostały „małpiego” rozumu. Dlatego Kościół, widząc to i ubolewając nad niedoskonałością ludzkiej kondycji, prosi, by modlić się o Dary Ducha Świętego, wśród których rozum wymieniany na drugim miejscu (po mądrości).

Cennym aspektem rozumu jest roztropność, czyli rozwaga w myśleniu, mówieniu i działaniu. Ktoś, mający tę cechę, nie działa pochopnie, po zastanowieniu podejmuje decyzje oraz umie trafnie ocenić sytuację.

Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) w obszernym par. 1806 analizuje tę ludzką właściwość i ją tak określa: „Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. „Człowiek rozumny na kroki swe zważa” (Prz. 14, 15). Roztropność kieruje bezpośrednio sądem sumienia. Człowiek roztropny decyduje o swoim postępowaniu i porządkuje je, kierując się tym sądem. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne do poszczególnych przypadków i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie do dobra, które należy czynić, i zła, którego należy unikać”.

Koniecznie trzeba zatrzymać się nad tym dość długim sformułowaniem, bardzo uważnie parę razy go przeczytać i porządnie się zastanowić, aby odnieść to wszystko do dnia dzisiejszego i obecnej naszej sytuacji. Przed nami ciąg wyborów, powinność podejmowania właściwych decyzji mających ogromny wpływ na życie nasze i naszych bliskich. Media nie próżnują. Pieniądz robi swoje. Wmawiają nam ułudę czekającego nas szczęścia, mającego być zrealizowanym przez ugrupowania, których działalność już dostatecznie dotkliwie odczuliśmy. Na czas naszych decyzji stają się nagle mili, sympatyczni, niemal gotowi do usług. Czy mamy zupełnie zapomnieć miliony podpisów ignorowanych przez ludzi władzy?

Ileż to farby drukarskiej poszło na wydrukowanie hymnów pochwalnych dotyczących współżycia wielu kultur. Jest to rzeczywiście możliwe i indywidualnie realizowane, ale w skali społeczeństw mamy, jak do tej pory, i przed nami się dziejące, bardzo przykre skutki. Do współżycia trzeba się długie lata przygotowywać przez edukację, religię i rzetelną ekonomię. Jeśli tego nie ma, to są czystki, rzezie i wojny. Od nas zależy wybór naprawdę szlachetnych osób, a nie pretorianów wątpliwej wartości przywódców, często nieczułych na biedę i znajdujących się w trudnej sytuacji schorowanych lub dotkniętych nieszczęśliwym losem ludzi. Tymczasem w kolorowych czasopismach lub nawet codziennych gazetach można czytać całostronicowe artykuły o już nawet miliardowych fortunach, bijących przepychem rezydencjach, wielorakich rozwodach i mnogich tak zwanych partnerkach. A gdzież jest tu solidarność społeczna i minimalna sprawiedliwość. Niestety w dużej mierze sami jesteśmy temu winni właśnie przez złe wybory lub niezrozumiałą obojętność.

Z własnego doświadczenia wiemy, że gdy zabraknie nam nawet parę groszy, to nie kupimy biletu i musimy pójść pieszo lub zrezygnować z podróży, a tymczasem mnogie rzesze uwierzyły, że może istnieć organizacja, która da im fortunę za nic. Naiwność jest przeciwieństwem rozsądku i rozumu. Czasem, czasami rzeczywiście coś dadzą. Ale za jaką cenę? Prawdziwa pomoc nie szuka poklasku, nie potrzebuje rozgłosu ani reklamy i nie jest zniewalająca. Jest dyskretna i bezinteresowna tak jak pomoc prawdziwie miłującego człowieka i miłosiernego Boga. Jesteśmy już praktycznie bez własności, bezwolni, często bez pracy i środków do życia. Czy nie lepiej zdać się na własne siły, rozum i rozsądek i zlecić budowę przyszłości szlachetnym jednostkom?

Wieczór z Bi-Ba-Bo


W łódzkim Domu Literatury przy ul. Roosevelta zaprezentował się w ostatnich dniach kwietnia Kabaret Bi-Ba-Bo. Nowa premiera tego wielce sympatycznego zespołu zatytułowana została „Jeszcze w zielone gramy”.


Bi-Ba-Bo nawiązuje swą działalnością do okresu międzywojennego, kiedy kabaret pod tą właśnie nazwą współtworzył Julian Tuwim. W latach siedemdziesiątych, zainspirowany tradycją Wiesław Szczepkowski powołał do życia grupę kabaretową złożoną tym razem z osób w wieku dojrzałym, czyli seniorów. Ponieważ ta formuła sprawdziła się w praktyce, jest zachowana do dziś.

Bi-Ba-Bo, działając pod patronatem Śródmiejskiego Forum Kultury, a obecnie Domu Literatury, przygotowuje co najmniej jedną premierę rocznie. Występuje nie tylko we własnej siedzibie, lecz także w Muzeum Miasta Łodzi, w domach kultury, a nawet szpitalach. Przywozi nagrody z konkursów wojewódzkich, a także turnieju ogólnopolskiego w Bydgoszczy. Członkowie kabaretu mówią, że gdyby znalazł się sponsor, działalność mogłaby być jeszcze bardziej intensywna. Ale i tak dobrze, że patron zapewnia salę do prób, a na wyjazdy konkursowe – środek lokomocji oraz posiłki. Bi-Ba-Bo jest kabaretem muzycznym, co oznacza, że programy mają kształt inscenizowanych koncertów, w których liczy się odpowiednie połączenie piosenek w logiczną całość oraz ich aktorska interpretacja, wspomagana przez sceniczne kostiumy, elementy scenografii, rekwizyty, światło. Słowo mówione pojawia się sporadycznie, aczkolwiek, jak usłyszałem, to może się wkrótce zmienić.

Do ubiegłego roku spektakle reżyserował Tadeusz Pliszkiewicz. On też wybrał piosenki do najnowszej premiery, będącej przekrojem wcześniejszych programów. Po jego śmierci pałeczkę przejął w lutym tego roku Adam Mortas. Trochę zmienił dobór utworów, z kilku zrezygnował, kilka dodał, wprowadził własny scenariusz, a reżyserując całość zadbał, rzecz jasna, o odpowiednią dawkę humoru.

Godzinny spektakl „Jeszcze w zielone gramy” został, jak wszystkie wcześniejsze, znakomicie przygotowany od strony muzycznej. Zasługa to pianisty Mariusza Ambroszczyka, który zarazem w błyskotliwy sposób akompaniował solistom, a niekiedy ansamblom (grał notabene bez nut na pulpicie). Zabrzmiały piosenki Wasowskiego („Zosia i ułani”, „Odrobina mężczyzny na co dzień”, „Addio pomidory”, „Kaziu, zakochaj się”, „Tanie dranie”), ponadto m.in. „Kasztany” Korepty, „Jesienny pan” Orłowa, „Zamiast” Korcza, „Milord” Monnot z repertuaru Edith Piaf, a na zakończenie tytułowa kompozycja Matuszkiewicza. Odtwórcy – kiedyś wykonujący rozmaite zawody, dziś połączeni wspólną pasją artystyczną – bardzo dobrze poradzili sobie z zadaniami wokalno-aktorskimi. Warto wymienić ich nazwiska: Henryka Ambroszczyk, Jadwiga Czaban, Bożena Leman-Zaremba, Zofia Przybylińska, Małgorzata Seide, Zygmunt Kozłowski, Czesław Kurkowski, Zbigniew Kwaśniewski, Bogdan Maciaszek. Brawa dla całego zespołu!

Przechodniu, powiedz Polsce…


W maju br. mija 70. rocznica zdobycia Monte Cassino przez żołnierzy z II Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa. To jedno z największych i najważniejszych zwycięstw polskich żołnierzy, walczących na wszystkich chyba frontach II wojny światowej.


„Tułacza armia”

II Korpus Polski był częścią Armii Polskiej na Wschodzie, tworzonej na mocy porozumienia Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 r. Mimo że wielu porozumienie z okupantem wschodniej części Polski krytykowało, umożliwiło ono uratowanie życia dziesiątek tysięcy Polaków. Armia była bowiem złożona niemal w całości z jeńców wojennych, zesłańców i więźniów łagrów. Także jej dowódca gen. Anders spędził w sowieckim więzieniu 2 lata. Do polskiej armii ściągały tysiące Polaków, mimo że Sowieci starali się ograniczać liczbę tych, którym zezwalano na służbę w polskim wojsku. Za kandydatami na żołnierzy szli cywile, w tym kobiety i dzieci.

Szybko okazało się, że sytuacja wojska, które miało walczyć z Niemcami jest dramatyczna. Mimo obietnic Rosjanie dostarczali głodowe racje żywnościowe, niemal całkowicie brakowało sprzętu. W marcu 1942 r. zapadła decyzja o ewakuacji wojska polskiego na teren Iranu, co na bardzo chętnie przystał Stalin. ZSRR opuściło wówczas 70 tys. żołnierzy i ok. 45 tys. cywilów.

W lipcu 1943 r., już po zerwaniu stosunków z ZSRR i odkryciu zbrodni katyńskiej, podjęto decyzję o powołaniu II Korpusu Polskiego jako Armii Polskiej na Wschodzie pod dowództwem gen. Andersa i skierowaniu go do walk przy boku 9 Armii Brytyjskiej gen. Holmes’a. Rozpoczynał się dramatyczny szlak bojowy.


Od Monte Cassino do Bolonii

Wzgórze Monte Cassino, z benedyktyńskim klasztorem na szczycie, było ważnym elementem tzw. Linii Gustawa, na której z dużymi sukcesami bronili się w 1944 r. Niemcy. Dość powiedzieć, że wojska aliantów przypuszczały trzy szturmy na Monte Cassino, wszystkie bez powodzenia. Od 11 do 29 maja toczyła się czwarta bitwa, w której uczestniczył II Korpus Polski. Przez natarciem gen. Anders wydał do żołnierzy rozkaz przedbitewny: „Zadanie, które nam przypadło – czytamy – zasławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. Niech LEW mieszka w Waszych sercach! Żołnierze! – za bandycką napaść Niemców na POLSKĘ, za rozbiór POLSKI wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony Polaków, jako niewolników wywiezionych do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę. Z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych: BÓG! HONOR i OJCZYZNA! Dziś nadeszła dla nas godzina krwawego odwetu. Tej godziny długo czekaliśmy, oczekuje jej umęczony KRAJ NASZ i Polacy rozsiani po całym świecie”.

Decydujący atak miał miejsce w nocy z 17 na 18 maja 1944 r. Nad ranem żołnierze 12 Pułku Ułanów Podolskich i 5 Batalion Strzelców Karpackich opanowali klasztor i zatknęli w ruinach biało-czerwoną flagę. Do 29 maja Polacy zdobyli okoliczne Piedimonte i Monte Cairo, otwierając w ten sposób drogę na Rzym. Sukces okupiony był jednak wysoką ceną. W walkach i z ran poległo blisko tysiąc żołnierzy, niemal 3 tysiące zostało rannych. Wszyscy spoczywają na polskim cmentarzu u stóp wzgórza. Na pomniku widnieje napis: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”. To nawiązanie do napisu upamiętniającego słynną starożytną bitwę pod Termopilami.

Później żołnierze II Korpusu toczyli kolejne ciężkie walki we Włoszech. Dramatyczny przebieg miały zwłaszcza walki o silnie bronioną Ankonę, boje w trudnych warunkach w Apeninie Emiliańskim i o Bolonię. Do Bolonii jako pierwsze weszły wojska 9 Batalionu Strzelców Karpackich i wywiesiły biało-czerwoną flagę. Bohaterstwo żołnierzy polskich dostrzegli też mieszkańcy, którzy dowódcom przyznali honorowe obywatelstwo miasta, a żołnierzom wręczono specjalne medale pamiątkowe. Rozkaz pochwalny skierował też do żołnierzy gen. Mac Creery, dowódca 8 Armii brytyjskiej. I tu straty były duże, poległo ok. 600 żołnierzy.

Bolonia zakończyła szlak bojowy II Korpusu Polskiego, a w 1946 r. został przeniesiony do Wielkiej Brytanii, a rok później rozwiązany.

Zdrada Gdy polscy żołnierze przelewali krew, rozgrywały się wydarzenia polityczne, które przesądzały o przyszłości Polski. Churchill i Roosevelt w Jałcie oddali Polskę Stalinowi. Na wieść o zdradzie aliantów, gen. Władysław Anders wysłał list do prezydenta Raczkiewicza, domagając się wycofania II Korpusu z frontu: „Wobec tragicznego komunikatu – pisał – ostatniej konferencji trzech w Jałcie, melduję, że II Korpus Polski nie może uznać jednostronnej decyzji oddającej Polskę i naród na łup bolszewikom. Zwróciłem się do wojsk sojuszniczych o wycofanie korpusu z odcinków bojowych, bo nie mam sumienia żądać w obecnej chwili od żołnierza ofiary krwi”. Brytyjczycy oczywiście nie przejęli się żądaniem Andersa.

Po rozformowaniu polskich oddziałów część żołnierzy wróciła do kraju, reszta została na emigracji, często rozsianej po całym świecie. Niepotrzebni już żołnierze, których ojczyznę sprzedano, w obcym kraju, pozostawieni byli sami sobie i żyli często w bardzo trudnych warunkach materialnych. Los ten spotkał zresztą nie tylko żołnierzy, ale i całą emigrację polską.

„Czerwone maki”

Monte Cassino to jedno z najbardziej znanych zwycięstw Polaków podczas II wojny światowej. Podobnie jest z pieśnią, którą napisał w nocy z 17 na 18 maja Feliks Konarski, żołnierz Korpusu, przed wojną znany poeta i pieśniarz. Jak wspomina, po napisaniu tekstu obudził Alfreda Schütza, również żołnierza, a przed wojną kompozytora, który napisał muzykę. Pieśń została wykonana podczas uroczystości po zdobyciu Monte Cassino przez orkiestrę Schütza, a odśpiewał ją śpiewak Gwidon Borucki, także żołnierz II Korpusu. „Śpiewając po raz pierwszy „Czerwone maki” u stóp klasztornej góry – wspominał Konarski – płakaliśmy wszyscy. Żołnierze płakali z nami. Czerwone maki, które zakwitły tej nocy stały się jeszcze jednym symbolem bohaterstwa i ofiary – i hołdem ludzi żywych dla tych, którzy przez miłość wolności polegli dla wolności ludzi”. Choć mało kto pamięta dziś autorów pieśni „Czerwone maki”, ją samą potrafi zanucić pewnie każdy Polak. Warto zapamiętać jednak postać Feliksa Konarskiego. Urodził się w 1907 r. w Kijowie. Był autorem wielu wierszy i piosenek, głównie dla swojego teatru rewiowego, który założył we Lwowie. Ożenił się z piosenkarką i tancerką występującą pod pseudonimem Nina Oleńska i przeżył z nią pół wieku!

Wstąpił do Armii Polskiej w ZSRR, przebył jej szlak bojowy: od Persji przez Iran, Palestynę do Włoch. Stworzył teatr Polska Parada. Jednym z najbardziej znanych jego utworów – poza „Czerwonymi makami” jest „Jałta”, w którym w ostrych słowach piętnuje zdradę Polski przez sojuszników, pisał o nich, że „zoperowali mapę nie widząc krwi, lancetem z Lublina…” i że „Judasz zamiast srebrników wziął do rąk Atlantycką Kartę…!”. W innych utworach, Ref-Ren – bo takiego pseudonimu używał – wyrażał głęboką tęsknotę za utraconą ojczyzną. Pisał o „polskim sercu w angielskim mundurze”, które „stoi na straży honoru” i które „zrzuciwszy okowy wróci do swojej ojczyzny”. Podkreślał, że żołnierze II Korpusu mieli pogardę dla „współczucia i litości” i uczyli świat „jak strzec należy czci, honoru i wolności”. Po wojnie znalazł się w Wielkiej Brytanii, gdzie najpierw współpracował z Marianem Hemarem, a później założył Teatr Ref-Rena. W 1965 r. przeniósł się do Chicago, gdzie prowadził działalność kulturalną dla Polonii. Przygotowywał się do powrotu do Polski, ale nie zdążył wrócić do wolnej już Ojczyzny. Zmarł w 1991 r.

Nieco inaczej „zasłużył” się Polsce Alfred Schütz. Urodził się w 1907 r. w rodzinie żydowskiej, był kompozytorem muzykiem, współpracował z „Wesołą Lwowską Falą” na antenie Polskiego Radia Lwów, której najbardziej znanymi dziś artystami byli Szczepcio i Tońcio. W 1941 r. wstąpił do polskiego wojska i kierował, wespół z Henrykiem Warsem, orkiestrą wojskową. Po wojnie osiadł w Brazylii, a później w Niemczech, gdzie współpracował z Radiem Wolna Europa. Po bezdzietnej śmierci majątek kompozytora przejęła niemiecka kancelaria adwokacka, która prowadziła jego interesy. Łącznie z prawami autorskimi do utworu do słów Konarskiego. Chichotem historii – a może raczej rechotem – jest fakt, że tantiemy z wykonywania pieśni, będącej symbolem walki z Niemcami otrzymują Niemcy. Jak podają media, zapytane o to MSZ stwierdziło, że to kwestia „natury handlowej”, a nie „sprawa w kompetencji MSZ”. Ten niebywały skandal nie zajął zbytnio uwagi mediów i nie stał się przedmiotem zainteresowania rządzących.

W 70. rocznicę bitwy pod Monte Cassino i wielkiego zwycięstwa Polaków będziemy wspominać polskich bohaterów, którzy z karabinem, a często z piórem i instrumentem muzycznym w ręku walczyli o Polskę, ale trudno nie przypomnieć tragizmu tamtych dni, gdy Polacy walczyli o wolną Polskę, którą sojusznicy, sławiący ich męstwo, bez skrupułów oddawali we władanie Stalinowi.

Jeszcze smutniej robi się, gdy zajrzymy do zreformowanego podręcznika dla szkoły ponadgimnazjalnej do zreformowanej historii, czyli „historii i społeczeństwa”, o wdzięcznej nazwie „Poznać przeszłość. Ojczysty Panteon i ojczyste spory”. Na temat bohaterów spod Monte Cassino można przeczytać cztery zdania! Walce Polaków na frontach II wojny światowej, łącznie z polską wojną obronną, poświęcona jest jedna godzina zajęć…

Zasłużona dla gminy Ksawerów


Niecodzienna rzecz stała się w Ksawerowie. Oto Rada Gminy na swojej 56. uroczystej sesji przyznała odznaczenie „Zasłużony dla Gminy Ksawerów” Zespołowi Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego im. mjr Władysława Szczęśniewskiego w Widzewie.

Szkoła, której organem prowadzącym jest Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi, cieszy się od lat wysoką renomą, dużą popularnością wśród kolejnych roczników i uznaniem lokalnej społeczności. Osiągnięcia dydaktyczne i wychowawcze ksawerowskiego Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego sprawiły, że szkoła należy do elitarnego grona placówek, które mogą nie obawiać się likwidacji w trudnym czasie spadającego naboru do polskich szkół.

Dekoracji szkolnego sztandaru, na którym dziesiątki lat temu wypisano „Ojczyźnie służ”, dokonała przewodnicząca Rady Gminy Ksawerów – Maria Wróbel, natomiast wójt gminy Ksawerów Adam Topolski wręczył dyrektorowi widzewskiej szkoły – Arkadiuszowi Bieleckiemu pamiątkową statuetkę. W okolicznościowych wystąpieniach przemawiali liczni działacze publiczni państwowi i samorządowi, absolwenci Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Widzewie, którzy kiedyś zdobywali wiedzę w wyróżnionej szkole, m.in. poseł na Sejm RP Piotr Polak, wicestarosta pabianicki Irena Grenda, prezydent Pabianic Zbigniew Dychto, włodarze zaprzyjaźnionych gmin, przedstawiciele resortu rolnictwa, instytucji, stowarzyszeń i organizacji społecznych, Kuratorium Oświaty oraz duchowieństwa – z reprezentującym ks. Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego metropolitę łódzkiego diecezjalnym duszpasterzem rolników – księdzem Jarosławem Lesiakiem.

Uroczysta sesja Rady Gminy Ksawerów miała jeszcze jeden miły akcent. Wieloletni, zasłużony dla Ochotniczej Straży Pożarnej druh komendant Józef Rożek z rąk wojewody łódzkiego Jolanty Chełmińskiej otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi, przyznany przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej za duży wkład w rozwój polskiego pożarnictwa. Szkoła w Widzewie istnieje od 1946 r. Wówczas przeniesiono tu powstałe w Ostrowie koło Łasku Liceum Ogrodnicze, a majątek przekazano do dyspozycji Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Łodzi. Widzewski majątek należał przed wojną do pabianickiego fabrykanta Niemca Roberta Kindlera, a później jego córek – Zofii i Heleny. Po II wojnie światowej majątek wraz z dworem przejęły komunistyczne władze jako własność poniemiecką. Początkowo szkoła i internat mieściły się w pałacu, później przeprowadzono się do nowo wybudowanego budynku.

Przez lata szkoła ulegała organizacyjnym przekształceniom, w związku ze zmianami w systemie oświaty, niezmienny był jednak jest rolniczy profil, a mury szkoły opuszczali co roku kolejni specjaliści z zakresu rolnictwa: rolnicy, ogrodnicy, technicy mechanizacji rolnictwa.
Obecnie szkoła działa jako Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego, a jej oferta obok zawodów typowo rolniczych poszerzyła się o takie kierunki, jak agrobiznes, architektura krajobrazu, a także kierunki gastronomiczne.

Patronem szkoły jest pilot mjr Władysław Szczęśniewski, uczestnik wojny obronnej 1939 r. i pilot Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie: we Francji i Wielkiej Brytanii.

Piękna i wyjątkowa jak dotąd uroczystość w Ksawerowie była nie tylko powodem do uzasadnionej dumy dla kierownictwa Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego, ale też satysfakcją dla samorządu i mieszkańców Ksawerowa, a także dobrym przykładem dla uczniów, uczestniczących w uroczystej sesji Rady Gminy. Ojczyźnie służyć należy zawsze, ale nie zawsze jest tak miła okoliczność, żeby o tym sobie przypomnieć. Dlatego, składamy szczere gratulacje ksawerowskiej radzie i wójtowi Adamowi Topolskiemu.

25 lat miłośników Wilna


W piękny wiosenny dzień 12 kwietnia 2014 r. w historycznym gmachu Rektoratu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu odbył się Zjazd Jubileuszowy Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Okazja to niecodzienna, bo Towarzystwo obchodzi właśnie 25 lat swojej działalności.


Uroczystość odbyła się pod Honorowym Patronatem Marszałka Województwa Kujawsko–Pomorskiego Piotra Całbeckiego. Organizatorem tego doniosłego spotkania był Zarząd Główny Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej na czele z prezesem k.ż.w. Józefem Szyłejko. W salach UMK spotkało się ponad stu wilnian z urodzenia, ich potomków i przyjaciół Ziem Kresowych.

W październiku 1988 r. grono uczonych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu pochodzących z Wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego, z inicjatywy prof. Wilhelminy Iwanowskiej powołało Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Wyłoniono Tymczasowy Zarząd z prezesem prof. Wilhelminą Iwanowską – astronomem, zredagowano i zarejestrowano statut i dokonano wszelkich innych niezbędnych formalności. W styczniu 1989 r. odbył się Zjazd Wilnian w Toruniu. W auli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika zebrało się pół tysiąca byłych mieszkańców Wilna, których zdradziecki układ z Jałty wygnał z ziem ojczystych.

W podniosłej atmosferze obradowano i wyłoniono Zarząd Główny z prezesem prof. Sławomirem Kalembką. Prof. Wilhelmina Iwanowska została honorowym prezesem, a ks. Kardynał Gulbinowicz honorowym członkiem, natomiast Czesław Miłosz odmówił tego zaszczytu. Przedstawiciele poszczególnych miast zostali upoważnieni do organizowania na swoim terenie oddziałów. W Łodzi tej funkcji podjął się Władysław Korowajczyk. Trzeba pamiętać o tym, że były to jeszcze czasy PRL i komunistyczni prominenci nie ułatwiali pracy organizacyjnej. Mimo trudności w krótkim czasie powstało 24 oddziały, a liczba członków Towarzystwa liczyła przeszło ponad 20 tys. Po 25 latach oddziałów jest także 24, a członków ok. 5 tys. W ciągu ćwierćwiecza członkowie Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej utrzymywali ścisłe związki z Polakami na Kresach, których układy z Jałty oderwały od Ojczyzny. Niesiono pomoc materialną dla polskich szkół na Wileńszczyźnie, wspomagano Uniwersytet Polski w Wilnie, pomagano kombatantom na Kresach. W środowiskach, w których zamieszkali wilnianie po ekspatriacji szerzono wiedzę o Kresach, kultywowano tradycje wileńskie z Kaziukiem na czele. Wiedzę o Kresach przekazywano w postaci redagowanych przez Jana Leszka Malinowskiego „Wileńskich Rozmaitości”, „Pamiętnika Okręgu Wileńskiego AK” oraz w ponad stu pozycjach książkowych. Podobne wiadomości przekazywano w „Wianie” redagowanym przez Jerzego Urbankiewicza, twórcy Muzeum Okręgu Wileńskiego AK w Łodzi. W Mrągowie odbyło się 19 Festiwali Kultury Kresowej. Zarząd Główny, jak i niektóre oddziały, w obronie praw mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie wystosował ogromną liczbę protestów, skarg, postulatów, adresowanych do wszystkich możliwych władz w Polsce i Republice Litewskiej.

Uroczystości jubileuszowe roku 2014 zorganizował Zarząd Główny Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, kierowany przez prezesa Józefa Szyłejko, który przejął tę funkcję w 1998 r. po prof. Sławomirze Kalembce. Za swoją aktywność na rzecz Kresów i polskiej ludności z tamtych terenów został odznaczony w Wilnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Uroczystości rozpoczęły się Mszą św w kościele OO. Jezuitów pw. Św. Ducha. Nabożeństwo odbyło się w intencji synów Ziemi Wileńskiej z tej i tamtej strony granicy i za zmarłych członków Towarzystwa.

Część oficjalną w Rektoracie rozpoczął prezes Szyłejko. Powitał przybyłych członków Towarzystwa oraz zaproszonych gości z wicewojewodą kujawsko–pomorskim Zbigniewem Ostrowskim, prezydentem Torunia Michałem Zaleskim, przewodniczącym Rady Miejskiej w Toruniu Marianem Frąckiewiczem, prezesem Oddziału IPN w Gdańsku prof. Mirosławem Golonem i prezesem Oddziału Pomorskiego ŚZŻAK prof. Jerzym Grzywaczem. Minutą ciszy uczczono zmarłych członków Towarzystwa.

Zaproszeni goście w krótkich wystąpieniach życzyli Towarzystwu dalszych sukcesów. Zostały odczytane listy gratulacyjne od członka honorowego Towarzystwa ks. Kardynała Henryka Gulbinowicza, prof. Romualda Brazisa – Rektora Universitas Studiorum Polona Vinensis z Wilna i Rektora UMK prof. Andrzeja Tretyna.

Wicewojewoda kujawsko–pomorski Zbigniew Ostrowski wręczył odznaczenia państwowe szczególnie zasłużonym działaczom Towarzystwa; w laudacji podkreślił zasługi poszczególnych odznaczonych. Złoty Krzyż Zasługi – odznaczenie przyznane przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego otrzymali: Wiesław Żurowski, Bożena Kisiel, Władysław Korowajczyk, Ryszard Liminowicz, Stefan Jodis i Józef Sobków. Honorowe Odznaki Zasłużonego dla Kultury Polskiej – przyznane przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrzymali: Józef Szyłejko, Czesław Łapicz, Władysław Korowajczyk, Wiesław Żurowski, Bożena Kisiel, Bronisława Rutkowska, Maria Kowalewska-Podrez, Aniela Dobielska, Krystyna Romer-Patyra, Wilhelmina Rother, Waldemar Patyra, Tadeusz Kisiel, Krzysztof Jankowski, Zbigniew Samborski i Przemysław Namsołek.

Następnie głos zabrali członkowie założyciele: Bogusław Nieziemski Kawaler Orderu Orła Białego, Wiesław Żurawski, Władysław Korowajczyk, Wojciech Czerwiński oraz gość specjalny, prezes Okręgu Pomorskiego ŚZŻAK prof. Jerzy Grzywacz, a także prezes IPN – Oddział Gdański prof. Mirosław Golon.

Zbiegiem okoliczności 11 kwietnia 2014 roku Oddział w Łodzi również obchodził 25 lat działalności, co zostało połączone z tradycyjnym „jajeczkiem” Wielkanocnym. Na zaproszenie prezesa Władysława Korowajczyka przybyła na spotkanie przewodnicząca Rady Miejskiej w Łodzi dr Joanna Kopcińska.

Gorąca Kuba – pierwsze wrażenie


„Kuba – wyspa jak wulkan gorąca ” – jak śpiewał Gniatkowski – nie zrobiła na mnie wrażenia gorącej w marcu bieżącego roku. Nie czułam intensywnego gorąca jak z „rozpalonego pieca”. Łagodne ciepło, miejscami upał. Inaczej niż na Sycylii, czy nawet w Rzymie.


Znowu mam bagaż niezwykłych wrażeń, spotkań, obrazów. Niezwykły lot w białych chmurach. Za każdym razem inny. Obszary, które trudno zmierzyć, ogarnąć. Delikatność chmur i ogromne pola lśniących kolorów, których nie można dotknąć. Tajemnicza materia rozrasta się za oknem i dopomina się o wdzięczność Bogu za bogactwo piękna. I porządek.

Co było olśnieniem? Jestem kolorystką, a więc pierwsze wrażenia. Turkusowy kolor Atlantyku i Karaibów. Już odczułam ten kolor w Tulum w Meksyku – dwa razy i jeśli ktoś zapyta mnie dlaczego podróżuję – dla nasycenia duszy pięknem! I dla poznania świata. Jestem ciekawa świata, ludzi, np. w ostatnim dniu pobytu w Hawanie na ulicy otrzymałam ze straganu kwiatów gałązkę białych pączków, która po powrocie, po 13 godzinach lotu, rozkwitła mi w domu. Dla takich gestów warto podróżować. A poza tym jestem odważna, ryzykuję. Bo to mi pomaga pokonywać wszelkie słabości. Podróżuję dla malowania obrazów. Nigdy nie wiem, co Bóg wykrzesze ze mnie podczas takiego niezwykłego wysiłku, czym obdaruje. Nie tylko mnie, ale i innych! Niektórzy czekają, co namaluję.

Oczywiście wahałam się wybierając tę podróż. Ilu dziennikarzy, przyjaciół odradzało. „Bieda, ubóstwo, chaos, bałagan, rozlatujące się domy, komunizm. Uważaj, bo coś Ci spadnie na głowę”.

Ustrój! Mój kolega z liceum Norbert Filutowicz (filolog klasyczny), w dawnych czasach mawiał: „to nie ustrój, tylko roztrój”. Dzwoniłam do geografów i historyków z pytaniem, czy warto? Alaska czy Kuba? Moi przyjaciele radzili: wybierz Kubę – muzyka, atmosfera, życzliwość i ciepło. Piękne pejzaże, wspaniałe plaże. I perełki kultury kolonialnej. I zawsze warto wyrwać się z domu. Rozwinąć skrzydła i zmierzyć się ze światem. Jak daleko!

A więc co mnie zachwyciło? Czy były takie zachwyty? Były. Przede wszystkim Stara Hawana – katedra fasada barokowa, przepiękna, godna odwiedzenia. Pałace baletów i tańce. Uczyli nas przez dwie godziny salsy. Miałam młodego partnera. Wszyscy tańczyli. Drugi zachwyt – to figurka Matki Bożej El Cobro z dzieciątkiem, 30 cm, z krzyżem, która pływała po Atlantyku 100 lat. Wyłowili ją rybacy. Teraz jest w pięknym zadbanym sanktuarium kilkanaście kilometrów od Santiago de Cuba.
Trzeci zachwyt – zapomniane miasteczko Trinidach w środkowej Kubie, z zabytkami kultury kolonialnej nietkniętej przez czas i rewolucję. Coś pięknego. Tam, moja przewodniczka, Polka, pani Jola, pomogła mi przekazać mój obraz Matki Bożej Częstochowskiej dla parafii św. Trójcy. Proboszczem tej placówki jest hiszpański dominikanin – Cyryl Gonzega. I z tego cieszę się niezmiernie!

Czwarty zachwyt – Wyspa Cayo Coco, tylko dla turystów. Usypana grobla na wyspę 27 kilometrów drogi z latarnią morską, ośrodek dla gości, przede wszystkim z Kanady, cudowne plaże, mnóstwo ptaków. Wspaniała atmosfera. Luksus. Dla turystów jest absolutnie wszystko. Kuba jest droga. Inna dla turystów, inna dla tubylców. Biedę można spotkać wszędzie, ale to nie powód, żeby nie poznać tego zakątka świata.

Cud narodzin


Niepłodność jest nazywana chorobą cywilizacyjną. Obecnie dotyka już co piąte małżeństwo. Na szczęście małżeństwa, których dotyczy ten problem, mają dziś bardzo duże szanse na poczęcie dziecka, wcale nie w procedurze in vitro. O wiele skuteczniejsze i niebudzące etycznych wątpliwości jest leczenie metodą naprotechnologii.


Fundacja Służby Rodzinie „Nadzieja”, powołana przez łódzkie Centrum Służby Rodzinie, niesie pomoc niepłodnym małżeństwom, m.in. poprzez wsparcie Poradni Skutecznych Metod Leczenia Niepłodności w Łodzi przy Szpitalu Zakonu Bonifratrów Św. Jana Bożego w Łodzi.

Fundacja Służby Rodzinie „Nadzieja” zachęca do zapoznania się ze świadectwem małżeństwa, które dzięki naprotechnologii i pomocy łódzkiej fundacji, po 14 latach niepłodności zostało rodzicami. Historia Jarka i Anety jest bardzo poruszająca i dowodzi, że nigdy nie można tracić nadziei. Z rodzicami rozmawiała Żaneta Pawłowska. „Aneta i Jarek to małżeństwo z niemal piętnastoletnim stażem, przez czternaście lat starali się o dziecko. Ich historia utkana jest z wielkiego, cierpienia ale również nadziei. Od dwóch miesięcy na świecie jest z nimi ich córka – Nadia Anastazja. Poczęła się dzięki leczeniu metodą naprotechnologii. W Łodzi leczenie niepłodnych małżeństw tą metodą wspiera Fundacja Służby Rodzinie „Nadzieja”.

Od początku małżeństwa pragnieniem Anety i Jarka było posiadanie potomstwa, po roku bezskutecznych starań rozpoczęli leczenie. – To było czternastoletnie tournée po lekarzach. Najpierw w naszym mieście, później w kolejnych. Ciągnęło się w nieskończoność i było wyczerpujące: psychicznie, fizycznie i finansowo – wspomina Aneta.

– Trafiliśmy również do kliniki leczenia niepłodności, gdzie po kilku latach lekarz oznajmił nam, że nie mamy szans na dziecko. Nie wiedział, jaka jest przyczyna, ale stwierdził, że raczej nic nam nie pomoże, nawet in vitro. To było bardzo trudne, zwłaszcza dla mojej żony – opowiada Jarek.

Wspomnienia czternastu lat starań mówią o momentach niewypowiedzianego smutku, czasem także zwątpienia. – Właściwie tylko Jarek wiedział, co przeżywałam, widział mój ból, moje łzy. Przeszłam depresję, to było doświadczenie wielkiego cierpienia. Wszyscy wokół nas zachodzili w ciążę, mieli dzieci. A nam ciągle się nie udawało. Ja po prostu płakałam, kiedy znów się nie udało i następowało kolejne rozczarowanie – mówi Aneta.

– Przyznam się, że mnie również zdarzało się płakać – wtrąca Jarek. – Były momenty, kiedy myśleliśmy, iż jest ciąża, a tu kolejne załamanie. Bardzo trudno było nam poradzić sobie z presją otoczenia.

– Ludzie nie potrafią tego zrozumieć – na twarzy Anety pojawia się cień smutku. – Nierzadko padały pytania: Czy macie dzieci? Dlaczego nie macie dzieci? Myślano, że najważniejsza jest dla nas kariera, że brak dziecka to nasz wybór. Niektórzy potrafili nawet powiedzieć: Jak nie wiesz jak się robi dzieci, to ja Ci wytłumaczę. To było przykre i bolesne. Były momenty, iż nie chcieliśmy o tym rozmawiać nawet ze sobą nawzajem. Przychodziły kolejne święta, a my ciągle tylko w dwójkę. Ja całe moje pokłady miłości przelewałam na mojego chrześniaka, to było moje pocieszenie – Aneta pokazuje stojące na komodzie zdjęcie kilkuletniego chłopca. Styczeń 2012 okazał się dla nich momentem przełomowym. Podczas kolędy znajomy ksiądz zostawił im ulotkę, którą przygotowała Fundacja Służby Rodzinie „Nadzieja” z Łodzi. Była poświęcona naprotechnologii. Aneta mówi, iż to mąż namawiał ją, aby tam zadzwonili, ona była sceptyczna.

– Wcześniej już kilka osób mówiło nam o napro, ale ja byłam już w takim dołku, iż nie miałam sił na kolejne próby i rozczarowania.

– Żona w końcu dała się namówić – wtrąca Jarek. – Zadzwoniliśmy i umówiliśmy się na wizytę z instruktorką. Tutaj nastąpił szok: po raz pierwszy ktoś poświęcił nam tyle czasu! Pani Olimpia, instruktorka, siedziała z nami dwie godziny. Ona po prostu z nami rozmawiała. Wytłumaczyła, co to jest naprotechnologia, skąd się wzięła, na czym polega leczenie tą metodą. Zaznaczam: leczenie. Podkreślam to słowo, ponieważ osoby z którymi rozmawiamy, albo nie słyszały o napro, albo myślą, że to tylko obserwacja cyklu. Lekarze traktowali wizyty taśmowo: 10-15 minut i kolejni – wspominając pierwsze doświadczenia z naprotechnologią. – Wszystkie wizyty udowadniały, iż jest to metoda, która naprawdę skupia się na człowieku. Ktoś poświęcał nam czas, nie byliśmy traktowani hurtowo.

Pani Olimpia, instruktorka z poradni leczenia niepłodności w Łodzi, nauczyła ich Modelu Creightona, czyli metody rozpoznawania płodności, która pomaga zaobserwować, co się dzieje w organizmie kobiety. Dzięki tej metodzie można odkryć nieprawidłowości występujące w cyklu i w następstwie tego przyczyny niepłodności. – Nauka tego modelu trwała kilka miesięcy. Na początku sądziłam, iż tego nie ogarnę, że to skomplikowane, ale po dwóch – trzech miesiącach obserwacje wykonywałam już automatycznie i okazało się, że nie jest to takie trudne, a poza tym w razie wątpliwości mogliśmy zawsze liczyć na instruktora – tłumaczy Aneta, a Jarek kontynuuje: – Po tym jak mieliśmy zapisane już kilka obserwacji cykli żony, pani Olimpia poleciała nam panią doktor Ewę Ślizień-Kuczapską z Warszawy. Tak bowiem wygląda leczenie w naprotechnologii: najpierw pary uczą się zasad obserwacji z instruktorem, a następnie przechodzą pod opiekę lekarza, który, na podstawie obserwacji cykli, zaczyna diagnostykę i leczenie – wyjaśniają małżonkowie.

– Zaczęliśmy jeździć na wizyty. Pani doktor zleciła nam badania hormonalne, przepisała nam różne leki: tabletki, zastrzyki, żele. Starała się wyregulować mój cykl. Ujęło nas to, że podeszła do nas indywidualnie. Tak właśnie napro podchodzi do organizmu kobiety.

– Naprotechnologia to również leczenie i diagnozowanie mężczyzny. To metoda, która angażuje oboje małżonków, ponieważ w obserwacji cykli kobiety, uczestniczy również mężczyzna – uzupełnia Jarek.

Ich pierwsza wizyta u pani doktor Ślizień-Kuczapskiej odbyła się 25 października, a ponad pół roku później, podczas wizyty 7 maja 2013 r., pani doktor poprosiła ich, aby w domu wykonali test ciążowy. – Ja nie chciałam – stwierdza Aneta. – Miałam już dość wcześniejszych rozczarowań, byłam sceptyczna. Na nic dobrego nie liczyłam. Uległam jednak namowom męża i dwa dni później zrobiłam test. I tu nastąpiło zaskoczenie: zwykle, robiąc test, wychodziła jedna kreseczka, a tu widzę dwie! Szok! Byłam w piątym tygodniu ciąży. To był cud – twarz Anety rozpromienia się.

Jej mąż kontynuuje: – Na kolejnej wizycie Pani doktor zrobiła USG i okazało się, że pod sercem Anety bije serduszko naszej córeczki. Malutka przyszła na świat 27 grudnia 2013 r. i zalała nasz dom niewysłowionym szczęściem. Wybraliśmy dla niej imiona, które nam się spodobały, ich znaczenie poznaliśmy później. Nadia to nadzieja, zaś Anastazja to nowonarodzona, wskrzeszona. Nasza córka jest więc nowonarodzoną, wskrzeszoną nadzieją. Jest naszym cudem.

– No właśnie, jeśli ktoś nie wierzy w cuda, nie wierzy w moc Boga, to my jesteśmy najlepszym przykładem tego, że On naprawdę działa i przemienia życie człowieka, nigdy nie zostawiając go samego – wtrąca Aneta.

Ich historia jest ze wszech miar niezwykła. Sytuacje, w których stawiał ich Pan Bóg potrafią przyprawić o gęsią skórkę i dowodzą, że nie ma przypadków.

– Trzy dni po narodzeniu Nadii poszedłem zarejestrować ją w USC i – jak tu nie wierzyć w Bożą ingerencję? – na parkingu spotkałem tego lekarza, który powiedział nam, że nie mamy szans na dziecko. I ja wtedy mogłem mu powiedzieć, że właśnie zarejestrowałem moją córkę i że pomogła nam naprotechnologia, tak ośmieszana i odrzucana przez wielu „specjalistów”. Zaskoczenie tego lekarza było ogromne, a mnie aż przeszły ciarki, gdy mu o tym mówiłem – opowiada Jarek.

Na moje pytanie o to, czy te czternaście lat czekania było im potrzebne, zgodnie odpowiadają – TAK! – Pan Bóg ma swój plan dla każdego z nas – zamyśla się Jarek. – Wszystko ma swoje miejsce i czas. Oczywiście wiemy, że inni ludzie mają większe problemy, przeżywają większe cierpienia, są bardziej doświadczani, ale przez te lata człowiek niejednokrotnie zadawał sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego, Panie, tak nas doświadczasz? Dlaczego innym się udaje, a nam nie? Były również momenty zwątpienia, buntu. Ja doszedłem do tego, że przecież w czasie wojny, gdy ludzie ginęli w obozach, również pytali: gdzie jest Bóg? Pomyślałem, że Bóg nie odwrócił się od tych ludzi, ale z każdym z nich powtórnie umierał na krzyżu. Z każdym z nich. Zatem nie zostawiał również nas oraz innych małżeństw ani na chwilę. Towarzyszył nam w naszym cierpieniu, mimo iż często tego nie dostrzegaliśmy.

– Uważamy, iż ten czas miał nas czegoś nauczyć, Pan Bóg chciał nam coś przekazać – dodaje Aneta. – Jestem ogromnie niecierpliwa, a tutaj, przez tyle lat, dostaliśmy wielką lekcję cierpliwości, ufności i przede wszystkim pokory. Zaczęliśmy inaczej patrzeć na to, co nas otacza, co jest w życiu ważne i ważniejsze.

– Ten czas wydał piękne owoce. Przede wszystkim naprawdę nauczyliśmy się modlić, zawierzać nasze życie Bogu. Obraliśmy sobie również świętych patronów, których prosiliśmy o wstawiennictwo. Dla mnie był to święty Idzi, od spraw niemożliwych – z uśmiechem mówi Jarek i opowiada o tym Świętym.

– Ja modliłam się do bł. Jana Pawła II. Litanię do niego mówiłam codziennie w drodze do pracy – opowiada Aneta. – Modliło się za nas wiele osób, my naprawdę czuliśmy tę troskę bliskich nam ludzi.

Małżonkowie, zerkając na śpiącą obok Nadię, zgodnie przyznają, że ich historia dowodzi, iż nie ma przypadków. – To tylko Bóg mógł kierować wydarzeniami tak, że trafiła do nas ta ulotka, a później zaopiekowała się nami pani Olimpia i doktor Ewa. Nigdy nie można się poddawać, nie można tracić nadziei. Nam się udało po 14 latach, jak tu nie wierzyć w cuda? – Aneta jest rozpromieniona, a Jarek zdecydowanie dodaje: – Naprotechnologia jest naprawdę odpowiedzią na problemy, jakie małżeństwa mają z niepłodnością. Mimo iż metoda ta jest pogardzana przez wielu lekarzy, którzy za skuteczne uważają jedynie in vitro, to trzeba wyraźnie zaznaczyć że naprotechnologia nie jest jakąś metodą kalendarzykową, „kościółkową”. To jest medycyna, leczenie, szukanie przyczyn niepłodności. Bardzo indywidualne, zorientowane na konkretną parę i dające naprawdę niesamowite rezultaty. – Mamy Nadię, czytelny znak i dowód skuteczności metody. Jeśli nam się udało, to nie ma rzeczy niemożliwych, także dla innych par oczekujących potomstwa, które znalazły się w podobnej jak my sytuacji.

Aneta i Jarek mówią o Nadii „Boże dzieciątko”. Patrząc na ich rodzinę, rozmiłowaną w sobie i Bogu, nie dostrzegam na ich twarzach śladu po czternastoletnich trudnościach i cierpieniach.

A przecież tylko oni wiedzą, z jakim bólem mierzyli się przez te wszystkie lata. Pojawienie się Nadii wymazało złe wspomnienia, przynosząc ze sobą miłość, która wypełnia ich dom. Oglądając pokój przygotowany dla „ich Króliczka”, obserwując ich nieniknące uśmiechy, gdy patrzą na swą córkę, nie mogę uwolnić się od myśli „Jakże wielkie są dzieła Twe, Panie”! (PS 92, 6)”.

Historia Anety i Jarka jest podobna do doświadczeń wielu innych małżeństw, którym pomogła naprotechnologia. Poradnię leczenia niepłodności w Łodzi, w której leczyli się Aneta i Jarek, wspiera Fundacja Służby Rodzinie „Nadzieja”. Można wesprzeć te działania i pomóc niepłodnym małżeństwom, przekazując 1% swojego podatku, wpisując w PIT numer KRS: 0000262774.

Małżeństwa, które doświadczają problemów z płodnością i szukają pomocy, zachęcamy do kontaktu z osobami, które w Łodzi pracują jako instruktorzy naprotechnologii: tel. 693 692 471, tel. 603 925 145.