Aspekt Polski nr 214-215

214-215

Życzenia Ks. Arcybiskupa Metropolity Łódzkiego
na Boże Narodzenie 2015
Umiłowani Archidiecezjanie!
2015 lat temu „nadeszła pełnia czasów” (por. Ga 4, 4). „Gdy głęboka cisza zalegała wszystko, a noc w swoim biegu dosięgała połowy” (Mdr 18, 14), Jednorodzony Syn Ojca, Jezus Chrystus narodził się w Betlejem z Niewiasty (por. Ga 4, 4), Najświętszej Maryi Panny. W ten sposób „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał [On] ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 6-7). Dzięki temu wypełniła się budzącą nadzieję całej ludzkości zapowiedź z Protoewangelii o zmiażdżeniu głowy starodawnego węża, ojca wszelkiego kłamstwa, zła i śmierci (por. Rdz 3, 15). Równocześnie Bóg Ojciec bogaty w miłosierdzie (por. Ef 2, 4), który „tak umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), wkroczył w dzieje ludzkości i w historię każdego z nas. Miłosierdzie stało się zatem Ciałem, czyli Człowiekiem, „i zamieszkało wśród nas” (por. J 1, 14). Samym swoim istnieniem prosiło ludzi o miłosierdzie – i dlatego Maryja, porodziwszy „swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie” (Łk 2, 7a).

Moi Drodzy!
Z całego serca życzę Wam wszystkim, aby tegoroczne Święta Bożego Narodzenia, niejako zanurzone w Jubileuszowym Roku Miłosierdzia, były radosnym czasem wielbienia Boga i dziękowania Mu za dar Jego miłości miłosiernej. Niech staną się one także wezwaniem do tego, aby na przekór historii Świętej Rodziny, dla której „nie było (…) miejsca w gospodzie” (Łk 2, 7b), i na przekór współczesnej obojętności świata Wasze serca były zawsze pełne wrażliwości i ciepła dla wszystkich czekających, niekiedy w wymownym milczeniu, na Wasze uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy.

Niech Nowy 2016 Rok będzie dla Was szczęśliwy i bogaty w łaski u Boga i u ludzi (por. Łk 2, 52). Niech będzie też wypełniony Waszym uwielbieniem i dziękowaniem Panu Bogu za przyjęcie Chrztu przez księcia Mieszka I w 966 roku. Niech 1050. rocznica tego wiekopomnego wydarzenia pozwoli Wam na nowo odkryć zbawienną obecność Chrystusowego Krzyża w dziejach naszego narodu i jeszcze bardziej głęboko pojąć to, „skąd nasz ród”.

Na ten święty czas Bożonarodzeniowej radości z serca Wam błogosławię

† MAREK JĘDRASZEWSKI
ARCYBISKUP METROPOLITA ŁÓDZKI

***

Nadzwyczajne łaski w Roku Miłosierdzia

Poniżej publikujemy dekret Ks. Abp. Marka Jędraszewskiego Metropolity Łódzkiego w sprawie uzyskania łaski odpustu zupełnego podczas Roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia w Archidiecezji Łódzkiej.

Dekret o uzyskaniu łaski odpustu zupełnego podczas Roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia w Archidiecezji Łódzkiej
Zgodnie z papieską bullą „Misericordiae vultus” zapowiadającą Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia oraz Listem Papieża Franciszka do przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji z dnia 1 września 2015 roku, w Roku Miłosierdzia, łaskę odpustu zupełnego, w Roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, tj. od 8 grudnia 2015 roku do 20 listopada 2016 roku, istnieje możliwość zyskiwania łaski odpustu zupełnego, czyli darowania doczesnej kary za grzechy odpuszczone już co do winy. Mogą jej dostąpić – dla siebie lub dla zmarłych – wierni, którzy w duchu prawdziwej skruchy wypełniają warunki zwykłe uzyskania odpustu tj. brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, po sakramentalnej spowiedzi przyjęcie Komunii świętej i modlitwa według intencji Ojca Świętego łącznie z wypełnieniem jednego z następujących warunków specjalnych:

1. Wszyscy wierni mogą zyskać odpust zupełny odbywając pielgrzymkę do Drzwi Świętych otwartych w Bazylikach papieskich w Rzymie, w każdej Katedrze oraz kościołach wyznaczonych przez Biskupa Diecezjalnego. Ważne jest, aby ten moment był połączony przede wszystkim z Sakramentem Pojednania i uczestnictwem we Mszy św. oraz refleksją nad miłosierdziem. Konieczne będzie, by tym celebracjom towarzyszyło wyznanie wiary i modlitwa za mnie – prosi Ojciec Święty – oraz w intencjach, które noszę w sercu dla dobra Kościoła i całego świata (Ojciec Święty Franciszek, List z dnia 1 września 2015 roku).
W Archidiecezji Łódzkiej łaski odpustu zupełnego można dostąpić w następujących kościołach:
1. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Bełchatowie,
2. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i Św. Michała Archanioła w Łasku, 3. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Łodzi,
4. Świętego Wojciecha w Łodzi,
5. Bazylice Archikatedralnej Świętego Stanisława Kostki w Łodzi,
6. Świętej Faustyny w Łodzi,
7. Miłosierdzia Bożego w Łodzi,
8. Świętego Antoniego Padewskiego i Świętego Jana Chrzciciela w Łodzi – Łagiewnikach,
9. Najświętszego Serca Jezusowego w Piotrkowie Trybunalskim,
10. Świętego Antoniego i Świętego Stanisława Biskupa Męczennika w Tomaszowie Maz.,
11. Świętego Mikołaja Biskupa w Wolborzu,
12. Św, Katarzyny Aleksandryjskiej w Zgierzu.

2. Osoby, które z różnych powodów nie będą mogły przejść przez Święte Drzwi, zwłaszcza chorzy, starsi i samotni, mogą zyskać łaskę odpustu zupełnego przyjmując Komunię świętą lub uczestnicząc we Mszy świętej lub w modlitwie wspólnotowej, również za pośrednictwem różnych środków przekazu, budząc w sobie intencję spełnienia zwykłych warunków, tj. brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, po sakramentalnej spowiedzi przyjęcie Komunii świętej i modlitwa według intencji Ojca, gdy tylko to będzie możliwe.

3. Więźniowie w kaplicach więziennych będą (…) mogli uzyskać odpust, a kiedy będą przechodzili przez drzwi swojej celi, kierując myśli i modlitwę do Ojca, niech za każdym razem ten gest oznacza dla nich przejście przez Drzwi Święte, ponieważ miłosierdzie Boże, które potrafi przemienić serca, jest również w stanie przeobrazić kraty w doświadczenie wolności. (Ojciec Święty Franciszek, List z dnia 1 września 2015 roku), budząc w sobie intencję spełnienia zwykłych warunków, o których mowa w punkcie 2.

4. Wszyscy wierni otrzymają jubileuszowy odpust za każdym razem, kiedy wypełniają warunki zwykłe, o których była mowa poprzednio, oraz sami spełnią jeden lub kilka z uczynków miłosierdzia co do ciała lub co do duszy. Wiąże się z tym zaangażowanie w życie miłosierdziem, aby otrzymać łaskę pełnego i głębokiego przebaczenia mocą miłości Ojca, który nikogo nie wyklucza. Będzie to więc pełny odpust jubileuszowy, owoc samego wydarzenia, które jest celebrowane i przeżywane z wiarą, nadzieją i miłością (Ojciec Święty Franciszek, List z dnia 1 września 2015 roku).
† MAREK JĘDRASZEWSKI
ARCYBISKUP METROPOLITA ŁÓDZKI

***

Iwona Klimczak
Za Bramą Miłosierdzia

„Miłosierdzie: to jest słowo, które objawia Przenajświętszą Trójcę. Miłosierdzie: to najwyższy i ostateczny akt, w którym Bóg wychodzi nam na spotkanie. Miłosierdzie: jest podstawowym prawem, które mieszka w sercu każdego człowieka, gdy patrzy on szczerymi oczami na swojego brata, którego spotyka na drodze życia. Miłosierdzie: to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu” – pisze w bulli „Misericordiae vultus” („Oblicze Miłosierdzia”) Ojciec Święty Franciszek. Bulla wydana została w związku z Nadzwyczajnym Rokiem Jubileuszowym Miłosierdzia, który właśnie rozpoczął się w Kościele katolickim.

Rok Miłosierdzia rozpoczął się w święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny uroczystą Eucharystią na Placu Świętego Piotra, którą celebrował Ojciec Święty Franciszek. Symbolem rozpoczynającego się roku było otwarcie Drzwi Świętych w bazylice Św. Piotra. 13 grudnia otwarte zostaną drzwi w bazylice św. Jana na Lateranie i w pozostałych bazylikach papieskich: Matki Boskiej Większej i św. Pawła za Murami, a także we wszystkich katedrach świata i kościołach wyznaczonych przez biskupów diecezjalnych. Papież Franciszek nazywa Drzwi Święte Bramą Miłosierdzia, po przekroczeniu której człowiek będzie mógł doświadczyć miłości Boga, który pociesza, przebacza i daje nadzieję. Ojciec Święty w homilii podczas uroczystości inauguracji nazwał ten rok darem łaski, podczas którego możemy odkryć głębię miłosierdzia Ojca, który przyjmuje wszystkich i osobiście wychodzi każdemu na spotkanie.

Roli Miłosierdzia poświęcił Papież Franciszek bullę „Misericordiae vultus”: Potrzebujemy nieustannie kontemplować tę tajemnicę miłosierdzia. – pisze Ojciec Święty – Jest ona dla nas źródłem radości, ukojenia i pokoju. Jest warunkiem naszego zbawienia. Jak podkreśla Papież, to na miłosierdziu wspiera się życie Kościoła, a wiarygodność Kościoła weryfikuje się na drodze miłości miłosiernej i współczującej.
Ojciec Święty podkreśla, że szczególnym wydarzeniem w Roku Miłosierdzia ma być pielgrzymka, która jest ikoną drogi, którą każda osoba przemierza w czasie swojej egzystencji. Życie jest pielgrzymką, a istota ludzka to viator, pielgrzym, który przemierza drogę aż do osiągnięcia pożądanego celu. Również po to, aby dotrzeć do Drzwi Świętych w Rzymie i w każdym innym miejscu, będziemy musieli pójść na pielgrzymkę, każdy na miarę własnych sił. Stanie się ona znakiem, że również miłosierdzie jest celem, który mamy osiągnąć, a który wymaga zaangażowania i poświęcenia. Pielgrzymka zatem niech stanie się bodźcem do nawrócenia: przekraczając Drzwi Święte pozwolimy się objąć miłosierdziu Bożemu i zaangażujemy się, byśmy byli miłosierni dla innych, tak jak Ojciec jest miłosierny dla nas.

Rok Miłosierdzia ma uczyć nas w codzienności żyć miłosierdziem, które od zawsze Ojciec rozciąga nad nami. Jak pisze Papież, w tym Jubileuszu dajmy się Bogu zaskoczyć. On nigdy nie przestaje otwierać drzwi swojego serca, by powtarzać, że nas kocha i że chce dzielić z nami swoje życie. Kościół bardzo silnie odczuwa pilną potrzebę głoszenia miłosierdzia Boga. Życie Kościoła jest autentyczne i wiarygodne, gdy czyni z miłosierdzia swoje pełne przekonania przesłanie. Papież podkreśla, że Boże Miłosierdzie to źródło, które nigdy się nie może wyczerpać, bez względu na to, jak wielu do niego przyjdzie. To nieprzenikniona tajemnica i niewyczerpane bogactwo, które od niej pochodzi.

Papież Franciszek wspomniał też o szczególnej osobie – Świętej Faustynie, orędowniczce Bożego Miłosierdzia, która została wezwana do wejścia w głębokości Bożego Miłosierdzia. Ta święta głos Pana Jezusa usłyszała w Łodzi, w łódzkiej katedrze modliła się, tu posłuchała nakazu wstąpienia do zakonu. Na ołtarze wyniósł Ją Papież Jan Paweł II, wielki czciciel Bożego Miłosierdzia.

Do papieskiego określenia Roku Jubileuszowego jako czas łaski nawiązał też Ks. Abp Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki w Liście do wiernych. Właśnie ten czekający nas „czas łaski” ma sprawić, że – na wzór Jeruzalem – powinniśmy złożyć szaty smutku i utrapienia, a przywdziać szaty chwały i oblec się płaszczem sprawiedliwości. Mamy dostąpić miłosierdzia Bożego, by stać się dla całego świata skutecznymi i przejmującymi świadkami dobroci Boga i Jego miłosierdzia, które trwa bez końca! – stwierdza Ks. Abp Jędraszewski.

Ks. Abp Jędraszewski wyznaczył na terenie archidiecezji łódzkiej 12 kościołów, w których będzie można uzyskać specjalne łaski jubileuszowe i w których 13 grudnia zostaną uroczyście otwarcie drzwi świątyń. W Łodzi będą to: łódzka katedra św. Stanisława Kostki, kościoły: Miłosierdzia Bożego, św. Faustyny, Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, św. Wojciecha oraz św. Antoniego i św. Jana Chrzciciela w Łodzi-Łagiewnikach. Poza Łodzią kościołami jubileuszowymi zostały: kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Bełchatowie, kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny i św. Michała Archanioła w Łasku, Najświętszego Serca Jezusowego w Piotrkowie Trybunalskim, św. Antoniego, św. Stanisława Biskupa i Męczennika oraz Matki Bożej Różańcowej w Tomaszowie Mazowieckim, św. Mikołaja Biskupa w Wolborzu oraz św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Zgierzu.
Metropolita Łódzki zachęca wiernych do pielgrzymowania do tych kościołów, w których będzie można uzyskać specjalne łaski, dzięki większej niż zwykle możliwości przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania, a także adoracji Najświętszego Sakramentu. Będzie tu można uzyskać odpusty związane z Rokiem Miłosierdzia. Szczegóły Ordynariusz Łódzki poda w osobnym dekrecie.

Radosne doświadczenie tego, że miłosierny Bóg stale nas kocha i nieustannie nam przebacza, musi być dla nas impulsem do tego, abyśmy i my byli miłosierni dla innych, abyśmy z całych sił naszego ducha realizowali hasło tego Jubileuszowego Roku: „Miłosierni jak Ojciec” – apeluje Abp Jędraszewski. – Dlatego też papież Franciszek zachęca nas, byśmy ze szczególną żarliwością pełnili wobec innych ludzi uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy. „Wyobraźnia miłosierdzia”, do której wzywał nas św. Jan Paweł II, musi zatem znajdować każdego dnia bardzo konkretną treść w postaci naszych czynów miłosierdzia: wobec głodnych, których nakarmimy; wobec spragnionych, którym podamy kubek wody; wobec nagich, których przyodziejemy; wobec przybyszów, których przyjmiemy pod własny dach; wobec więźniów, których będziemy pocieszać; wobec chorych, których nawiedzimy; wobec zmarłych, których ciała z szacunkiem pogrzebiemy; wobec wątpiących, którym damy dobrą radę; wobec nieposiadających właściwych umiejętności, których pouczymy; wobec ludzi grzeszących, których z odwagą, a równocześnie z miłością, upomnimy; wobec strapionych, których pocieszymy; wobec krzywdzących nas, których z cierpliwością będziemy znosić; wobec winnych, którym z serca przebaczymy, a urazy chętnie darujemy; wobec wszystkich żyjących i zmarłych, o których będziemy pamiętali w naszych codziennych modlitwach.

Przypomnienie tych uczynków miłosierdzia uprzytamnia nam, jak ogromna jest przestrzeń naszej codzienności, której możemy – i powinniśmy – nadać kształt i woń chrześcijańskiej miłości – dodaje Ks. Abp Jędraszewski. – A także: jak dobry i szlachetny może być każdy uczeń Chrystusa, który realizując te uczynki stanie się świadkiem Jego nieskończonej miłości miłosiernej, oraz jak wspaniały i przekonujący dla wszystkich może stać się Kościół, który od 1050 lat głosi w naszej Ojczyźnie Ewangelię tej właśnie Miłości.
Chciejmy czerpać z tego wielkiego źródła łaski, jakie czeka na nas w tym szczególnym roku.

Kościoły jubileuszowe w archidiecezji łódzkiej

– bazylika archikatedralna św. Stanisława Kostki, Łódź, ul. Piotrkowska 245
– kościół Miłosierdzia Bożego w Łódź, ul. Baczyńskiego 156
– kościół św. Faustyny, Łódź, Pl. Niepodległości 1
– kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, Łódź, ul. Kościelna 8/10
– kościół św. Wojciecha, Łódź, ul. Rzgowska 242
– kościół św. Antoniego i św. Jana Chrzciciela, Łódź-Łagiewniki, ul. Okólna 185
– kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny, Bełchatów, ul. Kościuszki 2
– kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny i św. Michała Archanioła, Łask, ul. Warszawska 15
– kościół Najświętszego Serca Jezusowego, Piotrków Trybunalski, ul. Armii Krajowej 19
– kościół św. Antoniego, św. Stanisława Biskupa i Męczennika oraz Matki Bożej Różańcowej, Tomaszów Mazowiecki, ul. POW 2
– kościół św. Mikołaja Biskupa, Wolbórz, Pl. Jagiełły 5
– kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, Zgierz, Pl. Jana Pawła II

***

Mirosław Orzechowski
Kryzys trybunału czy moralności?

Prawo jest ustalonym kanonem norm, regułą postępowań, które naród czy społeczność akceptuje i zgadza się postępować według jego rygorów jako zbiorowość i w rozbiciu na jednostki. Prawo definiuje zakazy i obowiązki, jakim podlega każdy z obywateli. Jest niekomfortową formułą kompromisu, w którym każdy uczestnik życia zbiorowości godzi się przyjmować pewne ograniczenia i obowiązki, a w zamian – korzysta z opieki państwa prawa tak w sensie materialnym, jak i duchowym.

Źródłem prawa jest sfera wiary, ideałów i tradycji. Przez prawo staramy się porządkować codzienność według zasad, które regulują nasze wyobrażenie o tym, co dobre, uporządkowane i upragnione, nadając temu rangę wyższości nad tym, co złe, zdezorganizowane i niechciane.
Alternatywnym źródłem prawa jest rozum ludzki, wiedza i kalkulacja – modernistyczna koncepcja budowy „nowego człowieka” oderwanego od sfery religii, moralności i ładu społecznego zakorzenionego w wartościach duchowych. Ta droga odrzuca doświadczenie, a zakłada, że wiedza człowieka i dedukcja wystarczą dla zbudowania funkcjonalnego systemu prawnego.

Zamierzonym efektem obu koncepcji – różnych od siebie, a niekiedy wręcz sprzecznych – jest próba zdefiniowania reguł, które mają stać się normatywne i obowiązujące. Prawo zmierza do próby regulacji życia społecznego w taki sposób, aby w rezultacie jego działania, państwo, czy inny zorganizowany podmiot społeczny, osiągnęło oczekiwany efekt praktyczny.

Z kolei prawo jest uzasadnieniem i fundamentem działania systemu sądowniczego – mechanizmu kreowanego i realizowanego przez specjalistów prawa, nazywanych sędziami. Sąd jest organem państwa i ostatecznie rozstrzyga wszelkie spory, niemożliwe do rozwiązania na niższych szczeblach. Na przestrzeni wieków, w monarchii sądem był król, a w ustroju republikańskim – niezawisły organ państwowy. Tak czy inaczej, wieki mijają, systemy państwowe zmieniają się, ale jedno nie zmienia się wciąż: w każdych czasach, ktoś musi rozstrzygać spory, ktoś musi powiedzieć: winny albo niewinny. Imponującym osiągnięciem ludzkości jest fakt, że bez względu na moment historyczny, bez względu na cywilizację, kulturę, czy doświadczenia konkretnego narodu czy społeczności – zgadzamy się oddawać rozstrzygnięcia naszych najważniejszych często problemów w bezstronne ręce sądu. Gdyby zniesiona byłaby taka ostateczna sprawiedliwość”, to mielibyśmy do czynienia z anarchią, w której każdy miałby rację i nikt racji by nie miał.

Szczytem prawa w państwie jest konstytucja, zwana też ustawą zasadniczą. Konstytucja określa podstawy ustroju państwa, jego organizację, kompetencje i sposób powoływania najważniejszych organów państwowych, definiuje także podstawowe prawa, wolności i obowiązki obywatela. Dla stabilności państwa i jego instytucji, ustalono, że wszelkie zmiany w ustawie zasadniczej mogą dokonać się drogą przyjęcia ustawy większością co najmniej 2/3 głosów w obecności przynajmniej połowy ustawowej liczby posłów i potwierdzonej przez Senat bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów.

Na straży konstytucji stoi głowa państwa. Trybunał Konstytucyjny czuwa nad zgodnością praw niższego rzędu (ustaw), przepisów prawa wydawanych przez centralne organy państwowe, umów międzynarodowych z konstytucją. Trybunał też spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi organami państwa. Taki, w największym skrócie, system konstytucyjnej organizacji państwa uchwalił polski parlament i przyjęli obywatele w referendum konstytucyjnym 25 maja 1997 r.

Obecnie, w związku z wynikami ostatnich wyborów do polskiego parlamentu, jesteśmy świadkami załamywania się dotychczasowego formatu Trybunału Konstytucyjnego. Różne są na ten temat opinie, niemal wszystkie jednak wyrastają z rozmaitych sympatii politycznych.

Nie ma co opisywać kolejnych etapów walki o miejsca za sędziowskim stołem – media pełne są doniesień, a kolejne fakty deformują obraz sytuacji. Jednym tchem, z argumentami natury politycznej, rzucane są w eter rewelacje o dożywotnich uposażeniach sędziów, immunitetach i przesadnych przywilejach. Racje konstytucyjne znikają za fasadą politycznej agresji, za którą rzucana jest na ogień „ostatnia deska” konstytucyjnego ratunku. Polacy biorą udział w kolejnej spóźnionej lekcji demokracji. Z zaciętości walk wnioskować łatwo, że gra toczy się o ważne sprawy, których dotąd nie oglądaliśmy z bliska, może nawet nie rozumieliśmy. Dla kilku lukratywnych posad nikt nie wstrząsa podstawami państwa, bo dobre posady są w spółkach Skarbu Państwa.

Muszę zastrzec, że nie mam zdania, czy trybunał konstytucyjny jest potrzebny polskiej demokracji, czy też nie. Wiem jednak, że musi istnieć „ktoś”, kto ma rację, do kogo można odwołać się w sytuacji paraliżu prawnego w państwie. Można zatem zlikwidować trybunał konstytucyjny, można zmienić jego kompetencje i umocowanie konstytucyjne, albo wybrać zupełnie nowych sędziów trybunału. Ale wszystko musi mieć właściwą kolejność. Żeby zastąpić trybunał innym organem wymiaru sprawiedliwości, np. Sądem Najwyższym – musi być zmieniona konstytucja, żeby zmodyfikować jego uprawnienia – trzeba zmienić ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, żeby wybrać nowych sędziów – musi minąć kadencja obecnych, albo musi nastąpić zmiana ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Wszystko według porządku – nic na opak. Jedno nie może ulec zmianie: nie wolno łamać prawa, także „w imieniu prawa”.

Miał rację poseł Kornel Morawiecki, wyrażając z mównicy sejmowej pogląd, że „prawo to nie świętość, że nad prawem jest dobro Narodu. Bo prawo, które nie służy Narodowi, to jest bezprawie”. A więc, Naród jeśli zechce, może – poprzez swoich przedstawicieli – zmienić profil państwa, w tym także zdecydować, kto będzie rozstrzygał jego najtrudniejsze sprawy. Ale Naród nie może być oszukiwany niejasną krzątaniną wokół konstytucji. Trzeba powiedzieć jasno, jaki jest plan, uzyskać dla niego poparcie i przeprowadzić go od początku do końca. Zwycięzca w wyborach ma do tego prawo. W przeciwnym razie, miejsce sporu prawnego, zajmie manipulacja.

Zadaniem instytucji tej rangi co Trybunał Konstytucyjny jest, oprócz dbałości o porządek prawny, także zapewnianie obywatelom poczucia stabilności i bezpieczeństwa państwa oraz dowodzenie tego, że za stołem sędziowskim zasiadają ludzie moralni. Że nie wpływy polityczne zaprowadziły ich do składu trybunału, ale nieposzlakowana droga życiowa, głęboka wiedza prawnicza i niezłomność w przestrzeganiu prawa, która odmawia dyspozycyjności politycznej i nie jest podatna na wpływy.

Sędziemu nie wolno brać udziału w żadnej politycznej rozgrywce. Sędzia nie może brać udziału w „reformowaniu” reguł systemu, któremu służy, podobnie, jak nauczyciel nie powinien naprawiać szkoły, a lekarz – służby zdrowia. Krótko mówiąc, z chwilą wyboru, sędzia musi stać się sądem.

Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego znajdzie wreszcie jakieś racjonalne rozwiązanie, bo znaleźć musi, bo wymaga tego interes Polski. Polacy nie mogą zajmować się sądem, któremu powierzają losy własne i Ojczyzny. Oby nie powiększała się nieufność obywateli wobec państwa, bo to byłaby strata niepowetowana.

***

Ks. Infułat Józef Fijałkowski
Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię

Kończący się niebawem rok liturgiczny przeżyliśmy z ewangelicznym hasłem „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Wezwanie to jest dopełnieniem ewangelicznego nakazu „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. Przekazywanie Bożej prawdy nie ogranicza się tylko do nauczania, ale ma na celu przede wszystkim przyjęcie Słowa Bożego, wzbudzenie wiary i zmobilizowanie ludzkiej woli do wypełnienia tego, co zostało nam przekazane.

Kościół poprzez posługę biskupów, kapłanów, diakonów, rodziców i wszystkich ludzi dobrej woli idzie z Ewangelią do wszystkich narodów i każdego człowieka. Zadanie to napotykało poprzez wieki na różne przeszkody, trudności, a nawet na celowo zorganizowane przeciwności.

Ale zawsze, i dzisiaj także, wielkim problemem było przyjmowanie Słowa Bożego, nawracanie się ku Bożej prawdzie oraz wypełnianie tego wszystkiego nie tylko w wymiarach życia osobistego, ale także rodzinnego, społecznego, kulturowego, a także politycznego. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: Wiara jest osobowym przylgnięciem człowieka do Boga, który się objawia. Obejmuje ona przylgnięcie rozumu i woli do tego, co Bóg objawił o sobie przez swoje czyny i słowa. Pismo Święte bardzo mocno podkreśla tę konieczność uwierzenia: Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony; a kto nie uwierzy będzie potępiony (Mk 16,16). Ten obowiązek uwierzenia podkreśla Kościół w soborowej Konstytucji Dogmatycznej o Objawieniu Bożym: Bogu objawiającemu należy okazać posłuszeństwo wiary, przez które człowiek z wolnej woli siebie samego powierza Bogu, okazując pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego i dobrowolnie uznając objawienie dane przez Niego.

Jesteśmy świadkami duchowego kryzysu Europy, a w niej także Polski, spowodowanego przez różne ideologie, ale także przez odejście wielu ochrzczonych i oddalenie się od Boga i Kościoła, między innymi przez zamknięcie serc i umysłów na Boże objawienie. Osłabienie wiary prowadzi do kryzysu człowieczeństwa na różnych płaszczyznach życia osobistego, rodzinnego i społecznego. Przed Kościołem naszych czasów stoi bardzo trudne zadanie – jak obudzić u ludzi zainteresowanie szczególnie tym, co Bóg objawił światu w Jezusie Chrystusie? Jak przywrócić ludziom zaufanie, że tylko w Bogu odnajdują prawdę i źródło życia i radości? Bez przełamania tej obojętności nawet największa gorliwość w głoszeniu Ewangelii nie przyniesie oczekiwanych owoców. Musi się najpierw w ludziach dokonać nawrócenie. Kościół w związku z tym podejmuje wielki trud odnowy katechetycznej, nowej ewangelizacji, opartej na psychologii i innych dziedzinach wiedzy, aby bardziej zrozumieć współczesnego człowieka w jego zawiłej drodze życia i przyjść mu z pomocą. Aby mogła dokonać się ta zbawienna odmiana potrzebna jest nie tylko katecheza dzieci i młodzieży, ale także dorosłych przepojona duchem nowej ewangelizacji, wskazującej na Boże objawienie jako wielki dar Boga dla człowieka w tajemnicy jego doczesnej i wiecznej egzystencji.

Ojciec Święty Franciszek w encyklice „Lumen fidei” (Światło wiary) powiedział: Wiara, którą przyjmujemy od Boga jako dar nadprzyrodzony, jawi się jako światło na drodze, wskazujące kierunek naszej wędrówki w czasie. O tym dramacie trwania ludzi w ciemności mówi także św. Jan Paweł II w Adhortacji Apostolskiej „Kościół w Europie”: »…wezwanie (przed którym stoi dzisiejszy Kościół) polega nie tyle na tym, by ochrzcić nowych nawróconych, ile na tym, by doprowadzić ochrzczonych do nawrócenia do Chrystusa i do Jego Ewangelii«.

Jako drogę tej upragnionej odnowy widzi Ojciec Święty Jan Paweł II w następujących słowach napisanych w tejże Adhortacji: Kościele w Europie, wejdź w nowe tysiąclecie z księgą Ewangelii. Niech wszyscy wierni odpowiedzą na soborową zachętę, aby przez częste czytanie pism Bożych osiągnęli najwyższą wartość poznania Jezusa Chrystusa (Flp 3,8). Nieznajomość Pisma świętego jest bowiem nieznajomością Chrystusa. Niech Biblia będzie nadal skarbem dla Kościoła i dla każdego chrześcijanina, w uważnym zgłębianiu Słowa znajdziemy pokarm i moc, by wypełniać codziennie swoją misję. Weźmy do rąk tę Księgę! Przyjmijmy ją od Pana… Zasmakujmy w niej aż do końca….
Godne, nie tylko zauważenia, ale i przyjęcia są te wzruszające słowa Pasterzy naszych czasów, z bólem i trwogą spoglądających na ludzi coraz bardziej pogrążających się w ciemnościach chaosu tego świata, w różnoraki sposób wołających o pomoc. Może jedynie nią być Jezus Chrystus, który powiedział o sobie: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Ja jestem Światłem świata, kto za mną idzie, nie chodzi w ciemnościach. Ci wszyscy, którzy rozumieją ten wielki dramat współczesnej Europy i Polski na pewno poddadzą się łasce nawrócenia, przyjmą Słowo Boże i przez świadectwo swojego chrześcijańskiego życia pomogą innym odnaleźć w Chrystusie radość i nadzieję.

***

Władysław Romin
Bóg się narodzi w bezbożnej Europie?
W ciągu ostatnich lat przed świętami Bożego Narodzenia dyskutowana jest we Włoszech potrzeba ukrywania chrześcijańskich symboli Narodzenia Pańskiego, by nie drażnić imigrantów. Szczególnie wstydliwe i kompromitujące są inicjatywy podejmowane w tym celu przede wszystkim we włoskich szkołach publicznych. To, szczęśliwie, wywołuje protesty rodziców, mediów i polityków.

Najgłośniejszym echem – jak podaje Polskie Radio – odbiła się inicjatywa kierownictwa szkoły zbiorczej pod Mediolanem, w której jedna piąta z tysiąca uczniów to dzieci imigrantów, głównie muzułmanów. Skandal wybuchł, gdy dyrektor placówki Marco Parma zapowiedział, że zamiast Bożego Narodzenia obchodzone tam będzie „święto zimy”. To nie koniec, obchody tego „święta” wyznaczył na koniec stycznia.

Po fali protestów dyrektor szkoły Marco Parma powiedział: – Gdyby w programie części artystycznej znalazła się chociaż jedna kolęda, ktoś mógłby pomyśleć, że to prowokacja, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Paryżu. Rodzice uczniów zaprotestowali i tydzień później na wizytację przyszedł do szkoły inspektor z kuratorium.

Masońskie wpływy są we Włoszech tak silne, że w wielu innych szkołach na terenie Italii toczy się walka o prawo do wystawienia szopki czy choinki. Nie sposób uniknąć skojarzeń, że taki stan rzeczy jest widomym znakiem triumfu islamistów zalewających Europę. Włochy, jak wiadomo, przeżywają tego roku jedną z największych fal migracyjnych.

W. Brytania nie jest już krajem chrześcijańskim
O wiele gorsza sytuacja jest przed świętami Bożego Narodzenia w Wielkiej Brytanii. Tamtejsza Komisja do spraw Religii i Wierzeń w Życiu Publicznym, kierowana przez byłą sędzinę Sądu Najwyższego baronessę ButlerSloss, ogłosiła raport, z którego wynika, że chrześcijanie są już mniejszością w Wielkiej Brytanii i dlatego kraj ten nie powinien już być określany jako chrześcijański.

Badania mówią, że odsetek osób deklarujących się jako anglikanie w ciągu ostatnich 30 lat spadł z 40 do 5, z czego wielu przeszło do wspólnot ewangelikalnych i do zielonoświątkowców. To nie wszystko. Połowa mieszkańców Wysp Brytyjskich deklaruje się jako ateiści. Znacząco wzrosła też liczba muzułmanów, sikhów i hinduistów.
Efektem takiego wyniku badań Komisja zaproponowała, aby w Izbie Lordów zmniejszyć liczbę biskupów anglikańskich, których jest tam obecnie 26, i wprowadzić do Izby Lordów przedstawicieli innych religii. Twórcy raportu nie zatrzymują się na tym. Żądają ograniczenia roli „szkół wyznaniowych”, które mają – według nich – wnosić podziały w społeczeństwie. Postulują ponadto wprowadzenie czasu na refleksję zamiast modlitwy rozpoczynającej lekcje! Ich zdaniem, również ceremonia koronacji królewskiej powinna zawierać elementy innych religii, a nie tylko chrześcijaństwa. Ponadto żądają zmniejszenia liczby programów religijnych w BBC.

Szczęśliwie rząd premiera Davida Camerona negatywnie odniósł się do treści raportu, zaś Kościół anglikański stwierdził, że Komisja została przechwycona przez liberalnych racjonalistów.

Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, wyniki badań są prowadzone przez instytucję rządową i stają się dowodem na preferencje, którymi kierują się brytyjskie instytucje publiczne.

***

Mirosław Orzechowski
Pomniki nie naszych bohaterów

Pomniki niepolskich bohaterów stojące na polskiej ziemi od czasu do czasu rozpalają społeczne emocje. Chodzi najczęściej o monumenty upamiętniające ofiarę krwi żołnierza rosyjskiego, którą przelano niosąc Polakom wolność od niemieckiej okupacji. Ale to nie jest jedyny dylemat związany z pomnikami, bo na polskiej ziemi nie są to jedyne „obce” pomniki. Ale jedne pomniki mogą stać spokojnie, upamiętniając minione dzieje i znaczące postacie z przeszłości, inne zrzucane są z cokołów z hukiem lub demontowane cicho w nocy.

Krótko mówiąc, nasz stosunek do pomników związanych ze wspólną przeszłością zależny jest od tego, w jakich relacjach znajduje się obecnie Polska z sąsiadami – Niemcami, Rosją, czy Ukrainą. Pomnik jest więc wyrazicielem polityki państwa. Jest głosem tych, co mają władzę. Pomniki pełnią rolę propagandową; choć bywa, że są aktem wdzięczności i podziwu zwyczajnych ludzi-fundatorów. Ponieważ zmieniają się rządzący, więc zmieniają się też postacie na pomnikach i tablice na obeliskach. Kraj stabilny i wolny, który nie musi mieć właścicieli, zapewne ma pomniki trwałe, pokryte mchem lub patyną. Polska niestety jest ciągle przez kogoś zawłaszczana, dlatego żywot pomników jest u nas niedługi.

Po transformacji ustrojowej pozbyliśmy się pomników Stalina i Lenina. Gdzie tylko się dało usuwaliśmy pomniki, tablice i głazy pamiątkowe poświęcone radzieckim „oswobodzicielom”. Jeszcze dzisiaj zatwardziali poszukiwacze radzieckich śladów tępią wszelkie pozostałości powojennych hołdów – nie bacząc, że niektóre pomniki harmonijnie komponują się z okolicą i są akceptowane przez okolicznych mieszkańców np. w Katowicach, w Szczecinie, w Olsztynie. Monumenty upamiętniające Armię Czerwoną są częścią naszej historii, podobnie jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Niedawno znaleziono w Lubuskiem, ponoć ostatnią w Polsce, płaskorzeźbę Józefa Stalina umocowaną wysoko na obelisku, na cmentarzu składającym się z 600 grobów radzieckich oficerów. Mieszkańcy Cybinki zapytani, czy chcą usunąć wizerunek Stalina z pomnika, odpowiadali, że im to nie przeszkadza. Pomnik jest częścią polskiej historii, a cmentarz na którym on stoi jest zadbany i stanowi ładny fragment ich miejscowości. Jedna z mieszkanek zażartowała: „rano wstaję, popatrzę na niego; dziadek stoi, będzie dobrze”.

We wrześniu zahuczało w mediach po usunięciu popiersia radzieckiego generała Iwana Czerniachowskiego z monumentu w Pieniężnie w województwie warmińsko-mazurskim. Wydarzenie to miało miejsce 17 września. Zareagował ambasador Rosji w Polsce i pojawiły się krytyczne komentarze w rosyjskiej prasie. Moskiewski dziennik „Rossijskaja Gazieta” podsumował trafnie, że pomnik „padł ofiarą polityki i polityków”.

Ale tropiciele pomników gloryfikujących chwałę naszych gnębicieli, pewnie przez pośpiech, nie dotarli do pomnika poświęconego ciemiężycielowi Polaków, kanclerzowi Otto von Bismarckowi. Kamienny obelisk ku jego czci stoi sobie spokojnie przed kościołem, w samym centrum mazurskiej miejscowości Nakomiady na terenie gminy Kętrzyn. Za czasów pruskich miejscowość ta miała nazwę Eichmedien. W 1899 r. mieszkający tam Niemcy ustawili obelisk z tablicą opatrzoną napisem: „Poświęcamy pamięci wielkiego kanclerza hrabiego Otto von Bismarcka 1899”. Po II wojnie światowej pomnik ten został zakopany. Leżałby zapewne tam dotąd, gdyby nie przyszły nowe czasy i nie pojawiło się zielone światło dla odsłaniania „niemieckiej historii” naszych Ziem Odzyskanych. Inicjatorem renowacji kamienia i ustawienia go na pierwotnym miejscu była radna gminy Kętrzyn, lokalna działaczka mniejszości niemieckiej. Dzięki wsparciu wójta i innych członków germańskiej mniejszości, w 2005 r. pomnik stanął na dawnym miejscu i jak mówią niektórzy mieszkańcy Nakomiad: „stoi, prowokuje i szydzi”. Stawiając pomnik upamiętniający „żelaznego kanclerza”, wójt gminy Kętrzyn złamał obowiązujące przepisy. Nie zwrócił się o zgodę do wojewody warmińsko-mazurskiego, bo uważał że nie musi tego robić. „Obelisk stoi, bo jest częścią historii tych ziem” – tłumaczył się.

Negatywna opinia Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz uznanie postawienia pomnika za samowolę budowlaną nie zmieniło woli osób ze środowiska mniejszości niemieckiej. Mimo nakazu rozbiórki postumentu, wydanego przez inspektora budowlanego, obelisk gloryfikujący twórcę Kulturkampfu, nadal stoi. Pozostaje zatem pytanie, dlaczego pomnik zatwardziałego wroga Polski z czasów zaborów może stać, a pomnik radzieckiego generała nie może?

Podobnie jest na Opolszczyźnie, gdzie odkąd zarejestrowano Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Niemców na Śląsku Opolskim, temat pomników stał się gorącym kartoflem. Pojawiały się pomniki stare – odnowione i całkiem nowe. Wszystkie były symbolem odzyskiwania władzy przez społeczność niemiecką na tym terenie. Początkowo media pilnie śledziły te sprawy, a wojewoda Elżbieta Rutkowska skutecznie wymuszała, by stawiając pomniki nie łamano polskiego prawa. Fundatorzy pomników musieli usuwać niedozwoloną symbolikę. W myśl prawa nie mogło być elementów militarnych – przedstawień broni, sylwetek żołnierzy, krzyża Rzeszy Niemieckiej. Napisy miały być dwujęzyczne, a niemieckie nazwy miejscowości nie mogły pochodzić z okresu 1933-1939. Jednak odkąd nastał wojewoda z ramienia PO – Ryszard Wilczyński, zaczęto przymykać oko na przepisy. Prasa przestała krytykować poczynania lokalnych środowisk, a i Polacy jakoś nie mieli odwagi się wypowiedzieć.

Dlatego dziwi bardzo, że tępienie śladów ZSRR jest takie zajadłe, gdy z pobłażliwością przyjmuje się kolejne tablice, obeliski i pomniki ku pamięci innych okupantów Polski – poległych żołnierzy Rzeszy Niemieckiej. Przesadna tolerancja polskich władz doprowadzić może do tego, że niedługo czcić będziemy żołnierzy Wermachtu na równi z żołnierzami AK, NSZ i innymi naszymi bohaterami.

Innym ciekawym przykładem jest historia pewnego marmurowego obelisku z miejscowości Lubieni niedaleko Opola. Do 1945 r. stał tam pomnik wykonany z czarnego marmuru upamiętniający poległych Niemców w I wojnie światowej. Gdy nastała władza ludowa, pomnik ten wywieziono do Łubnian – wioski należącej do sąsiedniej gminy. Zeszlifowano stary napis i wygrawerowano nowy – poświęcony uczczeniu powstań śląskich. Tak praktykuje się często – powojenna zmiana granic łączy się z przystosowaniem pomników do nowej państwowości. Ale zdarzyło się coś zaskakującego. W 1994 r. pomnik Czynu Powstańczego, przed którym od wojny harcerze i uczniowie trzymali straż w narodowe polskie święta, nagle zniknął. Działacze mniejszości niemieckiej „załatwili” powrót pomnika na stare przedwojenne miejsce do wsi Lubienia. Ponownie zeszlifowano istniejące napisy i wygrawerowano napis w języku polskim i niemieckim: Ku pamięci poległym żołnierzom i ofiarom cywilnym obu wojen światowych. Jak to się mogło stać? Przecież w 1994 roku ta ziemia nie zmieniła swojej przynależności państwowej! Czyżby upamiętnianie czynów powstańczych przestało być aktualne modne i na czasie? Brzydka historia. Przemilczana historia. Niemieckie media w Polsce zadbały, by Polacy w kraju nie usłyszeli, co się na Opolszczyźnie wyrabia.

Inną delikatną sprawą pomnikową jest milczenie na temat – wręcz epidemii – nielegalnie powstających w Polsce pomników upamiętniających ukraińskich „banderowców”. W wolnej Polsce politycy boją się albo nie chcą mówić o ludobójstwie na Polakach dokonanym przez nacjonalistyczne organizacje OUN-UPA i zwykłych Ukraińców. Wszystkie nieomal opcje polityczne robią to samo – nie zajmują żadnego konkretnego stanowiska wobec nielegalnie stawianych pomników ku czci „bohaterów” UPA. Polscy politycy krzyczeli gromko na majdanie w Kijowie: „Sława Ukrainie! Gierojom sława!” A w efekcie tego zaroiło się od banderowskich monumentów w lasach powiatu przemyskiego, jarosławskiego, lubaczowskiego oraz w Bieszczadach. Zabrakło stanowczości władzom lokalnym i państwowym. Trudno powiedzieć, czy polscy politycy boją się Ukraińców, czy to zwykła głupota? Jeśliby przyjąć tezę, że pomniki stawiają silniejsi, to Ukraińcy są silniejsi. A tę siłę daje im bezkarność na polskiej ziemi. Stawiając swoje pomniki z tryzubem i inną banderowską symboliką mówią, że nie dbają o zgodę polskich władz, bo i tak jej nie uzyskają. Tak mówią oficjalnie członkowie Związku Ukraińców w Polsce i „kombatanci” UPA, dorzucając butnie – „stawiamy nielegalne pomniki i będziemy stawiać następne”.

Poprawność polityczna każe nam niszczyć każdy ślad radzieckiego panowania w Polsce, a nie jesteśmy dość czujni, gdy polskie dzieci chodzące do Polskiej Szkoły Średniej Nr 3 w Mościskach, dotowanej przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska, składają kwiaty pod pomnikiem Stepana Bandery w święto upamiętniające powstanie organizacji OUN-UPA, 14 października – od zeszłego roku Dzień Obrońcy Ukrainy, święto wprowadzone przez prezydenta Petro Poroszenkę. Czy polski ambasador na Ukrainie też boi się zwrócić uwagę, że przed pomnikiem mordercy Polaków nie składa się hołdu? Co robią polscy politycy, którzy tak aktywnie wspierali ukraińskie przemiany w sprawach dotyczących Polaków na Ukrainie? W Polskiej Szkole Średniej Nr 10 we Lwowie, z polskim językiem nauczania, na froncie budynku widnieje płaskorzeźba Romana Szuchewicza – naczelnego dowódcy UPA odpowiedzialnego za śmierć dziesiątek tysięcy Polaków! Jest to paradoks historii. że polskie dzieci muszą przekraczać każdego dnia próg szkoły, nad którym widnieje popiersie wroga Polaków. Ale polska dyplomacja w tej sprawie milczy.

Penetrowanie naszej historii i uważna analiza treści tablic umieszczonych na pomnikach budzą niepokojące refleksje. W miejscowości Nadolice Wielkie pod Wrocławiem, znajduje się niemiecki cmentarz wojskowy utworzony z inicjatywy Niemieckiego Związku Opieki nad grobami Wojennymi. „Park Pokoju” – bo tak go nazwano, został otwarty z wielką pompą przy udziale polskich władz w październiku 2002 roku. Udział przedstawicieli polskiego i niemieckiego Kościoła oraz dygnitarzy obu państw miał przesłanie pojednania polsko-niemieckiego. Było salutowanie polskich żołnierzy, hymny, pokłony i składanie wieńców. Chyba jednak uczestnicy tego wydarzenia nie zostali poinformowani, kto jest pochowany na tym cmentarzu. Okazuje się, że pochowano tam ciała setek niemieckich zbrodniarzy wojennych, w tym esesmanów – najbardziej bestialskich katów Warszawy z brygady SS Oskara Dirlewangera, odpowiedzialnych za wymordowanie 1500 mieszkańców Woli podczas Powstania Warszawskiego. Spoczywają tam również żołnierze ukraińskiej dywizji SS Galizien. To ci, którzy na Wołyniu, w Hucie Pieniackiej zapędzili do drewnianego kościoła mieszkańców wsi, bestialsko ich zamordowali i spalili. Jak to się mogło stać, że oprawcy i zbrodniarze wojenni zostali uhonorowani przez polskich urzędników, którzy dali zgodę na ich pochówek w „Parku Pokoju”? Do tej pory nie usunięto marmurowych tablic upamiętniających osoby, które były członkami formacji SS. Żołnierze Waffen SS, która przez Trybunał Norymberski została uznana za organizację zbrodniczą, nie powinni być uwiecznieni na cmentarnych płytach w naszym kraju.

Jeśli Polska chce porządkować historię zapisaną na pomnikach, niech robi to precyzyjnie, konsekwentnie i sprawiedliwie wobec wszystkich złoczyńców Narodu Polskiego. Dbałość o prawdę historyczną nie może być przypadkowa i wybiórcza!

***

Krzysztof Zagozda
Powszechna dywidenda, czyli ku „drugiej Finlandii”!

Całkiem niedawno w gościnie u państwa B., w gronie znajomych bliższych i dalszych, zostałem odpytany na okoliczność tzw. powszechnego dochodu gwarantowanego. Zaczęło się całkiem niepozornie: ktoś gdzieś przeczytał, że Finlandia jako pierwsza na świecie będzie wypłacać swoim obywatelom co miesiąc po kilkaset euro dywidendy z majątku narodowego. W odpowiedzi jakiś młodzian w seledynowym sweterku w karo rzucił z pogardą: – Bolszewizm! Ktoś inny dołożył z zaśpiewem podwórkowego cwaniaczka: – Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy.

Towarzystwo w większości najpierw wybuchło śmiechem, potem wzdrygnęło się przerażone perspektywą finansowania z budżetu państwa „nierobów spędzających całe dnie pod budką z piwem”, by w końcu popukać się palcami w czoła nad głupotą Finów, tak szczególnie dotkliwą w dobie lawiny uchodźców nerwowo poszukujących europejskiego socjalu. Gdy tylko gwar przycichł, odezwała się Pani Ela. Najpierw zwróciła się do młodego człowieka: – Skoro taki z ciebie, Januszu, zatwardziały wróg tego „bolszewizmu”, to jak radzisz sobie z faktem, że nie płacisz za swoje studia z własnej kieszeni i pozwalasz, by robili to za ciebie wszyscy podatnicy? A ty, Bożenko – tu spojrzała na swoją siostrzenicę – tak bardzo ucieszyłaś się na obietnicę otrzymywania co miesiąc po 500 złotych na każde z trojga swoich dzieci. Skąd wiesz, co z nich wyrośnie? A jeśli, co nie daj Boże, wykształcą się i wyjadą na stałe z kraju, to czy pieniądze te okażą wyrzuconymi w błoto? Czy w takiej sytuacji gotowa byłabyś zwrócić do budżetu państwa całą otrzymaną przez te lata kwotę? Tak chyba byłoby sprawiedliwie, nie sądzisz?

Oboje zapytani spuścili wzrok i nie kwapili się do podjęcia tematu. Zresztą miny mocno zrzedły całemu towarzystwu. Zdecydowałem się przerwać tę niebezpiecznie przedłużającą się ciszę. Starałem się mówić wolno, ale dosyć głośno. Zacząłem od tego, że pieniądze wypłacane Finom przez ich państwo nie są żadnym świadczeniem socjalnym, ale godziwą korzyścią należną każdemu Finowi będącemu właścicielem cząstki majątku narodowego. Ten majątek narodowy, wygenerowany przez poprzednie pokolenia, przez ich ojców i dziadków, pracuje i przynosi wymierne zyski. Zyski, którymi Finowie chcą dzielić się sprawiedliwie. My w Polsce mieliśmy dotąd do czynienia z przeciwieństwem tej elementarnej sprawiedliwości. Przypomniałem szachrajstwo związane z tzw. powszechnymi świadectwami udziałowymi. Ta grabież majątku narodowego rozpoczęła się wraz z uporczywym przekonywaniem Polaków, że podstawowym warunkiem ich dobrobytu jest wyprzedaż wszystkiego, co stanowi wspólną własność. Skutecznie ją wyśmiano i opluto.

– Czy to oznacza, że w Polsce nie mamy już żadnych szans na wdrożenie fińskich rozwiązań? – zapytał nieśmiało Pan Andrzej. – Bo skoro żadnego majątku już nie posiadamy…

Wstałem z fotela i z takiej uprzywilejowanej perspektywy spojrzałem na zebranych. Wszyscy sprawiali wrażenie żywo przejętych tym, co dotąd powiedziałem. – Sporo jeszcze nam zostało: lasy, zasoby geologiczne i wodne, mienie samorządowe… A poza tym żadna własność nie ma charakteru absolutnego. Historia zna przykłady konfiskaty mienia z przyczyn wykazujących wszystkie cechy obiektywnej sprawiedliwości, choćby z powodu zdrady bądź niezgodnego z prawem wejścia w jego posiadanie. Przecież tak zwana prywatyzacja to istne eldorado dla różnej maści hochsztaplerów. Posiadanie legalnie wydanego dowodu rejestracyjnego nie ochroni wszakże złodzieja przed konfiskatą skradzionego samochodu. Zresztą bywa i taka własność prywatna, której użytkowanie musi mieć charakter społeczny i służyć dobru powszechnemu… – Tak, to prawda – przerwał mi milczący dotąd ks. Marcin. – Kościół od dawna nauczał, że właścicielem wszystkiego jest Pan Bóg, a człowiek tylko zarządza tą Bożą własnością. Musi to jednak czynić w sposób odpowiedzialny i szlachetny. A własność wspólna? Kościół uświęcił ją choćby w praktyce zakonnej. Nie, nie widzę żadnej sprzeczności między nauką Kościoła a tym, co zrobiono w Finlandii. Skoro tam to się udało, to tym bardziej powinno udać się w katolickiej Polsce. Zresztą ta sama idea funkcjonująca pod nazwą „Kredytu Społecznego” od lat promowana jest przez katolicki ruch „Pielgrzymów Św. Michała”, który działa także w naszym kraju.

Pojawienie się wątków kościelnych zawsze uaktywnia mojego przyjaciela Rafała. Tak stało się i tym razem. Rzucił szybko parę pytań. – A co na to nasza dzisiejsza władza? Czy któraś z partii politycznych wypowiada się na ten temat? Może warto by publicznie odpytać co znaczniejszych polityków? Co o tym myślicie?

Jak zwykle po wypowiedzi Rafała pierwsza zareagowała Ewa, jego żona. Spokojnym, wyważonym tonem głosu sprowadziła męża na ziemię. – Dobrze wiesz, Rafałku, że frazesy wypisywane na partyjnych sztandarach nijak się mają do codziennej rzeczywistości. Wielu z tych polityków musiałoby rozliczyć samych siebie. I to nie tylko za zwykłe zaniedbania, ale i za coś znacznie gorszego. Nie, nie widzę nikogo na polskiej scenie politycznej, kto mógłby głośno powiedzieć, że chce „drugiej Finlandii”. Owszem, zapowiadali już oni „drugie Japonie i Irlandie”, ale nie wierzę, by byli w stanie zrobić cokolwiek dla realnego dobra Polaków. Mam rację?

– I tak, i nie – odpowiedziałem. – Pytać zawsze można. Choćby po to, by w końcu porzucić resztki złudzeń, że istniejący system ma wolę dokonania reform służących Polakom. To pewne, że politycy odpowiedzą nam milczeniem. Dlatego trzeba działać inaczej.
– Jak? – ożywił się Janusz, ten, który u zarania dyskusji był strofowany przez Panią Elę. – Skoro na rząd nie możemy liczyć, to co nam pozostaje?

Ucieszyła mnie ta jego wątpliwość Nie wiem, czy do końca świadomie, ale wprowadzając w swoją wypowiedź formę podmiotu zbiorowego chłopak zdawał się akceptować wszystko to, co afirmowało ideę powszechnej dywidendy. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Czyżby tak niewiele wystarczyło, by z pozycji „książkowego liberała” przeszedł na „jasną stronę normalności”? Przez moment to jego pytanie zawisło ponad głowami całego towarzystwa. Czułem na sobie wzrok kilkunastu osób, ale jeszcze bardziej ciążyła mi odpowiedzialność za słowa mające za chwilę złożyć się w odpowiedź udzieloną Januszowi. – Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że pewna grupa osób pracuje nad konceptem gwarantowanego dochodu powszechnego szytego na miarę specyficznych polskich uwarunkowań. Za punkt wyjścia przyjęła ona aktualnie istniejący porządek prawny i w nim będzie starała się osadzić instytucję nawiązującą do Skarbu Narodowego: tego działającego w XIX-wiecznych realiach Polski rozbiorowej, jak i tego emigracyjnego z lat 1949-91. W niej będzie skupiało się wszystko to, co najlepsze dla Polaków dziś, oraz to, co stanie się fundamentem i gwarantem naszej bezpiecznej przyszłości. Krok po kroku będziemy odzyskiwać to, co utraciliśmy. Być może będzie to proces powolny, ale trwały, nieustanny. Potrzebujemy tylko impulsu, precedensu, który zrewiduje perspektywę codziennych zachowań każdego z nas. Zapewniam was, że nie jest to kwestia lat, ale najbliższych miesięcy.

– A potem załatwimy sprawę dekretami – prawie krzyknął Pan Andrzej.

– A choćby i dekretami – przytaknąłem zanurzony w nagle wybrzmiewających mi w sercu słowach wieszcza:
I przyjaciele wtenczas pomogli rozmowie,
I do piosnki rzucali mnie słowo za słowem-
Jak bajeczne żurawie nad dzikim ostrowem,
Nad zaklętym pałacem przelatując wiosną
I słysząc zaklętego chłopca skargę głośną,
Każdy ptak chłopcu jedno pióro zrucił,
On zrobił skrzydła i do swoich wrócił…

(kontakt z autorem: kzagozda@o2.pl)

***

Marcin Keller
Traktat graniczny z Niemcami

Kończy się emocjonujący rok wyborczy i zwycięzcy będą musieli słodki smak sukcesu zamienić w cierpki smak rządzenia. Skończy się wmawianie nam, że Polska ma się dobrze. Każdego dnia odkrywać będziemy bezmiar zaniedbań i kłamstw, jakimi nas karmiono przez ostatnie lata. Oprócz spraw ekonomicznych, socjalnych i gospodarczych, rządzący będą musieli zrewidować nasze stosunki z sąsiadami.

Najtrudniej będzie ze wschodnimi sąsiadami; ale również w stosunkach z sąsiadem zza Odry konieczna będzie wzmożona czujność. Ćwierćwiecze, jakie w tym roku upływa od podpisania traktatu granicznego z Niemcami jest dobrą okazją, by przyjrzeć się faktom i dokumentom, które regulują relacje między Polską i Niemcami.

Obowiązujący traktat graniczny z Niemcami podpisany został w Warszawie 14 listopada 1990 r. – wkrótce po zjednoczeniu Niemiec. Podpisy pod dokumentem złożyli: minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Krzysztof Skubiszewski i minister spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher. Zanim doszło do tego wydarzenia, wiele lat wcześniej toczyły się trudne zabiegi dyplomatyczne, by uregulować powojenne stosunki między naszymi państwami.

Pierwsze umowy, mające potwierdzić polsko-niemiecką granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej, Polska podpisała z Niemiecką Republiką Demokratyczną (NRD) w Zgorzelcu 6 lipca 1950 r. W umowie tej powtórzone zostały ustalenia graniczne, które były wynikiem decyzji aliantów na konferencji w Poczdamie. Niemiecka Republika Federalna (NRF) nie utrzymywała wtedy stosunków dyplomatycznych z PRL i nie uznawała postanowień granicznych z Polską. Taki stan trwał przez 20 lat, aż do podpisania, 7 grudnia 1970 r., układu o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków pomiędzy PRL i RFN, w którym linia graniczna na Odrze i Nysie Łużyckiej uznana została jako zachodnia granica Polski. Na ocieplenie relacji między naszymi państwami miał wpływ list polskich biskupów do biskupów niemieckich w 1965 r., w którym padły słowa udzielamy wybaczenia i prosimy o nie.

Kolejnym symbolicznym wydarzeniem, wskazującym na zmianę polityki zachodnich Niemiec wobec Polski, była wizyta kanclerza RFN Willy’ego Brandta w Warszawie, w czasie której złożył kwiaty przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Zapewne nie doszłoby do zbliżenia polsko-niemieckiego, gdyby nie zmieniła się polityka ZSRR wobec zachodnich Niemiec, z którymi zawarto układ o normalizacji stosunków, pół roku przed nami. Podpisanie „traktatu granicznego” w 1970 r. przez Brandta i Cyrankiewicza było momentem przełomowym w polsko-niemieckich relacjach. Odtąd pomiędzy obydwoma państwami nawiązano stosunki dyplomatyczne, a w ślad za nimi pojawiły się polsko-niemieckie kontakty handlowe, kulturalne, umowy, fundacje, konferencje, kredyty i granty.

Na uwagę zasługuje fakt, o którym prawie się nie mówi, że w dniu ratyfikacji tego traktatu w 1972 r., Bundestag RFN przyjął niekorzystną dla Polski rezolucję, w której znalazło się niebezpieczne stwierdzenie, że układy zawarte między Polską i RFN nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic. Część niemieckich posłów, niechętnych traktatowi, zarzuciło niekonstytucyjność tego dokumentu ze względu na to, że konstytucja RFN określa granice Niemiec z 1937 r. W rozstrzygnięciu Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że układ jest zgodny z konstytucją i że nie jest on uznaniem granicy na Odrze i Nysie, tylko przyjęciem przez RFN tego stanu rzeczy do wiadomości i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu jego zmiany. Tak pokrętnie sformułowana interpretacja tego międzynarodowego dokumentu przez najwyższe ciało sądownicze w Niemczech powinna była budzić niepokój polityków polskich, a już na pewno należało być czujnym przy podpisywaniu kolejnych umów z Niemcami. Niestety, obowiązujący dzisiaj traktat graniczny z Niemcami z 1990 r. jest kontynuacją postanowień z 1970 r. Polskie władze nie zadbały, by znalazły się w nim jednoznaczne zapisy gwarantujące Polsce bezpieczeństwo zachodniej granicy i zabezpieczenia przed niemieckimi roszczeniami.

„Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy” z 1990 r. jest krótkim i enigmatycznym dokumentem. Składa się zaledwie z czterech artykułów mieszczących się na dwóch stronach. W preambule dokumentu znajduje się sformułowanie o tym, że strony są głęboko przekonane, że zjednoczenie Niemiec jako państwa z ostatecznymi granicami jest znaczącym wkładem do porządku pokojowego w Europie. Jeśli chodzi o zasadniczy temat, jakim jest granica polsko-niemiecka, w traktacie znalazło się tylko ogólne odwołanie do już istniejących polsko-
niemieckich umów. W art. 2 umieszczono krótkie, jednozdaniowe oświadczenie o nienaruszalności istniejącej granicy, a w art. 3 również jednozdaniowe zobowiązanie do niewysuwania żadnych roszczeń terytorialnych.

Po podpisaniu tego dokumentu o szumnej nazwie „traktat” odtrąbiono wielki sukces. Taki stan zadowolenia trwa do dzisiaj. Fałszywie wmawia się Polakom mit o przyjaźni kanclerza Helmuta Kohla do Polski, honorując go najwyższymi polskimi odznaczeniami. Według relacji bezpośrednich świadków wydarzeń poprzedzających podpisanie tego traktatu, Kohl robił wszystko, by nie uznać granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Rokowania poprzedzające podpisanie traktatu przypominały Poczdam. Podobnie jak tam, w negocjacjach „2+4” uczestniczyła Polska, Niemcy i cztery państwa koalicji antyhitlerowskiej. Największą pozytywną rolę odegrała wtedy Margaret Thatcher jako premier Wielkiej Brytanii. Obawiając się nadmiernego wzmocnienia Niemiec wskutek zjednoczenia, naciskała Kohla, by oficjalnie uznał granicę z Polską. Podobnie pozytywną rolę, odegrał wtedy prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow zapowiadając, że nie wycofa wojsk radzieckich z terenu byłej NRD, jeśli sprawa granic nie zostanie definitywnie załatwiona. Pod wpływem argumentów obu mocarstw, kanclerz Kohl w końcu uległ. Nie była to ani dobra wola, ani przyjaźń do Polski, tylko zwyczajny pragmatyzm polityczny.

Szkoda, że w Polsce zafałszowuje się najnowszą historię i nie podaje się rzeczywistego przebiegu tych rokowań. Poprawność polityczna nakazuje chwalić Kohla i uznawać „pocałunek w Krzyżowej” za symbol polsko-niemieckiej przyjaźni. Uwaga skoncentrowana jest na warstwie symbolicznej, a nie merytorycznej, dlatego spotkanie Kohla z Mazowieckim w Krzyżowej, które miało miejsce rok przed podpisaniem traktatu granicznego, urosło niemal do święta państwowego. Rok temu mogliśmy oglądać w telewizji serdeczności, jakimi obsypywały się Ewa Kopacz i kanclerz Angela Merkel w Krzyżowej podczas obchodów 25. rocznicy słynnego „pocałunku pojednania”.

Z Niemcami wiążą nas obecnie dwa traktaty – traktat graniczny o potwierdzeniu istniejącej granicy z 1990 r., nazywany „małym traktatem”, oraz traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 r., nazywany „dużym traktatem”. Oba zostały ratyfikowane przez Bundestag i Sejm RP w jednym czasie – w październiku 1991 r. Problem w ocenie tych dokumentów polega na tym, że strona polska traktuje zawarte w nich ustalenia jako ostateczne zamknięcie sprawy granic i wzajemnych zobowiązań, natomiast strona niemiecka zostawia sobie furtkę poprzez utrzymywanie fikcji prawnej – czyli niezgodności zapisów traktatów z niemieckim prawem wewnętrznym. Niemiecka konstytucja nadal odwołuje się do granic z czasów istnienia III Rzeszy, w której art. 116 mówi, że każdy urodzony na ziemiach należących w 1937 r. do Rzeszy Niemieckiej, czyli także na naszych Ziemiach Odzyskanych, oraz jego potomek ma prawo otrzymać niemieckie obywatelstwo. Czy polskich polityków nigdy to niepokoiło?

Warte poznania są szczegóły związane z ratyfikacją obu traktatów w 1991 r. przez polski Sejm. Posłom dano za mało czasu na szczegółowe zapoznanie się z treścią traktatów. Dopiero tydzień przed głosowaniem pojawiły się jego kopie. Przy ratyfikacji nie można praktycznie niczego zmieniać w treści. Polscy posłowie traktat przyjęli. Gdy mówi się o umowach wiążących nas z Niemcami, prawie nie wspomina się o tym, że przy ratyfikacji obu traktatów dołączono listy intencyjne ministrów spraw zagranicznych o niezwykle istotnej treści. W liście intencyjnym Hansa Dietricha Genschera znalazło się stwierdzenie, że traktat nie zajmuje się sprawami majątkowymi. Zatem tematyka własności na Ziemiach Odzyskanych pozostała nieuregulowana.

Niedomówienia i haczyki zawarte w traktatach i listach intencyjnych, stanowiących ich integralną część, zaczęły dawać o sobie znać w okresie późniejszym. W 1998 r. Bundestag niemiecki podjął rezolucję, w której uznał powojenne wysiedlenia Niemców za niezgodne z prawem międzynarodowym i wyraził poparcie dla roszczeń tzw. wypędzonych; co prawda nie wprost, ale poprzez apel do rządu, by nadal działał na rzecz legalnych interesów wypędzonych. Fakt ten zaskoczył polskich parlamentarzystów przekonanych, że z Niemcami mamy wszystko pozałatwiane. Dlatego udało się wtedy przegłosować w Sejmie uchwałę krytykującą rezolucję Bundestagu. W uchwale polskiego Sejmu znalazły się takie słowa: podstawą pokoju musi być akceptacja terytorialnego porządku w Europie i polskich tytułów własności nieruchomości. Uchwała ta na niewiele się zdała, bo gdy pojawiły się pierwsze roszczenia ze strony niemieckich przesiedleńców, polskie sądy stanęły po ich stronie i zasądziły dla nich odszkodowania od polskiego Skarbu Państwa.

Niemcy korzystając z luk prawnych i bierności Polski, cały czas prowadzą politykę rewizji przeszłości. Budowa Centrum Wypędzonych w Berlinie jest tylko jednym z przykładów. Zafałszowany obraz wojennej i powojennej historii ma na celu odwrócenie proporcji i pokazanie, że wszyscy byli jednocześnie ofiarami i sprawcami. Polskie rządy do tej pory godziły się na te fałsze. Dzięki zmianie władzy w Polsce jest szansa na naprawienie błędów. Trzeba wynegocjować takie zapisy prawne, by nie pojawiały się wątpliwości co do przebiegu granicy między Polską i Niemcami. Zapis art. 116 konstytucji niemieckiej sieje wiele zamieszania. Niektórzy nazywają to stanem „agresji prawnej” wymierzonej w Polskę. Czy polskim politykom nie przeszkadza, że w Niemczech, w niektórych środowiskach, naucza się, że nasze Ziemie Odzyskane znajdują się unter polnischer Verwaltung – pod polskim zarządem? Milczenie i zadowolenie Niemiec, nie dziwi, ale dlaczego opinia międzynarodowa godzi się na łamanie konwencji wiedeńskiej z 1969 r. o umowach międzynarodowych, która mówi, że prawo wewnętrzne układających się stron nie może być sprzeczne z treścią tych umów.

Do koniecznych zadań nowego rządu należy zamknięcie drogi sądowej dla roszczeń niemieckich tzw. późnych przesiedleńców oraz śledzenie i piętnowanie wypowiedzi organizacji ziomkostw i powiernictwa niemieckiego, które stoją w sprzeczności z prawem międzynarodowym. Konieczne jest prowadzenie polityki historycznej, tak by z polskiego słownika nie znikło pojęcie Ziemie Odzyskane.

***

Ks. Infułat Józef Fijałkowski
Nowe Życie w Chrystusie

Adwentem rozpoczęliśmy Nowy Rok Liturgiczny (kościelny). Z punktu widzenia życia religijnego i duchowego ważniejszy niż rok kalendarzowy (świecki). Przeżywać będziemy z całym Kościołem jeszcze raz wielkie misteria zbawienia, które dokonały się w Jezusie Chrystusie. A przeżywać będziemy te zbawcze wydarzenia przez sprawowanie i uczestnictwo w Świętej Liturgii Kościoła.

Sobór Watykański II przekazał nam w tej sprawie dokument o wyjątkowym znaczeniu – Konstytucję o Świętej Liturgii. Czytamy tam wyjaśnienie: Dla urzeczywistnienia tak wielkiego dzieła (zbawienia) Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, szczególnie w czynnościach liturgicznych. Jest obecny w Ofierze Mszy św. (…) Obecny jest mocą swoją w sakramentach tak; że gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci. Jest obecny w swoim słowie, albowiem gdy w Kościele czyta się Pismo święte, wówczas On sam mówi.

Jakże ważne są te słowa, które zachęcają nas i pomagają z wiarą przeżywać nasze uczestnictwo w liturgii Kościoła. Abyśmy mogli przekroczyć wszelkie bariery, które utrudniają nam takie rozumienie i uczestniczenie w świętej liturgii, Sobór wyjaśnia: Dlatego jak Ojciec posłał Chrystusa tak i On posłał Apostołów, których napełnił Duchem Świętym nie tylko po to, aby głosząc Ewangelię wszystkiemu stworzeniu zwiastowali, że Syn Boży swoją śmiercią i zmartwychwstaniem uwolnił nas z mocy szatana i od śmierci oraz przeniósł do Królestwa Ojca, lecz także po to, aby zbawienie, które głoszą sprawowali przez Ofiarę i sakramenty stanowiąc ośrodek całego życia liturgicznego.

Podkreślamy i mówimy o większym znaczeniu roku kościelnego aniżeli świeckiego, ponieważ poprzez sprawowanie liturgii uobecniają się dla nas wielkie misteria Boże, a uczestnictwo w nich staje się bogactwem człowieka, pochodzącym od Boga samego. W liturgii i poprzez liturgię Bóg dzieli się z człowiekiem swoim życiem, udziela łaski, błogosławi, poucza i pomaga żyć nowym życiem. Ale bez właściwego i głębokiego zrozumienia znaków, symboli, gestów, postaw i słów nie można owocnie uczestniczyć w świętych obrzędach, a także aktywnie brać w nich udział. Dlatego bierna obecność bez zaangażowania wewnętrznego i zewnętrznego nie przynosi człowiekowi pożytku w takiej mierze, w jakiej sam Bóg chciałby nam udzielić. Należy nauczyć się uczestniczenia w liturgii, mieć ukształtowaną wyobraźnię, aby poprzez znaki i symbole odkrywać treści ukryte, przygotowane nam przez Chrystusa, który zaprasza nas do jednoczenia się z Nim szczególnie w takich wyjątkowych momentach, jakim jest sprawowana liturgia.

Chleb, woda, wino, są między innymi znakami, poprzez które Chrystus objawia nam to co wieczne, duchowe, nadprzyrodzone. A my w pobożnej postawie, w przyklęknięciu, skłonie głowy, siedząc lub stojąc przyjmujemy to wszystko w duchu wdzięczności, pobożności i w przekonaniu że dokonało się spotkanie Boga z człowiekiem, człowieka z Bogiem i ludzi pomiędzy sobą.

A zatem Sobór we wspomnianej konstytucji przekonuje nas: Z biegiem roku Kościół odsłania całe misterium Chrystusa począwszy od Wcielenia i Narodzenia aż do Wniebowstąpienia, do dnia Zesłania Ducha Świętego oraz oczekiwania błogosławionej nadziei i przyjścia Pańskiego.

W roku liturgicznym 2015/16 towarzyszyć nam będzie hasło „Nowe życie w Chrystusie”. Przez Chrystusa, z Chrystusem, w Chrystusie przez wiarę i Chrzest do Świadectwa. Taka będzie droga duchowa wszystkich, którzy w czasach obojętności religijnej, zaniedbania uczestnictwa w życiu liturgicznym Kościoła, pragną zostać przy źródle, pogłębić swoją wiarę, być zdolnymi do świadczenia i pomocy tym, którzy w chaosie współczesnego świata zagubili się na ścieżkach swojego życia. W takiej atmosferze pragniemy przeżywać Jubileusz Chrztu Polski z racji 1050. rocznicy tego wydarzenia, Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, Światowe Dni Młodzieży oraz spotkanie z Ojcem Świętym Franciszkiem na polskiej ziemi. Będziemy te uroczystości przeżywać przede wszystkim w sprawowanej liturgii, ale także na wiele innych sposobów, które zostały zaplanowane przez Episkopat Polski w programie duszpasterskim na lata 2013-2017.

Wspomnienie własnego chrztu, oraz Chrztu Polski, pomoże nam odnaleźć naszą tożsamość i przypomnieć, że od początku naszej historii jesteśmy narodem chrześcijańskim. W odróżnieniu od innych narodów nie było w historii Polski czasu przedchrześcijańskiego. Ale przemiany, jakie się dokonały, szczególnie w ostatnich dziesięcioleciach niepokoją nas, zapominanie, zagubienie przeszłości nie rokuje nam upragnionej nadziei na szczęśliwą przyszłość. Gwarantem jej jest Chrystus i w Nim możemy na nowo odnaleźć prawdę, życie, a także mocny fundament na oczekiwane przemiany ekonomiczne, polityczne, społeczne, a także w wychowaniu i przygotowaniu do przyszłych zadań młodego pokolenia.
U Chrystusa Miłosiernego będziemy starać się doznawać przebaczenia naszych chrześcijańskich zaniedbań i razem z Nim wkroczyć w nowe życie. Aby młodzież, która przybędzie do nas z całego świata przez naszą wiarę, miłość do Chrystusa i braci, przez naszą wierność Ewangelii, doznała również umocnienia w wyznawaniu, strzeżeniu i praktykowaniu tego wszystkiego czego doznaliśmy przez Chrzest Święty.
Niech w naszej duchowej mobilizacji na ten szczególny czas pomoże nam świadectwo nawróconego żyda Romana Brandstaettera: W żaden sposób nie mogłem wyobrazić sobie nieobecności Chrystusa w dziejach ludzkich. Nie zdołałem wykrzesać z siebie ani jednego obrazu. Tworzywo okazało się jałową miazgą, której nie umiałem nadać kształtu. Stanąłem oko w oko z demoniczną próżnią, z której ani siebie, ani sensu świata nie mogłem odnaleźć. A zatem Nowe Życie tylko w Chrystusie.

***

Teresa Szemerluk
Ikona z Polski u Papieża

Uroczystościom otwarcia Roku Miłosierdzia 8 grudnia towarzyszyła Ikona Matki Bożej „Bramy Miłosierdzia” z polskiej cerkwi greko-katolickiej w Jarosławiu. Stało się tak na specjalną prośbę Ojca Świętego Franciszka, który dowiedział się o tym słynącym cudami Obrazie i poprosił o to, by uczestniczył On w otwarciu Roku Miłosierdzia.

Mimo bardzo krótkiego czasu, dzięki współdziałaniu Kościoła i MSZ udało się załatwić wszystkie formalności i XVII-wieczna ikona mogła stanąć przy centralnym ołtarzu papieskim na Placu św. Piotra.

Ikona przedstawia Matkę Bożą z Panem Jezusem. Pod obrazem znajduje się napis: „Myłoserdia Dwery otwery nam” („Drzwi miłosierdzia otwórz nam”). Ikona powstała najprawdopodobniej około 1640 r., a do cerkwi Przemienienia Pańskiego w Jarosławiu przeniesiono Ją w 1747 r.
Początki kultu cudownej ikony Bramy Miłosierdzia – mówi proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Jarosławiu ks. Krzysztof Błażejewski – sięgają XVII w. W okresie powojennym świątynia była zniszczona, ale ten szczególny kult, ten duch maryjny Słynącej Łaskami, nigdy nie zanikł. Widać to było przez modlitwy i ofiary, jakimi wierni obdarowywali cudowną ikonę miłosierdzia. W II Rzeczpospolitej toczono długie starania o koronację Obrazu, ale dziejowe zawieruchy to uniemożliwiły. Dopiero w 1996 r. koronacji, w imieniu Jana Pawła II, dokonał Kardynał Achille Silvestrini, ówczesny prefekt Kongregacji Kościołów Wschodnich.

Ikona ma jeszcze jeden wyjątkowy wątek związany z aktualnym pontyfikatem. Jak mówi ambasador Polski przy Stolicy Apostolskiej Piotr Nowina-Konopka „pod koniec lat czterdziestych, gdy Ukraińcy dość masowo emigrowali, w tym także do Buenos Aires, zamówili tam kopię tego swojego ukochanego obrazu grekokatolickiego. Ta kopia ozdabiała cerkiew greckokatolicką w Buenos Aires, w której, zrządzeniem opatrzności, młody człowiek, który nazywał się Jorge Mario Bergoglio, był ministrantem u ks. Stefana Czmila. Młody Jorge Bergoglio, z pewnością klęcząc przy ołtarzu, widział ten obraz.

Po zakończeniu uroczystości Ikona Matki Bożej „Bramy Miłosierdzia” wróciła do Polski.

***

Iwona Klimczak
Wiara zawsze łączyła Polaków

W 2016 r. Polska obchodzić 1050. rocznicę chrztu. W związku z tym, podobnie jak pięćdziesiąt lat temu na 1000-lecie chrztu, Kościół zaplanował specjalne przygotowanie wiernych na obchody upamiętniające to wydarzenie. W Archidiecezji Łódzkiej pierwsze uroczystości odbyły się w Łasku.

„Czas wdzięczności wobec Boga”
Na zbliżającą się 1050. rocznicę Chrztu Polski, Biskupi polscy wystosowali do wiernych List pasterski. Chrystus jako Początek i Koniec całych ludzkich dziejów – sprawił, że 1050 lat temu na polskiej ziemi został postawiony krzyż, przejmujący znak jego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią – rozpoczynają Biskupi swój list. Podkreślają też, że chrzest Polski umożliwił też ukształtowanie się narodu polskiego, stał się znakiem budującym jego tożsamość; chrzest wprowadził nasz naród w nowy świat, który wyraża się przez nową kulturę, nowe instytucje, struktury, zapisy prawne. Chrzest stał się bazą dla budowania wspólnoty narodów, jaką stanowi dziś Europa.

Pasterze Kościoła polskiego, odnosząc się do rocznicy Chrztu, zaznaczają, że nie jest to tylko wydarzenie na płaszczyźnie społecznej, kulturowej, czy narodowej. To przede wszystkim zagadnienie wiary i tak jak Mieszko I w 966 r. podczas Chrztu Świętego i my mamy dziś złożyć nasze wyznanie wiary, bowiem chrzest to przełomowy moment naszej osobistej duchowej biografii.

Biskupi przypominają o uroczystych obchodach 1000-lecia Chrztu Polski sprzed 50 lat, gdy 3 maja 1966 r. na Jasnej Górze zawierzono naród polski Matce Bożej. Bez tamtego Millennium trudno sobie wyobrazić następne ćwierć wieku polskiej historii: pontyfikat Jana Pawła II, wielki ruch „Solidarność” oraz odzyskaną w 1989 r. wolność – stwierdzają Biskupi. 3 maja 2016 r. Biskupi polscy odnowią na Jasnej Górze tamte przyrzeczenia.

Warto dodać, że w 2016 r. będziemy przeżywać też, ustanowiony przez Ojca Świętego Franciszka Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, rozumiany jako objawienie czynnej wiary, potwierdzonej na Chrzcie Świętym.

Czeka nas zatem rok liturgiczny pełen duchowych wyzwań – kończą Biskupi – niech będzie on dla każdej i każdego z nas rokiem prawdziwie błogosławionym. Niech będzie czasem wdzięczności wobec Boga za wspaniałą ponadtysiącletnią tradycję chrześcijańską naszego narodu; czasem odnowienia przymierza z miłosiernym Bogiem i poddania się powszechnemu panowaniu Chrystusa Króla Wszechświata. Niech stanie się okazją do pogłębienia synowskich więzi z Bogarodzicą, Matką Kościoła i naszą Matką. Niech będzie czasem radosnej nadziei dla młodych, którzy podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie spotkają się z Ojcem Świętym Franciszkiem.

Polska podąża za Chrystusem
W Archidiecezji Łódzkiej inauguracja 1050. Rocznicy obchodów odbyła się w kolegiacie łaskiej i miała także związek z 500. rocznicą obecności Cudownego Wizerunku Matki Boskiej Łaskiej. W liście pasterskim z tej okazji Ks. Abp Marek Jędraszewski, nawiązując do Ewangelii o dialogu między niewidomym żebrakiem Bartymeuszem a Jezusem, podkreślił, że w ciągu prawie dwóch tysięcy lat dziejów Kościoła historia Bartymeusza znajdowała swoje liczne i niekiedy prawdziwie przejmujące powtórzenia. Ciągle bowiem znajdowali się i znajdują ludzie, którzy właśnie u Chrystusa szukali ratunku dla siebie, którzy ten ratunek u Niego znaleźli i którzy odtąd szli już tylko za Nim.

1050 lat temu ta historia powtórzyła się w Polsce, w której książę Mieszko I wraz z dworem przyjął sakrament Chrztu Świętego, w Wielką Sobotę 14 kwietnia. Uznał, że ratunku zarówno dla siebie, jak i dla całego narodu, któremu przewodził, może szukać jedynie w Chrystusie i Jego Ewangelii. Konsekwencją chrztu było przyjęcie Polski do wspólnoty państw i narodów chrześcijańskich, a w Polsce pojawili się pierwsi misjonarze, utworzono biskupstwa, a w 1000 r. odbył się zjazd gnieźnieński, podczas którego utworzono podległą wprost Rzymowi metropolię gnieźnieńską, w skład której weszły trzy diecezje ze stolicami w Krakowie, we Wrocławiu i w Kołobrzegu. Chrześcijański charakter państwa polskiego – podkreśla Abp Jędraszewski – był (…) przejmująco poświadczany modlitwą, krwią i męczeństwem świętych tamtych czasów: św. Wojciecha, Pięciu Braci Męczenników Międzyrzeckich, św. Brunona z Kwerfurtu, św. Andrzeja Świerada, św. Bp. Stanisława Szczepanowskiego. Mimo tak zwanej reakcji pogańskiej w latach trzydziestych XI wieku Polska wiernie szła za Chrystusem – i tak zdąża za Nim po dzień dzisiejszy.

Wraz z chrześcijaństwem w Polsce rozpoczął się też kult Matki Bożej, która była czczona i kochana od samego początku przez polski lud, czego dowodem jest stara polska pieśń „Bogurodzica”, pierwszy hymn Polski.

Obraliśmy Ją za naszą Królową
Przejawem tego kultu stały się też sanktuaria z Cudownymi Obrazami Matki Bożej. Jednym z nich był Wizerunek Matki Bożej Łaskiej, który do Polski przywiózł w 1515 r. prymas Jan Łaski jako dar papieża Leona X.

I właśnie w związku z 500-leciem obecności Matki Bożej w Łasku Archidiecezja Łódzka zaplanowała na 8 listopada uroczyste obchody inaugurujące także 1050. rocznicę obchodów Chrztu Polski. W innych diecezjach rozpoczną się one 28 listopada, w pierwszą niedzielę Adwentu. Łaskim obchodom tym przewodniczył Ks. Kardynał Zenon Grocholewski, który został na tej uroczystości reprezentował Ojca Świętego Franciszka jako legat papieski. W uroczystościach uczestniczyły delegacje wszystkich parafii Archidiecezji Łódzkiej.

Zebranych powitał Ks. Abp Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki. Jesteś dla nas najdostojniejszy Księże Kardynale Zenonie – mówił Metropolita Łódzki – zwiastunem radosnej nowiny, ponieważ będziesz nauczał o Maryi, tak drogiej naszemu sercu Matce Najświętszej, która od pięciuset lat towarzyszy życiu tego miasta i tej ziemi. Jako zwiastun, który obwieszcza zbawienie do odnowy życia duchowego i do składania pełnego entuzjazmu świadectwa wiary. Świadectwa, które wpisywać się będzie w dzieło nowej ewangelizacji koniecznej do podjęcia w chwili, gdy nasz naród polski zaczyna świętować 1050. rocznicę Chrztu Polski.

Ks. Kardynał Grocholewski w homilii odniósł się m.in. do znaczenia wiary w życiu Polaków. Wiara była w naszym narodzie – mówił Ks. Kardynał – siłą przetrwania, ostoją, umocnieniem, zwłaszcza w tych trudnych momentach najazdów, niewoli, ataku różnorodnych demagogicznych ideologii. Wiara łączyła Polaków rozsianych po całym świecie. Jak podkreślał, chrzest obficie owocował w historii Polaków w kraju i na obczyźnie i nadal owocuje dzisiaj. Kardynał Grocholewski mówił też o roli Maryi, która obecna była od samego początku historii naszego narodu, w tej drodze życia wiarą i z wiary, wraz z Chrystusem. (…) Czuliśmy Jej opiekę nad nami. Obraliśmy Ją nawet za naszą Królową.

W kontekście zbliżającej się rocznicy Chrztu Polski Kard. Grocholewski zaznaczył, że dziś Polakom potrzeba silnego zawierzenia Chrystusowi. Musimy sobie zdać sprawę z tego – mówił – że każdy z nas jest odpowiedzialny za swoją wiarę. Wiara bowiem może w nas się umacniać, wzrastać, ale też może słabnąć, możemy ją nawet stracić przez nasze niedbalstwo.

Na zakończenie uroczystości przedstawiciele wszystkich parafii z archidiecezji łódzkiej odebrali jubileuszowe świece chrzcielne, które zapalono w kościołach w niedzielę 15 listopada.

Bierzmy udział w świętowaniu rocznicy
Drugą stacją „łódzkich” obchodów rocznicy Chrztu Polski będzie Piotrków Trybunalski, gdzie w Niedzielę Miłosierdzia 3 kwietnia 2016 r. uroczystościom będzie przewodniczył Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, trzecią, 12 czerwca 2016 roku, w Święto Eucharystii – w łódzkiej katedrze pod przewodnictwem Ks. Kardynała Dominika Duki, arcybiskupa metropolity praskiego i prymasa Czech, przypominający swą obecnością, że bezpośrednią przyczyną przyjęcia przez Mieszka I sakramentu Chrztu było jego małżeństwo z księżniczką czeską Dobrawą. Ostatnią stacją będzie Tomaszów Mazowiecki, który w odpowiedzi na uchwały Rady Miasta i Rady Powiatu z 11 czerwca br. prosi Ojca Świętego o ustanowienie Patrona dla miasta w osobie św. Antoniego Padewskiego.

W związku z rocznicą Chrztu Polski oraz rocznicą obecności obrazu Matki Boskiej Łaskiej 7 listopada w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi odbyła się wystawa pt. „Kult Boży w Kolegiacie Łaskiej” oraz konferencja naukowa poświęcona rozwojowi chrześcijaństwa w Polsce i na Ziemi Łódzkiej. Na wystawie można było zobaczyć wiele unikatowych dokumentów z łaskiej kolegiaty, m.in. księgę inwentarzową z XVIII w., kazanie o odpustach – przygotowane do wygłoszenia w kolegiacie łaskiej z XVIII w., księgę ochrzczonych w kolegiacie z lat 15901638 oraz protokół z wizytacji z 1780 r.

Podczas konferencji wykłady wygłosili: prof. dr hab. Hanna Kóćka-Krenz z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, która mówiła o początki chrześcijaństwa w państwie Piastów i wpływie chrztu Polski na kształt państwa nie tylko w aspekcie religijnym; ks. prof. dr hab. Mieczysław Różański opowiedział o organizacji kościelnej na ziemiach obecnej Archidiecezji łódzkiej w okresie staropolskim; o związkach Abp. Achillesa Rattiego z Kościołem Łódzkim mówił ks. prof. dr hab. Stanisław Wilk (KUL); o symbolice herbów biskupów episkopatu łódzkiego – ks. prof. dr hab. Józef Marecki (UP JP2); ks. prof. UKSW dr hab. Waldemar Gliński (UKSW) mówił o kapitule kolegiackiej w Łasku, a prof. dr hab. Zbigniew Bana (UKSW) o kościele kolegiackim w Łasku. Całość uświetnił występ zespołu wokalnego „Ars Temporis” pod dyr. Magdaleny Szymańskiej.

***

Agnieszka Sadowska
Na temat niepełnosprawności

Na temat sytuacji osób niepełnosprawnych, ich roli w społeczeństwie i problemach, z jakimi się zmagają rozmawiali uczestnicy konferencji zorganizowanej w łódzkiej Kurii Metropolitarnej. Organizatorami były: Wydział Katechetyczny i Zespół Szkół Specjalnych Nr 4 z Konstantynowa Łódzkiego. Patronat honorowy objął Ks. Arcybiskup Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki.

Słowo wstępne skierował do zaproszonych gości Ks. Bp Marek Marczak, który podkreślił, że w Kościele ludzie niepełnosprawni mają szczególne miejsce ze względu na swoje cierpienie, związane z cierpieniem Chrystusa, który jest drogą do zbawienia. Osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie codziennie niosą swój krzyż.

Z jednej strony rośnie świadomość ludzi na temat potrzeb osób niepełnosprawnych, z drugiej jest jeszcze wiele do zrobienia. Jan Bujnowicz, dyrektor Fundacji im. Brata Alberta w Łodzi podkreślał, że we wspólnocie podopieczni są bardzo aktywni – uprawiają sport, osiągają w tej dziedzinie sukcesy, reprezentują kraj na olimpiadach, podróżują. Uczestniczą w warsztatach terapeutycznych. Wystawiają przedstawienia teatralne. Są dumni z tego, co robią. Czują się doceniani. Nawiązują nowe znajomości. Uczą się współpracy w grupie. Są pogodni, ufni. Cieszą się, że nie siedzą w „czterech ścianach”. Jednocześnie otoczeni miłością i poczuciem bezpieczeństwa funkcjonują, jak w prawdziwym domu, gdzie panuje rodzinna atmosfera. Niestety, niepełnosprawni wciąż jeszcze spotykają na swej drodze szereg przeciwieństw, zwłaszcza osoby, które nie mogą poruszać się same, czy te z głębszym upośledzeniem. O problemach rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym mówił dr Paweł Chmura: – Państwo traktuje często rodziców dzieci niepełnosprawnych jak intruzów lub grupę zawodową domagającą się swoich praw. Nie mogą dorobić, bo zabierane im są natychmiast wszystkie świadczenia. Zdani są tylko na siebie. Rodzice, którzy dowiadują się, że ich dziecko jest niepełnosprawne przechodzą kilka etapów: szok, kryzys, depresja, wyparcie, pozorne przystosowanie, aż w końcu konstruktywne przystosowanie. Do ostatniego etapu część rodziców w ogóle nie dochodzi. Obwiniają siebie nawzajem i wszystkich dookoła, mają żal, trudno im funkcjonować. Martwią się, co się stanie z ich dzieckiem, kiedy odejdą. Decydują się na kolejne dzieci, żeby opiekowały się starszym rodzeństwem, choć dla nich to też krzywdząca sytuacja. Sprzęt rehabilitacyjny jest bardzo drogi, czasem kosztuje nawet kilkanaście tysięcy, bo choć brzmi to okrutnie, niektórzy na niepełnosprawności chcą zrobić interes. Uwaga społeczna skupia się na osobach z lekkim stopniem niepełnosprawności, które można aktywizować zawodowo. Reszta jest pozostawiona sama sobie i może liczyć tylko na rodziców. Rehabilitacja jest ograniczona, często trudno dostępna, a żaden rodzic nie rodzi się rehabilitantem, tymczasem taką rolę przewiduje dla niego państwo, nie pytając, czy rodzice i rodzeństwo mają ku temu możliwości i zdolności psychofizyczne.

Pozytywnym aspektem jest fakt, że są specjaliści, którzy chcą poświęcić się pracy z niepełnosprawnymi. Marta Uzdrowska, optometrysta (zajmuje się korekcją i rehabilitacją wzroku) od ponad sześciu lat pracuje z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, zwłaszcza w stopniu głębokim i umiarkowanym. Wady wzroku wynikają u nich w dużej mierze z problemów neurologicznych. Rodzice i opiekunowie często nie zdają sobie sprawy, że można tym osobom poprawić komfort życia i ich rozwój poprzez zdiagnozowanie i leczenie tych wad, przez dobór odpowiednich szkieł. Większość niepełnosprawnych nigdy w życiu nie miała okularów. To nieprawda, że jeśli ktoś leży i nie ma z nim kontaktu, to nie można już mu pomóc. Większość bodźców odbieramy przecież przez wzrok. Jeśli poprawimy ostrość widzenia, zwiększy się odbiór świata. Taki pacjent będzie lepiej poddawać się rehabilitacji, będzie spokojniejszy, bo rozpozna opiekuna, gdy ten się do niego zbliży. Oczywiście jest to pacjent wymagający, trzeba okazać mu serce, poświęcić czas. Nie każdy specjalista chce się podjąć takiego badania. Nie wie, jak się pacjent zachowa, bo czasem niepełnosprawność umysłowa jest mylona z chorobą psychiczną. Tymczasem osoby chore bada się sprzętem przenośnym. Jest to badanie nieinwazyjne, niewpływające na pogorszenie komfortu. Pacjent nie musi współpracować, żeby optometrysta mógł zdiagnozować wadę wzroku.

O tym, jak się pracuje w szkole z dziećmi niepełnosprawnymi mówili: Marzena Kobojek, dyrektor Zespołu Szkół Nr 4 i Wiesław Raczyński, katecheta. Pedagodzy podkreślali, że choć praca jest ciężka, wymaga kreatywności nauczyciela, przygotowania specjalnych materiałów dopasowanych do każdego dziecka indywidualnie, to daje ona niesamowitą satysfakcję, np. jeśli chodzi o przygotowanie do sakramentów świętych. Dlatego – jak podkreślił ks. Marcin Wojtasik, zastępca przewodniczącego Wydziału Katechetycznego, takie sympozja są organizowane, żeby wesprzeć katechetów w ich trudnej pracy.
Kolejna konferencja przewidziana jest na wiosnę.

***

Janusz Janyst
Muzyk, badacz, działacz

Na początku listopada był czas na zaduszkowe wspominki. W gronie przyjaciół wspominaliśmy Jarosława Stępowskiego – łódzkiego organistę, instrumentologa, zasłużonego organizatora życia muzycznego, znanego zapewne bardziej w kraju, niż w rodzinnym mieście. Odszedł 19 marca br. w wieku 79 lat.

Ukończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi w klasie organów prof. Jana Kucharskiego. Tuż po dyplomie uzyskanym w 1972 r. rozpoczął ożywioną działalność artystyczną, koncertując nie tylko w Polsce, lecz także w Anglii, Francji, Niemczech, Finlandii i na Węgrzech. Nagrywał dla Veritonu, Polskiego Radia i Telewizji.
Jego praca magisterska stanowiła wstępną ewidencję około 130 zabytkowych organów w kościołach Dolnego Śląska – była to podstawa do podjęcia potem dalszych, gruntownych badań naukowych realizowanych wraz z Centrum Dokumentacji Zabytków.

Swą aktywność zawodową częściowo skierował więc na Dolny Śląsk. Od końca lat 70. był wiceprezesem, a następnie prezesem Legnickiego Towarzystwa Muzycznego, a jednocześnie kierownikiem naukowym badań organologicznych z ramienia Polskiej Akademii Nauk i we współpracy z Ost Deutsche Musik Institut. Przygotował szereg sesji muzykologicznych. Opracował wiele dokumentacji naukowo-konserwatorskich i ekspertyz zabytkowych organów. Również w Łodzi powołał do życia ośrodek organologiczny. Z czasem, wraz ze współpracownikami, ewidencjonował na terenie całej Polski już nie tylko zabytkowe organy, ale i klawesyny, fortepiany, instrumenty dęte, perkusyjne, a nawet dzwony. Opracowywał publikacje dotyczące tego tematu.

To była część jego działalności. Bo zarazem przez dwie dekady (w latach 70. i 80.) sprawował funkcję wiceprzewodniczącego, a później przewodniczącego Stowarzyszenia Polskiej Młodzieży Muzycznej, czyli krajowej sekcji Jeunesses Musicales. Zorganizował wówczas wiele koncertów, współorganizował międzynarodowe obozy muzyczne, kursy mistrzowskie, wakacyjne zgrupowanie i trasę koncertową Światowej Orkiestry Jeunesses Musicales pod dyr. Witolda Rowickiego, a także liczne festiwale, m.in. w Piotrkowie, Olsztynie, Rzeszowie, Częstochowie, Legnicy, Jeleniej Górze, Krzeszowie. Szczególnie wartościową imprezą okazały się Łowickie Dni Muzyki Baroku. Odbyło się 20 edycji, podczas których doszło m.in. do prawykonań dawnych kompozycji odnalezionych w zasobach Kolegiaty Łowickiej. Barok mnie fascynuje – mówił mi w wywiadzie udzielonym dla tygodnika „Odgłosy” (nr 24/1988).
Jarosław Stępowski konsekwentnie promował młodych muzyków – wielu z nich to dziś znakomitości. Jego cechą była bezinteresowność. Nie dbał o korzyści i tytuły naukowe, choć swą pracowitością i dorobkiem przewyższał niejednego profesora Akademii Muzycznej. Umiłował zresztą nie tylko muzykę, lecz także sztuki piękne. Malował, kolekcjonował obrazy. Interesowały go relacje różnych sztuk. Tak samo ważne były dla niego relacje międzyludzkie, koleżeńskie, dbał o nie zawsze.

***

Prof. Bogusław Sułkowski
Kultura lokalna a media lokalne

Istotnym elementem infrastruktury kulturalnej Łodzi są media elektroniczne i prasa. Jednakże w przeciwieństwie do placówek kultury, media w znacznym stopniu są sferą inicjatywy prywatnej i są instytucjami komercyjnymi.

Łódzka sieć medialna jest godna metropolii. Na naszym terenie działa cztery, pięć prywatnych stacji radiowych, jedna stacja publiczna (Radio Łódź) oraz dwie stacje prowadzone przez wolontariuszy (Radio Żak, Radio Niepokalanów). Do tego dochodzą nadawcy ulokowani w internecie. Mamy jedną telewizję prywatną (Toya) obok telewizji kablowych, osiedlowych. Jest „Dziennik Łódzki”, tabloid „Express Ilustrowany”, lokalny dodatek do „Gazety Wyborczej”. Prawie całościowy indeks łódzkich mediów lokalnych znajdziemy w zestawieniu u pani Dominiki Grzelak. Nakierowane głównie na problematykę kulturalną są periodyki lokalne: „Kalejdoskop”, „Tygiel”, „Aspekt Polski”, „Kultura i Biznes” oraz kilka innych mniej regularnych periodyków.

Co wynika z całego tego bogactwa nadawców? Jeśli spojrzymy na sprawę z punktu widzenia odbiorców, tzn. słuchaczy radia, czytelników gazet, telewidzów, to rysują się znaczące różnice w społecznym oddziaływaniu poszczególnych przekaźników. Gazety lokalne skuteczniej niźli lokalne stacje radiowe wykorzystywane są przez łodzian. Łódzka prasa, telewizja i radio w wysokim stopniu podległy już procesom tzw. Konwergencji, tzn. każdy z tytułów zarówno ukazuje się w wersji papierowej/elektronicznej, jak i w sieci cyfrowej. „Express Ilustrowany” (19% poczytności) ma nieco niższą tylko poczytność od „Dziennika Łódzkiego”. Zaskakujące, bo wydawało się, że tabloid najłatwiej zyskuje publiczność. Ale musimy pamiętać, że lokalny „Express Ilustrowany” musi na rynku konkurować z ogólnopolskim „Faktem” oraz z ogólnopolskim „Super Expressem”. „Gazeta Wyborcza”, wraz z „Gazetą Łódzką”, zyskuje 8% poczytności. „Rzeczpospolita”, która nie inwestuje w łódzki dodatek zyskuje w mieście najmniej czytelników.

Nie idzie tylko o fakt, że jedne gazety nastawiają się na czytelników z niższym wykształceniem, inne na tych z co najmniej szkołą średnią. O czytelniczych zakupach decydują też orientacje ideowe konkretnych tytułów. W tabloidach, jak „Express Ilustrowany”, przekonania światopoglądowe są mało widoczne, bo tam teksty są kilkuzdaniowe i ogrom ilustracji. W „Dzienniku Łódzkim” różni felietoniści ujawniają rozmaite, nie zawsze wspólne poglądy polityczne. Ale mamy zajmować się lokalnością nie polityką. „Dziennik Łódzki” jest głównym organem informacji lokalnej. Gazecie zdarza się polemizować z konkretnymi decyzjami miejscowej władzy. Dla nas najważniejsza jest tu informacja kulturalna, recenzje teatralne i inne omówienia miejskich imprez, festiwali i eventów. Tutaj redaktor Kaczyński trzyma rękę na pulsie. Ważny i popularny jest dodatek „Historia”. Prywatna gazeta ma inne serwituty niźli ideologia, stąd nieustanne konkursy SMS po 2,47 zł: na strażaka najlepiej zbudowanego, na tłuściutkie niemowlę, na polityka najlepiej wyglądającego na fotografii, na kwiaciarkę, która na siebie samą wyśle najwięcej SMS-ów. Natomiast w „Gazecie…”, której „nie jest wszystko jedno” opcje polityczne są wyraźniejsze. W dodatku lokalnym zauważyć można niekiedy przepływ kadrowy między publicystami gazety a zarządem miasta. Z natury rzeczy dodatek lokalny ma mniej miejsca dla spraw miasta i w ostatnim dziesięcioleciu obserwować można rosnącą presję reklamy na ten dodatek lokalny. Jednakże najbardziej znaczący i pożyteczny jest tu tygodniowy informator kulturalny. Choć piękną publicystyką kulturalną było dawniejsze „Verte”.

W Łodzi obserwujemy deficyt rozwiniętej publicystyki poza prasą codzienną, w każdym razie nigdy nie mieliśmy czegoś tak wpływowego w kulturze polskiej, jak gdzie indziej „Odra”. U nas „Kalejdoskop” ma ograniczoną niewielką dystrybucję, a kwartalnik „Tygiel Kultury” jeszcze mniejszą. Podobnie z „Kulturą i Biznesem”, choć spotykałem się ze sprzedażą tego periodyku i w innych miastach. Jako pisujący do „Aspektu Polskiego” powstrzymam się od komentarza w tym punkcie. A przecież było w Łodzi kilka tygodników i miesięczników. Czy one powinny zniknąć w warunkach wolnego rynku? Pisywałem do co najmniej 6 takich gazet, a każda upadła, zawsze przynosiłem pecha. „Literacka Osnowa”, „Kronika Miasta Łodzi”, „Odgłosy”, „Bestseller” Marka Millera, ambitne „Verte”. „Odgłosy”, owszem pisywały bzdury polityczne, np. w gdy Ameryka wprowadziła sankcje ekonomiczne dla Polski artykuł redakcyjny brzmiał: „Sankcje, broń obosieczna!”. Ale kulturze miasta, teatrom, muzeom, galeriom i łódzkim artystom, propagandzie aktywności kulturalnej, nawet ten tygodnik służył niewątpliwie. Co się stało z tytułami staranniej programowanymi?

Prasie niskonakładowej i antenowemu radiu pomaga dzisiaj internet: „Dzień dobry Łódź”, „Moje miasto Łódź”, www.radiolodz. pl itd. Publicystyka internetowa ma krótkie nogi, widz przed ekranem klika już po kilku zdaniach, rejestrowana liczba wejść niewiele nam mówi, domeną internetu jest informacja i zaciekła kłótnia, a nie wnikliwa analiza. Jest tu jeszcze i taki problem, że humaniści z uniwersytetów i szkół artystycznych stronią teraz od uprawiania krytyki artystycznej i publicystyki kulturalnej, stronią od wszelkiej popularyzacji, bo dla nich liczy się w tzw. parametryzacji punktów do kariery. Bogactwo placówek naukowych miasta izoluje się od lokalnej kultury.

Lokalne komercyjne stacje radiowe głównie nadają muzykę nakierowaną na słuchaczy w zamierzonym targecie. Tematyka lokalna to powtarzalna co godzinę informacja kilkuzdaniowa obok prognozy pogody i coś o naszych sportowcach. Najbardziej wysublimowaną muzykę nadaje społeczne Radio Żak, jak samo się określa „radio o niskiej słuchalności”. W Polsce ludzie słuchają radia (21 milionów dziennie) głównie w godzinach pracy i w samochodzie, telewizję oglądają wieczorami (4 godziny dziennie). Publiczne Radio Łódź w oczywisty sposób podejmuje misję społeczną relacjonując wszystkie istotne zdarzenia z terenu miasta zarówno z życia codziennego, z pola aktywności urzędników, jak i ze sfery kultury. W reportażach i w dyskusjach mają okazję wypowiadać się mieszkańcy i eksperci specjaliści. Inaczej niż stacje komercyjne Radio Łódź zatrudnia licznych i wyspecjalizowanych dziennikarzy. Ale słuchalność wszystkich łódzkich stacji lokalnych jest mała: najwięcej – 8% Eska Łódź, Parada 5%, słuchalność publicznego Radia Łódź to ok. 3%. Łodzianie, tak jak i mieszkańcy innych miast, słuchają przede wszystkim stacji ogólnopolskich, najbardziej lokalne okazują się stacje ponadlokalne.

Podobnie ma się rzecz z lokalną telewizją publiczną. Emitująca w grupie Telewizji Regionalnej osiąga oglądalność w Łodzi na poziomie 2%. A szkoda. Programy takie jak „ŁWD”, „Rozmowa Dnia”, „Łódzkie Forum” są przykładami rozwiniętej informacji i publicystyki aktualnej w mieście. Dla nas najważniejszy jest „Magazyn Kulturalny”, telewizja nie tylko mówi i dyskutuje o kulturze, ale też pokazuje, pokazuje obrazy w galeriach, fragmenty dokonań aktorskich, rozmowy z artystami itd. „Magazyn Kulturalny” ma w Łodzi długą i świetną tradycję, ma rozpoznawalnych i kompetentnych prowadzących.

Telewizja Toya działa w Łodzi i w kilku innych miastach województwa w oparciu o umowę abonamentową. Jest to prywatna stacja utrzymująca się na łódzkim rynku dwie dziesiątki lat, bywa oglądana i w internecie. Ramówka obejmuje wszelką problematykę lokalną, w sferze kultury stałe działy to rozrywka, film, reportaż z wydarzeń regionalnych. Nie brakuje tu publicystyki uprawianej przez wyspecjalizowanych dziennikarzy.

Osiedlowe telewizje kablowe są stowarzyszeniami, tak jak parkingi osiedlowe, o statusie mało jawnym, nie wiemy, kto tam naprawdę decyduje o płatnych usługach dla mieszkańców. Kablówki żywią się głównie Polsatem. Na Widzewie w kablówce jest i CNN i NBC i BBC World i Republika. Natomiast na Retkini lata po likwidacji cenzury znikło cokolwiek tam było po angielsku i oczywiście nie ma prawicowej Republiki. Ale, ale, jest własne studio Otwarta Telewizja Młodych.
Ogólnie mówiąc nawet pobieżny przegląd łódzkich mediów z perspektywy aktywności kulturalnej ujawnił kilka regularności. W Łodzi, jak i w całej Polsce, media lokalne podlegają marginalizacji w odbiorze społecznym, powtórzmy, że najbardziej lokalne okazują się media centralne. Jednak prawdziwie lokalna gazeta ma większy zasięg od mediów elektronicznych w momentach ważnych dla tutejszej społeczności np. w momencie wyborów.

Po drugie, tematyka kulturalna zawsze jest bardziej selektywna od innej informacji społecznej (ogólnopolska „Kultura” ma 0,9%, radiowa Dwójka 0,6%). Media traktujące z uwagą zjawiska kultury zawsze są w trudniejszej sytuacji od radia lub tabloidu skupionych na wstrząsającym morderstwie i wypadkach drogowych lub przeciwnie, plotących na luzie wesołe głupstwa z towarzyszeniem głośnej muzyki. Prawo Kopernika Greshama jest w kulturze masowej rozpoznane od dziesiątków lat. I trzeba z tym żyć. Ale z funduszy publicznych i z publicznych reklam warto wspierać raczej te pierwsze przekaźniki. Inna polityka urzędników może być podejrzana o korupcję.

Po trzecie, przed kilkunastoma laty żywiliśmy wielkie nadzieje w związku z mediami lokalnymi. Miały one być siłą kultury miasta i ruchów obywatelskich Jest zastanawiające, że lokalne media dzisiaj prawie nic nie mówią o stowarzyszeniach i lokalnych ruchach obywatelskich, których przecież w mieście nie brakuje.

***

Prof. Tadeusz Gerstenkorn
25 lat niezwykłego stowarzyszenia

25 lat temu, tj. w 1990 r., wkrótce po przełomie społeczno-politycznym, grupka rodziców posiadających i troszczących się o dziecko z chorobą genetyczną, zwaną zespołem Downa lub trisomią 21 (lub całkiem popularnie mongolizmem), inspirowana przez panią psycholog i lekarza z Poradni Genetycznej przy szpitalu Sterlinga w Łodzi, postanowiła utworzyć Stowarzyszenie Rodziców i Opiekunów Dzieci z Zespołem Downa w celu skoordynowania działań opiekuńczych, prawnych, finansowo-pomocowych, edukacyjnych i społeczno-oświatowych dotyczących dzieci, młodzieży i osób starszych dotkniętych tym zespołem.

Nazwa „zespół” występująca w nazwie Stowarzyszenia ma swoją historię i jest tak zwanym eponimem, tj. wiąże się z nazwiskiem, w tym przypadku, angielskiego lekarza, który opisał w 1962 r. zespół objawów pewnej przypadłości fizjologicznej, a szerzej przedstawił to w pracy naukowej z 1966 r., w której stwierdził podobieństwo wyglądu badanych dzieci do rasy mongolskiej, co dało motyw określenia objawów jako mongolizm i w tym nazewnictwie funkcjonowało przez długi czas.

Początki organizacyjne i pracy zespołu inicjatywnego Stowarzyszenia były bardzo trudne. Nie było żadnego doświadczenia w tego rodzaju pracy społecznej. Rodzice lub opiekunowie osób z zespołem Downa byli utrudzeni, nie mieli czasu na współdziałanie, nie mieli własnego lokalu. Dyżury członków zarządu odbywały się na korytarzu Poradni Genetycznej przy ulicy Sterlinga 5.

Trzeba pamiętać, że określenie „zespół Downa” było przez długie lata synonimem pewnej rzucającej się w oczy wady fizycznej (mongolizm) i pewnego niedorozwoju umysłowego, niedoskonałości mowy, częstych pewnych deformacji fizycznych. Dopiero po 1959 r., to jest po wynikach badań i odkryciach francuskiego uczonego Jérôme Lejeune’a, wiadomo było, że tzw. zespół Downa jest chorobą genetyczną spowodowaną pojawieniem się trzeciego (tzn. dodatkowego) chromosomu, na 21-ym miejscu w jego genotypie. Chromosomy układają się w pary. U człowieka jest ich 23. Przeważnie, w przypadku aberracji, pewnego zaburzenia w momencie zapłodnienia na 21-ym miejscu pojawia się jeszcze trzeci chromosom, co dało właśnie inną także stosowaną nazwę o trisomii 21. Powody zaistnienia takiego stanu rzeczy, występującego przeciętnie raz na 600 do 1000 urodzeń (podawane są różne dane) nie były i do tej pory (poza pewnymi przypuszczeniami) nie są znane.

Wiadomo było i jest, że dzieci obarczone trisomią jest niełatwo utrzymać przy życiu. Często mają różnego rodzaju wady ustrojowe (np. wady serca, wzroku, słuchu), nie nadążają w rozwoju fizycznym, a zwłaszcza umysłowym za dziećmi normalnymi, zdrowymi, co często powoduje, że są nawet porzucane przez któregoś z rodziców, a obecnie, gdy istnieją badania tzw. prenatalne (przedporodowe) są w dużej części (podobno powyżej 90%) pozbawiane życia przez aborcję, na którą obecne prawo niestety zezwala.

Wychowanie i pielęgnowanie dziecka z zespołem Downa wymaga od rodziców dużego poświęcenia czasu, pracy i także nakładów finansowych, a poza tym – co również bardzo ważne zapoznawania się z potrzebami fizycznymi i psychicznymi takiego dziecka (lub nawet dorosłej osoby), a przede wszystkim okazania serca. Właśnie serce okazane na wyciągniętej dłoni jest logo Stowarzyszenia. Na uroczystość 25-lecia łódzki poeta i działacz społeczny p. Stanisław Średziński napisał utwór pt. „Serce na dłoni”. Przytaczam ten utwór w formie zapisu scentrowanego.
Pośród szarości dnia/Skromni/Jakby nie o nich/Idą/ Idą i niosą/ Niosą serce na dłoni
Co sprawia że są razem/Jeden ból/Jedna troska/To zbyt proste/Zbyt proste/By takim czynom sprostać
Zapatrzeni w człowieka./ Nie trzeba im/ Manny z nieba/ Podzielą się/ Kromką słowa/ A jak potrzeba to chleba
Zbudują dom z ludzkich pragnień/ Ze słońca dach/ Z lasu ściany/ Z gorących serc/ Przy ognisku/ Jedyny ukochany
Co za to chcą kiedy spoczną/ Na chwilę/ Bo strudzeni/ Chcą złotych serc/ I u śmiechów/ Radości na tej ziemi.
Chcą równych szans dla was dla nas/ By los/ Od smutków osłonił/ Dlatego/ Przez szarość dnia/ Przenoszą serce na dłoni

Wielu rodziców przyznaje, że nie potrafi poradzić sobie z wychowaniem i problemami zdrowotnymi dziecka downowskiego. Nie jest łatwo zaakceptować narodzenie dziecka specjalnej troski i pogodzić się z faktem, że może mieć pewien stopień upośledzenia umysłowego, zwłaszcza wówczas, gdy nie ma się wsparcia w rodzinie i otoczeniu. Brak zrozumienia i okazania serca przede wszystkim w małżeństwie, w najbliższej rodzinie, prowadzi nieraz do rozwodu lub porzucenia małżonka. Nie wszyscy są na tyle silni moralnie, że przyjmują jako zrozumiałe pewne ograniczenia dotyczące życia osobistego i społecznego lub nawet towarzyskiego. Niepełnosprawność osób z zespołem Downa sprawia nie tylko pewne ograniczenia rodzinne, ale stawia także pewne wymogi edukacyjne, wychowawcze i zdrowotne, w tym także mieszkaniowe. Powoduje to potrzebę wsparcia, której udziela właśnie Stowarzyszenie. Czyni starania o zapewnienie dzieciom odpowiedniej edukacji, jeśli to możliwe, to nawet integracyjnej lub zawodowej, tak by dziecko z zespołem Downa po dojściu do pełnoletności mogło w miarę swych możliwości funkcjonować w społeczeństwie. W Polsce jest kilka stowarzyszeń zrzeszających osoby i rodziny opiekujące się dziećmi z trisomią. Warszawska organizacja wydaje nawet własne czasopismo pt. „Bardziej Kochani”. W Niemczech działa od lat „Krąg współpracy” troszczący się, by zapewnić osobom z zespołem Downa oraz ich rodzinom maksimum uprawnień, które są podawane do wiadomości w systematycznie publikowanym czasopiśmie. W 1996 r. odbył się w Madrycie Światowy Kongres poświęcony zespołowi Downa. Była tam także delegacja polska. Otworzył on drogę do ogłoszenia Światowego Dnia Osób z Zespołem Downa (World Downsyndrome Awareness Day) przez Down Syndrome International na 21 marca. Pierwszy taki dzień był obchodzony w 2006 r. Dzień 21 ma symbolizować 21-e miejsce w grupie chromosomów, na którym zwykle objawia się trisomia, a marzec jako trzeci miesiąc w roku właśnie ten przypadek dodatkowego, trzeciego chromosomu przypomina. Stowarzyszenie łódzkie organizuje zwykle w tym dniu różnego rodzaju imprezy przypominające o potrzebach, ale także o osiągnięciach dzieci i osób z zespołem Downa. Do takich należy zorganizowanie zespołu muzyczno-ruchowego o nazwie „Mały Big Band”, który daje możliwość uzewnętrznienia pewnych zdolności muzycznych tkwiących u tych osób oraz nawet pewną ekspresję artystyczną. W internecie można znaleźć całą listę nazwisk aktorów i aktorek obarczonych zespołem Downa. W Polsce znany jest bardzo Piotr Swend. występujący niejednokrotnie w serialu pt. „Klan”.

Stowarzyszeniu leżało bardzo na sercu zapewnienie dzieciom downowskim odpowiedniego odpoczynku letniego pod odpowiednią opieką. Aby to zrealizować zakupiono działkę w Bardzyninie niedaleko od Łodzi i tam przy trudnych do opisania staraniach administracyjnych oraz pracy zespołu rodziców, a częściowo nawet samych dzieci, zbudowano ośrodek letni otwarty 15 czerwca 2002 r., w którym w kilku 3-tygodniowych turnusach wypoczywają i odbywają pewne zajęcia szkoleniowe dzieci członków Stowarzyszenia. Radość z dokonania została opisana w artykule pt. „Historia pewnego miejsca” w czasopiśmie „Marzenia i Fakty”, które przez kilka lat było wydawane w przy wsparciu Miasta, aby pokazywać problemy osób niepełnosprawnych.

Większość rodziców uważa, że ich dziecko z zespołem Downa daje im wiele radości, dużo pozytywnych doświadczeń życiowych i moc przeżyć duchowych. Wyrazem spojrzenia na wartość wnoszoną do rodziny i społeczeństwa przez dziecko downowskie jest taki oto wiersz nieznanego autora opublikowany w czasopiśmie niemieckiego stowarzyszenia kręgu Downa, przetłumaczony przeze mnie, a któremu poetycką formę nadał pan Witold Smętkiewicz.
Wyjątkowe dziecko niebios
W nieba bezmiarze aniołowie
Panu swojemu powiedzieli:
tchnijmy na Ziemię nowe życie,
by dar miłości w dziecko wcielić.

Ludzie się braków w nim dopatrzą
no i zawiodą na nim srodze,
bo poświęcenia żądać będzie
od napotkanych na swej drodze.

Od nich on będzie trochę inny,
odległy duchem i „zabawny”.
To przez różnice norm i rzeczy
określą go „niepełnosprawny”.

Ważne zatem, kto go dostanie,
by życie jednak szczęśliwe miał.
Takich rodziców daj mu Boże,
dla których wzorem Tyś się stał.

Chociaż nie będą rozumieli
jak ważna rola przypadła im
wzmocni się miłość ich i wiara.
Boga odnajdą w dziecku swym

I wtedy będą już wiedzieli,
że od Niebios mają wielki dar
w ich dobrotliwym, czułym dziecku
ten wyjątkowy, niebieski czar.
(z tomiku: Przyjaźń łącząca pokolenia, Łódź 2009)

Rodzice i opiekunowie chorych z zespołem Downa nie muszą się czuć osamotnieni w swych trudach, troskach i problemach wychowawczych i życiowych. Stowarzyszenie zaprasza do współdziałania. Ma swój ładny lokal w siedzibie firmy ATLAS w Łodzi przy ulicy Kilińskiego 2, III p. (jest winda), tel. 42/630-73-48, poczta elektroniczna (e-mail):  stow.down@wp.pl. Pamiętajmy: wszyscy miejmy gorące serce! Zawsze na dłoni i dla każdego niepełnosprawnego potrzebującego pomocy.

***

Jacek Kędzierski
Droga rowerowa po łódzku

Po dziwnym ulicznym znaku poziomym „niebieska plama na środku skrzyżowania” w Łodzi pojawił się nowe dziwoląg. Jest to coś, co nosi na pagonie starszy sierżant – dwa razy ”>”. Co ten znak oznacza? Niniejszym spróbuję wykazać, że nie oznacza on niczego i nie ma najmniejszego znaczenia. Podwójne „>”, które nie ma najmniejszego znaczenia, pojawia się na jezdni tuż za znakiem P-23 – Rower i całość sprawia wrażenie informacji o …pasie rowerowym zadaszonym.

Sam znak P-23 oznacza drogę lub jej część (pas ruchu) przeznaczoną dla ruchu rowerów jednośladowych. Na pasie ruchu dla rowerów może być umieszczony inny napis lub symbol oznaczający jego przeznaczenie. W Łodzi wymyślono, że tym symbolem będzie „>>”. Nazwano go sierżantem rowerowym, co z kolei sugerować może, że zdecydowano się na zatrudnienie jakiegoś podoficera rowerowego, strzegącego tam ładu i porządku.

Cyklistyka miejska w Polsce rozwija się prężnie, rozpycha się łokciami, a bywa, że i pompką potrafi potraktować po grzbiecie przechodnia stojącego jej na zawadzie. Orędownikami jej są tzw. społecznicy i oni głównie są promotorami rowerowych kontrapasów. Utworzono je już w kilku miastach, głównie malując na asfalcie linie ciągłe, wydzielające pas jezdni dla rowerów jadących pod prąd, najczęściej na ulicach jednokierunkowych. Inaczej natomiast do tego zagadnienia zabrali się społecznicy miasta Łodzi. Wymyślili oni, że kontrapasy nie będą oddzielane linią od reszty jezdni i co gorsza pomysł ten, podchwycony przez ZDiT, jest wprowadzany w życie, czyli na ulice miasta nad Łódką. Taką ulicą jest ul. Roosevelta, gdzie żadnego kontrapasa rowerowego w efekcie nie ma, a po prostu znak zakazu wjazdu na ulicę jednokierunkową pod prąd nie dotyczy rowerów. Kuriozalne rozwiązanie wybrano natomiast na ul. Podrzecznej i nie dość, że ojcami założycielami są społecznicy, to jeszcze projekt sfinansował tzw. budżet obywatelski. Sprzeciw łódzkiej drogówki ponoć zignorowano. Realizacja tego projektu wygląda następująco: tuż za skrzyżowaniem na jezdni wymalowano kilka metrów linii ciągłej i znak P-23 – Rower z „>>”, po czym linia ciągła załamuje się pod katem prostym, co oznacza koniec drogi rowerowej. Koniec w tym miejscu musiał nieuchronnie nastąpić, bo na jezdni, co widać na fotografii, zaczyna się strefa parkowania. Zatem w Łodzi, na Bałutach, cykliści dostali kontrapas rekordowej, kilkumetrowej długości. Co dalej? Dalej, wprowadzeni w błąd, pojadą ulicą pod prąd, bez wydzielonego dla nich pasa. Konsekwencje wyobrazić sobie nietrudno… I tak naprawdę wymyślony w czynie społecznym znak sierżant rowerowy dla cyklistów nie oznacza nic dobrego. Dokładnie oznacza on koniec wydzielonej drogi rowerowej.

Jeden z moich profesorów uniwersyteckich oczekując odpowiedzi i słysząc, że student waha się pomiędzy dwiema możliwymi odpowiedziami, chcąc przerwać rozterkę, zwykł mawiać: No, panie kolego, zdecyduj się pan. Albo rybka, albo pipka . Otóż w Łodzi drogowcy pod wpływem społeczników nie mogą zdecydować się, czy część jezdni ma być zajęta pod miejsca parkingowe, czy też przeznaczona ma być na kontrapas rowerowy. Najwyższy czas im powiedzieć: Szanowni państwo, albo parking, albo kontrapas. I nie żaden sierżant rowerowy, ale linia ciągła lub przerywana wyraźnie oddzielająca kontrapas od reszty jezdni.

Wypływają z tego dwa wnioski: nie zawsze społecznicy miewają rozsądne pomysły i nie zawsze tzw. budżet obywatelski dobrze służy obywatelom.

***

Janusz Janyst
Papusza uteatralizowana

Działający pod egidą Łódzkiego Domu Kultury Teatr Pod Lupą zaprosił na spektakl poetycki oparty na wierszach cygańskiej poetki – Papuszy.

Żyjąca w latach 1908 (1910?) – 1987 Papusza (właśc. Bronisława Wajs) nie chodziła do szkoły, czytać nauczyła się samodzielnie. Czytała dużo, z czasem zaczęła pisać wiersze. W wieku 16 lat została wydana za mąż za o wiele od niej starszego Dionizego Wajsa. Jako poetkę odkrył ją i utwory jej zaczął tłumaczyć z romskiego Jerzy Ficowski. Zainteresował się tą twórczością również Julian Tuwim. Papusza debiutowała w 1951 roku w „Nowej Kulturze”. Ukazało się kilka jej tomików, autorkę przyjęto do Związku Literatów Polskich. A jednak za naruszenie „tabu”, czyli ujawnienie światu języka cygańskiego, została wykluczona z cygańskiej społeczności – mimo, że w wierszach manifestowała więź ze wspólnotą, głosiła afirmację życia oraz przyrody. Szykany ze strony Romów doprowadziły w efekcie do choroby psychicznej.

Przedstawienie, ze scenariuszem Bożeny Wilk, wyreżyserowane przez kierownik artystyczną sceny, Teresę Radzikowską-Bińkowską, przygotowano, z inicjatywy scenarzystki, w ramach akcji Dotknij teatru 2015 jako ewaluację projektu A ja ich widzę. W spektaklu biorą udział tylko dwie różniące się wiekiem kobiety, jako jednoczesne wcielenia Papuszy młodej (Anna Zgoda) i dojrzałej (Bożena Wilk).

Na wstępie widzowie oglądają projekcję filmową i słuchają dobiegającego z głośnika głosu bohaterki mówiącej o swym losie, o losie Cyganów, którzy na przekór przeciwnościom czują się szczęśliwi.

Następnie rozpoczyna się swoisty dialog poetycki miedzy aktorkami, który w istocie jest monologiem poetki, przetwarzającej impulsy z otaczającej ją rzeczywistości. Wprowadzenie dwugłosu to udany zabieg reżyserski, potwierdzony i wzmocniony w artystycznej wymowie przez bardzo dobrą interpretację aktorską obu pań – sprawiającą, że ma się wrażenie narracji całkiem naturalnej, spontanicznej, niewywodzącej się ze słowa pisanego. W pewnym momencie pojawia się też – inspirowany „pieśniami Papuszy” – taniec (choreografia Sylwii Majcher), będący kinetyczną kulminacją całości. W sumie – niebanalna i ciekawa propozycja teatralna, adresowana do odbiorców wrażliwych, potrafiących smakować werbalne niuanse.

Warto wspomnieć, że Teatr Pod Lupą zbliża się właśnie do swojego ćwierćwiecza. Został założony – jak mówią jego członkowie – z twórczej potrzeby grupy uczniów oraz teatrologa i aktorki Teatru 77, Teresy Radzikowskiej. Podstawą działalności stały się zajęcia warsztatowe prowadzone m.in. metodą dramy, wykorzystywano również zbiorową interpretację tekstu. Przez teatr przewinęło się około trzystu osób (niektóre trafiły potem do teatrów zawodowych), a zrealizowanych zostało ponad trzydzieści spektakli.

***

Izabela Maria Trelińska
Nowy Jork – pępkiem świata?

Chicago i Los Angeles na próżno obnoszą swoje wdzięki. Pierwsze miejsce wciąż zajmuje Nowy Jork, najważniejsze miasto w Stanach Zjednoczonych. Nowojorczycy twierdzą, że ich miasto jest pępkiem świata. Ameryka jest wielkim krajem, nieopisanie ogromnym i pełnym kontrastów. Gdy stoję po raz pierwszy wśród nowojorskich wieżowców, czuję się przytłoczona. Wszystko jest większe, bardziej kolorowe, bardziej niedostępne. Człowiek dał się wpuścić w wir, wyścig pracy ponad miarę. Skąd brać siły, skąd brać moc?

Nie ma czasu na refleksję, myśli, na budujące rozmowy, spotkania, spacery. Ameryka zmusza do zatracenia wartości duchowych, poszukiwania twórczych prądów, osadzonych w głębi duszy. Co musi się zdarzyć, aby wydobyć je na zewnątrz? Brutalna walka, szybkość, pośpiech…

Początkowo wydaje się, że łatwo ten kraj pojąć. Ameryka wydaje się odległa, obca, niedostępna. Ameryka to ziemia kontrastów i sprzeczności. Trudno to zrozumieć Europejczykowi, wyrosłemu w jednorodnym społeczeństwie. Choć niektórym wydaje się drugą Europą, jest jednak całkowicie od niej inna. Po drugiej stronie Atlantyku rozwinęło się zupełnie inne społeczeństwo, którego sposób myślenia, normy zachowania i obyczaje są nowe i nie mają wiele wspólnego ze starym światem. Chyba najbardziej charakterystyczną cechą amerykańskiego społeczeństwa jest indywidualizm. Nieograniczona wolność; ta obietnica promieniująca z pochodni „Damy Wolności”, która witała miliony imigrantów w amerykańskich warunkach – oznacza polityczną i ekonomiczną szansę rozwoju zawartą w Deklaracji Niepodległości; zasada, że wszyscy ludzie są równi i mają równe prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia – jest dziś tak samo ważna jak w 1776 r., gdy została zapisana.

Times Square – to pępek Nowego Jorku. Pępek Stanów Zjednoczonych, pępek świata jak twierdzą nowojorczycy. Nie ma czegoś drugiego podobnego na świecie, chyba arabski bazar „Square”– to po angielsku znaczy kwadrat albo plac. Times Square nie jest ani kwadratem, ani skwerem, ani placem, tylko miejscem powstałym na skrzyżowaniu najdłuższej manhattańskiej arterii Broadway z Siódmą Aleją. Na Czterdziestej Szóstej tuż za rogiem jest hotel „Edison”, w którym mieszkałam. Był dawniej przybytkiem aktorów znajdując się między broadwayowymi teatrami.

Gdy w 1776 r. ogłoszono niepodległość Ameryki, Nowy Jork był przez krótki czas stolicą nowego państwa. Po przeniesieniu stolicy do Waszyngtonu miasto wciąż zyskiwało na znaczeniu. Nowy Jork stał się ośrodkiem amerykańskiego przemysłu i jako taki był świadkiem tak istotnych osiągnięć XIX-wiecznej techniki, jak budowa pierwszego mostu wiszącego (Most Brooklyński, 1883 r.) i pierwszego wieżowca (Flatiron Building, 1902 r.), które wciąż należą do miejskich atrakcji. Z drugiej strony postęp techniczny niósł ze sobą ekspansję dzielnic nędzy, zabudowanych kamienicami czynszowymi, w których w straszliwych warunkach mieszkali imigranci przybywający tłumnie z Europy, w poszukiwaniu lepszego życia na ziemi Szans i Nadziei. Irlandczycy i Włosi, Polacy i Grecy mijali statuę wolności symbolizującą lepsze jutro i przybijali do Ellis Island, gdzie pracownicy Urzędu Imigracyjnego w bardziej realistyczny sposób wprowadzili ich w życie w Nowym Świecie.

Dzisiaj bogaci zostawiają po sobie takie monumenty, jak Trump Tower, luksusowe centrum handlowe na tej samej ulicy, zbudowane przez magnata biznesu Donalda Trumpa. Nowojorska nędza nie kryje się już w kamienicach Lower East Side, lecz widoczna jest na ulicach. Wysoko górowały bezosobowe, bliźniacze wieże World Trade Center ukończone w 1970 r. na południowym cyplu Manhattanu, zniszczone 11 września 2001 r. w ataku terrorystycznym. Obecnie na tym miejscu znajdują się ogromne zbiorniki z wodą, obramowane balustradą, na której wpisane są imiona i nazwiska ludzi, którzy zginęli w tym bestialskim ataku. Trzy tysiące ludzi zginęło i długo czekano na uporządkowanie tej przestrzeni. Przychodzą tu ludzie, zatrzymują się, zastanawiają, milczą, modlą się.

Inną pamiątką przeszłości jest Trinity Church (kościół Trójcy na Broadwayu). Jest tu zdumiewająca oaza ciszy i spokoju pośród miejskiego gwaru. Budynek kościoła, trzeci już na tym miejscu, pochodzi z 1846 r. Pierwszy kościół wzniesiono w 1697 r. Trinity Church znaczy początek Wall Street, sławnego centrum finansowego. Mało kto pamięta, że nazwa pochodzi od biegnących tędy pierwotnych, holenderskich fortyfikacji. Nieco dalej wznosi się budynek neoklasyczny Federal Hall National Memorial, zbudowany w 1842 r., nieomal dokładnie w tym miejscu, w którym George Washington składał przysięgę jako pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych. Także neoklasyczny jest budynek New York Stock Exchange (Giełdy Nowojorskiej). Z galerii dla gości na drugim piętrze można przyjrzeć się gorączkowej i pozornie chaotycznej krzątaninie na parkiecie giełdy.

Poznanie wymaga czasu i refleksji. Zaledwie zobaczyłam, dotknęłam tego ogromu wieżowców, wijących się autostrad, mostów, widoków zabudowy z płynącego promu, wjazdu na najwyższą wieżę Nowego Jorku – Empire State Building. Przechodząc przez luksusowe przejścia dotarliśmy na 86. piętro, skąd można było oglądać zabudowę Nowego Jorku. Chodząc po tarasie mam wrażenie – kolos nie do uwierzenia!
Trudno zobaczyć Nowy Jork, czy dotknąć, przez tak krótki czas, jak dwa dni. To chwilka w porównaniu do tego ogromu wysiłku zbudowania takiego giganta.

Byłam skupiona na zobaczeniu kolekcji malarstwa – to zrealizowałam. I jestem bardzo wdzięczna Panu Bogu, że wprowadził mnie w ten „inny świat”. I nic mnie nie bolało, wszystko ułożyło się wspaniale. Mogłam spać, mogłam zwiedzać, mogłam malować. Choć w Nowym Jorku powstał tylko jeden obraz, ale powstał, i za to wszystko wielkie dzięki Bogu.

***

Paweł Jaszczak
Na niemieckim boisku

Piłka nożna, jak wiadomo, niejedno ma imię. Zatwardziali kibice potrafią odstawić sobie kolację od ust i nie szanując oczu, spędzać wiele godzin przed telewizorem. Błyskotliwe akcje, twarda walka na murawie i strzelane bramki rekompensują możliwy uszczerbek na zdrowiu. Ale często zdarza się, że oceniamy piłkarzy jedynie przez pryzmat postawy na boisku. Tymczasem, niektórzy z nich wnoszą wkład także do życia społecznego towarzyszącego zawodom sportowym.

Przypadek zawodnika Fortuny Duesseldorf Karema Demirbaya pokazuje to dobitnie.

W czasie meczu II. Bundesligi pomiędzy Fortuną Duesseldorf a FSV Frankfurt, Karem Demirbay w wyniku ostrej męskiej walki dostał czerwoną kartkę i został usunięty z boiska przez sędziego, a właściwie sędzinę, panią Bibianie Steinhaus. Wnerwiony naturalizowany Turek nie wytrzymał napięcia i wyrzucenia go z murawy przez kobietę, toteż zareagował w sumie dość szarmancko i powiedział: – Kobiety nie powinny mieć miejsca w futbolu.

Przyznacie Państwo, że nie są to słowa, które zaskakują wulgarnością czy obelżywością. Ot, po prostu są dość grzeczną opinią zawodnika o kompetencjach pani sędzi. Jednak intuicja Karema Demirbaya zawiodła go srodze. Jego słowa uznano ze coś gorszego niż obelżywe wyzwiska. Słowa Demirbaya zostały zinterpretowane jako seksistowskie! A to jest grzech niewybaczalny w tym osobliwym domu wariatów, marki gender.
Kobiety nie powinny mieć miejsca w futbolu – te słowa były przyczyną niesłychanego wyroku! Karem Demirbay, choć szybko wycofał się ze swoich słów, kary nie uniknął. Związek zdyskwalifikował go na pięć oficjalnych spotkań. Dodatkowo, narzucono mu obowiązek sędziowania w meczu młodych piłkarek niemieckiej ligi juniorów. Piłkarz dostał gwizdek i sędziował spotkanie juniorek pomiędzy SSVg 06 Haan a Blau-Weiß Langenberg. „Niemiecka zemsta seksistowską” okazała się nieubłagana. – Nie powinienem tego powiedzieć. Przepraszam – w żałosny sposób kajał się po wszystkim Demirbay, co świadczy o głębokiej patologii stosunków społecznych w Niemczech. – Byłem bardzo zdenerwowany, bo to był dla nas bardzo ważny pojedynek.

Głupio wyszło – tłumaczył się piłkarz, a dziennikarze nie zostawili na nim suchej nitki. W Niemczech, gdzie wszelkie przejawy seksizmu są tępione z całą surowością, tego typu incydent nie mógł przejść bez echa. Media natychmiast obwołały go mianem „kiepskiego macho” i wymusiły przeprosiny. Nikt nie ulitował się nad biednym Turkiem wypożyczonym na swoje nieszczęście do Fortuny z HSV.

Osobiście, popieram poglądy niemieckiego Turka: kobiety nie powinny walczyć w brutalnych zawodach kontaktowych, nie powinny też bić się na pięści, walczyć w zapasach, ani podnosić ciężarów. Kobiety są stworzone do bycia kobietami, a nie mężczyznami. Chyba, że zmieniają płeć i zostają posłem, wtedy, niech natychmiast wychodzą na ring – dostaną to, czego pragną.

***

Władysław Trzaska-Korowajczyk
Panno Święta, co w Ostrej świecisz Bramie

16 listopada to Święto Matki Miłosierdzia w Wilnie. Jak co roku od ćwierćwiecza Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej w Łodzi organizuje Mszę świętą ku czci Matki Boskiej Ostrobramskiej. W 2015 r. uroczystości odbyły się 15 listopada w kościele OO. Jezuitów ul. Sienkiewicza 60.

Kult Matki Boskiej w Polsce łączy się z naj dawniejszym okresem naszego chrześcijaństwa. Przejawiał się m.in. licznymi figurami i obrazami. Szczególnie te ostatnie były zawsze adorowane z największą czcią. Z upływem wieków szczególnie dwa wizerunki NPM cieszyły się u Polaków największym kultem. Jeden z nich to Czarna Madonna na Jasnej Górze, a drugi to Matka Miłosierdzia w Ostrej Bramie w Wilnie. I w jednym, i w drugim przypadku ich twórcy są nieznani, nieznane jest pochodzenie świętych obrazów, niejasne są losy, które doprowadziły do sanktuariów. Słynny obraz Matki Miłosierdzia w Wilnie jest umieszczony w kaplicy w Ostrej Bramie. Ostra Brama to jedna z bram w murach, pozostałość dawnych murów obronnych Wilna. Miasto zostało nimi opasane na polecenie króla Aleksandra Jagiellończyka w pierwszych latach XVI w. Wówczas miasto miało dziewięć bram. Jedna z nich, wychodząca na południe, nosiła miano Bramy Miednickiej, bo tędy prowadził szlak do Miednik Królewskich lub Ostrej, bo zamykała dzielnicę miasta, zwaną Ostrym Końcem. Brama ta została przez króla oddana pod opiekę mieszczan 6 września 1503 r.

Obraz Najświętszej Marii Panny znalazł się w Wilnie jeszcze przed przybyciem tu zakonu karmelitów bosych w 1626 r. Malarz jest nieznany, ale niewątpliwie pochodził ze szkoły flamandzkiej. Próby przypisania go prawosławnym twórcom wschodnim, nie znajdują żadnego uzasadnienia. Takie próby na przestrzeni wieków pojawiały się wielokrotnie, ale miały one względy polityczne i wiązały się z wielkoruską ekspansją.

Obraz powstał ok. 1620 r. Namalowano go na podłożu kredowym, farbami temperowymi, na ośmiu deskach dębowych o grubości 2 cm. Powierzchnia malowidła to 200 cm na 163 cm. Magistrat Wilna oddaje obraz NMP pod opiekę karmelitów bosych w roku 1676. Zakonnicy, mający swój klasztor w najbliższym sąsiedztwie Ostrej Bramy, opiekują się nim aż do rozwiązania zakonu w 1844 r. Zakonnicy umieszczają obraz w specjalnie wybudowanej drewnianej kaplicy. Niestety w 1711 r. kaplica doszczętnie spłonęła, ale wizerunek NMP został cudem uratowany. Po kilku latach zostaje umieszczony w nowej, murowanej kaplicy. W czasie jednego z na jazdów szwedzkich w XVIII w. świętokradzka ręka strzeliła do obrazu. Kula przebiła wizerunek pod prawą dłonią Matki Miłosierdzia. Cudownych sytuacji było więcej. W 1794 r., w obronie Wilna w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej niewprawna ręka zakonnika zabija strzałem generała rosyjskiego Dejowa. W lipcu 1944 r., w czasie walk o Wilno, potężny pocisk artylerii sowieckiej spada kilkanaście metrów od kaplicy i nie wybucha. Gdyby się rozerwał zniósłby całkowicie sanktuarium i znaczną część tej dzielnicy miasta.

Kult NMP w Ostrej Bramie szybko rozchodził się po Wileńszczyźnie. Przejawem te go było stałe wzbogacanie kaplicy. Już w XVIII w. malowidło zostało okryte pozłacaną srebrną koszulką. Jedynie dłonie i twarz NMP pozostały odkryte. Na koszulce widoczne są wytłaczane piękne motywy kwiatowe. Nad głową umieszczono czterdzieści promieni i dwa naście gwiazdek z tego samego kruszcu. Pod obrazem widoczny jest półksiężyc z wygrawerowanym napisem. Jest to votum dziękczynne z 1849 r. z treścią: „Dzięki tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich i proszę Cię Matko Miłosierdzia zachowaj mnie w łasce”. Na przełomie XVIII i XIX w. sam ołtarz został ozdobiony bogatym antepedium. Zaczęły pojawiać się liczne wota dziękczynne. W pewnym momencie ich liczba doszła do czternastu tysięcy.

Gruntowny remont kaplicy został wykonany w 1828 r. Nadbudowano galerię. We wnętrzu kaplicy postawiono dwie figury rodziców NMP św. Anny i św. Joachima. Od strony miasta, na zewnętrznych murach umieszczono polski napis zatwierdzony przez Biskupa Wileńskiego Benedykta Kłąbiewicza: „Matko Miłosierdzia pod Twoją obronę uciekamy się”. W 1864 r., na polecenie Murawiowa, napis zamieniono na łaciński. Przywrócono znowu brzmienie polskie po odzyskaniu niepodległości, w 1923 r. Po II wojnie światowej, kiedy Wilno zostało w Związku Radzieckim, pojawił się znowu tekst łaciński.

2 lipca 1927 r. to historyczna data dla Wilna, nastąpiła wówczas koronacja obrazu Matki Miłosierdzia. Z prośbą o koronację wy stąpił Ks. Abp Romuald Jałbrzykowski, Arcybiskup Wileński, do Papieża Piusa XI i zgodę taką uzyskał. Obraz na tronie z płaszczem koronacyjnym przeniesiono w uroczystej procesji z Ostrej Bramy na plac przed katedrą. Oprawą artystyczną zajął się Ferdynand Ruszczyc, dziadek, byłego już dyrektora Muzeum Narodowego. W nie do końca jasnych okolicznościach, prawdopodobnie z przyczyn politycznych, kolejny z rodu, Ferdynand Ruszczyc został pozbawiony funkcji. Koronacji obrazu, w obecności Marszałka Józefa Piłsudskiego i Prezydenta Ignacego Mościckiego, dokonał ks. kardynał Aleksander Kakowski. Były dwie korony z pozłacanego srebra, barokowa Królowej Niebios i rokokowa Królowej Polski. Nieco później, ze składek wileńskiego społeczeństwa, korony wykonano ze złota, ale w zawierusze dziejowej gdzieś zaginęły.
W związku z koronacją dokonano ponownego remontu kaplicy i renowacji obrazu. Z tego czasu pochodzi również bogaty wystrój wnętrz i votum umieszczonych na dębowym podłożu obciągniętym skórą. Votum tych było wówczas czternaście tysięcy. Po kolejnym remoncie kaplicy w 1993 r. przed przybyciem papieża Jana Pawła II pozostało ich ok. osiem tysięcy. Wśród zaginionych były przepiękne sznury korali tak nierozerwalnie związanych z Matką Miłosierdzia. Wota mają różne treści. Na prawym, tylnym filarze jest skromna tabliczka „Matko, dzięki Ci za Wilno”. To wotum ofiarowane przez Józefa Piłsudskiego w 1919 r. w wdzięczności za odbicie Wilna z rąk bolszewików.

Z upływem wieków kult cudownego obrazu z Ostrej Bramy zataczał coraz szersze kręgi i przekraczał daleko granice Wielkiego Księstwa Litewskiego. Już w XVIII w. Ostra Brama stała się Sanktuarium, do którego zdążali wierni z odległych zakątków kraju. Ulica Ostrobramska była jakby przedłużeniem kaplicy i wypełniały ją tłumy rozmodlonych ludzi. Już w XVIII w. usunięto z niej handlujących Żydów, a z czasem utrwaliła się tradycja, że nawet wyznawcy religii mojżeszowej zdejmowali tu czapki.

Szczególnie w okresach ważnych dla na rodu Matka Miłosierdzia skupiała swoich poddanych. Tak było w okresie Powstania Kościuszkowskiego, Listopadowego, Styczniowego, w tragicznych latach I i II wojny światowej. Tu w Ostrej Bramie błagania o osobiste sprawy łączyły się zawsze z modłami w intencji Ojczyzny. Ostra Brama dalej odwiedzana jest tłumnie, ale coraz więcej spotkać tam można ciekawskich turystów, a mniej rozmodlonych pielgrzymów.

Kult do Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy narastał przez wieki wśród Polaków. Z czasem wileńskie Sanktuarium stało się równe Jasnej Górze. Po niezliczonych kościołach i domach prywatnych, pojawiły się kopie obrazu NMP znad Wilii. W Łodzi w kilku kościołach znajdują się również obrazy Matki Miłosierdzia. W świątyni przy pl. Kościelnym pod wezwaniem NMP znajduje się również obraz łudząco przypominający ten wileński. W ostatnich latach wnikliwe badania wykazały, że jest to oryginał pochodzący z ok. 1700 r. Pochodzi ze szkoły flamandzkiej, ale nie jest kopią Matki Boskiej z Ostrej Bramy.

Święto Matki Miłosierdzia z Wilna obchodzone jest w całym świecie katolickim 16 listopada. Dzień ten ustalono jeszcze w XVIII w. i dalej obchodzi się przede wszystkim po tej i tamtej stronie Bugu. Najwięksi Polacy darzyli najwyższą czcią obraz z Ostrej Bramy. Ryngraf z Jej podobizną towarzyszył zawsze Józefowi Piłsudskiemu, a Adam Mickiewicz swoje wiekopomne dzieło „Pana Tadeusza” rozpoczyna Inwokacją: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy/ i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy/ Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!”.
W 2010 r. dokonano renowacji schodów. Wyżłobione stopami i kolanami wiernych stopnie pokryto paskudnym plastykowym pokryciem, imitującym marmur. Jarmarczna tandeta. Zrobiła się spora awantura, która oparła się o najwyższe władze i być może coś się da zrobić, co przywróci święty nastrój tym schodom. Przy okazji tego „remontu”, nastąpiła kradzież kolejnych wot. Czy świętokradcza ręka zostanie kiedyś ukarana?