Aspekt Polski nr 213

213

Iwona Klimczak
O rodzinie we współczesnym świecie
4 października rozpoczęło się w Watykanie XIV Zgromadzenie Zwyczajne Biskupów pod hasłem „Powołanie i misja rodziny w Kościele i świecie współczesnym”. Bierze w nim udział 270 ojców synodalnych, 24 ekspertów i współpracowników, 51 audytorów, w tym małżeństwo z Polski, 14 delegatów bratnich Kościołów. Polskę reprezentują: Ks. Abp Stanisław Gądecki, Ks. Abp Henryk Hoser, ks. Bp Jan Wątroba, a także ks. Kard. Stanisław Ryłko, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Świeckich oraz ks. Abp Zygmunt Zimowski, przewodniczący Papieskiej Rady Duszpasterstwa Zdrowia. Obrady potrwają do 25 października.

Obraz współczesnego świata, który musi być punktem wyjścia dla synodalnych rozważań o rodzinie świetnie zobrazował w homilii podczas Mszy św. na rozpoczęcie Synodu Ojciec Święty Franciszek: Dziś przeżywamy paradoks zglobalizowanego świata, w którym widzimy tak wiele luksusowych domów i wieżowców, ale coraz mniej ciepła domu i rodziny; wiele ambitnych projektów, ale mało czasu, aby żyć tym, co zostało osiągnięte; wiele wyrafinowanych środków rozrywki, ale coraz głębszą pustkę w sercu, wiele przyjemności, ale mało miłości; tak dużo swobody, ale tak mało autonomii… Coraz bardziej przybywa ludzi, którzy czują się sami, ale również tych, którzy zamykają się w egoizmie, w melancholii, w destrukcyjnej przemocy i niewoli przyjemności i bożka pieniądza. Jak podkreślił Papież miłość trwała, wierna, rzetelna, stabilna, płodna jest coraz bardziej wyśmiewana i postrzegana jakby była staromodną sukienką. Mogłoby się zdawać, że społeczeństwa najbardziej zaawansowane to właśnie te, które najniższy odsetek urodzeń i najwyższy wskaźnik aborcji, rozwodów, samobójstw i zanieczyszczenia środowiska naturalnego i społecznego. Papież zwrócił uwagę, że współczesny człowiek przeżywa głęboki dramat samotności i że ta samotność rzutuje na życie rodzinne. Franciszek podkreślił, że Pan Jezus nauczał o nierozerwalności małżeństwa.

Do tematyki Synodu odnieśli się również polscy Biskupi, prezentując Stanowisko Biskupów Polskich przed Synodem o Rodzinie. Biskupi odnieśli się w nim do najważniejszych problemów, przed jakimi stają rodziny we współczesnym świecie. Małżeństwo – rozumiane jako przymierze mężczyzny i kobiety, którzy są zjednoczeni w miłości na całe życie i otwarcia na dar nowego istnienia – oraz rodzinę Biskupi uznali za jedno z najcenniejszych dóbr ludzkości. Podkreślają, że Jezus Chrystus małżeństwo podniósł do godności sakramentu. Biskupi odnieśli się w sposób jasny do kwestii rozwodów: W Kościele katolickim nie ma rozwodów ani procesów, które prowadzą do rozwodu. Są tylko procesy, podczas których orzeka się indywidualnie, czy dane małżeństwo zostało zawarte ważnie czy też nie. Biskupi podkreślają, że należy wystrzegać się mentalności rozwodowej, a każdy rozwód obraża Boga oraz niesie za sobą wiele krzywd i pozostawia rany nie tylko w nich samych, ale kładzie się bolesnym cieniem również na ich dzieciach, najbliższej rodzinie, przyjaciołach, znajomych oraz niszczy podstawy całego społeczeństwa.

Biskupi odnieśli się także do osób żyjących w związkach niesakramentalnych i rozwiedzionych, przypominając, że osoby te nie są wykluczone przez ten fakt z Kościoła i należy wspomagać je w zachowaniu więzi z Kościołem, a tych, którzy nie mają przeszkód do zawarcia związku małżeńskiego do tego zachęcać. Biskupi zwrócili uwagę na paradoks: 90 proc. młodzieży widzi drogę do szczęścia w rodzinie i małżeństwie, a równocześnie zwiększa się liczba osób żyjących razem ze ślubu kościelnego. Tym ważniejsze staje się świadectwo własnego życia osób żyjących w sakramentalnych związkach. Dziękujemy małżonkom – stwierdzają Biskupi – którzy posługują na rzecz innych małżeństw dając świadectwo, że piękna i wierna miłość małżeńska jest możliwa do zrealizowania.
Wielką troską Kościół obejmuje rodziny oczekujące dziecka, a także pary bezpłodne, podkreślając, że sztuczne zapłodnienie nie jest właściwym sposobem na rozwiązanie problemu niepłodności.

Za ważne zadanie dla Synodu Biskupi uznali kwestię podejścia do rodzin wielodzietnich. Rodziny te często znajdują się w trudnej sytuacji finansowej, a dodatkowo spotykają się często z negatywnym nastawieniem w niektórych kręgach społecznych i mediach. Osobną i ważną kwestią jest też sprawa godziwej płacy za pracę, co w Polsce – obok braku pracy – jest wielką społeczną bolączką.

Biskupi zwrócili też uwagę na problemy rodzin najuboższych, także osób niepełnosprawnych i seniorów. Należy uwrażliwić – stwierdzają Biskupi – szczególnie młode pokolenie na osoby i rodziny potrzebujące wszelakiej pomocy. Konieczne jest też objęcie troską rodzin, które zostały dotknięte rozłąką związaną z migracją ekonomiczną, a także osób żyjących samotnie – z wyboru, z konieczności, a także tych, którzy nie decydują się na założenie rodziny z własnej wygody.

Jesteśmy świadkami niezwykle ważnego wydarzenia w życiu całej wspólnoty Kościoła. Synod zajmie się tym, co ważne dla każdego człowieka – rodziną, która jak nigdy zagrożona jest z wielu stron. Człowiek spotyka się pokusami życia wygodnego, bez zobowiązań i trosk, dla siebie. Egoizm, brak społecznej empatii, ideologia gender i homopropaganda – to realne problemy we współczesnym świecie, podobnie jak bieda, emigracja i brak pracy.

Jak się w tych trudnych czasach odnaleźć radzi ks. Abp Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki: Zdajemy sobie sprawę z tego, że obecnie wielokrotnie przychodzi nam stawać wobec trudnych wyborów, w których w grę wchodzi szczególne: albo – albo. Nie zawsze wiemy, jak się wtedy zachować. Wówczas z pomocą przychodzą nam następujące słowa Pana Jezusa: „Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto od Złego pochodzi”. (Mt 5,37). Mamy się więc jednoznacznie opowiadać za tym, czego oczekuje od nas sam Chrystus, a równocześnie podobnie jednoznacznie odrzucać wszelkie zło, które często w sposób kłamliwy i zwodniczy przybiera pozory sobra. Wierne trwanie przy nauce Chrystusa wymaga od nas najpierw właściwego – czyli zgodnego z Ewangelią – rozeznania sytuacji, w jakiej się aktualnie znajdujemy, a następnie odwagi i mocy ducha, aby konsekwentnie zdążać za wskazaniami naszego Mistrza i Pana. Do tego rozeznania i do tego dążenia drogami Chrystusa potrzebna nam jest przede wszystkim modlitwa.

O taką modlitwę za Synod apelował Arcybiskup Jędraszewski. Przybrała ona formę łańcucha modlitw, a każdego dnia, począwszy od 2 lutego, modlitwa trwała w innym kościele Archidiecezji Łódzkiej. W tym czasie łańcuch „dotarł” do kościołów z dekanatów: sulejowskiego, szczercowskiego, tomaszowskiego i tuszyńskiego. Na październik Metropolita Łódzki ma dla nas nowe zadanie: zaapelował o odmawianie modlitwy różańcowej za Synod Biskupów i w intencji Ojczyzny, by pozostała wierna Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i Jego Pasterzom.

***

Filip Piestrzeniewicz
Festiwal Bachowski w Wąchocku
26 września zakończył się V Międzynarodowy Festiwal „Muzyka w Opactwie. Bach u Cystersów”. Ta uczta dla miłośników muzyki odbywa się każdego roku w wyjątkowym miejscu, w którym doświadczenie estetyczne muzyki potęgowane jest przeżyciem nastroju XII-wiecznych murów Opactwa OO. Cystersów w Wąchocku.

Budynek klasztorny jest uznawany za jeden z najlepiej zachowanych zabytków architektury romańskiej w Polsce. Na jego terenie znajduje się przepięknie zdobiony kościół. To miejsce sprzyja nie tylko religijnej medytacji, ale także kontemplowaniu muzyki dzięki swojej znakomitej akustyce.

Na program tegorocznego festiwalu złożyły się utwory Jana Sebastiana Bacha: Wariacje Goldbergowskie w aranżacji na trio smyczkowe Dymitra Sitkowieckiego. Zagrali: Anna Maria Staśkiewicz (skrzypce), Katarzyna Budnik-Gałązka (altówka), Marcin Zdunik (wiolonczela). Usłyszeliśmy też sontaty fletowe w wykonaniu Łukasza Długosza (flet) i Andrzeja Jungiewicza (fortepian). Ponadto wysłuchaliśmy jazzowe improwizacje inspirowane utworami Bacha podczas dwóch koncertów. Na pierwszym zagrali Bogdan Hołownia (fortepian) i Wojciech Pulcyn (kontrabas). Drugi był dialogiem dwóch fortepianów pod palcami Andrzeja Jagodzińskiego oraz Bogdana Hołowni i stanowił wspaniałe zamknięcie V Międzynarodowego Festiwalu Muzyka w Opactwie – Bach u Cystersów.

Atmosfera opactwa nie tylko zachwyca słuchaczy koncertów. Daje także moc inspiracji występującym muzykom. Mogą oni poczuć obecność ducha samego Bacha. Akustyka kościoła jest bardzo dobra i to oczywiście jest ważne, ale najważniejszą rzeczą jest klimat, duchowość miejsca, w którym jesteśmy. Ona jest nadzwyczajna – komentował po swoim koncercie znakomity polski flecista Łukasz Długosz.

Dyrektorem festiwalu jest William de Mousson-Romański, impresario i organizator koncertów w wielu krajach, z wykształcenia pianista. Opactwo Cystersów w Wąchocku odkryłem dzięki mojemu przyjacielowi – Janowi Dobrzyńskiemu, konserwatorowi sztuki, który pracował nad renowacją klasztoru. Zachwycony estetyką i akustyką kościoła, duchowością i powagą miejsca, jak również pięknym położeniem w otoczeniu Gór Świętokrzyskich uznałem, że to znakomite miejsce na festiwal bachowski, którego organizacja marzyła mi się od dłuższego czasu. Dzięki pomocy lokalnych władz i członków naszej fundacji, którą powołałem z przyjaciółmi w celu organizacji koncertów, udało się w 2011 roku zrealizować moje marzenie. Dzięki wsparciu Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura interwencje 2015” spotkaliśmy się w Wąchocku już po raz piąty. Przez ten okres pięciu lat gościliśmy wielu znakomitych artystów, między innymi jeden z najlepszych chórów chłopięcy na świecie – Trinity Boys Choir pod batutą Davida Swinsona. Dariusz Górniok, którego muzyka jest znana m.in. z filmów Jana Jakuba Kolskiego, napisał i zadedykował dla naszego festiwalu utwór na chór a capella „Ave Maria”, który miał w Wąchocku swoją światową premierę – wspomina Romański. Organizatorem imprezy jest Fundacja Wspierania Kultury Magna Res. Jej członkowie obiecują równie znakomitych artystów i niezapomnianą atmosferę podczas następnej edycji festiwalu, która odbędzie się we wrześniu 2016 roku.

***

Mirosław Orzechowski
Wezmą w Europie zasiłki, zostawią meczety
Muzułmanie zalewają chrześcijańską Europę. Jest to niezaprzeczalny fakt. Setki tysięcy uciekinierów z Azji pokonują planetę i z południa przenoszą się na północ globu. Rozwój techniki sprawił, że nie jest to odległość niemożliwa do przekroczenia w krótkim czasie dla zwykłego śmiertelnika. Na naszych oczach dzieje się zjawisko, które fizycznie, w jakimś sensie możliwe było zawsze, ale w znaczeniu kulturowym, psychospołecznym, antropologicznym i politycznym – nigdy do tej pory nie miało miejsca.

Trzeba było dwóch wojen światowych, upadku Imperium Osmańskiego, rozpadu francuskich i brytyjskich kolonii, emancypacji ludów Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, ich niepodległości, dyktatur utrzymujących w ryzach lokalne konflikty religijne i terytorialne, aż wreszcie – kolejnych interwencji zbrojnych Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, żeby to, co próbowano scalić w organizmy państwowe, teraz – rozpadło się w proch i wywołało wielki exodus.

Nie ma pewności, po co idą na północ. Może uciekają przed wojną, może nie potrafią już znieść biedy, w której żyją, może jest to islamska hidżra – zajmowanie terenu wroga przez zasiedlenie, może mamy do czynienia z emisją samotnych wilków, którzy lada moment dadzą o sobie znać w atakach samobójczych na gęsto zaludnionych terenach wielkich miast Europy, a może jest to po prostu znak czasu, w którym żyjemy? Nikt tego nie wie i nikt nie ma pełnej racji przy próbie oceny zjawiska. Dość, że telewizja coraz rzadziej pokazuje płaczące arabskie dzieci, ale relacje nie potrafią ukryć, że przytłaczającą większość imigrantów stanowią młodzi, zdrowi mężczyźni. I nikt nie tłumaczy, dlaczego z taką determinacją uciekają do kręgu geograficznego obcego dla nich pod względem religijnym i kulturowym. W tradycji islamu podstawową wartością jest rodzina. Szeroko rozwinięta jest troska o dom, w którym szacunek do matki i babci jest nieporównywalnie wyższy niż we współczesnej kulturze europejskiej. Obrona tego domu, obrona kobiety – siostry, czy żony stanowi fundament ładu islamskiego. Dlaczego więc odrzucają to, co stanowi ich siłę, a idą w nieznane zostawiając własne rodziny w rzeczywistości, z której sami uciekają? Jeśli jest im źle w miejscu, w którym żyją, jeśli są gnębieni przez dyktatorów, to dlaczego nie walczą w domu, o byt swoich rodzin, dlaczego formą życiowego protestu jest ucieczka?

Publicznie i wylewnie zaprosiła ich do Europy Angela Merkel. Precyzyjniej rzecz ujmując – zapraszała ich do darmowej konsumpcji hojnego, niemieckiego socjalu. Szybko okazało się, że słowa niemieckiej pani kanclerz nie miały żadnego pokrycia, że ani Niemcy, ani żadne z europejskich państw, nie są przygotowane na totalną inwazję ludzi obcej kultury, którzy nie zamierzają wtopić się i asymilować do europejskich zwyczajów. Oni już w pierwszych dniach stawiają żądania, na których spełnienie nie stać nawet bogate kraje Unii Europejskiej. Angela Merkel przyznała się do błędu, ale jedyne rozwiązanie, jakie przyszło jej do głowy, to wysłać muzułmanów do sąsiednich państw.
Uporczywe tendencje do mieszania kultur, ras, tożsamości i religii, próby budowania „nowego człowieka” bez oglądania się na konsekwencje wydają się to potwierdzać. Jednak prawdopodobne jest też, że do niebezpiecznych granic podniosą się nastroje niemieckiej ulicy, że zaktywizują się radykalne nurty polityczne, niechętne przybyszom z Bliskiego Wschodu i Afryki. Europa była już w historii nieraz świadkiem radykalizacji nastrojów niemieckiej ulicy i nikt nie chce powtórki z historii. Receptą na to musi być mądrość przed szkodą.
Popularność kanclerz Angeli Merkel w Niemczech gwałtownie spada. Żeby zaradzić tej tendencji, Merkel musi jakoś dać sobie radę z przypływem uchodźców, bo jeśli do tego szybko nie dojdzie, to właśnie ona będzie uważana za sprawczynię tej sytuacji. Sytuacja wymknęła się już wszystkim z rąk i dalszy jej postęp grozi wielorakimi następstwami politycznymi i społecznymi.

Tymczasem w ośrodkach dla imigrantów wybuchają liczne konflikty. Sposoby ich zażegnywania budzą zdumienie. Jak podaje Rzeczpospolita, w artykule „Merkel nie zamierza zamykać granic”, znane są przypadki wypowiedzenia Niemcom umów najmu mieszkań przez gminy, które na gwałt szukają miejsc dla uchodźców. Media piszą o dantejskich scenach w schroniskach, bijatykach zakończonych uszkodzeniami ciała. Naliczono już co najmniej 15 gwałtów. Najbardziej narażone są samotne matki z dziećmi.

Do Niemiec przyjeżdża obecnie dziennie od kilku do 10 tys. imigrantów. Nowo przybyli azylanci stłoczeni są często w wielkich halach przemysłowych lub sportowych nieprzystosowanych do funkcji mieszkalnych. Wywołuje to frustracje i agresję wśród mieszkańców tych placówek. Władze w Berlinie spodziewają się, że do końca roku o azyl w Niemczech wystąpi co najmniej 800 tys. osób. W mediach mówi się nawet o 1,5 mln azylantów! Jak podaje agencja Reutersa, w obliczu spodziewanego napływu uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki, w tym roku Niemcy przetłumaczyły pierwszych 20 artykułów ich konstytucji na język arabski w celu przyspieszenia integracji.

Jak podaje agencja „Sputnik”, zgodnie z danymi Eurostatu, największa fala migrantów płynie z Syrii (73.310 osób), Kosowa (58.920 osób) oraz Afganistanu (39.910 osób). Dane Eurostatu świadczą o tym, że napływ uchodźców do Europy po 2008 roku wzrósł niemal trzykrotnie! Najwięcej migrantów na każdy milion własnych obywateli przyjmują obecnie Węgry, Szwecja i Austria – odpowiednio 9929, 5052 i 3328 osób na milion mieszkańców. Trzeba odnotować, że 72 proc. uchodźców to mężczyźni, a tylko 28 proc. stanowią kobiety. Prawie połowa (49 proc.) wszystkich uchodźców stanowią mężczyźni w wieku od 14 do 34 lat, natomiast kobiet w tym przedziale wiekowym jest tylko 12 proc.
W Polsce, póki co, nie odczuwamy skutków napływu tej niezwykłej ludzkiej fali. Byłoby dobrze, gdyby chociaż tym razem, nasz rząd wykazał się odrobiną przytomności i zapobiegliwości. Jesteśmy 38-milionowym katolickim Narodem i mamy obowiązek z troską przyglądać się rosnącym zagrożeniom wobec naszej wiary, naszych rodzin, naszej kultury. Wszędzie tam, gdzie osiedlają się muzułmanie mamy od razu do czynienia z licznymi roszczeniami, także natury obyczajowej i religijnej. Islamskie państwa nie dbają o swoich obywateli – można zaryzykować opinię, że z przychylnością otwierają im drzwi do wyjścia, ale dbają o praktyki religijne wszędzie tam, gdzie idą muzułmanie. Diynaet, czyli turecki urząd ds. religii, ma aż 2,6 mld dolarów rocznego budżetu. Utrzymuje z tego ponad 80 tys. meczetów w Turcji oraz tysiące za granicami kraju, głównie w Niemczech. Chętnie budowę meczetów w Europie finansuje też Arabia Saudyjska. To może być wielkim, kolejnym zagrożeniem dla naszej wiary, dla chrześcijańskich praktyk religijnych.
Europa staje wobec najpoważniejszego być może wyzwania od zakończenia II wojny światowej. Na cywilizacyjną próbę wystawiana jest tożsamość człowieka Zachodu, jego miłosierdzie, jego religijność, mądrość i roztropność. W Polsce zapewne usłyszymy, że znów trzeba zacisnąć pasa, a może i zęby, znów czegoś odmówić Polakom, żeby jakoś załatać problem „właścicieli Unii Europejskiej” wywołany skutkami ich własnej gry. Nikt chyba z Polaków nie wierzy, że tupnięcie jakiejś ważnej nogi w Brukseli spotka się ze strony polskich władz z reakcją tak odważną, jak np. głos premiera Węgier, Viktora Orbana albo premiera Słowacji Roberta Fico, czy prezydenta Czech Miloša Zemana. Koleżanki i koledzy Donalda Tuska dali już nie jeden raz pokaz swojej odpowiedzialności za sprawy polskiego państwa i Polaków.

A to Polska ma decydować kogo, z jakiego kraju i w jakiej liczbie przyjmiemy na nasz wspólny koszt. Polskie służby państwowe muszą jasno rozgraniczyć uchodźców politycznych, ludzi uciekających przed prześladowaniami, od zwykłych uciekinierów ekonomicznych. To wśród migrantów o niejasnych motywacjach, o trudnej albo niemożliwej do ustalenia tożsamości, bez dokumentów i bez przeszłości kryć się mogą ludzie, których z pewnością nie powinniśmy przepuścić przez nasze granice. Nie wolno godzić się na dyktat Brukseli czy Berlina i przyjmować „w ciemno” nic nie mówiącą liczbę islamistów. Nie jesteśmy kolonią karną Niemiec. Polska płaci już słone odszkodowania za zdradziecką zgodę na budowę w naszych granicach amerykańskich więzień, gdzie poddawano torturom domniemanych terrorystów. Teraz to Polska sądzona jest przez międzynarodowe trybunały. Niech następnym razem sądzą tych, którzy rozpoczęli ten niezwykły exodus ludności jako skutek destabilizacji państw od Afganistanu, przez Irak, Syrię, Egipt, Libię, Tunezję, Algierię, Maroko, Jemen, Somalia, Sudan, Dżibuti, itd. Starczy?

Na nas spoczywa odpowiedzialność za ochronę Polski z całym chrześcijańskim dziedzictwem, które dostaliśmy od naszych Ojców. Los naszego Narodu nie zależy i nie może zależeć od kolejnych „sprzymierzeńców”, których interesy, jak zawsze miało to miejsce w historii, będą realizowane kosztem Polski. Nas Polaków obowiązuje miłosierna czujność na potrzeby bliźniego – bez względu na jego kolor skóry i wyznanie, ale mamy bezwarunkowy obowiązek strzec apostolskiej misji chrześcijaństwa.

***

Mirosław Orzechowski
Rosja walczy z Państwem Islamskim

W ostatnim dniu września 2015 rosyjskie myśliwce rozpoczęły bombardowanie celów Państwa Islamskiego na terenie Syrii. Pierwsze uderzenie nastąpiło w okolicach miasta Homs. Powstrzymany został w ten sposób przerażający ciąg masowych zbrodni na chrześcijanach i szyickiej ludności cywilnej oraz planowego niszczenia zabytków kultury antycznej Syrii.

Świat wstrzymał oddech, bo zaangażowanie bojowe przypadło w czasie masowego exodusu ludności arabskiej do Europy, który wywołuje protesty we wszystkich krajach UE.

– Jedyny właściwy sposób walki z międzynarodowym terroryzmem, zarówno w Syrii, jak i w sąsiednich państwach, gdzie panoszą się bandy międzynarodowych terrorystów, to działać z wyprzedzeniem – powiedział prezydent Rosji Władimir Putin. – Nasze działania będą realizowane w ściśle określonych ramach. Przede wszystkim będziemy wspierać syryjską armię wyłącznie w jej legalnej walce właśnie z ugrupowaniami terrorystycznymi. Po drugie, wsparcie będzie realizowane z powietrza, bez udziału w operacji lądowej. Po trzecie, wsparcie będzie ograniczone czasowo, do przeprowadzania przez syryjską armię operacji ofensywnej – wyjaśnił Putin.

Rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow oświadczył w dzień po rozpoczęciu nalotów, że rosyjskie lotnictwo przeprowadza w Syrii naloty, które są ustalane wraz z syryjskimi siłami zbrojnymi. Celem ataków jest dżihadystyczna organizacja Państwo Islamskie (IS) i inne powszechnie znane organizacje terrorystyczne.

Rosja wezwała państwa zainteresowane pokojem na Bliskim Wschodzie do udziału w zbrojnej akcji. Jednak szybko okazało się, że Zachód jest sparaliżowany i niezdolny do reakcji. Tylko lotnictwo Francji wykonało kilka bojowych lotów wsparcia.

– W ten sposób nasz kraj potwierdza swą wolę do walki z zagrożeniem terrorystycznym, jakie niesie ze sobą Daesz (Daesh – arabski akronim IS). Będziemy uderzać za każdym razem, gdy bezpieczeństwo naszego kraju będzie zagrożone – zakomunikowano w oświadczeniu wydanym przez biuro prezydenta Francois Hollande’a. Do tej pory Francja brała udział jedynie w nalotach na IS w Iraku, bo chciała obalenia prezydenta Syrii Baszszara el-Asada.

W zachodnich mediach rozpętała się antyrosyjska kampania. Okazało się, że nie ma znaczenia powstrzymanie zbrodni islamistów w Syrii, ale realizacja planu obalenia prezydenta Asada. Jak zawsze w kolejnych konfliktach na Bliskim Wschodzie, górę nad zdrowym rozsądkiem i losem ofiar biorą egoizmy poszczególnych państw Zachodu.

– Trzeba pamiętać, że wojna w Syrii trwa już 4,5 roku, to dłużej niż I wojna światowa – powiedział w audycji radiowej „Popołudnie z Jedynką” dyrektor generalny Caritas Syrii, Pascal al-Kateba. – Od początku tej wojny 6,5 mln osób przemieściło się, z czego 2,5 mln do krajów sąsiednich – do Libii, Jordanii, czy Iraku. Kilkadziesiąt tysięcy migrowało do Europy i innych części świata.

Na pytanie, czego Syria oczekuje od Europy, Pascal al-Kateba powiedział: – Zamiast otwierać szerzej drzwi dla Syryjczyków w Europie, trzeba dążyć do likwidacji konfliktu. Bardziej niż pomocy materialnej, potrzebujemy pokoju – zapewnił dyrektor Caritas Syria, wyrażając zdecydowane poparcie dla interwencji Rosji w swoim kraju. – Pan myśli, że w Syrii są zabici przez interwencję rosyjską? Tu trzeba coś wyjaśnić. Interwencja ma miejsce na terenach, gdzie działają terroryści. Tam nie ma normalnych Syryjczyków. Nie można łączyć interwencji rosyjskiej ze wzrostem fali uchodźców z terenów bombardowanych przez Rosjan, bo są to osoby powiązane z terrorystami.

Dyrektor Caritas Syria, Pascal al-Kateba zwrócił uwagę słuchaczy na rolę Turcji w konflikcie syryjskim. – Nie można pomijać roli Turcji w tym konflikcie. Turcja próbowała zrobić dwie rzeczy w Syrii: pierwszą, to pośredniczenie we współpracy z państwami takimi, jak Katar i Arabia Saudyjska, żeby ułatwić wejście do Syrii grup terrorystycznych i dostawy broni dla nich. Powodem była chęć osłabienia wspólnie z tymi krajami roli szyitów w Syrii oraz marzenie prezydenta Turcji Recepta Erdogana o odbudowie pod jego przywództwem Imperium Otomańskiego. Nie udało mu się to w Tunezji, Libii i Sudanie, więc pozostała mu tylko Syria. A dowodem na to jest to, ze chciał oczyścić północ Syrii z chrześcijan. Rozpoczął od wioski zamieszkanej przez Ormian kontynuując atak na miejscowość zamieszkałą przez Asyryjczyków i Chaldejczyków. Nie można też zapomnieć o bombardowaniu 3 katedr w Aleppo, które miało miejsce w Wielką Sobotę.

Trudno zrozumieć gmatwaninę motywacji, pchających do wzajemnej walki ludzi Bliskiego Wschodu. Do najważniejszych należą różnice religijne między wyznawcami islamu – szyitami i sunnitami, ponadto prześladowanie chrześcijan przez muzułmanów i konflikt Arabów z Żydami. Na to nakłada się głęboka wewnętrzna niestabilność postkolonialnych państw uwolnionych stosunkowo niedawno spod panowania, głównie brytyjskiego i francuskiego, a wyróżniających się długotrwałymi brutalnymi dyktaturami. Także rywalizacja, szczególnie po II wojnie, potęg światowych na ziemiach bogatych w ropę naftową. Jednym z efektów tej rywalizacji okazały się konflikty kulturowe i ideologiczne – idee panarabizmu, fundamentalizmu islamskiego, czy ideologii socjalistycznych. Na osobliwym gruncie kultury arabskiej ścierające się ideologie zyskiwały nieznane gdzie indziej formy. Wreszcie, utworzenie po II wojnie światowej państwa Izrael. Dokonało się to mocą decyzji państw skupionych w ONZ, z pominięciem opinii i bez zgody ludności arabskiej, co wywołało nowe wojny na Bliskim Wschodzie.

Pośród przyczyn wrzenia ludów nie sposób też pominąć rozwarstwienia cywilizacyjnego i ekonomicznego pomiędzy Północą i Południem. Na tym rozpalonym obszarze, gdzie nie ustają też walki o pitną wodę, wyrastają liczne grupy bojowe, których założyciele i członkowie chcą szybkiej zmiany sytuacji i szybkiego wprowadzenia w życie swoich ideałów. Koszty nie są przeszkodą. Tak rodzi się terroryzm, bo zły duch ich determinacji znajduje podporę w błędnie interpretowanych prawdach Koranu.

Kumulacja konfliktów na pustynnym obszarze jest tak duża, że wywołuje u nas przekonanie, iż „wojna na Bliskim Wschodzie” jest arabskim sposobem życia. Ale to błędna diagnoza. To tylko nienormalni, zachwiani ludzie tak bardzo chcą zwyciężać, że z pogardą rzucają na szalę własne życie. Normalni walczą, bronią domu i rodziny, a w ostateczności – uciekają. Syryjczyk, Libańczyk, Egipcjanin, czy Irakijczyk, podobnie jak normalny Ormianin czy Turek, wie, że aby żyć, aby się rozwijać, rodzić dzieci, budować miasta w których zamieszkają nowe pokolenia ludzie potrzebują pokoju.

O ten pokój, o pomoc w jego przywróceniu w Syrii poprosił prezydenta Rosji Władimira Putina, przywódca Syrii, prezydent Baszszar al-Asad – człowiek, którego Zachód nie lubi, bo przeszkadza w sadowieniu się w Syrii amerykańskich interesów. I w środę, 30 września, ta pomoc przyszła, właściwie przyleciała z rosyjskich lotnisk. Kolejne precyzyjne ataki rakietowe, prowadzone z samolotów i z okrętów pływających po Morzu Kaspijskim dosięgają składów amunicji i centrów dowodzenia Państwa Islamskiego i innych grup terrorystycznych, które zagnieździły się w Syrii. Rosja zaskoczyła obserwatorów, bo z okrętów odpalono nowoczesne rakiety, które przeleciały ponad 1500 km na wysokości 10-15 m nad ziemią i z dokładnością do 3 m trafiły w cel. Widoczne efekty nalotów wywołały głosy o gotowości do współpracy z Rosją w ramach walki z terrorystami. Premier Iraku Hajder al-Abadi powiedział krótko po rozpoczęciu nalotów, że z zadowoleniem powitałby rosyjskie naloty na cele Państwa Islamskiego (IS) w swym kraju. Zaznaczył, jednak że jeszcze tego nie omawiano z władzami Rosji. Szybko na te słowa zareagował szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, który oświadczył: – Jesteśmy dobrze wychowanymi ludźmi i bez zaproszenia nie chodzimy w gości – powiedział Ławrow na konferencji prasowej w Nowym Jorku.
Melchicki Arcybiskup Aleppo Jean-Clement Jeanbart poparł rosyjskie naloty w Syrii na siły przeciwników prezydenta Baszszara al-Asada. Jak podaje KAI, w rozmowie ze szwajcarską telewizją RTS powiedział, że naloty są źródłem nadziei dla tamtejszych chrześcijan, którzy – tak jak inne mniejszości religijne – są prześladowani przez Państwo Islamskie, które podporządkowało sobie sporą część kraju, pogrążonego w wojnie domowej.

Ks. Abp Jean-Clement Jeanbart dodał, że prezydent Rosji Władimir Putin pomaga rozwiązać sytuację niemożliwą do rozwiązania, czym służy sprawie chrześcijan, przyznał hierarcha Greckiego Melchickiego Kościoła Katolickiego. Mimo rozlicznych konfliktów w samej Syrii, Ks. Arcybiskup za absolutny priorytet uznał walkę z Państwem Islamskim.
Pomyślne rozwiązanie konfliktu w Syrii może zmienić obraz Bliskiego Wschodu i pojednać rywalizujące na tym obszarze siły. Przy bierności i bezradności Stanów Zjednoczonych, z klasą wróciła na międzynarodową scenę polityczną Rosja. Odważne i jednoznaczne zaangażowanie po stronie legalnych władz Syrii i zaangażowanie w walce najnowocześniejszych broni sprawia, że pozycja międzynarodowa Federacji Rosyjskiej staje się nie do podważenia. Szczególnie, że cele określone są jasno i nie budzą niczyjego zdziwienia. Władimir Putin pozyskuje szerokie poparcie w świecie chrześcijańskim i wśród przywódców państw arabskich.

W dniach oddawania do druku bieżącego numeru „Aspektu Polskiego” rezydujący w Damaszku melchicki Patriarcha Antiochii Grzegorz III Laham zaproponował, by Papież Franciszek wydał wraz z prawosławnymi, anglikanami i luteranami ekumeniczny apel, który byłby międzynarodowym głosem chrześcijan na rzecz pokoju w Syrii.
Francuski dziennik „La Croix” ujawnił, że w tym celu Patriarcha spotyka się z sekretarzem stanu Stolicy Apostolskiej ks. Kard. Pietro Parolinem oraz z innymi zwierzchnikami katolickich Kościołów wschodnich, obecnymi w Rzymie na zgromadzeniu Synodu Biskupów, by zaproponować ojcom synodalnym zabranie głosu w sprawie losu rodzin-uchodźców.

***

Sabina Witkowska
Pierwsze weto Prezydenta

Prezydent Andrzej Duda zawetował ustawę o uzgodnieniu płci. Los był przychylny dla Pana Prezydenta i pozwolił zacząć kadencję od dobrej decyzji. Ustawa ośmieszała Polskę i wystawiała rażąco ponurą opinię polskiemu parlamentowi. Duda sprzeciwił się ustawie, która nigdy nie powinna powstać w parlamencie państwa takiego, jak Polska.

Przepisy tego prawa ubliżały nie tylko człowiekowi, ale samemu Stwórcy. Sejm nie zdołał odrzucić weta prezydenta, być może na czas, na ostatnią chwilę, do głów posłów większości parlamentarnej przyszło otrzeźwienie. Jednak przykład ustawy o uzgodnieniu płci jest wielką przestrogą dla wyborców. Może się zdarzyć, że ludzie, których obdarzamy zaufaniem mogą nas zdradzić, bo po wyborach niekiedy stają się kimś zupełnie innym niż w kampanii wyborczej!

W lipcu Sejm uchwalił ustawę o uzgodnieniu płci. Poselski projekt ustawy wniosła 3 stycznia 2013 r. grupa posłów Twojego Ruchu. Poparło ją 252 posłów, 158 było przeciwko, a 11 wstrzymało się od głosu. Za jej przyjęciem opowiedzieli się politycy PO, SLD, koło Ruch Palikota i część posłów PSL. Przeciw byli posłowie PiS. Kilka dni później Senat 42 głosami za, 39 przeciw i przy jednym wstrzymującym się, przyjął ustawę z poprawkami. Podpisania ustawy odmówił prezydent Andrzej Duda.
Ustawa o uzgodnieniu płci jest kolejną – po konwencji antyprzemocowej, po gender, po legalizacji in vitro i po szczególnej ochronie prawnej homoseksualistów – ustawą, która niszczy antropologiczny ład w świadomości Polaków. To próba budowy „nowego człowieka”, bez godności, bez tożsamości i bez przyszłości. Aż trudno dać wiarę, że temu demonicznemu przedsięwzięciu patronuje państwo polskie!

Człowiek nie może zmienić płci. Może kobieta nazwać się „mężczyzną” i na odwrót, ale z tego nic nie wynika. To chromosomy decydują o wszystkim, a tych zmienić się nie da: kobieta – XX, mężczyzna – XY. Chromosom Y jest chromosomem płciowym przekazywanym wyłącznie od ojca do syna.

Ten porządek pochodzi od Stwórcy i żadna większość parlamentarna i żaden poseł-biolog zmienić go nie może.

Człowiek otrzymuje płeć z chwilą poczęcia – wyjaśniał w rozmowie z KAI Ks. Abp Henryk Hoser, przewodniczący Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski. – Jest to płeć genetyczna, zakodowana w każdej komórce organizmu ludzkiego. Jest to później płeć fenotypowa, która z tej płci genetycznej, w wyniku ekspresji genów powoduje, że człowiek ma ciało mężczyzny lub kobiety, które się bardzo różnią co do struktury i funkcji i które są zdolne do płodności. Przyjęcie płci kulturowej czy psychicznej, jest groźnym zjawiskiem antropologicznym, ponieważ rozbija pojęcie jedności osoby ludzkiej i wprowadza elementy schizoidalne, gdyż zachodzi rozszczepienie między determinacją płci biologicznej, determinacją płci psychicznej i wszystkich konsekwencji społecznych tej płci. Gdyż ludzie funkcjonują w społeczeństwie jako kobiety i jako mężczyźni.

Ale Sejm ustawę przyjął. Jej przepisy uzależniają możliwość zmiany płci wyłącznie od prywatnych odczuć osoby zainteresowanej i tym samym – kwestionuje biologiczny wymiar ludzkiej płciowości. W praktyce ustawa o uzgodnieniu płci kompromitowała państwo polskie, bo była przeznaczona dla wąskiej grupy homoseksualistów podejmujących praktyki homoseksualne, transwestytów, cierpiących na schizofrenię lub chorobę afektywną dwubiegunową, objawiającą się właśnie w zaburzeniach tożsamości płciowej. Polski parlament nie głowił się nad losem bezrobotnych, nie szukał rozwiązania dla braku nadziei dla młodych małżeństw, nie dbał o nędzne emerytury seniorów; polscy parlamentarzyści trwonili czas i pieniądze dla grupki ludzi ogarniętych homoseksualną manią.

Dalej o ustawie: aby dokonać zmiany płci wystarczające ma być przedstawienie dwóch orzeczeń od dowolnie wybranych seksuologów (lekarza lub psychologa) lub psychiatrów. A więc mamy do czynienia z badaniem stanu psychicznego człowieka chętnego do zmiany płci, a nie właściwości jego ciała, jego biologii. Kobieta powie: jestem mężczyzną i staje się mężczyzną, mężczyzna: jestem kobietą i sąd to potwierdzi. Przecież to wystawianie państwa na pośmiechowisko i skandal z udziałem parlamentu! A przecież w taką grę mogą bawić się małe dzieci.

Ustawa nie stwarza żadnych wymogów co do wyglądu zewnętrznego, według niej, „kobieta z brodą” stać by się mogła normą na ulicy. Aby to wszystko osiągnąć, drastycznie ograniczono kompetencje sądu przez sprowadzenie jego roli wyłącznie do badania kompletności dokumentów. Dla sądu zarezerwowano jedynie zatwierdzanie zmiany płci według życzenia wnioskodawcy. W myśl przepisów ustawy, będzie można „zmieniać płeć” kilka razy w życiu.

Ale ustawy już nie ma! Prezydent Andrzej Duda odmówił podpisania tego kompromitującego prawa i zgłosił przysługujące mu veto. Mimo kończącej się kadencji parlamentarnej, politycy Platformy Obywatelskiej, którzy przyjęli na siebie odpowiedzialność za ten prawny eksces partii Janusza Palikota, próbowali zgromadzić bezwzględną większość, aby odrzucić veto prezydenta.

W ostatnim dniu VII kadencji Sejmu, w piątek 9 października, autorzy ustawy – większość skupiona wokół PO-PSL plus SLD i z udziałem tego, co zostało z klubu Palikota – nie byli w stanie doprowadzić do głosowania w sejmie w sprawie odrzucenia prezydenckiego veta. W ten sposób ustawa przepadła, miejmy nadzieje na zawsze. Pozostał po niej tylko wstyd, że w państwie takim jak Rzeczpospolita Polska mógł, w majestacie prawa, powstać podobny bubel.

Dziękujemy Panie Prezydencie.

***

Jan Waliszewski
Pożegnanie Zbigniewa Jaśniewicza

3 października 2015 r. w wieku 94 lat zmarł płk dr n. med. Zbigniew Jaśniewicz. Jako młody chłopak został harcerzem i harcerstwo wypełniło całe jego życie. Rozumiał je zgodnie z przyrzeczeniem jako służbę Bogu i Polsce. Był ochotnikiem w kampanii wrześniowej 1939 r., członkiem Szarych Szeregów, partyzantem Armii Krajowej, kawalerem orderu Virtuti Militari, po wojnie pracował jako chirurg dziecięcy i lekarz medycyny przemysłowej, był współtwórcą Stowarzyszenia Szarych Szeregów, społecznikiem działający na rzecz środowiska kombatantów.

Pogrzeb Zbigniewa Jaśniewicza odbył się 9 października 2015 r. na cmentarzu katolickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi. W trakcie nabożeństwa żałobnego odczytany został list Ks. Arcybiskupa Łódzkiego Marka Jędraszewskiego, przypominający zasługi płk. dr. Zbigniewa Jaśniewicza. Później, przed złożeniem trumny do grobu, pożegnanie wygłosił druh hm Krzysztof Jakubiec. Oddajmy mu głos:
„Wiele lat temu druh Zbyszek zobowiązał mnie, bym Go pożegnał odchodzącego na Wieczną Wartę… Wbrew naturalnemu prawu łudziłem się, że ta chwila nigdy nie nadejdzie… Ale jest…
Jak żegnać Człowieka, który był „od zawsze” i był na każde wezwanie: Ojczyzny – której jako żołnierz Szarych Szeregów przysięgał nie cofnąć się przed ofiarą życia; pacjentów – jako znakomity, ofiarny lekarz i harcerz – który „nie opuści nikogo w potrzebie”; młodzieży – jako wspaniały instruktor harcerski; przyjaciół – widzący w każdym siostrę lub brata…

Trwająca 82 lata służba Bogu, Ojczyźnie i Bliźnim…
Jak podkreślił hm Jakubiec druh Zbyszek współtworzył w 1965 r. łódzkie środowisko Szarych Szeregów będące pierwszym w Polsce stowarzyszeniem harcerzy i żołnierzy Szarych Szeregów i Armii Krajowej i przez 45 lat był aktywnym członkiem jego Zarządu. Nie doczekał 50-lecia… Zabrakło miesiąca…

„Życie tylko jest coś warte i tylko wtedy daje radość, kiedy Służbą” – powiedział kiedyś Twój, Druhu Zbyszku, przyjaciel, a dziś Chorągwi Łódzkiej ZHP Aleksander Kamiński. Twoje, Zbyszku, życie było bardzo wiele warte i dało bardzo wiele radości… Było służbą całym życiem!
Na Wiecznej Warcie – CZUWAJ!

Te słowa pożegnania dh. Krzysztofa Jakubca dobrze opisują postać płk. dr. Zbigniewa Jaśniewicza. Był on człowiekiem wyjątkowych przymiotów charakteru. Nie lubię patosu, ale w odniesieniu do postaci zmarłego podniosłe słowa są jak najbardziej na miejscu.

Dr Zbigniew Jaśniewicz był w moim życiu „wujkiem Zbyszkiem”, moim Ojcem chrzestnym. Zapamiętam go jako przede wszystkim człowieka o gorącym sercu, któremu ważne sprawy z życia narodu i otaczających go ludzi nie były obojętne. Był zaprzeczeniem tego, co jest dzisiaj problemem współczesnego społeczeństwa: obojętności wobec wszystkiego i wszystkich. Był strażnikiem pamięci chwały harcerstwa, Szarych Szeregów i Wojska Polskiego zarówno w okresie nocy komunizmu, jak i w nowej Polsce.

Moje dzieci, które z racji swojego wieku buntują się przeciwko starszym na różne sposoby, nigdy nie odmawiały mi uczestnictwa w odwiedzinach wuja Zbyszka w Domu Kombatanta, w którym przebywał w ostatnich latach życia. Mogę się domyślać, że dr Zbigniew Jaśniewicz był dla nich autorytetem, choć zapewne rozumianym w dość instynktowny sposób. Piszę o tym, gdyż to ze spotkania z nimi Wuj Zbyszek cieszył się w szczególny sposób wierząc, że młode pokolenie stanowi o przyszłości narodu.

Jeżeli młode pokolenie czci dziś pamięć zasłużonych Polaków wznosząc na manifestacjach patriotycznych okrzyki „Cześć i chwała bohaterom!”, to dr Zbigniew Jaśniewicz dołączył właśnie do panteonu polskich bohaterów.

Cześć i chwała bohaterowi!

***

Krzysztof Zagozda
Czarne karty II Rzeczypospolitej
Broniło go dwa tysiące chłopów…

17 lutego 1936 r. miały miejsce wydarzenia nazwane przez sanacyjne władze „rebelią wyszyńską”. Tego dnia ponad stuosobowy oddział policji kierowany przez Berkowicza, naczelnika Wydziału Policji Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego, miał dokonać aresztowania Wawrzyńca Sielskiego, byłego posła, wybitnego działacza narodowego. Na pomoc otoczonemu przez mundurowych dworowi w Wyszynie (dzisiejszy powiat turecki) spontanicznie stawiło się dwa tysiące mieszkańców okolicznych wsi. Od policyjnych kul zginęło dziewięć osób, a kilkanaście zostało rannych. Wśród poległych był Wawrzyniec Sielski.

Kim był Sielski?
Człowiek, w obronie którego stanęły tłumy, musiał być nieprzeciętny. Jeden z mieszkańców Wyszyny tak go wspominał: Wawrzyniec Sielski całe swoje życie poświęcał ludowi wiejskiemu, komornikom, robotnikom rolnym, którzy często byli w beznadziejnej sytuacji życiowej. Wspomagał biednych pieniędzmi. Sam nie był posiadaczem wielkiego majątku, ale dzielił się z biednym ludem tym, co posiadał – chlebem i solą. Biednym bezrolnym rodzinom oddawał ze swego majątku ziemię pod kartofle i zboże. Pozwalał biednym ludziom w swoich dobrach kopać torf jako materiał opałowy na tych terenach. Z jego politycznego życiorysu warto przytoczyć przynależność do Ligi Narodowej, a potem członkostwo w radach naczelnych Związku Ludowo-Narodowego i Stronnictwa Narodowego. W 1924 r. podjął ważną decyzję polityczną, z której tak tłumaczył się przyjaciołom: Zrzekam się mandatu poselskiego, ponieważ widzę, że na tym stanowisku nic zdziałać dla kraju nie mogę, a biernym członkiem Izby Poselskiej być nie chcę. Poświęcił się sprawom lokalnym i realizował je w myśl hasła: Bóg i Ojczyzna. W wydanej za własne pieniądze książce pt. „Gospodarstwo przemysłowe” pozostawił swój ideowy testament: Bo Polska nie jest i nie będzie – jak chcą nasi wrogowie – sezonowym państwem (…). W Polsce bezwzględna większość narodu wyznaje religię rzymsko-katolicką, więc religia ta, a zatem i jej przedstawiciele – duchowieństwo, powinno być otaczane opieką rządu polskiego. Sielski doskonale zdawał sobie sprawę z siły, jaką każdemu narodowi daje rozwój gospodarczy. Chętnie dzielił się własnymi doświadczeniami w zakresie hodowli ryb, sadownictwa i uprawy roślin okopowych. W żydowskiej dominacji w handlu i przemyśle widział wielkie zagrożenie dla Polski. Aby się jej przeciwstawić, sam założył w Koninie księgarnię oraz dużą hurtownię spożywczą, a w Kole – firmę handlującą artykułami metalowymi. Działał w Macierzy Szkolnej, Polskim Czerwonym Krzyżu, zakładał kółka rolnicze. Mobilizował żywioł polski. Pod jego rządami powiatowe konińskie struktury Stronnictwa Narodowego liczyły około pięciu tysięcy członków! Sielski mówił do nich: Przecież my Polacy mieszkamy w Polsce i powinniśmy się szczycić określeniem „narodowiec”, co jedno znaczy „Polak”. A jednak w wolnej Polsce wielu jest takich, którzy z pewną jakby obawą przyjmują nazwę „narodowca”. Byli też tacy, którzy do tej nazwy odnosili się z wrogością, a Sielski stał się ich celem numer jeden.

„Do Berezy z nim!”
Miejscowi przedstawiciele władz sanacyjnych od dawna szukali pretekstu do rozprawienia się z Sielskim. Posłużyli się tym najbardziej prymitywnym: rzekomym antysemityzmem działacza z Wyszyny. Wykorzystali prowadzony przez Polaków bojkot żydowskiego handlu i sprowokowali zamieszki na jarmarku w Zagórowie 5 lutego 1936 r. Dwa dni później policja aresztowała trzech uczestników zajść. W ich obronie wystąpiła grupa narodowców. Podczas zamieszek oddziały policyjne zastrzeliły pięć osób. W następnych dniach doszło do aresztowań wielu działaczy narodowych. Marian Koczorowski, ówczesny starosta koniński, uznał, że Sielskiego pora osadzić w Berezie Kartuskiej. Kiedy 14 lutego 1938 r. silny oddział policji otoczył dwór w Wyszynie, wokół zebrał się tłum okolicznych mieszkańców. Dopiero strzały ostrzegawcze spowodowały jego rozejście. Przerwano jednak czynności policyjne i odstąpiono od rewizji zabudowań. To wówczas Sielski dowiedział się, że bez wyroku sądowego władze sanacyjne zadecydowały o umieszczeniu go w cieszącym się złą sławą obozie karnym w Berezie Kartuskiej. Nie myślał poddać się bez walki. 17 lutego 1938 r. doszło do regularnej bitwy pomiędzy stuosobowym oddziałem policji a 2000 chłopów z pobliskich 14 wsi. Mieszkańcy dworu ostrzeliwali się z myśliwskich dubeltówek tak długo, dopóki policjanci nie wrzucili do jego wnętrza kilkunastu granatów ręcznych. Bezbronnego, obezwładnionego gryzącym dymem Sielskiego zastrzelono z bliskiej odległości na oczach jego nieletniej córki, a następnie próbowano rozpowszechnić nieprawdziwą pogłoskę o jego samobójstwie. Oprócz niego śmierć poniosło osiem osób, a kilkanaście zostało rannych.

Procesy sądowe
Podczas dwóch procesów przed sądem postawiono 84 osób. Byli to rolnicy, robotnicy rolni, młodzież. Akt oskarżenia zarzucał im udział w związku zbrojnym. Marian Koczorowski, starosta koniński, obwinił nieżyjącego już Sielskiego o organizowanie wrogich wystąpień przeciw legalnej władzy, wzywanie do bojkotu wyborów parlamentarnych i występowanie przeciwko ludności żydowskiej. Córka Sielskiego, Zofia, zeznała, że tuż po zastrzeleniu ojca usłyszała rozmowę dwóch policjantów: – Co tam? – No dobrze już. Strzelałem dwa razy. Zdaje się, że dostał. Z kolei jej brat Tadeusz, pobity w areszcie, zaświadczał o słowach jednego z policjantów: Narodowiec – taki głupi jak jego ojciec. Jeden z oskarżonych tak określił swój stosunek do Sielskiego: Kochałem go jako dobrego syna Ojczyzny i najlepszego opiekuna ludu, który ostatnim groszem dzielił się z biednym. Gdy się rozeszła wieść o zamiarze aresztowania śp. Sielskiego, pobiegliśmy gromadą, aby wywrzeć swoją obecnością wpływ na policję, żeby naszego ojca zostawiła w spokoju. Podczas procesu ujawniono bicie zatrzymanych przez policję, wymuszanie zeznań oraz ich fałszowanie. Mimo, że przesłuchiwani świadkowie zaprzeczali tezie postawionej przez prokuratora, zapadły wyroki skazujące. Tylko kilku oskarżonych uniewinniono. Presja opinii publicznej spowodowała, że większość skazanych szybko zwolniono. Ich powrót do domów stał się okazją do patriotycznej manifestacji, podczas której uroczyście odśpiewano, napisany przez Wawrzyńca Sielskiego, „Hymn Młodych Wyszkowiaków”:
Gdzie Polska, Bóg, tam twardo stój!
Młodzieży, spełnij dług,
gdy wezwą cię na bój,
za drogi kraj swe życie daj
i wiary polskiej broń!
Broń duszy swej, honoru broń,
na zamiar siły mierz!
Zasady zdrowe szerz!
Podłością gardź, nie znaj co fałsz,
o polskość w Polsce walcz!

Tyś polski syn, jak Polak żyj!
Ukochaj męstwo – czyn!
Do walki stań i przykład daj!
Za kraj, za kraj!

Władze sanacyjne z całych sił walczyły z legendą Sielskiego. Temu celowi miało służyć m.in. pochowanie jego ciała nie na miejscowym cmentarzu, lecz w oddalonym o 20 kilometrów Koninie i prześladowanie jego rodziny, które kontynuowano nawet w okresie PRL. W III Rzeczypospolitej nikt już nie pamięta o tym wielkim polskim bohaterze. Pozostała tylko, napisana przez niego, pieśń śpiewana do dziś podczas odsłaniania łaskami słynącego obrazu Bogarodzicy, królującej w ołtarzu wyszyńskiego kościoła:
Matko Najświętsza w tutejszym obrazie
ratuj nas, ratuj, w każdym ciężkim razie,
Bo niepodobna, byś nie uprosiła
u Tego, coś Go piersią swą karmiła.

Niczego ze swojej aktualności nie utraciły te słowa napisane przed stu laty, a i czasy, w których dziś przyszło nam żyć, mają bardzo wiele wspólnego z realiami zapisanymi w życiorysie Wawrzyńca Sielskiego. Czy dobry Bóg raczy obdarować nas patriotami jego formatu, których tak bardzo nam potrzeba? Róbmy wszystko, by na to sobie zasłużyć!

***

Paweł Jaszczak
25 października wybierzemy parlament

25 października 2015 r. odbędą się wybory do Sejmu i Senatu. Kiedy staniemy przed urnami wyborczymi znów zdecydujemy, kto będzie rządził Polską przez najbliższe cztery lata. Jak zawsze, wyborom towarzyszyć powinno zastanowienie, w czyje ręce oddajemy stery władzy.

Jak dotąd od 1989 r. tylko koalicja PO-PSL dzierżyła władzę przez dwie kadencje. Każdy z nas ma na temat mijającej kadencji dostatecznie wyrobione zdanie i będziemy mogli zdecydować, czy chcemy kontynuacji dotychczasowej linii rządzenia Polską, czy uznajemy, że najwyższy już czas na zmiany? W Państwowej Komisji Wyborczej tylko 8 komitetów zarejestrowało listy wyborcze do Sejmu, we wszystkich okręgach. Są to, według wylosowanych numerów: Prawo i Sprawiedliwość, Platforma Obywatelska, Partia Razem, KORWiN, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zjednoczona Lewica, Kukiz’15 i Nowoczesna. 9 komitetów zarejestrowało swoje listy tylko w części okręgów. Są to: JOW Bezpartyjni, KWW Zbigniewa Stonogi, Ruch Społeczny Rzeczypospolitej Polskiej, Zjednoczeni dla Śląska, Samoobrona, KWW Grzegorza Brauna „Szczęść Boże!”, Kongres Nowej Prawicy, Mniejszość Niemiecka, Obywatele do Parlamentu.

Kilkadziesiąt komitetów zgłosiło kandydatów tylko do Senatu, z czego kilka wystawiło więcej niż jednego kandydata.

Mamy więc duży wybór, choć nie brakuje głosów, że obowiązująca ordynacja wyborcza uniemożliwia przedstawienie w wyborach rzeczywistej reprezentacji ugrupowań i kandydatów znajdujących poparcie wśród Polaków.

Konferencja Episkopatu Polski w związku ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi wydała specjalny Komunikat. W dokumencie tym Biskupi przypominają nam, że każdy obywatel – wierzący w szczególności – ma prawo i obowiązek uczestniczenia w zbliżających się wyborach parlamentarnych.

Biskupi piszą, że Kościół mocą swej misji oraz zgodnie ze swą istotą nie powinien wiązać się z żadną partią lub „systemem politycznym, gospodarczym czy społecznym”. Biskupi zachęcają każdego z wiernych do głosowania w zgodzie z własnym sumieniem, wrażliwym na dobro wspólne i stojącym na straży życia każdego człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci.

***

Marcin Keller
Asymetria w traktowaniu mniejszości

W tym roku mija 10 lat funkcjonowania ustawy o mniejszościach narodowych. Rocznicę tę hucznie obchodziły najwięksi beneficjenci ustawy, czyli środowiska mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu tego roku odbyło się wiele konferencji podsumowujących ostatnie dziesięciolecie. Szczytem wieńczącym jubileusz, były wydarzenia z 26 września w Hali Stulecia we Wrocławiu towarzyszące Piątemu Festiwalowi Kultury Mniejszości Niemieckiej.

Gościem honorowym uroczystości był ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikiel. Patronat nad wydarzeniem sprawowali ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski – Frank-Walter Steinmeier i Grzegorz Schetyna. W rotundzie Hali Stulecia odbyła się debata pt. „Niemcy w Polsce w powojennym czterdziestoleciu – od wysiedleń i odniemczania do legalizacji mniejszości”. Tak zatytułowana debata pokazuje, że Niemcy mają do Polaków pretensje o wysiedlenia. Wypominają nam swój powojenny los zapewne nie wiedząc o pacyfikacji 800 polskich wsi, o czystkach etnicznych na Zamojszczyźnie, o 800 tysiącach Polaków wygnanych z Pomorza Gdańskiego. Hala Stulecia, nazwana tak na pamiątkę zwycięstwa Niemców nad Napoleonem, którą jeszcze nie tak dawno wrocławianie nazywali Halą Ludową, wypełniła się kilkutysięczną publicznością zachwyconą niemieckimi szlagierami. Łopocące tu i ówdzie niemieckie flagi, miały podkreślać niemiecką przynależność zgromadzonych.

Trudno się dziwić, że mniejszość niemiecka tak radowała się tego dnia. Po transformacji ustrojowej społeczność ta osiągnęła w Polsce wszystko, co chciała: tablice i szkoły dwujęzyczne, bazę finansującą swoje przedsięwzięcia kulturalne i biznesowe, przywilej reprezentacji w Sejmie RP bez wymaganego dla Polaków 5-procentowego progu wyborczego. Środowisko niemieckie w Polsce osiągnęło jeszcze więcej – nietykalność. Nie można o nich źle mówić. Nie należy zbytnio rozgrzebywać ran I i II wojny światowej oraz obwiniać państwa niemieckiego za ruinę polskiej gospodarki. Niemcy dzierżą większość prasy polskojęzycznej, więc nie przedziera się żadna skierowana przeciwko nim krytyka. Polacy zamilkli widząc, że polskie władze bardziej dbają o pochwały Zachodu, niż o dobro Polski. Dlatego nikt już nie zamazuje dwujęzycznych tablic, nikt nie wygłasza publicznie opinii, że Śląsk ulega germanizacji. Słowa „germanizacja” i „Ziemie Odzyskane” zostały praktycznie usunięte z debaty publicznej. Liczy się teraz pielęgnowanie niemieckiej tradycji sprzed II wojny światowej, odtwarzanie niemieckich zabytków, przywoływanie zasług niemieckich przodków. Dzisiaj polscy naukowcy łatwiej zdobywają granty na wykazanie niemieckości Śląska, niż jego piastowskich korzeni. Dlatego Niemcy nie kryją zadowolenia.

Na festiwalu we Wrocławiu, ambasador Niemiec stwierdził, że: niemiecko-polskie stosunki są dzisiaj najlepsze w naszej długiej tragicznej historii. Zapewnił przy tym, że mniejszość niemiecką w Polsce będziemy w dalszym ciągu wspierać z całych sił. Czy Polacy podzielają zdanie, że jeszcze nigdy tak dobrze między naszymi państwami nie było? Film „Nasze matki, nasi ojcowie” jest raczej dowodem lekceważenia Polski, a nie dowodem przyjaźni. Nie buntujemy się jednak. Przyjmujemy obelgi i mówimy o jakimś wirtualnym partnerstwie polsko-niemieckim. Przecież partnerstwo to wzajemne sprawiedliwe traktowanie się obu stron, a nie realizowanie interesów tylko jednej strony. Niestety, gdzieś zapodział się polski waleczny duch i ciągle nie widać przywódcy Polaków. Dlatego nasz bogaty sąsiad jest bardzo zadowolony. Minister Steinmeier wyraził owo zadowolenie na rozpoczęcie wrocławskiego festiwalu: …nasi polscy sąsiedzi zainteresowali się naszym językiem. Efektem tego są rekordowe dane – Polska z 2,3 milionem osób uczących się języka niemieckiego plasuje się pod tym względem na pierwszym miejscu na świecie! Dane te są powodem do radości Niemców z oczywistego powodu – siła robocza znająca język niemiecki jest przydatniejsza, niż siła robocza nieposiadająca tej znajomości. Ale Polska traci, bo tysiące dzieciaków będą miały wgrane w swoje umysły nie polską kulturę, tylko niemieckie wzorce. Tak będzie, bo dzieci w przedszkolu na Śląsku dostają w prezencie ludowe stroje bawarskie, a nie nasze śląskie. Poznają świat bajek braci Grimm, a nie Tuwima, Brzechwy i Konopnickiej. Duża liczba uczących się języka niemieckiego na Śląsku bierze się stąd, że nauczanie tego języka jest od wielu lat darmowe – po wcześniejszym zapisaniu się na listę mniejszości niemieckiej. Zapisanie się na taką listę przynosi też korzyści towarzyskie i ekonomiczne. Rodziny mieszkające na Śląsku Opolskim korzystają z tego obficie.

Ustawa z 8 stycznia 2005 r. o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym definiuje pojęcie mniejszości narodowej, którą jest grupa obywateli polskich różniących się od pozostałych obywateli językiem, kulturą i tradycją. Grupa taka utożsamia się z narodem zorganizowanym we własnym państwie – np. z RFN, Litwą, Białorusią, Ukrainą. Ponadto ważne jest, by przodkowie tej grupy zamieszkiwali teren obecnej Rzeczpospolitej od stu lat. W ustawie tej wymienia się 9 mniejszości narodowych i 4 mniejszości etniczne oraz uznaje się, że językiem regionalnym w Polsce jest tylko język kaszubski. Do grup etnicznych należą grupy bezpaństwowe zamieszkujące nasz kraj: Tatarzy, Łemkowie, Romowie i Karaimi. Praca nad tą ustawą trwała aż 15 lat. Na jej ostateczny kształt, niezwykle korzystny dla mniejszości narodowych, niebagatelny wpływ mieli niemieccy deputowani. Podczas prac Senatu Niemcy spowodowali zmianę wersji ustawy przyjętą przez Sejm, obniżając limit mieszkańców niezbędny, by gminie przysługiwała „dwujęzyczność” z 50 do 20 proc. W myśl tej ustawy gmina, którą zamieszkuje 20 proc. mniejszości narodowej, ma prawo do używania własnego języka jako pomocniczego w urzędach, do umieszczania dwujęzycznych nazw topograficznych i ulic oraz do nauczania w swoim języku. Takie przywileje ma aż 30 gmin w Polsce.

Polskie władze wykazały się nadgorliwością, bo przyjęły w ustawie wyższe standardy praw dla mniejszości, niż nakazują konwencje międzynarodowe. Polski parlament, gwarantując przywileje dla mniejszości narodowych zamieszkujących Polskę, nie zażądał tego samego od swoich sąsiadów. Rezygnując z zasady wzajemności, pozostawił mniejszość polską poza granicami kraju, bez opieki prawnej i finansowej. W Polsce, w oparciu o tę ustawę, rząd polski hojnie udziela mniejszościom wsparcia w zakresie nauczania języka i rozwijania ich kultury. Np. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w tym roku przeznaczyło 2,8 mln zł dla wsparcia projektów kulturalnych dla mniejszości niemieckiej. Jest to kwota o pół miliona wyższa niż w zeszłym roku. Ministerstwo to finansuje m.in. stawianie dwujęzycznych tablic, a Ministerstwo Edukacji Narodowej wspiera finansowo rozszerzoną naukę języka mniejszości narodowej oraz dwujęzyczną naukę przedmiotów szkolnych dla dzieci mniejszości. Powołana 10 lat temu przy polskim parlamencie, Komisja Wspólna Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, skrupulatnie kontroluje realizację tej ustawy. Niezwykle skutecznie dba o interesy mniejszości narodowych w Polsce i chętnie krytykuje postulaty Polaków z Niemiec, którzy chcą, by i tam obowiązywały podobne regulacje. Wynik ostatnich wyborów samorządowych w 2014 r. wykazał, że mniejszość niemiecka w Polsce staje się coraz bardziej znaczącą siłą, również polityczną. Uzyskując 7 mandatów w sejmiku województwa opolskiego, mniejszość niemiecka utworzyła wraz z PO i PSL koalicję rządzącą województwem. Nie brakuje polityków niemieckich na stanowiskach starostów, radnych sejmików oraz burmistrzów.

Władze RFN delegują na tereny zamieszkałe przez mniejszość niemiecką, wyspecjalizowanych menadżerów ds. kultury i mediów. Instytut ds. Stosunków z Zagranicą w Stuttgarcie wspiera dwujęzyczne wychowanie przedszkolne. Instytut Goethego w Krakowie wspiera naukę języka niemieckiego jako języka mniejszości, a niemiecka Centrala Wymiany Akademickiej oferuje stypendia dla osób należących do mniejszości. Na terenach zamieszkałych przez ludność niemiecką pracuje liczna kadra niemieckich nauczycieli delegowanych przez Centralny Wydział ds. Szkolnictwa za Granicą Federalnego Urzędu Administracyjnego, którzy pomagają w przyswajaniu języka niemieckiego i w budowaniu tożsamości niemieckiej na terenie Polski. Większość dzieci i młodzież nie poznają języka i tradycji niemieckich od swoich rodziców, tego uczą ich wyspecjalizowani „edukatorzy niemieckości”, z zagospodarowaniem czasu wolnego włącznie. Niemcy są skupieni w wielu organizacjach, głównie w lokalnych kołach mniejszości niemieckiej (DFK – Deutsche Freundschaftskreise), które zaczęto tworzyć w Polsce od 1990 r. – po rejestracji przez sąd Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Mniejszości Niemieckiej w Polsce. Nad organizacjami mniejszości w Polsce pieczę sprawuje Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce – VdG z siedzibą w Opolu.

W Polsce mają się dobrze tak Niemcy, jak i obywatele innych narodowości. Ustawa o mniejszościach zagwarantowała im uprzywilejowaną pozycję. Tymczasem po drugiej stronie polskich granic – na Litwie, Białorusi i na Ukrainie korzystniej i bezpieczniej jest dla Polaków nie przyznawać się do polskich korzeni. Nie lepiej jest u Polaków zamieszkujących państwo niemieckie. Niemcy nie chcą uznać mniejszości polskiej. Uważają, że Polacy nie mają do tego prawa. Polski rząd popełnił kiedyś błąd. W traktacie „o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z 1991 r. dopuścił, by znalazły się tam zapisy definiujące obie grupy w sposób dyskryminujący Polskę. Niemcy w Polsce nazwani zostali mniejszością niemiecką w Rzeczypospolitej Polskiej, a Polacy w Niemczech nazwani zostali osobami w Republice Federalnej Niemiec, posiadającymi niemieckie obywatelstwo, które są polskiego pochodzenia albo przyznają się do języka, kultury lub tradycji polskiej. Niemcy nie chcą uznać faktu, że znaczna część Polaków w Niemczech to nie emigranci, lecz autochtoni, którzy jeszcze przed wojną znaleźli się w granicach Prus, a potem w Rzeszy Niemieckiej. Przed I wojną światową teren Rzeszy zamieszkiwało ponad 4 mln Polaków. Wielu z potomków dawnej mniejszości polskiej w Niemczech spełnia kryteria ustalone przez niemiecki rząd. Są to Polacy mieszkający w Zagłębiu Ruhry, w Berlinie, Hamburgu i innych częściach Niemiec.
Obecnie żyje w Niemczech od 1,5 do 2 mln obywateli Niemiec z polskimi korzeniami oraz ponad 670 tys. osób wyłącznie z obywatelstwem polskim. Status mniejszości narodowej w Niemczech ma społeczność duńska, fryzyjska i serbołużycka oraz niewielka grupka Romów i Sinti. Natomiast liczni Polacy na to nie zasługują. Posiadanie tego statusu ma wymierne korzyści – pozwala korzystać z ochrony władz niemieckich w utrzymaniu języka i kultury mniejszości narodowej oraz korzystać z dofinansowania jej działalności.

Nie do pomyślenia jest, by w Polsce po rozpadzie polsko-niemieckiego małżeństwa zabraniano dzieciom mówienia po niemiecku. A w Niemczech tak się dzieje! Dyskryminacja Polaków przez Jugendamt jest powszechnie znana. Znane są też przypadki, że w szkołach, w których uczą nauczyciele znający język polski, dyrektorzy zabraniają komunikowania się z uczniami po polsku. Władze polskie nie walczą o swoich Rodaków ani w Niemczech, ani gdziekolwiek na świecie.

Asymetrię w traktowaniu mniejszości po obu stronach polsko-niemieckiej granicy najlepiej obrazują liczby: Polska wydaje rocznie na mniejszość niemiecką liczącą 148 tys. osób, 22 mln euro na edukację oraz kilka mln euro na kulturę. Z kolei RFN wydaje na Polaków 300 tys. euro. W przeliczeniu na jedno dziecko mniejszość niemiecka otrzymuje od rządu polskiego 100 razy więcej środków niż Polonia od rządu niemieckiego. Polskie władze nie kwapią się do zmiany tych nierówności i coraz bardziej ulegają żądaniom mniejszości niemieckiej, która chce mieć jeszcze więcej szkół, jeszcze większego dostępu do mediów, chce więcej pieniędzy na swoją działalność, chce podręczników do nauczania wszystkich przedmiotów w języku niemieckim, chce muzeów i władzy.
Opolszczyzna jest dowodem na to, że miejscowości „polskie” są niedoinwestowane, a miejscowości „niemieckie” aż kwitną. Może tej jesieni nowy rząd zadba bardziej o Polaków w ich własnym kraju i upomni się o prawa Polaków za granicą?

***

Ks. Infułat Józef Fijałkowski
Katecheci głoszą Ewangelię radości i nadziei

Katechizacja i ewangelizacja ściśle ze sobą związane stanowiły i stanowią zawsze dla Kościoła święty obowiązek, a także niezbywalne prawo. Obowiązek ten jak wspominaliśmy w poprzednich artykułach „Aspektu Polskiego” podejmują w jedności z Papieżem biskupi, kapłani, diakoni, rodzice oraz ludzie świeccy, zwani katechetami. Zadanie to urasta dzisiaj do wyjątkowych wymiarów, nie tylko ze względu na tereny misyjne, ale także ze względu na problemy zaistniałe w świecie chrześcijańskim.

Mówił o tym Papież Jan Paweł II m.in. w Adhortacji Apostolskiej o katechizacji w naszych czasach: Dzisiejsi bowiem chrześcijanie winni być tak wykształceni, aby umieli żyć w świecie, który w dużej części nie zna Boga, albo który w sprawach religijnych (…) stacza się w tzw. indyferentyzm, stawiając wszystko na równi, albo nawet pozostaje w postawie zuchwałej, podejrzliwej (…), aby dać wszystkim możność »dialogu zbawienia« (…) potrzebujemy katechezy, która by nauczyła młodych i dorosłych (…) stałego trwania w wierze, pogodnego wyznawania swej tożsamości chrześcijańskiej i katolickiej, »widzenia Niewidzialnego« i takiego przylgnięcia do Boga – Absolutu – aby mogli świadczyć o Bogu w cywilizacji zarażonej materializmem. Aby Kościół mógł wypełniać to zadanie potrzebna jest ogromna rzesza ludzi świeckich, którzy będą współpracować z biskupami, kapłanami w ewangelizacyjnej misji całego świata. Myśląc o nich we wspomnianej adhortacji Jan Paweł II napisał: W imieniu całego Kościoła, dziękuję wam mężczyźni – i w jeszcze większej liczbie kobiety – katecheci świeccy, którzy gdziekolwiek na świecie poświęcaliście się religijnemu nauczaniu wielu pokoleń. Wasza działalność skromna, często ukryta, ale pełniona z płomiennym i wielkodusznym zapałem jest najznakomitszą formą apostolstwa świeckich.

Posługa katechety jest przedłużeniem prorockiej misji Chrystusa. Z tej racji katechizacji nie można uważać za zwykłą pracę zawodową nauczyciela, ponieważ jej celem jest szerzenie w świecie orędzia Chrystusa i dlatego jest ona powołaniem a zarazem misją. Nie można i nie powinno się myśleć i mówić o katechetach bez tego szczególnego i specyficznego akcentu – człowiek wezwany i posłany przez Boga. Tak powinien rozumieć swoją tożsamość każdy katecheta, ale także ci, którzy o nim mówią, myślą, korzystają z jego posługi, a także oceniają jego rolę i znaczenie w życiu Kościoła i narodu.

Dokumenty Kościoła bardzo mocno podkreślają konieczność przeżywania przez katechetów swojej pracy jako powołania i posłania przepełnionego głęboką wiarą w Tego, który jest naszym Nauczycielem i ścisłego z Nim zjednoczenia poprzez miłość i świadectwo życia zgodnego z Ewangelią. Jan Paweł II powie – Wiara jest duszą katechezy.
W osiągnięciu takiej postawy pomaga katechetom Kościół, troszcząc się o ich wykształcenie i permanentną formację duchową. Dlatego wbrew niektórym niesprawiedliwym opiniom katecheci są spostrzegani jako ludzie wykształceni, a zarazem o wysokim poziomie życia duchowego i moralnego. Takie spojrzenie na katechetów i na ich misję pomaga im nie tylko głęboko przeżywać swoją tożsamość, ale także pozwala wszystkim właściwie rozumieć ich powołanie, pracę a także ich szczególne miejsce w Kościele, w ludzkiej społeczności i w narodzie.

Każdy katecheta, aby mógł katechizować musi otrzymać od swojego biskupa skierowanie do nauczania religii, tak mówią dokumenty Ministerstwa Edukacji Narodowej, a według języka kościelnego musi otrzymać misję do katechizowania w konkretnej szkole. Dokument ten jest potwierdzeniem jedności katechety z Bogiem, Kościołem oraz jest potwierdzeniem o posiadaniu wymaganych kwalifikacji i uprawnienia do pełnienia obowiązków nauczyciela religii. Z tej i innych racji można powiedzieć, że katecheta wśród wszystkich nauczycieli jest nauczycielem szczególnym, wyjątkowym, zasługującym na szacunek ponieważ jest człowiekiem posłanym przez Kościół w imieniu Chrystusa, który powiedział: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody. Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris missio” oceniając pracę katechetów mężczyzn i kobiet powiedział: … pełni apostolskiego ducha, są dzięki swej wybitnej pracy szczególną i wręcz nieodzowną pomocą przy rozszerzaniu się wiary i Kościoła.

Powyższe refleksje pomagają katechetom w poprawnym i głębokim rozumieniu siebie, swojej tożsamości i zadania zleconego im przez Kościół, ale także wszystkim, aby we właściwy sposób rozumieli, oceniali i przyjmowali ich posługę pełnioną w imieniu Chrystusa, który powiedział o sobie: Ja jestem Drogą, prawdą i Życiem (J 14,6).
W świetle powyższych refleksji, dokumentów Kościoła, nauczania św. Jana Pawła II z najgłębszą dezaprobatą przyjmujemy głosy; opinie tych, którzy w czasie przedwyborczym ponownie żądają usunięcia nauki religii ze szkoły. Widocznie nie rozumieją lub nie chcą widzieć dobrodziejstwa chrześcijańskiego wychowania młodego pokolenia dla nich samych, dla Kościoła i narodu.

Jedynym argumentem, jakim się posługują, są koszty, jakie budżet państwa ponosi w związku z nauczaniem religii w szkole. Zapominają, że na ten budżet składają się podatki katolików i że oni z nich też korzystają dla celów, które nie zawsze służą dobru narodu. Trudno ich nazwać prawdziwymi chrześcijanami, chociaż niektórzy z nich są ochrzczeni, jak również prawdziwymi patriotami. Gdyby nimi byli pragnęliby dla przyszłości narodu najwyższego poziomu wychowania młodego pokolenia, a takim na pewno jest wychowanie chrześcijańskie – katolickie. Na pewno byłoby dobrze żeby ujawnili, ile strat ponosi budżet państwa z powodu młodzieży źle wychowanej – z powodu kradzieży, morderstw, przebywania w więzieniach i zakładach poprawczych, jakie straty przynosi zniszczenie mienia narodowego. Ponadto nie można określić ceny zmarnowanego życia tak wielu młodych ludzi, dramatów i tragedii rodziców i wychowawców, a także krzywdy wyrządzonej przez przestępców, bandytów niewinnym ludziom m.in. chorym i starszym. Bezbożnymi poglądami politycznymi pomimo obietnic nie zapewni się lepszej przyszłości narodu i prawdziwej radości i szczęścia dla młodych ludzi.

Podsumowaniem tych refleksji nad katechizacją – ewangelizacją i nad katechetami niech będą jeszcze raz słowa Jana Pawła II wypowiedziane we Włocławku podczas spotkania z nauczycielami, katechetami i uczniami w 1991 roku: Dzięki przemianom, jakie dokonują się ostatnio w naszej Ojczyźnie, katecheza wróciła do sal szkolnych i znalazła swoje miejsce i odbicie w systemie wychowawczym. Osobiście bardzo się z tego cieszę. Szczególnym akcentem tego spotkania było wzruszające świadectwo Papieża: Dlatego pragnę dzisiaj tu, z tego miejsca i przy okazji tego spotkania, po prostu ucałować jeszcze raz ręce moich rodziców, a równocześnie ucałować ręce wszystkim moim nauczycielom, nauczycielkom i moim katechetom, którzy uczyli mnie w szkole podstawowej; w gimnazjum aż do matury, kładąc fundament pod przyszłość człowieka … Proszę tych moich dawnych profesorów, katechetów nieżyjących, ażeby przyjęli w wymiarze świętych obcowania, to podziękowanie, które im składa jeden z ich uczniów, które im składa polski Papież.

Ciesząc się otrzymanym dobrem Jan Paweł II powiedział: Z nauczaniem religii, przede wszystkim religii katolickiej, w większości krajów europejskich wiąże się ogromny wkład energii i środków Kościoła i poszczególnych państw. Należy sobie uświadomić, że z tego względu, jak również dlatego że obejmuje ono młode pokolenie – dzieci i młodzież – oraz że jego treść jest wyrazem odniesienia do religijnego wymiaru ludzkiego życia, musiało być uznane za pierwszorzędny wkład w budowanie Europy opartej na dziedzictwie chrześcijańskiej kultury, które jest dziedzictwem wspólnym Europy wschodniej i zachodniej.
Takim zadaniom i takiej misji poświęcają swoje życie i codzienny trud w szkołach i w parafiach nasi katecheci.

***

Iwona Klimczak
Św. Faustyna prowadziła ludzi do Boga

10 października ulicami Łodzi przeszedł Marsz ku czci świętej Faustyny, Patronki naszego miasta. W tegorocznych obchodach, które odbywają się corocznie w sobotę po uroczystości św. Faustyny, wziął udział Ks. Bp Kazimierz Gurda, Biskup Diecezji Siedleckiej oraz: Ks. Abp Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki, Acybiskupi Seniorzy: Ks. Abp Władysław Ziółek i Ks. Abp Janusz Bolonek, Ks. Bp Senior Adam Lepa oraz Biskupi pomocniczy Archidiecezji Łódzkiej: Ks. Bp Ireneusz Pękalski, Ks. Bp Marek Marczak. Do kościoła i na procesję przybyły tysiące łodzian.

Uroczystości rozpoczęły się od Mszy św. w kościele pw. św. Faustyny Kowalskiej przy Pl. Niepodległości. Eucharystii przewodniczył Ks. Bp Kazimierz Gurda. Zebranych powitał Ks. Abp Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki, który podkreślał słowa Siostry Faustyny o Miłosierdziu Bożym, które zapisała w „Dzienniczku” oraz Jej troskę o Polskę, za którą tak żarliwie modliła się Patronka Łodzi.

Witając zaproszonego gościa Ksiądz Arcybiskup zwrócił uwagę, że Jego zawołaniem biskupim jest „Jezu ufam Tobie”. Ks. Abp Jędraszewski zachęcał do wspólnej modlitwy za wstawiennictwem św. Faustyny Patronki Łodzi, aby Pan Bóg nieustannie okazywał miłosierdzie wobec nas i całego świata.

Homilię wygłosił Ks. Bp Kazimierz Gurda. Biskup Siedlecki podkreślił, że Pan Bóg obdarzył nas miłością miłosierną i ta miłość została nam objawiona w Jezusie Chrystusie. Jak mówił Ks. Bp Gurda wysławiamy dzisiaj Boga za świętą Siostrę Faustynę, którą posłał aby nam o tej wielkiej miłości powiedzieć, o wielkiej tajemnicy Bożego Miłosierdzia i Bożej dobroci.

Biskup Gurda przypomniał wiernym historię posługi świętej Faustyny, jej pragnienie bycia z Jezusem oraz jej troskę o innych, o to, by swoje życie kierowali ku Bogu: Ona zawsze chciała prowadzić ludzi do Boga. Prowadzenie ludzi do Boga jest zadaniem każdego, kto jest uczniem Jezusa, kto w Niego wierzy i kto należy do Jego wspólnoty, którą jest Kościół.

– Na pewno każdy z nas tu zgromadzonych – mówił Bp Siedlecki – chce prowadzić innych do Boga, rodzice chcą prowadzić do Boga swoje dzieci, dziadkowie – wnuki. Pozostaje pytanie czy chcemy to czynić tak, jak to czyniła siostra Faustyna. Ona dawała pocieszenie cierpiącym, pokarm głodnym, otuchę zmartwionym. Mówiła bezdomnym i chorym o Bogu. Przybliżała ludzkie serca do Boga. Jak podkreślał Ks. Bp Gurda Ona przyprowadzała ludzi do Kościoła, gdy była taka potrzeba przywoływała do osoby potrzebującej kapłana. Czy i my dzisiaj umielibyśmy tak ewangelizować jak Ona? – pytał Biskup Gurda. Pierwszym krokiem jest przychodzenie z pomocą potrzebującym. Może będzie to potrzeba obecności, pocieszenia lub nakarmienia. – Trzeba umieć te potrzeby rozeznać, może twoje dziecko potrzebuje twojej uwagi, miłości i pocieszenia? Tylko wtedy jest się wiarygodnym, gdy mówi się o Bogu. Trzeba żyć Ewangelią i Bożą miłością, żeby móc o niej mówić. Siostra Faustyna nie tylko mówiła o Bogu, Ona w Niego wierzyła i pokazywała to swoim życiem – zaznaczył Pasterz Kościoła Siedleckiego.
Musimy prowadzić ludzi do spotkania z Jezusem, do Sakramentów tak, jak to czyniła św. Faustyna – mówił Ksiądz Biskup. Św. Faustyna pokazuje nam dzisiaj, jak to czynić. Jak podkreślał Biskup Siedlecki pomimo że jej metoda ma ponad 100 lat, jest nadal aktualna, tak jak nigdy nie tracą aktualności nasi święci. Z pomocą św. Faustyny włączmy się w nową ewangelizację, w ten przekaz wiary – to jest również dzieło miłosierdzia, to prowadzenie ludzi do Boga. Niechaj ona, Patronka Łodzi nam w tym pomaga – zakończył Ks. Bp Gurda. Po Mszy Świętej z kościoła św. Faustyny do łódzkiej bazyliki archikatedralnej ruszyła pielgrzymka z relikwiami Świętej Patronki Łodzi. W tym roku uczestnikom procesji towarzyszyły symbole Światowych Dni Młodzieży: krzyż i ikona Matki Bożej Salus Populi Romani.

Uroczystości ku czci św. Faustyny zakończyły się w łódzkiej katedrze. Tu Ks. Abp Jędraszewski podziękował wszystkim za udział w obchodach Święta Patronki Łodzi. Metropolita Łódzki wspomniał niedawną diecezjalną pielgrzymkę do podkrakowskich Łagiewnik, do grobu św. Faustyny. Podkreślił też, że za kilka tygodni rozpocznie się Rok Miłosierdzia. W Łodzi uroczystości z tym związane będą miały miejsce 13 grudnia. Na zakończenie Ks. Abp Marek Jędraszewski dokonał odnowienia Aktu Zawierzenia Archidiecezji Łódzkiej Bożemu Miłosierdziu.

Święta Siostra Faustyna Kowalska była bardzo mocno związana z Łodzią. Urodzona w Głogowcu koło Świnic Warckich, przyjechała do Łodzi, by pracować tu jako służąca. Tu też, w łódzkim Parku Wenecja, usłyszała wezwanie Pana Jezusa do wstąpienia do zakonu. Modliła się w łódzkiej katedrze i to z naszego miasta wyjechała do Warszawy, by tam wstąpić do klasztoru. W 2005 r. radni Rady Miejskiej Łodzi podjęli decyzję o uznaniu świętej Faustyny za Patronkę Łodzi. Od tego czasu co roku odbywa się w Jej święto procesja z relikwiami, w której bierze udział tysiące mieszkańców Łodzi.

***

Teresa Szemerluk
Rodzina to święta wspólnota
11 października obchodzimy Dzień Papieski, poświęcony pamięci św. Jana Pawła II – Papieża Rodziny. W tym roku ten Dzień ma wyjątkowy wymiar, bo zbiega się z obradami Synodu Biskupów, poświęconymi rodzinie i jej misji we współczesnym świecie.

Pasterze Kościoła w Polsce – czytamy w Liście Pasterskim w związku z XV Dniem Papieskim – z wielką uwagą obserwują zmiany społeczne dotykające małżeństwo i rodzinę oraz warunki zewnętrzne, w których przychodzi egzystować rodzicom i ich dzieciom. Wiele osób wciąż doskonale rozumie istotę sakramentalnego małżeństwa i rolę rodziny w społeczeństwie. Niemniej jednak kryzys kulturowy i ideowy dotyczący człowieka odcisnął swe piętno na tradycyjnym wzorze małżeństwa i rodziny. Sceptycyzm dotyczący nierozerwalnego i wiernego małżeństwa jest w wielu środowiskach tak wielki, że często unika się już używania pojęcia „małżeństwo”. Zastąpiły je określenia typu „bycie w związku”, „bycie z partnerem” czy po prostu „bycie razem”. Trudno doszukiwać się w nich kategorii „trwałości” czy „wierności”.

Biskupi wyrażają zaniepokojenie wzrostem liczby osób, które mieszkają wspólnie bez ślubu kościelnego, często za przyzwoleniem rodziców i społeczeństwa, oraz odkładaniem decyzji o dziecku lub decydowanie się na jedno dziecko, w sytuacji gdy nie ma przeszkód do przyjęcia na świat kolejnych. Biskupi podkreślają rangę rodzin wielodzietnych, w których proces dojrzewania społecznego jest o wiele bardziej owocny, a dzieci są szczęśliwsze.

Z wielkim niepokojem obserwujemy – piszą Biskupi – rosnące przyzwolenie społeczne na promocję i używanie środków antykoncepcyjnych oraz wczesnoporonnych. Zwrócili uwagę w szczególności na pigułkę „dzień po”.

Biskupi złożyli podziękowania wszystkim małżeństwom i rodzinom, które budują swą teraźniejszość i przyszłość na fundamencie Ewangelii.

***

Iwona Klimczak
Wciąż czekam na film o Pileckim

25 września miał premierę długo oczekiwany film pt. „Pilecki” w reżyserii Mirosława Krzyszkowskiego. Tydzień później, 2 października, pokazano go po raz pierwszy w Łodzi w kinie „Charlie”. Powstał w dużej mierze za społeczne pieniądze, zbierane w ramach zbiórki publicznej. Państwo nie dało na to ani złotówki publicznych pieniędzy. Ale film powstał, a jego twórcy w piękny sposób podziękowali ofiarodawcom, którzy wpłacali na ten cel od kilku do kilkuset złotych. Nazwiska wszystkich umieszczono w napisach końcowych. I na tym kończą się właściwie pochwały pod adresem filmu.

Film „Pilecki” jest – jak określają go sami twórcy „dokumentem fabularyzowanym”. Obsada profesjonalnych aktorów, z Marcinem Kwaśnym w roli rotmistrza Pileckiego, budziła apetyt na dobrą kreację. Niestety, reżyser nie dał aktorowi „pograć”, przyjmując trudną do obrony konwencję ni to dokumentu, ni to sztuki, ni to monologu. Sceny fabularne ilustrowane są w dużej mierze tekstem z off’u, a aktorzy służą najczęściej konwencji „żywych obrazów”, które same nic nie mówią, tylko dają tło tekstom, czytanym przez narratora. Dziwne. Milczy zwłaszcza tytułowy bohater, który w scenach fabularnych nie mówi niemal nic, wszystko nam opowiada, słowami napisanymi przez samego rotmistrza Pileckiego. To na dłuższą metę konwencja nużąca widza.

Podobnie trudne do zaakceptowania są dokumentalne wstawki, polegające na wspomnieniach syna rotmistrza, Andrzeja Pileckiego i uzupełnieniach historyka dr. Andrzeja Cyry. Obaj to ludzie bardzo zasłużeni dla przywracania pamięci o Pileckim, ale ich obecność w filmie została zmarnowana. Choć wypowiedzi są ciekawe i dostarczają wiedzy o Pileckim jako ojcu i o czasach, w których żył, to długość wystąpień wybija widza z opowieści, zakłócając całkowicie akcję, robiąc przy okazji wrażenie, jakby znalazły się w filmie przez przypadek, jakby wyjęte z innego projektu. Sceny przedstawiające realizację marzenia Andrzeja Pileckiego – nauki latania, czego nie mógł robić ze względu na nazwisko w PRL-u, uważam za całkowite nieporozumienie.

Dziwi sposób ujęcia tematu. Scenariusz budzi wrażenie, jakby autor nie wiedział, na czym się skupić, co w życiu rotmistrza wyróżnić i podkreślić. To prawda, że postać głównego bohatera trudno zamyka się w kilkudziesięciu minutach filmu – bo to i żołnierz, i wzorowy gospodarz szerzący wiedzę rolniczą wśród chłopów, i malarz, i poeta, i głęboko wierzący człowiek, i żołnierz Polski Podziemnej, który odważył się na to, na co nie odważył się nikt inny, i wreszcie ofiara komunistycznej zbrodni. Ale tym bardziej należało znaleźć – lepsze czy gorsze, ale jakieś – ukierunkowanie, zwłaszcza jeśli dysponuje się tak skromnymi środkami finansowymi. Tymczasem autorzy filmu pokazali życiorys Pileckiego, jakby pisali mu cv – od dzieciństwa po śmierć – po równo, po trochu. Wyszło z tego powierzchowne zerknięcie na rotmistrza – od impresji z bocianim gniazdem, w którym chował się jako dziecko i które stało się symbolem wolności, przez sielskie lata międzywojenne w majątku Sukurcze, konspirację w Tajnej Armii Polskiej, Oświęcim, po śmierć w kazamatach UB.

Czekałam na film o Pileckim długo. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że w ciągu tylu lat wolnej Polski nie powstał prawdziwy film fabularny o wielkim bohaterze, człowieku nieprzeciętnym, prawym i o wielkich zasługach dla Polski. Bo rotmistrz Pilecki, którego pamięć przez wiele lat niszczyli komuniści i którego grobu do dziś nie odnaleziono zasługuje na miano wielkiego bohatera. Czekałam na opowieść, nawet zrobioną skromnie, kameralnie, ale budzącą emocje, poruszającą, a nawet chwytającą za gardło i wywołującą łzy wzruszenia. Więcej – trudno mi sobie było wyobrazić, żeby ten film taki nie był. Bo przecież życie Pileckiego to scenariusz na niejeden film sensacyjny, choć bez happy endu.

Piszę ten tekst ze smutkiem, bo nie kwestionuję dobrych intencji twórców filmu i nie odmawiam im ciężkiej pracy włożonej w to przedsięwzięcie, ale tak ważnych tematów nie można robić, gdy nie ma się, jasnej wizji i pomysłu, który poruszy publiczność. I nie są usprawiedliwieniem niezwykle skromne środki finansowe, jakie miał do dyspozycji producent. Można było wykorzystać je dużo lepiej, a jeśli były zbyt skromne do zrobienia dobrego filmu – to nie należało się za to brać. Przy czym „dobry” nie to nie samo, co pełen rozmachu, efektów specjalnych i tłumu statystów.

Niestety, po wyjściu z kina myślę, że to źle, że ten film powstał w taki sposób. Bo teraz każdemu, kto będzie chciał zrobić prawdziwą, zajmującą i budzącą emocję opowieść o rotmistrzu Pileckim będzie trudniej – bo wszyscy niechętni kinu o prawdziwie polskich sprawach poczują się usprawiedliwieni do nicnierobienia, bo przecież film już jest. Odfajkowane.

Mimo tego wszystkiego, co napisałam nie odradzam pójścia do kina. Warto tam pójść po to, by zaznaczyć, że jesteśmy z tych, którzy chcą filmów o Pileckim, Fieldorfie-Nilu, Ince i innych polskich bohaterach, skazanych na zapomnienie. I którzy chcą kolejne – oby lepsze – filmy oglądać.

„Pilecki“ – dokument fabularyzowany, reż. Mirosław Krzyszkowski, scenariusz: Mirosław Krzyszkowski, Bogdan Wasztyl, w rolach głównych: Marcin Kwaśny, Małgorzata Kowalska, producent: Stowarzyszenie Auschwitz Memento.

***

Janusz Janyst
Przyroda twórczą inspiracją
Z Zofią Borkowską, projektantką odzieży unikatowej, rozmawia Janusz Janyst

– Jak ubierają się dziś Polacy?
– Zapewne bardziej kolorowo, niż w czasach PRL, ale na ogół dość skromnie, jeśli chodzi o gatunek i cenę ubrań. Poza tym, niestety, nie zawsze stosownie do okoliczności.

– Nasze społeczeństwo nie jest zamożne…
– I dlatego takim powodzeniem cieszą się tzw. lumpeksy, czyli sklepy z zachodnią odzieżą używaną. Jednak problemem osobnym jest gust wynikający z estetycznej wrażliwości, kultury (niewiele kobiet stać na wizażystkę, która podpowie, co nosić). Jak wiadomo, wychowanie estetyczne w polskich szkołach od dziesięcioleci pozostawia wiele do życzenia, a to przekłada się także na życie codzienne.

– Złe wzorce lansuje niekiedy moda, będąca składnikiem kultury masowej.
– Nie należy więc traktować jej bezkrytycznie. W decyzji, co na siebie włożyć, potrzebna jest również poprawka na indywidualne warunki fizyczne oraz wiek.
– Czy projektując odzież unikatową nawiązuje Pani do aktualnej mody? – Uwzględniam główne jej trendy, ale polegam przede wszystkim na własnej wyobraźni.

– Ta wyobraźnia – jak zauważyłem oglądając Pani projekty: bluzki, spódnice, suknie, żakiety, kurtki, płaszcze – ma szczególnie wyraźne cechy przestrzenne.
– W Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi – obecnie Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego – ukończyłam nie tylko projektowanie ubioru, ale i rzeźbę. Tworząc projekt zawsze widzę go trójwymiarowo i właśnie jakby w sposób rzeźbiarski wyznaczam proporcje, kształtuję formę.

– A kolorystyka? Zdaje mi się, że mieszkając od kilkunastu lat na stałe w Ustroniu pod Łodzią i pozostając w bezpośrednim kontakcie z przyrodą, w niej znajduje Pani inspiracje.
– To prawda. Te inspiracje mogę zresztą ująć szerzej, niż tylko w aspekcie kolorystycznym. Dotyczą one też formy, faktury. W otoczeniu zainteresować może mnie coś zupełnie banalnego, np. zwykły patyk. Najpierw go rysuję – na tym więc etapie tworzę niejako sztukę czystą – a dopiero potem staram się wyprowadzić z twego rysunku całą kolekcję strojów, a kiedy indziej znów tkaniny do wnętrz, bo i tym się zajmuję. Dodam, że używam wyłącznie tkanin naturalnych – lnu, wełny, bawełny, jedwabiu.

– Zatem Pani praca jest zupełnie inna, niż np. działania kostiumologa, przygotowującego dla filmu stroje z danego okresu historycznego.
– Wtedy chodzi o dokładne odwzorowanie realiów epoki. Miałam z tym do czynienia pracując np. przy realizacji filmu Śmierć prezydenta w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Było to skądinąd bardzo ciekawe doświadczenie.

– Gdzie trafiają Pani kolekcje (jak się orientuję, niejednokrotnie nagradzane na konkursach)?
– Współpracuję z galeriami w różnych krajach – w Austrii, Niemczech, Hiszpanii, USA, Australii. Kontakty, także z krajowymi klientami (a mam stałych – oczywiście są to najczęściej kobiety), nawiązuję m.in. podczas gdańskich Jarmarków Dominikańskich, na których regularnie pojawiam się w swoim stoisku. Są to zresztą jedyne momenty w roku, kiedy widuję osoby, dla których projektuję.

– Co stanowi dla Pani twórczy priorytet?
– Kategoria piękna w odniesieniu do człowieka i jego osobowości. Uważam, że piękno zewnętrzne może nie tylko być wyrazem wartości duchowych, ale także na nie wpływać.

– Dziękuję za rozmowę.

***

Prof. Tadeusz Gerstenkorn
Sprawiedliwość

Słowo „sprawiedliwość” pojawia się ostatnio w mediach niezwykle często i to nie tylko za sprawą tego, że jest jednym z haseł–nazw popularnej partii politycznej, ale również dlatego, że usłużni dziennikarze stale przypominają nam, Polakom, że mamy być sprawiedliwi wobec imigrantów z Azji i Afryki chętnych nas wspomóc demograficznie.

Czymże jest ta nobliwa „sprawiedliwość”? Pojęcie to z domeny etyki wymaga oczywiście bardzo szerokiego omówienia, ale na nasz publicystyczny użytek przyjmiemy taką mniej więcej definicję: sprawiedliwość to ocenianie wszystkich według tych samych kryteriów, osądzanie każdego tak, jak na to zasługuje; a zatem także uczciwość i bezstronność osądu. Pomijam tu przypadek, że termin ten jest często używany równoznacznie z pojęciem sądu, sądownictwa lub organów sądowych przy założeniu, również spotykanym i przyjmowanym, że organy sprawiedliwości powinny być poza podejrzeniami o jakiekolwiek niecne praktyki.

A kim jest człowiek sprawiedliwy? To taki, który postępuje zgodnie z zasadami etycznymi, który jest obiektywny, bezstronny w sądach, zgodny ze słusznymi, uzasadnionymi prawami, ma dobre intencje i szanuje prawa innych. Ujmując rzecz jeszcze innymi słowami – człowiek sprawiedliwy to człowiek kierujący się w życiu zasadami moralnymi i uczciwością. Nie na próżno użyto przecież pięknego określenia sprawiedliwy wśród narodów świata.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK –Pallotinum 1994) termin „sprawiedliwość” występuje w indeksie tematycznym aż 34 razy, z przydawką „Boga” dodatkowo 16 razy, a jako „cnota” 22 razy. Oprócz tego jest także termin „sprawiedliwy” – omówiony w 25 artykułach (punktach). Nie sposób w krótkim artykule omówić tak obszerny zestaw treści nagromadzonej w kilkudziesięciu paragrafach, ale wykorzystam niektóre ważne myśli dalej i polecam zapoznanie się z całością rozważań KKK tym tematem czytelnikom bardziej zainteresowanym.
Tak się składa, że jako obywatele – właściciele własnego kraju mamy wobec niego obowiązki społeczne, a do tych należy zatroszczenie się o wybór odpowiednich przedstawicieli zwanych posłami do gremium zwanego parlamentem. Nie jest to prosta sprawa ani decyzja. Sprawiedliwość domaga się spełnienia przynajmniej dwóch podstawowych rzeczy: bezstronnego osądu dotychczasowej władzy oraz rozpoznania komitetów startujących w wyborach i ich programów, a przy tym – rzecz niebagatelna – rozpoznania kandydatów na posłów lub senatorów.

Sprawa nie jest prosta, bo oceny w społeczeństwie są podzielone, niewykluczone, że brak ugrupowania o takich poglądach, które by wyborcy odpowiadały może wpłynąć na absencję, a znajomość kandydatów jako osobowości prawie żadna. Chętnych do sprawowania urzędu lub władzy jest bardzo wielu. Są jednostki, które widzą siebie na szczycie władzy lub prawa; dobrze, jeśli są znani z obowiązku obywatelskiego, dobrego przygotowania fachowego i solidnej (bardzo ważne) postawy moralnej, ale duża część kandydatów kieruje się celem łatwego zarobku i – co bardzo charakterystyczne – perspektywą żadnej odpowiedzialności. Nasz ustrój polityczny jest tak sprytnie zbudowany, że za złe zarządzanie państwem, czasem nawet niszczenie go, pogrążanie obywateli w kłopotach materialnych, zdrowotnych i duchowych nie ponosi się żadnej kary. Przeczy to oczywiście zasadzie sprawiedliwości: jeśli uczyniłeś zło, to należy się zadośćuczynienie i odpowiednio surowa kara. Na przykład KKK formułuje ten problem w artykule 2487 następująco: Wszelkie wykroczenie przeciw sprawiedliwości i prawdzie nakłada obowiązek naprawienia krzywd, nawet jeśli jego sprawca otrzymał przebaczenie. Obowiązek naprawienia krzywd dotyczy również przewinień popełnionych wobec dobrego imienia drugiego człowieka. Naprawienie krzywd – moralne, a niekiedy materialne – powinno być ocenione na miarę wyrządzonej szkody, jest ono obowiązkiem sumienia. Podobnie traktuje ten problem artykuł 1459.

Bywa tak, że krzywda jest wyrządzona na skutek złego prawa i jego zastosowania w stosunku do licznej rzeszy obywateli, ale spowodowana przez władzę reprezentowaną z ramienia jakiejś partii lub koalicji partii. Wówczas odpowiedzialność karna powinna dotyczyć głównie grupy osób formalnie sprawującej władzę wykonawczą lub ustawodawczą, ale materialnie być rozszerzona na wszystkich członków danej partii lub ugrupowania. Gdyby tak rzeczywiście to było zastosowane, sądzę, że bardziej przewidująco, rozsądkowo i ostrożnie sprawowane byłyby czynności samorządowe lub rządowe. Obecnie korzysta się z tego, że można obiecywać, przyrzekać, a nawet podpisywać zupełnie niefrasobliwie bardzo poważne zobowiązania, wiedząc, że w systemie makropolityki uniknie się nawet najmniejszej odpowiedzialności i kary wbrew ogólnemu poczuciu sprawiedliwości.

O obowiązkach obywatela, zwłaszcza osoby wierzącej, katolika, względem swego kraju mówi wyraźnie artykuł 2239 KKK: Obywatele mają obowiązek przyczyniać się wraz z władzami cywilnymi do dobra społeczeństwa w duchu prawdy, sprawiedliwości, solidarności i wolności. Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości. Jednym z takich podstawowych obowiązków jest właściwy, zgodny z sumieniem i dobrym rozeznaniem przez niezaburzony rozum wybór swych przedstawicieli do najwyższych urzędów w państwie. Niestety ludzie są zmęczeni trudnymi warunkami życia, nachalną, destrukcyjną propagandą oraz szkodliwymi aktami prawnymi, które odstraszają od udziału w życiu publicznym. Sądzę, że nie byłoby sprawy JOW-ów (jednomandatowych okręgów wyborczych), gdyby próg wyborczy, obecnie pięcioprocentowy, był znacznie niższy przepisy o rejestracji komitetów były łagodniejsze. Nie widzę powodów, by mniejsze grupy społeczne nie miały mieć swych reprezentantów w parlamencie, gdzie ich głos byłby w jakiś sposób słyszany bez potrzeby odzwierciedlania tego w internecie lub na ulicy. Odrzucanie głosów wielu tysięcy obywateli jest dużą niesprawiedliwością. Innym skutkiem obecnych przepisów prawnych jest duża obojętność na sprawy życia społecznego i państwowego, wyrażana choćby w wieloprocentowej absencji wyborczej. Krótko i precyzyjnie sformułował to redaktor Andrzej Turek w artykule pt. Czy to był wybór rzeczywisty, czy tylko pozorny? w czasopiśmie Nowy Przegląd Wszechpolski (nr 1, 2015), pisząc lapidarnie (s. 7): Główna masa polskiego społeczeństwa nadal śpi bądź daje się wprost dziecinnie wodzić za nos. Istotnie, przerażający jest fakt, że wielu polskich obywateli (nie chcę tu użyć słowa Polaków) jawnie i świadomie popiera ugrupowania nie tylko wrogie religii, tradycji chrześcijańskiej, ale po prostu przeczy podstawowym wartościom ludzkim i normom moralnym. Przykre to jest i bardzo bolesne, i wymaga ogromnych zmian w układzie medialnym tak, by pozytywne treści edukacyjne zmieniły obraz polskiego społeczeństwa na bardziej ludzki i naprawdę szlachetny. Wymaga to odpowiednich posunięć i zmian prawnych, bo dotychczasowy styl życia zupełnie nie daje możliwości pracy nad urobieniem wzorowej osobowości.

Niepokoi bardzo fakt zgłoszenia kandydatów do parlamentu w bardzo młodym wieku, osób bez większego przygotowania nie tylko zawodowego, ale także administracyjno-państwowego. A zupełnym kuriozum jest to, że poza niewielką barierą wieku, do senatu może kandydować nawet osoba bez żadnego wykształcenia. W ten sposób senat staje się praktycznie niepotrzebnie (jak twierdzą niektórzy) rozszerzoną pierwszą izbą i niczym więcej. Jest tak i będzie tak dalej, jeśli nie wprowadzi się sumiennych kryteriów takich, jak na przykład co najmniej wyższe wykształcenie, długoletnie doświadczenie w samorządzie lub administracji państwowej (z dobrym skutkiem) lub sprawowana ważna funkcja urzędnicza wysokiego szczebla. Wiem, że społeczeństwo zostało przyzwyczajone do tego, że nawet najwyższe urzędy w państwie można pełnić nie mając prawie żadnego wykształcenia albo – co już dobrze – mając za sobą kiepski stopień uniwersytecki niższego szczebla. To wszystko napawa smutkiem i mocno niepokoi. Smutno mi Boże!

Artykuł 1888 KKK widzi potrzebę pracy nad sobą jako główny element przyczyniający się do zmian społecznych. Czytamy tam: Trzeba odwoływać się do duchowych i moralnych zdolności osoby oraz do stałego wymagania jej wewnętrznego nawrócenia, by doprowadzić do zmian społecznych, które rzeczywiście służyłyby osobie. Istotnie, bez ukierunkowania się całego społeczeństwa na utrzymanie się w kręgu podstawowych wartości etycznych nie może być mowy o naszym bycie narodowym. Rozpłyniemy się wówczas w nurcie łatwego bezideowego życia w międzynarodowej masie bez przyszłości z zanikiem pamięci o przeszłości i tego co dały swą pracą i walką uprzednie pokolenia.

***

Izabela Maria Trelińska
Zobaczyć Nowy Jork

Po powrocie z wyprawy „Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych”, która miała miejsce w dniach od 1-16 września 2015 r., czy mogę powiedzieć, przyznać się, że dopadł mnie nowojorski wirus i nie jestem już w stanie się od niego uwolnić!?

26 lat temu Nowy Jork oglądałam z okna samolotu. Piętnaście wysp , wspaniale oświetlonych – a ja na „skrzydłach ptaka”. Wtedy nie dane było mi poznać tego ogromu wysiłku zbudowania takiego gigantycznego miasta. Zachód Ameryki, jego niezwykłe krajobrazy, dzika przyroda, kaniony, kaktusy, drzewa i kwiaty – mogły uspokoić nas, zwiedzających Zachód. Tu wszystko żyje, pulsuje, spieszy się. Nadmiar niepokoi. Zamyka duszę. Gęstość zdarzeń. Budynek za budynkiem. Brak oparcia w naturze zamyka. Po raz pierwszy nadmiar wrażeń zobaczonych budowli zbyt wysokich – zasłaniających Niebo – sprawił, że coś mnie zablokowało. Nie umiem myśleć, czuć, coś mnie przygniotło do ziemi. Ogarnia mnie senność. Tak stale odsypiam nadmiar wrażeń, lotów, startów i podchodzenia do lądowania. Widoków przebogatych pejzaży w czasie lotu, świetlistych chmur i przepięknych kolorów. Coś sprawiło, że nie umiem pisać! Coś mnie onieśmieliło! Sama nie wiem co! Oczywiście namalowałam 9 obrazów. Są takie inne. Gęste, nasycone kolorem. Obrazujące pulsujące życie. Wijące się autostrady, wieżowce, reklamy, napisy i brutalną pogoń bogacenia się. Czy są tam oazy szczęścia? Czuje się nadmiar pracy, nadmiar zdarzeń, sytuacji. Gigantyczne budowle onieśmielają.

Myślę o Bogu, który jest obecny na każdym ołtarzu,w sercu każdego człowieka, w każdym zdarzeniu i narodzie. My tak nie potrafimy. Jesteśmy stworzeni na mniejszą skalę.

Nowy Jork to jedno z najbardziej fascynujących miast na świecie. Sprawia szalone wrażenie. To tu przecież są sławne wieżowce, składające się na znaną na całym świecie sylwetkę miasta; to, co się w nich dzieje sprawia, że Nowy Jork stanowi centrum światowego biznesu, finansów i mediów. Jest tu Broadway, przez niektórych turystów utożsamiany z całym miastem, a w gruncie rzeczy stanowiący jedynie wierzchołek góry lodowej życia teatralnego i kulturalnego, obejmującego całe spektrum od małych prywatnych galerii i teatrzyków na strychu off. Off Broadwayu, po czerwone dywany i kandelabry Metropolitan Opera. Mieszka tu naprawdę międzynarodowa, wielorasowa i wielojęzyczna ludność. Wszystko to emanuje szczególnym rodzajem energii, którą w dzień i w nocy pulsują brudne, ruchliwe ulice. Oczywiście w Nowym Jorku nie brak ani biedy, ani uciążliwego życia, ani przestępstw. To miasto nie śpi. Ktoś nad tym czuwa. Nie śpi, bo śni, ile trzeba wysiłku, żeby zyskać, zarobić, znaleźć pomysł na towar. To ważne, bardzo ważne. Najważniejsze.

Muzeum Salomona R. Guggenheima
Przed wyjazdem miałam pragnienie zobaczenia Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku i Muzeum Fundacji Alberta Barnesa w Filadelfii. Tak się stało. Udało się zobaczyć te dwa wspaniałe muzea.

Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku położone w Upper East Side na Manhattanie, dzielnicy Nowego Jorku. Mieści się tutaj sławna kolekcja malarstwa impresjonistycznego, postimpresjonistycznego, wczesnego modernizmu i sztuki współczesnej. Ponadto odbywają się tutaj różnego rodzaju czasowe wystawy sztuki. Obecny budynek muzeum został zaprojektowany przez Franka Lloyda Wrighta i stanowi on jeden z ważniejszych obiektów XX-wiecznej architektury.

Muzeum zostało otwarte 21 października 1959 r. jako drugie muzeum utworzone przez Fundację Salomona R. Guggenheima. Salomon Guggenheim rozpoczął kolekcjonować dzieła sztuki abstrakcyjnej w 1929 r. Jego darczyńcą była niemiecka malarka Hilla von Rebay. Początkowo Guggenheim wystawiał kolekcję w swoim mieszkaniu, jednak ze względu na rosnącą liczbę obiektów w 1937 r. założył Fundację Salomona R. Guggenheima, której celem było gromadzenie, przechowywanie i badanie sztuki współczesnej.

W 1939 r. powstało pierwsze muzeum utworzone przez fundację, noszące nazwę Muzeum Malarstwa Nieprzedstawiającego, które mieściło się w wynajętych pomieszczeniach przy 24 East Fifty-Fourth Street w Nowym Jorku. Wystawiono tu prace artystów takich jak: Rudolf Bauer, Hilla von Rebay, Wasily Kandinsky i Piet Mondrian. Guggenheim nieprzerwanie gromadził prace kolejnych artystów (Marc Chagall, Robert Delaunay, Fernand Leger, Amadeo Modigliani, Pablo Picasso). Kolekcja szybko rozrosła się do rozmiarów przekraczających możliwości muzeum, dlatego w 1944 r. Rebay i Guggenheim napisali list do Franka Lloyda Wrighta z prośbą o zaprojektowanie nowej siedziby muzeum. Zajęło to Wrightowi 15 lat. W tym czasie Rebay szukała miejsca, w którym miał powstać budynek. Ostatecznie został on zbudowany na rogu 89’th Street i Fifth Avenue. Muzeum otwarto jesienią 1959 r., 10 lat po śmierci Salomona Guggenheima i 6 miesięcy po śmierci Franka Lloyda Wrighta.

Gmach, będący ostatnim wielki dziełem Wrighta, od strony ulicy przypomina cylindrycznie zwiniętą białą wstęgę, nieco szerszą na górze, niż na dole. Spirala zwieńczona jest szklaną kopułą. Wygląd budynku różni się zasadniczo od większości typowej zabudowy Manhattanu otaczającej muzeum. Było to zamierzenie Wrighta. Wnętrze muzeum ma kształt wznoszącej się spirali. Obrazy wystawiane są na ścianach spirali (wklęsłych niszach), a także na dodatkowych poziomach.

Krytyka dotyczyła słabego oświetlenia wewnątrz budynku i problemów z prawidłową ekspozycją dzieł, wystawianych w płytkich niszach bez okien, umieszczonych wokół tworzącego spiralę przejścia. Pomimo tego, że wnętrze oświetlone jest przez duży świetlik, nisze zacienione są przez przejście, co w dużej mierze powoduje konieczność oświetlenia dzieł sztuki sztucznym światłem. Ściany nisz są wklęsłe, co powoduje, że wiszące płótna odstają od ścian. Ograniczona ilość miejsca w niszach każe z kolei umieszczać większość rzeźb na cokołach pośrodku przejścia. Przed otwarciem muzeum 21 artystów podpisało protest przeciwko wystawianiu ich dzieł w taki sposób. Obecnie dyrektorem muzeum jest Richard Armstrong, który wcześniej był dyrektorem Carnegie Museum of Art w Pittsburgu.

Jednym z najsłynniejszych budynków na świecie jest Muzeum Salomona R. Guggenheima w Nowym Jorku. Jego stworzenie było konieczne dla wystawienia wspaniałej kolekcji sztuki nowoczesnej zgromadzonej przez S.R. Guggenheima (m.in. dzieła Picassa, Klee, S. Dali, Kandinsky, Malewicz), która wcześniej wystawiana była w różnych wynajętych obiektach. Zadanie opracowania projektu budynku zostało przekazane Frankowi Lloydowi Wrightowi, wówczas jednemu z najsłynniejszych żyjących architektów. Mimo że Wright koncepcję tego spiralnego, modernistycznego obiektu wymyślił wiele lat wcześniej, to zaprojektowanie muzeum zajęło mu aż 15 lat. Tak długi czas był zupełnie konieczny dlatego, że pierwotnie przewidywał, że ta spirala miała być wielopoziomowym garażem. Co do kształtu architektonicznego i konstrukcji jest to jeden z najpiękniejszych budynków na świecie. Nowojorskie muzeum – to obok domu Falling Water – najsłynniejsze dzieło Franka Lloyda Wrighta. Zachwyca piękną owalną bryłą, która wyróżnia się spośród setek nowojorskich sześcianów, prostopadłościanów szybujących w stronę nieba.

Imponujące jest też wnętrze. Jednak jako siedziba muzeum budowla Wrighta sprawdza się nie najlepiej. Wijąca się ku górze wewnętrzna galeria nie sprzyja ekspozycji obrazów. Nie można na niej umieszczać obrazów, bo ściany są wklęsłe. Natomiast rzeźby prezentują się dobrze.
„Skąd takie niedostosowanie formy do funkcji u jednego z najsłynniejszych architektów wszechczasów i wielkiego propagatora idei, że forma budowli musi wynikać z jej funkcji? Wright bardzo chciał postawić wielką budowlę w kształcie spirali. W 1947 r. zaprojektował dla Pittsburgha taki garaż, ale inwestycja nie została zrealizowana. Wtedy architekt dostał propozycję zaprojektowania Muzeum Guggenheima. Przekonał inwestorów by zrezygnowali z „sześciokąta” i sprzedał im swoją „spiralę”. Tak to garaż stał się muzeum, a Nowy Jork wzbogacił się o kolejny symbol”.

***

Jacek Kędzierski
Ku skonfederowaniu sił Narodu

Jak to było we wrześniu 1939 r., o tym każdy w Polsce wie. Wieluń, Westerplatte, Wizna, Warszawa, Modlin, a na koniec Kock. Szczęk oręża i świst kul. Wielcy generalowie i bitni żołnierze. Kto musiał, ten bronił ojczyzny dzielnie, a kto mógł ten uciekał szosą na Zaleszczyki albo i Kuty. Prezydent Mościcki, minister Beck, Marszałek Rydz, a po nim nic. Mnie natomiast interesuje bardziej to, co działo się w Polsce rok później, latem i jesienią 1940 roku – 75 lat temu. Po zawiązaniu Tajnej Armii Polskiej i grupy ZNAK podejmowano kolejne działania w kierunku zjednoczenia sił narodu w walce z okupantem. W tym celu utworzono Konfederację Narodu i Konfederację Zbrojną.

Serafiński w Oświęcimiu
O tym, że polskie podziemie nie próżnowało, ale podejmowało konkretne akcje świadczył wyczyn rotmistrza Witolda Pileckiego dysponującego dokumentami na nazwisko Tomasz Serafiński. TAP skierowała swoje działania ku tworzonym przez Niemców obozom koncentracyjnym, w tym także obozowi w Oświęcimiu, do którego trafiło już kilku członków podziemia. Podjęto decyzję, by ktoś tam przedostał się w celu wysondowania sytuacji, sporządzenia raportu, zawiązania komórki TAP-u i ewentualnego przygotowania ucieczki. Do wykonania tego planu zgłosił się rtm. Pilecki. 19 września 1940 r. „dał się złapać” Niemcom podczas „wyczesywania” mężczyzn w wieku od 18 do 45 lat w celu wywózki na roboty. Kto wzbudzał podejrzenia, kto miał papiery nie w porządku, ten trafiał do obozu. Papiery Serafińskiego takimi były, jako że nie posiadał karty pracy. Tuż po zatrzymaniu w mieszkaniu swojej kuzynki Eleonory Ostrowskiej, żegnając się z nią powiedział: Zamelduj, że wykonałem rozkaz. Dwa dni później był już w oświęcimskim obozie koncentracyjnym, gdzie nawiązał kontakt z wcześniej osadzonymi tam działaczami TAP, którzy założyli Zbrojną Organizację Wojskową. Podjęli działania konspiracyjne, a głównie sporządzali i przekazywali do Warszawy raporty o sytuacji w obozie. Rok później ZOW podporządkował się ZWZ, który także w Oświęcimiu miał swoje struktury. Pilecki-Serafiński działał w nim do ucieczki wiosną 1943 r.

Podziemie niesanacyjne
Poruszamy się wewnątrz podziemia narodowego, a zarazem antysanacyjnego, grup które nie uznawały gen. Michała Tokarzewskiego i tworzonej przez niego Służby Zwycięstwu Polski. Samemu generałowi pamiętano sanacyjne czystki w lwowskim okręgu wojskowym, a tworzoną SZP postrzegano jako nową POW dążącą do odtworzenia reżimu sanacyjnego. Dystansował się od niej Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych, cieszący się zaufaniem gen. Sikorskiego. TAP i „Znak” związały się z CKON-em, który w kwietniu 1940 r. przekształcono w Komitet Porozumiewawczy Organizacji Niepodległościowych. W uchwale założycielskiej KPON stwierdził, że ocenę przyczyn i ustalenie winnych klęski wrześniowej należy pozostawić Trybunałom Sądzacym w Odrodzonej Polsce, co już sygnalizuje negatywny stosunek do reżimu sanacyjnego.
Przyjęty w lipcu 1940 r. dokument programowy wskazywał na niebezpieczeństwa wynikające z bezczynności dużej liczby byłych żołnierzy zawodowych, którzy nie mając źródeł zarobkowania skłonni byli do imania się podłych zajęć, w tym także współpracy z gestapo. Byłych wojskowych postrzegano w niezbyt korzystnych barwach jako powolne narzędzie i bezkrytyczne w wykonywaniu metod sanacyjno-ozonowych: Upodlenie Narodu, kultywowane tak pieczołowicie przez poczynania rządów w erze pomajowej, nie mając obecnie żadnej tamy (…) pokazało wreszcie swoje prawdziwe oblicze ponure, święci tryumfy i czyni zastraszające postępy, tworząc całe zastępy zdrajców, donosicieli, prowokatorów, defetystów, pochlebców, przyjaciół i zwolenników wrogów naszych. Nauczeni jadać z koryta przez tych, co do tej pory dzierżyli władzę – teraz znowu przysuwają się do koryta nowych swych panów. Stan ten należy bezlitośnie tępić.

Negatywnie oceniano organizację, mająca za zadanie skupiać owych wojskowych. Stwierdzano, że ZWZ nie posiadał zaufania ani Narodu, ani szerokich rzesz wojskowych. Organizacja ta na wszystkich kierowniczych stanowiskach została opanowana przez przedstawicieli dawnej grupy rządzącej i pod ich kierownictwem została zablokowana przez zwolenników dawnego reżimu, często współwinnych klęski wrześniowej. Metody działania tej organizacji przypominały metody sanacyjno-ozonowe i choć oficjalnie miała być podporządkowana gen. Sikorskiemu, to nieoficjalnie, podskórnie „pracowała” dla Rydza-Śmigłego. Tymczasem znakomita większość Narodu jest nieubłaganie wrogo nastawiona do wszystkiego, co choć w najmniejszym stopniu przypomina rządy pomajowe i dawne, sanacyjno-ozonowe metody postępowania. (…) Naród ze zdumieniem widzi także w tworzonych obecnie organizacjach znów tych samych ludzi, których ma dość, którym nie dowierza i których się boi, widząc w nich próby ułatwienia dawnych, znienawidzonych rządów. Każda akcja prowadzona przez tych ludzi jest z góry skazana na niepowodzenie. Gołosłownym zapewnieniom, że ludzie się zmienili, nikt już nie dowierza i nic nie pomoże obecnie na to, że się do nich nie ma zaufania. (…) Szerokie rzesze wojskowych solidaryzują się z Narodem i nie dadzą się użyć jako narzędzie w rękach ludzi z grupy pomajowej. (…) Ludzie, do których skierowane jest odium całego Narodu muszą odejść z kierowniczych stanowisk we wszystkich dziedzinach pracy.

Szkodliwe rozdrobnienie
Niechęć i eliminacja wpływów klik posanacyjnych to jedna cecha podziemia. Drugą było rozdrobnienie organizacyjne. Na skutek oddolnego parcia do organizowana się oraz „przedsiębiorczości” licznych organizacji partyjnych w kraju powstało co najmniej kilkanaście organizacji wojskowych. Ilość ta powodowała, że wiele z nich powielało te same działania, a niejednokrotnie walczyło między sobą o wpływy i znaczenie. Utrudniało to przeprowadzanie jednolitego szkolenia wojskowego, marnowało siły i środki, dezorientowało Naród. Stanowi temu starano się przeciwstawić łącząc organizacje militarne w Zbrojną Konfederację Narodu.

Konfederacja Narodu
Trwające latem 1940 r. rozmowy ostatecznie doprowadziły do utworzenia dnia 28 września Konfederacji Narodu. Podstawy ideowe sformułowano w Deklaracji Ideowej KN z 7 października 1940 r. Głównymi organizacjami, które przystąpiły do KN były Gwardia Obrony Narodowej (mjr Józef Pater), „Pobudka” (Witold Rościszewski), TAP (mjr Jan Włodarkiewicz), „Wawel” Henryk Dunin-Borkowski, Zwiazek Czynu Zbrojnego (ppłk Franciszek Julian Znamirowski). O powstaniu KN 1 listopada 1940 r. został poinformowany Delegat Rządu RP. Zadaniem KN było zespalanie siły żywotnej Narodu dla walki o niepodległość oraz utworzenie niezależnego ośrodka, zdolnego pod względem ideologicznym i fachowym do służenia Nowej Polsce. Gwarancją osiągnięcia stawianych przez Konfederację celów było odsunięcie od wpływów osób, form i kierunków, które nie zdały egzaminu w dwudziestoleciu międzywojennym, przy czym głównie chodziło tu o przedstawicieli i zwolenników reżimu piłsudczykowskiego.

Naczelną zasadą była praca na rzecz Polski mocnej, narodowej, chrześcijańskiej i sprawiedliwej w oparciu o siły całego Narodu. KN miała zorganizować Naród do walki z okupantem o niepodległość, podjęcie w odpowiedniej chwili walki z okupantem, podtrzymywanie i wspieranie Narodu pod okupacją, przygotowanie do przejęcia władzy po opuszczeniu kraju przez okupanta, uzmysłowienie sobie ideału wewnętrznego i zewnętrznego Narodu Polskiego oraz opracowanie i wprowadzenie w życie opartego na nim programu Nowej Polski.

Konfederacja Zbrojna
Zbrojnym ramieniem Konfederacji Narodu była Konfederacja Zbrojna. Po scaleniu i uformowaniu latem 1941 roku Naczelny Komendant mjr Jan Włodarkiewicz miał pod sobą w pięciu okręgach (m. Warszawa, warszawski, lubelski, kielecki i krakowski) ponad 30 tys. żołnierzy. Obejmując komendę wezwał żołnierzy, by patriotyzmy organizacyjne zmieniły się poprzez patriotyzm konfederacyjny w jeden patriotyzm Armii Polskiej, a zawołanie polegaj jak na Zawiszy zawołaniu polegaj jak na Konfederacie.

Działalność Konfederacji Zbrojnej w 1941 roku polegała głównie szkoleniach i ćwiczeniach. Po wybuchu wojny ze Związkiem Sowieckim podejmowano akcje sabotażowe na kolei i zakładach przemysłowych pracujących na potrzeby armii niemieckiej. Podejmowano działania wywiadowcze i kolportażowe.

Wiosną 1942 r. nastąpiło całkowite scalenie Konfederacji Zbrojnej ze Związkiem Walki Zbrojnej. Sprzyjało temu objęcie komendy w ZWZ przez Stefana Roweckiego.

***

Janusz Janyst
Stopniowe Polski „wygaszanie”…

Wydawnictwo Biały Kruk opublikowało książkę, którą powinien zapewne przeczytać każdy Polak, a już w szczególności rodak zaślepiony wszechobecną, prorządową propagandą medialną (według cytowanego niżej Janusza Szewczaka – kojarzącą się coraz bardziej z czasami Jerzego Urbana). Tytuł tej pozycji: „Wygaszanie Polski 1989-2015”.

Jest to obszerna, bogato ilustrowana praca zbiorowa, składająca się z 20 pokaźnych artykułów. Podzielona została na trzy części: Społeczeństwo, Gospodarka oraz Obronność, państwowość. We wstępie wydawca Leszek Sosnowski podkreśla, że, niestety, mamy wyraźnie do czynienia ze stopniowym wygaszaniem Polski i polskości w każdej dziedzinie życia – od gospodarki po kulturę. Bez wojny tracimy cały narodowy potencjał.

Po Okrągłym Stole „udało się” nie zrealizować żadnego z trzech głównych celów programowych Solidarności. W III RP nie nastąpiło też oczyszczenie moralnych podstaw wspólnotowości. Nędza kultury życia publicznego polega dziś na akceptowaniu każdego zaprzaństwa, kłamstwa czy złodziejstwa grosza publicznego. W fasadowej demokracji społeczeństwo ma być sprowadzone do roli bezwolnej „masy” (tekst prof. Piotra Glińskiego). Ci, którzy stali w pierwszych szeregach strajków 1980 r. zostali zapomniani i klepią biedę. Skorzystali zaś przede wszystkim byli funkcjonariusze partyjni i wąska grupa ludzi, która się z nimi dogadała, oszukując społeczeństwo (Andrzej Jaworski).

Rozpoczęta ćwierć wieku temu, a będąca jednym z tematów tabu, prywatyzacja nosiła wszelkie znamiona grabieży majątku Polaków, w tym regrabieży własności prywatnej. To była realizacja szerokiego, długofalowego projektu geopolitycznego. Doszło do likwidacji polskiego potencjału gospodarczego, wyprzedaje się ziemię, oddaje za bezcen globalnym koncernom wydobywczym polskie zasoby naturalne – a przecież nie jest możliwe utrzymanie suwerenności politycznej bez bazy ekonomicznej (prof. Artur Śliwiński). Bilans przemian jest taki, że wyprzedano już najwartościowszy majątek narodowy z bankami na czele, mamy praktycznie wyłącznie cudze duże sieci handlowe oraz brak własnego, dużego i nowoczesnego przemysłu. Notabene całe branże i tysiące „nierentownych” fabryk, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, stały się rentowne w obcych rękach. Za granicę wyprowadza się rocznie ok. 80 miliardów zł zysków. Urosły wielkie fortuny, zwłaszcza tych, którzy byli blisko tzw. żłoba. Dziś majątek Skarbu Państwa wart jest zaledwie 1 bilion 34 miliardy zł, natomiast nasza wielka góra długów to 5-6 bilionów zł. O niepodległości państwa decyduje pozycja ekonomiczna. My jesteśmy totalnie uzależnieni od wierzycieli (Janusz Szewczak).

Jednym z najważniejszych elementów budowy polskiej racji stanu jest wykorzystanie dostępu do Morza Bałtyckiego. Za rządu Tuska nastąpiła likwidacja naszego przemysłu stoczniowego. Podjęto też działania zmierzające do likwidacji sektora połowowego (Marek Gróbarczyk). Od 2002 roku w wyniku wygaszania kopalń z 23 zostało 14. Starają się je przejąć Niemcy (Leszek Sosnowski). Ogólny stan transportu kolejowego można określić mianem postępującego niedorozwoju (prof. Marek Sitarz). Obciąża się haraczem Polskie Lasy Państwowe, aby doprowadzić je do bankructwa i sprzedać obcokrajowcom. W tym samym celu planuje się wykupywanie ziemi od rolników, co zakrawa na zdradę stanu (prof. Jan Szyszko).

Jesteśmy ciągle zależni od dostaw gazu rosyjskiego (rurociągi zastępują Rosjanom czołgi w utrzymaniu swoich wpływów). Przez 25 lat Polska nie doczekała się zapewnienia podstawowych warunków bezpieczeństwa energetycznego (Piotr Naimski). Stan armii jest dramatyczny. Polska to jedyny bodaj kraj europejski i NATO-wski, który nie posiada systemu obrony terytorialnej. Wyposażenie naszego wojska opiera się w głównej mierze na uzbrojeniu z okresu sowieckiego (Antoni Macierewicz). Siły zbrojne RP, m.in. ze względu na znikomą liczebność i niskie morale, utraciły już zdolność do wypełniania konstytucyjnej misji obrony terytorium kraju. Pozbawiona ochrony jest nasza wschodnia granica (Grzegorz Kwaśniak).

Następuje wygaszanie polskiej dyplomacji, a więc utrata przez Polskę podmiotowości i znaczenia w stosunkach międzynarodowych. Polska nie ma własnej polityki i jest coraz mniej obecna w sensie fizycznym i decyzyjnym w głównych procesach międzynarodowych. Natomiast Polacy są kształceni do akceptacji utraty suwerenności w każdym aspekcie: materialnym, politycznym i kulturowym (prof. Krzysztof Szczerski).

W minionym ćwierćwieczu zaserwowano nam politykę wstydu, która skutecznie eliminuje patriotyczne myślenie o naszej ojczyźnie. Manipulacja świadomością społeczeństwa powiększa się z każdym rokiem (prof. Andrzej Nowak). Władza medialna pozostaje wciąż w orbicie wpływów dawnych elit rządzących, sił liberalno-lewicowych i postkomunistycznych (Wojciech Reszczyński).
W środowiskach naukowych coraz powszechniejsze staje się ograniczanie, a nawet rezygnowanie z debaty naukowej. Obniżone zostały wymagania moralne. Dochodzi do zagubienia kryterium prawdy. Liczy się dyspozycyjność (prof. Janusz Kawecki).

Frontalne uderzenie skierowane zostało w rodzinę. Tęczowe lobby chce całemu społeczeństwu narzucić swoje ideologie jeszcze mocniej i dogłębniej, niż czynili to bolszewicy w odniesieniu do marksizmu i leninizmu (ks. prof. Dariusz Oko). Nadeszły czasy nienawiści i pogardy dla polskości, wiary katolickiej i Kościoła. Media mętnego nurtu mają swoich „księży – faworytów”, którzy w istocie są zdrajcami Kościoła, „Judaszami słowa” (tekst Adama Bujaka). Telewizja publiczna nie spełnia swych publicznych obowiązków, a kulturę zastępuje żałosną rozrywką. Z gimnazjów wyrugowano Trylogię, a Sienkiewicza „Gazeta Wyborcza” określiła mianem „klasyka polskiej ciemnoty”. Pogłębia się kulturowa zapaść (Krzysztof Masłoń).

Przez szkodników wyniszczających rodzimą kulturę okupowane są w większości teatry, realizujące (poprzez antyteatr) program przeformułowania modelu kultury zakorzenionej w chrześcijaństwie, gdzie obowiązują normy moralne. Do teatru wkroczyła samowola, określana fałszywie jako wolność. Celem jest formowanie nowego społeczeństwa ukierunkowanego na opcję lewicowo-liberalną (Temida Stankiewicz-Podhorecka).

W służbie zdrowia zamiast ochrony chorych panuje cyniczna gra pozorów. Podmioty prywatne zdominowały dochodowe dziedziny medyczne i kierują się wyłącznie zyskiem (prof. Bogdan Chazan).
To tylko pojedyncze myśli „wyjęte” z artykułów, których uzupełnienie stanowi opracowana przez Jerzego Kłosińskiego Kronika wygaszania Polski. Życzmy sobie, by przedstawiona w książce, przytłaczająca w sumie diagnoza stała się punktem wyjścia dla, choćby cząstkowej na razie, terapii (choć może niektórzy uważają, że jest już na nią za późno). Można też mieć nadzieję, że po „zaliczeniu” tej pozycji statystyczny polski leming, sądzący, że „wszystko jest OK”, a polityka go nie dotyczy, zmieni nieco swe poglądy. Oby tylko zechciał po to wydawnictwo sięgnąć.

***

Władysław Romin
Prezydent podpisał tzw. ustawę antysmogową

Prezydent Andrzej Duda podpisał tzw. ustawę antysmogową – nowelizację Prawa ochrony środowiska. Nowe rozwiązania mają przyczynić się do ograniczenia emisji szkodliwych substancji. Tak zapewnia Kancelaria Prezydenta: „Prezydent Andrzej Duda podjął decyzję o podpisaniu ustawy Prawo ochrony środowiska, tzw. ustawę antysmogową. Ustawa ta umożliwi m.in. zastosowanie na szczeblu lokalnym prawnych rozwiązań, które przyczynią się do poprawy jakości powietrza i ochrony przed hałasem” – poinformowała Kancelaria Prezydenta RP.

Władze lokalne (…) będą mogły wprowadzać na konkretnym terenie normy techniczne, emisyjne i jakościowe dla instalacji spalania paliw. Takie rozwiązania powinny przyczynić się do ograniczenia emisji szkodliwych substancji – czytamy w komunikacie Kancelarii.
„Specjaliści” mówią, że ustawa daje szansę rozwojowi nowoczesnych technologii w górnictwie. Bezrobotni Polacy zastanawiają się, o ile zdrożeje zdolność do przeżycia zimy?

Raczej nic się nie wydarzy w najbliższą zimę. Oczywiście, pewności nie ma, ale biurokracja w Polsce nie działa sprawnie. Zastanawia tylko, że znów, najbardziej zainteresowani, czyli szarzy obywatele nie wiedzą o tym nic? Znów są zaskakiwani. A przecież, nie znając się na sposobach walki ze smogiem, można sugerować rządowi, sejmowi i panu prezydentowi, że najpierw powinny być przeprowadzone badania o skali ekonomicznej zjawiska, później – jeśli władza chce zmian w gospodarstwach domowych od pokoleń przyzwyczajonych do palenia węglem w piecu – przeprowadzenie akcji wspierania najbiedniejszych i ułatwiania im dostosowania palenisk do nowych wymogów, dopiero wtedy wprowadzać restrykcyjne ograniczenia. U nas jak zawsze – wszystko postawione jest na głowie i działanie idzie z odwrotnego końca.

Osobną sprawą jest pytanie, czy istnieje zakaz sprzedaży, np. piecyków węglowych – które są przecież urządzeniami do spalania – emitujących smog przekraczający normy ustawowe? Idę o niewielki zakład, że w sklepach, tuż przed zimą stoją piece, piecyki, kozy i kominki, które nie mieszczą się w ramach nowych przepisów. Jeśli nabywca kupi takie palenisko, to też będzie ukarany za wysoką emisję, czy raczej powinien być ukarany sprzedawca, ale tylko jeśli wcześniej został powiadomiony o planowanych ograniczeniach! Dziwię się, że prezydent Duda brnie w te przepisy i to tuż przed wyborami! Kancelaria Prezydenta zaznacza, że ustawa antysmogowa przed podpisaniem była przedmiotem szerokich konsultacji społecznych”. Decyzja niby nowa, ale bełkot starej daty. Tymczasem, uchwalona 5 sierpnia przez Sejm tzw. ustawa antysmogowa zakłada m.in., że samorządy określą, jakim paliwem będzie można palić w piecach i wyznaczą standardy techniczne dla kotłów. A to znaczy, że rząd, ustępując zapewne kolejnej instrukcji unijnej, zepchnął odpowiedzialność za cios w najbiedniejszych na samorządy.

Idzie zima, a więc: trzymajcie się ciepło!

***

Władysław Trzaska-Korowajczyk
Oby historia kołem się nie toczyła!

1956 rok. Frakcja Chruszczowa odniosła zwycięstwo nad konkurentami, a Chruszczow wygłosił słynny tajny referat. Rok 1956 dla pokolenia wojennego był przełomowy. Mimo, że po roku czy dwóch okazało się że to był pierwszy wielki komunistyczny przekręt, wydarzenia te miały ogromne znaczenie. To była znacząca cezura dla uciemiężonego narodu polskiego.

Najtragiczniejszym okresem był czas od 1944 do 1953 r., od wejścia bolszewików do Polski do śmierci Stalina. Od tego momentu terror komunistyczny, na skutek walk frakcyjnych w Moskwie, uległ lekkiemu złagodzeniu. Krwawego mordercy milionów istnień ludzkich, Berię, szefa NKWD, frakcja Chruszczowa zamordowała. Wyraźnie odczuły to miliony sowieckich łagierników, których los uległ pewnej poprawie. W Rosji sowieckiej znaczącym momentem był XX Zjazd KPZR i wygłoszony przez I sekretarza Nikitę Chruszczowa tajny referat, w którym ujawnił i potępił zbrodnie stalinowskie. Ten zjazd miał i dla Polski znaczenie. W czasie obrad zmarł Bolesław Bierut. Oficjalnie na zapalenie płuc, ale jak było naprawdę, wiedzieli tylko towarzysze radzieccy.

System terroru komunistycznego w Polsce zaczął ulegać korozji już od 1954 r. W tamtym roku uciekł na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józef Światło, mający na sumieniu setki polskich patriotów. Jego rewelacje w Radiu Wolna Europa ukazały kulisy morderczego systemu kierowanego przez agentów NKWD Bieruta i Bermana.

Po przełomowych latach 1953 i 54 odczuliśmy lekkie poluzowanie zbrodniczego systemu. Zapewne, w szeregach ubecji rozgrywać się zaczęły jakieś wewnętrzne walki, ale w tym czasie o tym nie wiedzieliśmy. Zaczęły krążyć dowcipy, za które jeszcze rok czy dwa wcześniej znikało się z ulicy i po wielu latach wychodziło z więzień Mokotowa, Rawicza, czy Wronek, o ile straszliwe tortury zadawane w kazamatach UB i Informacji Wojskowej udało się przeżyć.

Miejsce Bieruta zajął prymitywny i tępy Edward Ochab. Walki frakcyjne w PZPR dalej się toczyły, ale opinia publiczna niewiele o nich wiedziała. Widomym znakiem, że jakiś aparatczyk przegrał swój partyjny los, było zniknięcie jego nazwiska z mediów, a zwycięstwo innego przejawiało się ekspozycją w gazetach i radiu, telewizji jeszcze nie było.

Polacy instynktownie odczuwali, że PZPR nie jest już takim monolitem. Heroicznym wydarzeniem było powstanie poznańskie, zwane eufemistycznie buntem robotników, w czerwcu 1956 r.

Iskra wyszła od załogi ZISPO – Zakładów imienia Stalina Poznań, czyli Zakładów im. Hipolita Cegielskiego. Robotniczy bunt wywołały podwyższone normy pracy i obniżenie zarobków, a więc podłoże było typowo ekonomiczne. Tylko przez chwilę, bo niebawem wydarzenia przerodziły się w walki polityczne, hasłem nie był tylko „chleb”, ale i „wolność”. Zdobyto broń w posterunkach milicyjnych i zbrojnie atakowano Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Rozbito zagłuszarkę audycji Wolnej Europy. Walki powstańców trwały dwa czy trzy dni, do momentu kiedy do Poznania, na rozkaz „władzy ludowej”, wprowadzono oddziały LWP i czołgi.

W tych walkach padli zabici i ranni. Według oficjalnych komunikatów śmierć poniosło 55 osób. Gazety roztkliwiały się nad biednymi ubekami, którzy w obronie władzy ludowej ponieśli śmierć. Zresztą w oficjalnych gazetach wydarzenia poznańskie były tak relacjonowane, że niewiele z nich można było dowiedzieć się. Dobrze, że Wolna Europa nadawała swoje audycje. Straty powstańców były o wiele większe. Do symbolu Poznania zaliczono trzynastoletniego Romka Strzałkowskiego, który zginął w ataku na budynek UB.

Pancerne oddziały LWP, na rozkaz PZPR, zmiażdżyły obrońców wolności. Premier Cyrankiewicz wygłosił przemówienie ze słynnym cytatem, że każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, może być pewien, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie.

Ten okres w ZSRR nazwano „odwilżą”. Nazwa pochodziła od powieści Illi Erenburga „Odwilż”, w której autor zamiast opisu bohaterów pracy socjalistycznej opisał życie aparatczyka z różnymi ludzkimi wadami. W Polsce ten okres nazwano „odnową”, ale po roku złośliwie mówiono „od nowa”, mając na myśli reaktywowanie komunizmu. Wśród gazetowych mediów polskich przemianom liderowało „Po Prostu”, studencki organ komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, redagowany przez Eligiusza Lasotę. Tygodnik przetrwał do 1957 r., kiedy rozpoczęła się „od nowa”, a na jego miejscu powstała z inicjatywy PZPR „Polityka” redagowana przez Mieczysława Rakowskiego.

Latem 1956 r. zaczęły krążyć plotki o powrocie Władysława Gomułki, I sekretarza Polskiej Partii Robotniczej, powstałej w grudniu 1948 r. w wyniku połączenia z Polską Partią Socjalistyczną, opanowanej przez agenturę komunistyczną, zmieniła nazwę na PZPR. Bierut aresztował Gomułkę i wraz ze Spychalskim, Logą-Sowińskim, Bieńkowskim i innymi przeciwnikami pod zarzutem „nacjonalistycznych odchyleń prawicowych” i zamknął na wiele lat w więzieniach.

Wiatr „odnowy” zaczęło się odczuwać. We wrześniu włączyłem się w nurt harcerstwa w duchu Andrzeja Małkowskiego. Działałem w Hufcu Łódź-Ruda, w przyszłości (osiedla Ruda i Chojny stały się dzielnicą Górna). W pałacyku przy Piotrkowskiej 272 mieściły się wszystkie łódzkie hufce i Komenda Chorągwi. Buzowało niespożytą harcerską energią młodszych i starszych harcerzy, ale już ze stopniami organizacyjnymi i mniejszym czy większym doświadczeniem życia skautowego. Niestety, wśród druhów, znalazło się wielu czerwonych harcerzy. Te ciekawe i burzliwe czasy wymagają oddzielnego opracowania.

Mój czas dzieliłem między studia, harcerstwo i udział w różnych politycznych dyskusjach. Napięcie polityczne rosło z dnia na dzień, a każda prawie godzina przynosiła kolejne rewelacyjne wiadomości. Rodziły się nadzieje na Polskę wolną. Dyskusje nie ominęły Akademii Medycznej, choć były one mizerne w porównaniu z Politechniką Łódzką i Uniwersytetu Łódzkiego.

Około 15 października w sali „Cytryny”, studenckiego teatrzyku AM, odbył się wiec. Jak na tak dużą uczelnię pojawiło się nas pewnie z pół setki. Dyskusja była ostra, rewolucyjna. Rozwiązaliśmy uczelniany ZMP i uchwaliliśmy rezolucję, która wydawała się nam nadzwyczaj rewolucyjna. Liderem został Janusz Gąsowski, mój kolega z roku.
Za parę dni odbył się w Łodzi ogromny wiec mieszkańców. Niewielka część, może 2 tysiące, zmieściła się w jedynej hali widowiskowej i sportowej w Łodzi – hali Wi-My przy ul. Armii Czerwonej (dziś Piłsudskiego). W otoczeniu hali znalazł się wielotysięczny tłum. Zjawiłem się wcześnie, na wiele godzin przed wiecem i miałem doskonałe miejsce w loży, obudowanej dyktą małej kajutki, ale z miejscem siedzącym. Na środku, przy długim stole na podwyższeniu, siedziało prezydium. W mojej pamięci utrwaliła się Tatarkówna-Majkowska, I sekretarz Komitetu Łódzkiego i PZPR, i przewodniczący łódzkiego ZMP Jerzy Chabelski.
Wiec zagaiła Tatarkówna. Naświetliła sytuację polityczną w Polsce i w sposób wyważony opisywała sytuację. Rozpoczęła się nadzwyczaj gorąca dyskusja, którą prowadził Chabelski. Dyskutowano wiele godzin, a z każdą minutą temperatura rosła. Głos zabierali m.in. Karol Głogowski, Roman Polański, oficer WOP, alumn Seminarium Duchownego, domagający się uwolnienia Prymasa Wyszyńskiego. Dziesiątki lat zatarły w pamięci wielu mówców. Głos zabrał Janusz Gąsowski. Jakże mizernie wypadła nasza rezolucja…

Wrzenie na sali doszło do zenitu. Padły głosy wywołania rewolty. Wtedy temperamenty ostudziła Tatarkówna, która oświadczyła, że czołgi radzieckie stoją na rogatkach miasta. Podnieceni, pełni nadziei, ale w spokoju, rozeszliśmy się do domów.

Za dzień czy dwa odbyło się VIII Plenum KC PZPR. Usunięto Ochaba, a I sekretarzem wybrano Władysława Gomułkę. Pozbawiono funkcji i odesłano do ZSRR Rokossowskiego. Tatarkówna opowiedziała się za zmianami i pozostała w Komitecie Centralnym.

Chyba jeszcze w czasie trwania Plenum wylądował na Okęciu Chruszczow z dużą ekipą. Zagroził interwencją Armii Czerwonej. Odbyła się długa rozmowa z Gomułką. Zapewne I sekretarz PZPR zapewnił Chruszczowa, że PRL nie wyłamie się z obozu komunistycznego.

Udobruchał go, a za parę dni odbył się ogromny wiec w Warszawie. Na Placu Defilad przed Pałacem Kultury zebrało się 300 tysięcy uczestników. Entuzjazm był ogromny, a w krótkim przemówieniu Gomułki nie odczytano zapowiedzi, że niebawem nastąpi powrót do komunistycznej rzeczywistości.

Kiedy za parę tygodni Gomułka wyjeżdżał do Moskwy pociągiem, żegnały go tłumy. Śpiewano „Sto lat”, życzono by nie dawał się „ruskim”, częstowano wódeczką. Gomułka był ostrożny, ale i dosyć stanowczy, co w tamtych czasach nie było powszechne w rozmowach z Rosjanami. Niewątpliwie Gomułka w Moskwie uzyskał pewne ustępstwa i PRL po Październiku nie było tym samym PRL-em.

Na Węgrzech wybuchło powstanie krwawo tłumione przez Armię Czerwoną. Imre Nagy poszedł za daleko w konfrontacji z komunizmem i przegrał, a sam został rozstrzelany.

W PRL dokonały się zmiany. Nie było takiego komunistycznego terroru, jak przed VIII Plenum. Ale okres „odnowy” trwał zaledwie kilka miesięcy, najwyżej rok.

W styczniu 1957 r. miały odbyć się wybory. Na posła wysunięto prof. Izdebskiego z UŁ, cieszącego się dużą popularnością wśród studenterii. W ostatniej chwili go wycofano, a na jego miejsce wytypowano prof. Jana Szczepańskiego, o którym było wiadomo, że jest bardzo spolegliwy wobec władzy. To wywołało gwałtowne protesty studentów UŁ i PŁ.
Jakoś tak się zdarzyło, że wracałem do domu ulicą Kościuszki. Przed „białym domem” rzesza studentów otoczona milicyjnymi bojówkami, uzbrojonymi po zęby. Zaciekawiony pogapiłem się z chodnika, posłuchałem głosów pełnych emocji i poszedłem do domu. Na konsekwencje nie czekałem długo. Wezwano mnie do dziekanatu, gdzie czekał na mnie I sekretarz partii w AM. Nie relegowano mnie z uczelni, ale pożegnać musiałem się ze stypendium.

Październik’ 56 był dla naszego pokolenia wielkim przełomem. Mimo wszystko to były dwa PRL-e – jeden przed, a drugi po Październiku. Entuzjazm był równy temu, który towarzyszył szesnastu miesiącom Solidarności 1980/81. To był pierwszy wielki przekręt władzy ludowej i daliśmy się nabrać. W październiku 1956 r. Gomułka zrobił taktyczny krok do tyłu, by następnie dokonać dwóch kroków do przodu. Co kilka lat następowały kolejne komunistyczne przekręty: w marcu 1968, grudniu 1970, w grudniu 1981, ostatni największy to „okrągły stół” z konsekwencjami, które tak dotkliwie odczuwamy do dziś.

***

Mirosław Orzechowski
Czekając na prawdę

Zupełnie niedawno, w bardzo przyzwoitym i odpowiedzialnym gronie, zadano pytanie: czy w Polsce jest cenzura? Pytanie było trochę retoryczne i padło z okazji upływu ćwierćwiecza transformacji ustrojowej, która dokonała się w Polsce. Jednym z zadań transformacji było właśnie zniesienie cenzury.

Mimo ponad 25 lat „wolnych mediów”, mimo ostentacyjnego i gromkiego wyznania „wartości III RP”, że demokracja, że wolność słowa, że wolność zrzeszania się, szereg przebrzmiałych z pozoru pytań, powraca. Także pytanie o obecność cenzury, czyli o wolność wypowiedzi, wolność słowa. I pytanie to nie chce się zestarzeć, przeciwnie, pojawia się w Polsce co jakiś czas, szczególnie wtedy, gdy rośnie społeczne poczucie, że jesteśmy oszukiwani, że politycy załatwiają swoje sprawy, a nam rosną ceny, brakuje pracy i kolejne dzieci wyjeżdżają za granicę. To pytanie powraca jak echo, kiedy w telewizji rośnie optymistyczny ton – że Polska znów gdzieś przoduje, że nie odpuszczamy Ruskim.

Wychowałem się za komuny. Wtedy cenzura była jednym z prestiżowych urzędów państwowych, którym powszechnie pogardzano. O cenzurze rozmawiało się jednak niewiele – ot po prostu była i tyle. Nikt nie krył jej obecności, ani nikt nie dziwił się, że ona jest. Komunizm był, w pewnym sensie, permanentnym stanem wojennym, a na wojnie, jak wiadomo, cenzura jest. Dlatego Polacy radzili sobie zupełnie nieźle z faktem, że cenzura istnieje. Rolę wolnych mediów spełniała sąsiedzka „szeptanka”, rodzaj „poczty pantoflowej”, która właśnie – jak ze znawstwem twierdzi wielu – doprowadziła do upadku komuny.

W czasach „Solidarności” nastąpiła eksplozja różnych wydawnictw „bezdebitowych”. Cenzura niby wciąż istniała, ale mało kto sobie z niej cokolwiek robił. Nawet oficjalne państwowe gazety popisywały się wtedy odwagą i – wciąż pamiętając jednak o ramach socjalistycznych reguł – uchylały rąbków rozmaitych tajemnic. Wtedy też, na wszelki wypadek, publicyści – o historykach nie wspomnę – ujawniali swoje skłonności do autocenzury. Praktyka nauczyła ich, że „odwilż” bywała dotąd praktyką krótkotrwałą i nie należy przywiązywać się do pewności, że jutrzejszy poranek powitają we własnym łóżku. Mieli też wypróbowane przyzwyczajenie, że ciemny lud trzeba nie tylko wychować w ciemności, ale też w tej ciemności utrzymywać. Bo jak lizną światła prawdy – zaraz zaczną pytać o szczegóły, a w nich, jak uczy doświadczenie, siedzi komunistyczny diabeł. Byłoby niepełną prawdą powiedzieć, że dziennikarz nie szanował czytelnika. Prawdą za to było, że szanował on zwierzchnika, redaktora naczelnego, bo ten z kolei szanował cenzora, który był zawsze na czas poinformowany, co należy myśleć w danej sprawie dzisiaj.

Powyższy długi wstęp jest potrzebny do tego, żeby powiedzieć, że jak przyszła tzw. nowa Polska w końcu lat 80., to wszystkim nam zdawało się, że zaraz prasa ujawni tajemnice przeszłości, które kryli przed nami przez pół wieku niemieccy i komunistyczni cenzorzy. Wielu z nas pamięta nawet, jak na potrzeby sfabrykowanych wyborów w 1989 roku, z udziałem Adama Michnika a przy poparciu „Solidarności” i Lecha Wałęsy, powstała „Gazeta Wyborcza”, która miała być awangardą prawdy w Polsce. Wszyscy czekaliśmy cierpliwie, ale szybko okazało się, że czekanie Polaków były równe nadziejom Estragona i Vladimira, którzy „czekają na Godota” w filozoficznym dramacie Samuela Becketta. A ten, po prostu nie przyszedł.

Przyszła za to cała chmara nowych zjawisk. Nade wszystko michnikowszczyzna, zawłaszczająca medialny dorobek „Solidarności”. Z „Gazety Wyborczej” uczynili świetnie prosperujący biznes, a na urzędach państwa zasiedli członkowie tej kamaryli. Powiedziano wtedy głośno, że prawda na którą czekamy, skrywana jest w archiwach bezpieki, ale w tych archiwach odpowiednio długo buszowali już wspomniany wyżej Adam Michnik, Krzysztof Kozłowski, Jerzy Holzer i Andrzej Ajnenkiel. A ponieważ wiele nazwisk tajnych i płatnych konfidentów tam zapisanych identyfikowaliśmy z osobami, które z dumą niosły sztandar „wolnej Polski”, to wtedy właśnie „demokratyczne władze Okrągłego Stołu” zastosowały skuteczny, bo wypróbowany mechanizm dezinformacji. Najkrócej rzecz ujmując dopilnowali zniszczenia tajnych papierów, na których widniały ich nazwiska. Tak więc, kłamstwo i cenzura stanowiły ważną część fundamentu założycielskiego „niepodległej”, III RP. Paradoks godny Samuela Becketa.
I co się dalej stało? Otóż „dzieci komuny”, dzieci dygnitarzy republiki kłamstwa założyli nowe państwo polskie. Odbierali zaszczyty i przyjmowali ordery, a jednocześnie kłamali i bronili dostępu do prawdy. Ponieważ cenzura ma niejedno imię i niejedną twarz, to na początek sprzedali zagranicę polskie gazety, a później także media elektroniczne – stacje radiowe, telewizyjne i popularne domeny internetowe. Sprzedali – komunistyczne, bo komunistyczne, ale polskie – media bez jakiejkolwiek osłony dla interesów polskich jako wyjątek na świecie, nie dbając o poziom koncentracji własności mediów w obcych rękach. A temu zbrodniczemu dla prawdy i dla ducha polskości procederowi przyświecało słuszne przekonanie, że niemiecki interes będzie zawsze sprzeczny z interesem polskim. Praktyka pokazała, że to założenie jest dobitnie prawdziwe i szkodliwe dla Polski.

Od tamtej pory środki społecznego przekazu głównego nurtu przemawiają po polsku, ale nie reprezentują interesu Polski. Bywa, że niemieckie media zaspokajają ciekawość polskiego czytelnika, ale trudno w nich szukać „głosu polskiej ulicy”, „rozmów polskiego domu”, czy mobilizacji ducha polskiego. W niemieckiej prasie prawda o historii i problemach Polaków zastąpiona została wynajdywaniem skandali, apologią zbrodni i erotyki, czy promocją dewiacji seksualnych. Nade wszystko jednak trwa nieustanna walka z Kościołem katolickim i niszczenie wizerunku księży. Wszystko w imię zamiaru destrukcji autorytetów, jakie jeszcze Polakom pozostały. Wywoływane wrażenie jest następujące: polscy księża to zwyrodniali pedofile, polski polityk to zdeprawowany złodziej, a przeciętny Polak to próżniak i alkoholik. Wszystko po to, żebyśmy mieli o naszym Narodzie jak najgorsze zdanie i żeby te opinie wygłaszali sami Polacy. Po to mają wzrastać we wrogiej, polskojęzycznej propagandzie i dezinformacji.

Osobny, nieporównywalnie mały, ale krzykliwy fragment rynku medialnego zajmuje prasa partyjna, finansowana najczęściej z publicznych pieniędzy; paradoks tej sytuacji polega na tym, że Polacy z własnych podatków finansują truciznę, która jest im podawana. Mało tam jest obiektywizmu, przeważa propaganda.

I to właśnie propaganda uzupełnia rynek informacji, czy raczej dezinformacji, w Polsce. Łatwość propagandy zależna jest, oczywiście, od dostępności do informacji prawdziwych, które konfrontować możemy z „rewelacjami” propagandzistów, ale nade wszystko – skutek propagandy zależny jest od duchowych kompetencji odbiorcy, a więc od wychowania człowieka, od jego potrzeby szukania prawdy, nieufności wobec pomawiania innych i oczywiście – od osobistej kultury rozeznawania dobra i zła, czy wreszcie – wykształcenia. Nie idzie tu w sukurs szkoła, bo destrukcja systemów edukacyjno-wychowawczych sprawiła, że wykształcenie Polaków jest coraz gorsze, coraz bardziej powierzchowne. System przyzwyczaja do szukania ciekawostek, a nie weryfikowania danych. System dezinformacji zachęca np. do poznawania historii kolei, a nie ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Absolwent polskich szkół nie zna polskiej literatury, polskich tradycji, nikt nie pielęgnuje w nich obyczajów i nie wychowuje go do wierności i odpowiedzialności. Tak więc koło dezinformacji jest zamknięte. Wychowują się w tym kręgu całe pokolenia nihilistów, ćwierćinteligentów i półgłówków, w najlepszym razie Polaków, z obojętnością reagujących na takie pojęcia jak polskość, tożsamość, wiara, bezinteresowność, szlachetność, wierność, poświęcenie, dobroć, czy uczciwość.

Osobnym nieszczęściem jest poprawność polityczna – zjawisko nowoczesne i zepsute, jak Unia Europejska, choć korzeniami sięga wolnomularskiej genezy Stanów Zjednoczonych. Poprawność polityczna w osobliwy sposób konsumuje reguły cenzury i prymitywnej propagandy. Żywo i na nowo określa, co jest dobrem a co złem w relacjach pomiędzy podmiotami dyskusji. Jest językiem nowej „wieży Babel”, w której np. nie wolno używać takich słów, jak: Żyd, hitlerowskie Niemcy, Murzyn, czy pederasta. Wszystko w imię tolerancji i fałszywie pojętych praw człowieka. Poprawność polityczna z samej swojej istoty nakazuje fałsz i deformację pojęć. Jest bodaj najbardziej groźną manipulacją, która ma na celu wprowadzić chaos, a przez to zniszczyć poczucie człowieka, że rzeczywistość określają definicje powstałe na sprawdzonym, rodzimym gruncie rozumienia prawdy. Poprawność kwestionuje trwały ład moralny i płynące z niego zasady, ograniczenia i cały system wartości. Pod pozorem „tolerancji”, poprawność polityczna żąda eliminacji z życia społecznego wartości chrześcijańskich i symboli katolickich – wszystko w imię „praw” niewierzących i innowierców. Genezy poprawności politycznej trzeba szukać w ideologii masońskiej, naznaczonej fundamentalnym zadaniem walki z Kościołem katolickim i prawdami wiary oraz wykorzenieniem chrześcijańskich źródeł prawa w życiu państw i narodów.

Jednolity front poprawności politycznej, propagandy deformacji prawdy i cenzury przemilczania faktów może być śmiercionośny dla ducha polskiego. Dlatego mamy obowiązek pamiętać, że mimo upływu ćwierćwiecza, cenzura w Polsce wciąż jest, a prawda o nas samych rysuje się jedynie w mglistych konturach. Recepty na ten stan są proste – dlatego bardzo trudne do wykonania. Trzeba zacząć od zmiany mechanizmów codzienności, która nas kształtuje. Ta codzienność uczy nas wyciągania wniosków. Od wyciągniętych przez nas dzisiaj wniosków zależy nasze jutro. A za jutro naszych dzieci i wnuków, za jutro Polski, będziemy odpowiedzialni my, którzy zaakceptujemy albo sprzeciwimy się temu, co dzieje się dziś.

Samuel Beckett zmarł 22 grudnia 1989 roku. Byłoby przesadą twierdzić, że Godotem, na którego nie doczekali się Estragon, Vladimir i Samuel Beckett, była wolność słowa w Polsce.

Czy Polacy nigdy nie zostaną nagrodzeni prawdą za wierność i wytrwałość, za nadzieję – zależy od nas samych.