Aspekt Polski nr 210

210

Mirosław Orzechowski
Polski parlament okrył się hańbą!

Senat Rzeczypospolitej Polskiej przyjął rządową ustawę o legalizacji sztucznego zapłodnienia, zwaną kłamliwie „ustawą o leczeniu niepłodności”. Za przyjęciem ustawy bez poprawek głosowało 46 senatorów, przeciwko było 43, a 4 wstrzymało się od głosu. Tych czterech wstrzymujących się senatorów (wszyscy z PO: Anna Aksamit, Rafał Muchacki, Marian Poślednik i Grażyna Sztark) mogło przesądzić o innym wyniku głosowania. Gdyby zagłosowali przeciw, ustawa, w kształcie krytykowanym m.in. przez Sąd Najwyższy, Kościół i wybitnych prawników, nie zostałaby przyjęta bez poprawek.

Przeciw ustawie byli wszyscy senatorowie PiS oraz 9 senatorów PO. W pośpiechu, z zastosowaniem taktycznego „odrzucenia” ustawy przez komisję zdrowia (aby skrócić czas procedowania), senatorowie koalicji rządzącej w jednym głosowaniu zatrzasnęli drzwi do godnego życia dla dzieci, które mogą być sztucznie poczęte w laboratorium. W ten sposób, mimo licznych głosów protestu, mimo wezwań Kościoła, hańbą odpowiedzialności za zbrodnię dzieciobójstwa okrył się cały polski parlament. Teraz ustawa w pośpiechu przekazana będzie Bronisławowi Komorowskiemu, który – jak zapowiedział, w jednej z ostatnich konferencji prasowych – będzie analizował jej zgodność z konstytucją. Ma na to 21 dni. Jak przeanalizuje, to zdecyduje o losach sztucznego zapłodnienia. A prezydent może odmówić podpisania ustawy i przekazać ją z powrotem do Sejmu lub skierować do Trybunału Konstytucyjnego.

Dzień przed głosowaniem, kiedy ważyły się losy poprawek do ustawy, które mogłyby wyeliminować zamrażanie i niszczenie zarodków, bo to jest zabójstwo i ciężki grzech, premier Kopacz oznajmiła bez ogródek, że senatorowie, „nie przyszli tu [do Senatu – red.] po to, żeby reprezentować swoje własne sumienia, ale interesy wyborców”.

Co to z człowieka potrafi zrobić polityka! Ale i to nie wszystko. Teraz sumienia polityków Platformy Obywatelskiej poddadzą ocenie władze partii. Jest niemal pewne, że wszyscy, którzy głosowali przeciw ustawie o in vitro poniosą za to konsekwencje w postaci eliminacji z list wyborczych albo ulokowania na odległych miejscach. Po głosowaniu poseł Rafał Grupiński, który nadzoruje sprawy kadrowe w PO powiedział bez ogródek: wrócimy do sprawy później i zajmą się tym władze partii.

Żarty się skończyły. Po głosowaniu w Senacie, Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wydało specjalny komunikat: Wyniki głosowania w Senacie w sprawie ustawy dotyczącej procedury „in vitro” – pod pozorem leczenia niepłodności – legalizują m.in. niszczenie ludzkich embrionów. Wyrażamy temu zdecydowany sprzeciw. Cel nigdy nie uświęca środków; tak jest i tym razem.

To wiedza medyczna, a nie światopogląd religijny każe chronić każde życie ludzkie od chwili poczęcia.

Osoby wierzące w Chrystusa nie mogą – pod żadnym pozorem – popierać godzącej w życie ludzkie ustawy o „in vitro”, jeżeli chcą pozostać w pełnej wspólnocie wiary. Zwracamy na to raz jeszcze uwagę, aby nikt nie zasłaniał się niewiedzą czy niezrozumieniem co do konsekwencji podejmowanych decyzji, które zaprzeczają godności i wartości życia ludzkiego.

Komunikat, podpisany przez Ks. Abp. Stanisława Gądeckiego Przewodniczącego KEP, Ks. Abp. Marka Jędraszewskiego Zastępcę Przewodniczącego KEP i Ks. Bp. Artura G. Mizińskiego Sekretarza Generalnego KEP nie pozostawia żadnych złudzeń hipokrytom: Osoby wierzące w Chrystusa nie mogą – pod żadnym pozorem – popierać godzącej w życie ludzkie ustawy o „in vitro”, jeżeli chcą pozostać w pełnej wspólnocie wiary.

Ta wykładnia zamyka gorszący bełkot polityków o „kompromisie” nad konającym dzieckiem.

Senatorowie Rzeczypospolitej Polskiej, podobnie jak niewiele wcześniej posłowie, nie zechcieli opamiętać się w porę. Do znużenia promowani w mediach głównego nurtu politycy i tzw. autorytety publiczne od wszystkiego, zasypywały pustosłowiem o „prawach kobiet” istotę procedury sztucznego zapłodnienia i w gruncie rzeczy masowej aborcji. W myśl nowoczesności, którą reprezentuje parlamentarna większość, „prawem kobiety” jest prawo do bezkarnego poniżenia i zabicia własnego dziecka – nie siebie samej, ale dziecka! Cyniczni gracze wykorzystywali małość i brak pohamowania naiwnych kobiet, które dla własnego komfortu i zaspokojenia odrzucają miłość do własnego dziecka. Dla usprawiedliwienia ich błędów państwo polskie (!!!) pośpieszyło z zapewnieniem stosownego prawa i z rezerwacją preparatów wczesnoporonnych, np. tabletki ellaOne. Rozpusta i bezwstyd mają być, obok zuchwalstwa i chciwości, sposobem wyrażenia człowieka XXI wieku, a w istocie buntem przeciw Bogu i kamieniem węgielnym nowego Babilonu. Oby ta demonstracja pychy człowieka sięgającego po prawa przynależne tylko Bogu nie została surowo ukarana. Głośne wypowiedzenie prawdy o zapaści chrześcijańskiej Polski XXI wieku wręcz wywołuje ból.

Ale ustawa o finansowaniu techniki in vitro idzie jeszcze dalej. Parlament zechciał, aby kwalifikować polskie dzieci poczęte pod względem ich przydatności do życia! Polski parlament ustanowił prawo do eugeniki! Zalegalizował procedurę wymyśloną przez angielskiego naukowca Francisa Galtona, brata ciotecznego Karola Darwina – tego samego, który tak łatwo wmówił „ludziom sztucznego zapłodnienia”, że człowiek pochodzi od małpy! A zatem można człowieka traktować jak małpę. Można segregować nienarodzone, chore, biedne i dotknięte rozmaitym cierpieniem maleńkie dzieci i zakwalifikować je do dalszego rozwoju albo wylać je do zlewu, a w najlepszym razie zamrozić nie wiadomo na jak długo w niskich temperaturach. Zapominają chyba, że chodzi tu o polskie dzieci!

Poziom dyskryminacji polskich dzieci przez polskie państwo i polskich polityków, zmusza do zadania im pytania: kim jesteście ludzie spod ciemnej gwiazdy? Komu służycie niszcząc polskie życie w wyludniającej się i wymierającej Polsce? Kogo reprezentujecie, ustanawiając zgubne dla polskiego Narodu prawo i przeznaczając na tę zbrodnię pieniądze z budżetu państwa? Jaki diabeł was tu przysłał i jakie jeszcze przyjęliście na siebie zadanie do zrealizowania?

Polski nie wygubicie – byli już przed wami tacy, co próbowali. Skończycie jak oni.

***

Marcin Keller
Grecja – kolejna odsłona dramatu

W Europie co jakiś czas kończy się pewna epoka. I od teraz Unia Europejska nie będzie już taka sama jak przed greckim referendum. Bo od tej daty historia Europy będzie się dzielić na czas przed referendum w Grecji i po referendum. Wydarzenia z 5 lipca oraz nieustające wielotysięczne demonstracje pokazują, jak bardzo Grecy czują się oszukani.

Światowy kryzys z 2008 r. brutalnie ujawnił, na jak kruchych podstawach zbudowana jest gospodarka Hellady. Pompowanie unijnych pieniędzy i przymykanie oczu na fałszowanie wyników finansowych Grecji, gdy wstępowała do strefy euro, doprowadziło kraj do bankructwa. Teraz widać, jak w praktyce wygląda solidaryzm UE i jakie są skutki mechanizmów rządzących tym geopolitycznym tworem.
Będąc na dnie, społeczeństwo greckie wybrało polityków, którzy powiedzieli Unii: dość! Rząd Aleksisa Ciprasa obiecał rodakom, że złagodzi oszczędnościowy program narzucony przez wierzycieli. W referendum Ciprasa poparło 61,3 procent głosujących. Powiedzieli: „oxi”, co po grecku znaczy „nie”, dla warunków stawianych przez wierzycieli greckiego długu.

Bankrutująca Grecja nie schodzi z czołowych stron gazet od pięciu lat. Dla ratowania gospodarki tego kraju UE wyasygnowała – w ramach dwóch programów pomocowych – 240 mld euro. Nie wszystkie pieniądze z tej puli zostały wypłacone, bo Grecja nie wypełniła wszystkich warunków postawionych przez wierzycieli. Żadne państwo nie dostało dotąd tak dużego finansowego zastrzyku. Międzynarodowe wsparcie pozwalało Grekom na bieżąco obsługiwać zadłużenie i realizować wewnętrzne zobowiązania. Celem unijnej kroplówki była pomoc w wyjściu z kryzysu. Okazuje się, że wychodzenie to było tylko teoretyczne. Mimo że społeczeństwo poniosło w tym czasie wiele wyrzeczeń, dług nadal rósł, a Grecy coraz bardziej biednieli. Pożyczane pieniądze nie wspomagały przedsiębiorstw, nie tworzyły nowych miejsc pracy, tylko w większości zasilały konta wierzycieli oraz przeznaczone były na pensje pracowników nadmiernie rozbudowanej administracji państwowej. Przeciętny Grek niewiele z tego miał. W ciągu pięciu lat PKB Grecji zmalał o 25 procent! Zmniejszono emerytury i pensje. Grecy chcą, żeby znalazł się ktoś uczciwy i wskazał palcem winnego za to, że w 11-milionowym kraju europejskim 20 tysięcy osób jest bezdomnych, że pół miliona Greków żywi się w kuchniach dla biednych, że połowa młodych ludzi bezskutecznie szuka pracy.

Greckie długi ciągle rosną i obecnie wynoszą około 320 mld euro. Kwota absolutnie nie do spłacenia. Wiedzieli o tym unijni ekonomiści, dlatego doradzali Grekom prywatyzację przedsiębiorstw. Mimo pieniędzy uzyskanych z intensywnej wyprzedaży greckiego majątku narodowego i finansowej pomocy „trojki”, w okresie ostatnich pięciu lat wydatki na inwestycje i konsumpcję zmniejszyły się. Malały dochody państwa, a rósł dług publiczny i bezrobocie. Jeszcze w 2007 r. tylko 8 procent Greków było bez pracy. Oburzające jest to, że bogate państwa pozwalają sobie na krytykę mieszkańców biednych państw, którzy nie są dość sprytni, by bronić się przed przebiegłością „bogatych”. Najbardziej krytycznie do Greków nastawieni są Niemcy, którzy obwiniają ich o zbytnią beztroskę i żerowanie na niemieckich pieniądzach. Tylko że stopa bezrobocia, która najlepiej oddaje stan niemieckiej gospodarki, jest najniższa w najnowszej historii Niemiec i wynosi niewiele powyżej 6 procent. Czyżby Niemcy zaczęli ostatnio wydajniej pracować? A może ich dobrobyt wynika z czegoś innego?

Za pomocą „pakietów pomocowych” Zachód wykonał sprytny manewr polegający na przerzuceniu dużej części greckich długów z prywatnych banków, współodpowiedzialnych za grecki kryzys, na organizacje publiczne: UE, Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Europejski Bank Centralny (EBC). W ten sposób wierzycielem około 80 procent greckiego długu stały się instytucje państwowe. Żeby ukryć te kombinacje, trzeba było odczekać kilka lat i powołać nowe podmioty, które przerzuciłyby pieniądze z jednej kupki na drugą. Opinia publiczna była uśpiona, bo finansjera potrafi sprytnie tłumaczyć swoje ciemne sprawki i dbać o przychylną dla niej interpretację zdarzeń. Dopilnowano przy tym, by nazwy nowych instytucji brzmiały wiarygodnie. Nowe byty finansowe nazwano: tymczasowy Europejski Fundusz Stabilności Finansowej – utworzony w 2010 r. oraz dwa lata później – stały Europejski Mechanizm Stabilności Finansowej.

Teraz rozgrywa się finał greckiego dramatu. Od miesiąca zadajemy sobie pytanie – wyjdzie Grecja ze strefy euro, czy nie wyjdzie? 30 czerwca przypadał ostateczny termin spłaty raty drugiej transzy pomocy. Dług wobec MFW wynosił 1,6 miliarda euro. Grecja nie miała takich pieniędzy, więc nie zapłaciła. W harmonogramie spłat jest jeszcze wiele punktów – 20 lipca mija termin zwrotu 3,5 miliarda euro innemu wierzycielowi „trojki” – Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Niemal każdego dnia przypada jakiś termin spłaty długów lub wykupu obligacji. Grecja nie jest w stanie wywiązać się z tych zobowiązań. Pętla zadłużenia zaciska się nieuchronnie. Niespłacenie kredytu świadczy o niewypłacalności kredytobiorcy, czyli o jego bankructwie. Fakt bankructwa Grecji musiałby jednak potwierdzić oficjalnie szef MFW. Czy tak się stanie? Czas pokaże.

Ostatnie wydarzenia wprawiają wszystkich w osłupienie. Waleczny dotąd szef greckiego rządu tuż przed szczytem dziewiętnastu ministrów finansów strefy euro skapitulował i zgodził się na wszystkie warunki stawiane od dawna przez wierzycieli. Aleksis Cipras powiedział „pas”, jakby zapomniał, że tydzień wcześniej w referendum społeczeństwo greckie zobowiązało go, by walczył o ich los. Czy premier Cipras przestraszył się?

Grecy w wyborach poparli lewicową Syrizę, bo obiecywała odrzucenie dyktatu „trojki”. Większość chciała podjąć walkę z perfidnym unijnym systemem finansowym. Jednak po ostatnim pociągnięciu rządu bankructwo Grecji zostanie odroczone w czasie. Przyparty do muru Cipras przedstawił dokument pod nazwą „Priorytetowe działania i zobowiązania Grecji”. Mówi, że rząd grecki zgadza się na podniesienie wieku emerytalnego, na podniesienie podatków i ograniczenie wielu wydatków. Czy Grekom zakręci się w głowach od gwałtownych zmian, które są coraz mniej zrozumiałe?

Sytuacja w Grecji jest niezwykle dynamiczna. W chwili, gdy zamykamy to wydanie „Aspektu Polskiego” przedstawiciele UE nie podjęli jeszcze oficjalnej decyzji. Jeśli UE przerwie rozmowy i nie zgodzi się na dalsze kredytowanie Grecji, tym samym pozwoli jej opuścić strefę euro. Wtedy Grecja będzie musiała pójść swoją drogą. Będzie to pionierska droga, która uwolni Grecję od unijnego łańcucha. Wolność może być okupiona chaosem, biedą i osamotnieniem. Tzw. Grexit stałby się precedensem, który mogłyby w przyszłości powtórzyć inne kraje przeżywające recesję. UE przygotowana jest na wyjście Grecji ze strefy euro. Ma opracowany obszerny dokument opisujący w szczegółach, jak miałoby wyglądać to wydarzenie. Grecja poza strefą euro nie może liczyć na żadną poważną pomoc finansową, bo UE ma w zwyczaju pomagać tylko tym, którzy ulegają ich dyktatowi. Jeśli zostanie ogłoszone bankructwo, nikt już nie pożyczy Grecji pieniędzy. Będzie mogła tylko liczyć na pomoc humanitarną, czyli na kilkaset milionów euro. Światowa opinia publiczna nie pozwoli Grekom zginąć z głodu. Skoro UE oferuje pomoc nielegalnym imigrantom z Afryki, to tym bardziej udzieliłaby wsparcia Grecji.

W ostatnich dwóch miesiącach poszerzamy wiedzę o finansach i ekonomii UE. Codzienne debaty w mediach na temat Grexitu pozwoliły poznać meandry unijnego gospodarowania i zobaczyć, kto jest beneficjentem, a kto ofiarą „unijnej solidarności”. Grecki kryzys pokazał, że każdy obywatel UE jest oszukiwany – w każdym kraju na inny sposób. Niemcom wmówiono, że łożą na Greków – leni i nierobów. Hiszpanów podburzono, że dokładają się do pomocy Grekom, a sami zaciskając pasa. Podobnie szczuto mieszkańców innych krajów eurolandu. Polakom powiedziano, że są bezpieczni, że gospodarka polska kwitnie, a więc wkrótce zasłużymy na wejście do strefy euro – pod jednym tylko warunkiem – że nadal będziemy spolegliwi, by nie wpaść w tarapaty jak Grecy. Ale prawda jest inna.

Zewsząd słychać o tym, jakie przywileje posiadali Grecy. Z upodobaniem i drwiną wylicza się dodatki do pensji, jakie funkcjonowały w Grecji. Płacono za niespóźnianie się do pracy, za skuteczne prowadzenie spraw, za znajomość języka obcego. Przywileje te, owszem, były kuriozalne, tylko że nie dotyczyły one wszystkich Greków, lecz wybranej grupy pracowników sfery budżetowej. Zresztą Grecy brali pieniądze, bo Unia je dawała. Państwa decydujące o kształcie UE znały sytuację gospodarczą Grecji i wiedziały, co robią. Zastawiono sidła korzystając z faktu, że Grecy byli zawsze biednym narodem, więc kiedy szczęście uśmiechnęło się do nich i Unia chciała dać, to skorzystali. Teraz przyjdzie im odpokutować swoją naiwność.

Kiedyś na greckich wzgórzach rojno było od ludzi. Rosły tam drzewa figowe, migdałowe, tytoń. Dzięki polityce Unii tak manipulowano dotacjami, że Grekom przestała opłacać się praca na polu. Zarzucili tradycyjne uprawy i hodowle. W rezultacie wielu odeszło z sektora rolnego zasilając usługi i administrację. Grecja chcąc zadowolić wierzycieli, podjęła przyśpieszoną restrukturyzację i prywatyzację, w wyniku której większość zakładów pracy stało się własnością obcego kapitału. Sprzedano zakłady energetyczne, porty, banki, media. Teraz nadszedł czas na resztówkę, czyli na nieruchomości. Wielu obcokrajowców ma ochotę na grecką willę z tarasem i ogródkiem, usytuowaną malowniczo na białych skałach z widokiem na morze lub na starożytne ruiny. Taki domek można dzisiaj kupić za 50 tysięcy euro – czyli całkiem niedrogo, jak na kieszeń spragnionego słońca Niemca czy Szweda. Niech będzie to przestroga dla Polaków!

Bo Polska ma wiele wspólnego z Grecją. Podobnie jak Grecy w czasie II wojny światowej dzielnie opieraliśmy się niemieckiej agresji. Podobnie jak oni chcemy wypłaty odszkodowań za straty wojenne. Wreszcie, podobnie jak Grecy zachłysnęliśmy się dobrobytem Zachodu i nauczyliśmy się żyć na kredyt. Nie broniliśmy się, gdy w tym czasie spryciarze wykupywali za bezcen nasze dobra. W ten sposób straciliśmy podstawy naszego utrzymania. Dzisiaj Grecja przeżywa upokorzenie, jutro będzie to Polska. Stanie się tak, jeśli wcześniej nie podejmiemy działań obronnych. Grecja jest dla Polski ostrzeżeniem. Jest dowodem na to, że nie powinniśmy pozbywać się naszej waluty i zapożyczać się bez opamiętania. Na szczęście jest nadzieja, że zanim Polskę spotka taki koniec, jak Grecję, wcześniej odezwą się Hiszpanie, Portugalczycy, Włosi. Rozsypie się Unia Europejska – geopolityczny projekt zaplanowany po to, by biedne państwa służyły państwom bogatym. Grecki dramat pokazuje, że unijna solidarność, to bajka dla dorosłych, w której wilk pożera owcę. A Polacy i Grecy nie chcą być pożarci!

***

Mirosław Orzechowski
Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek
Prasa europejska ujawniła, że kiedy na przełomie wieków w „Konwencie w Sprawie Przyszłości Europy” trwały intensywne prace nad pisaniem konstytucji europejskiej, Papież Jan Paweł II napisał osobisty list do przewodniczącego konwentu, Valery’ego Giscarda d’Estainga. Święty Jan Paweł II zabiegał o umieszczenie w konstytucji europejskiej jednoznacznego wpisu w inwokacji, że korzenie Europy wyrastają z chrześcijaństwa, że tożsamość i kultura europejska jasno wskazują na źródło wartości, na jakich powinna być budowana przyszłość Unii Europejskiej.

Jak wspomina przewodniczący Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji Ksiądz Arcybiskup Rino Fisichella, ówczesny kapelan włoskiego parlamentu, Valery Giscard d’Estaing nie tylko odmówił przyjęcia listu od Papieża, ale nie chciał go nawet przeczytać. Giscard d’Estaing wiedział, czego dotyczy list, a jednak, mimo iż jest gaulistą, politykiem francuskiej chadecji, odmówił przyjęcia osobistego listu Jana Pawła II. Wyraźnie nie na rękę była mu korespondencja z Namiestnikiem Chrystusa na Ziemi w czasach gwałtownej sekularyzacji Europy, do której hojnie przykładał rękę.

W sprawie konstytucji europejskiej trwały wtedy burzliwe dyskusje. Pośpiech, z jakim próbowano narzucić nowo konstruowanemu kontynentalnemu państwu ustawę zasadniczą, nie zapowiadał Unii Europejskiej niczego dobrego, jednak przy tej okazji ujawniła się postawa europejskiego polityka prawicy nowego typu – bezideowego manekina olśnionego ideałami masońskimi.

Ta postawa „nowoczesnego prawicowca”, neokonserwatysty, rozprzestrzeniła się po świecie szybko i dotarła też do Polski. Szczególnie widoczna była podczas niedawnych głosowań w sprawie ustawy o in vitro. Wśród posłów i senatorów tworzących większość parlamentarną, a więc PO i PSL, wielu jest takich, którzy obnoszą się ze swoimi konserwatywnymi i ludowymi przekonaniami. Są bogaci, świetnie ubrani, mają dobrotliwą twarz, łagodne spojrzenie i miły głos, na oko wyglądają znakomicie. Można powiedzieć: chodząca dobroć! Jakże oni potrafią pobożnie składać ręce w pierwszych ławkach kościołów, jak nabożnie święcą sztandary, jak całują bochny chleba, jak głośno ślubują „tak mi dopomóż Bóg!”, kiedy przyjmują mandaty poselskie i senackie. Można liczyć na nich zawsze! Pod jednym tylko warunkiem: żeby nie musieli dowodzić zgodności słów z czynami. Żeby starczyły ich słowa! A w głosowaniach sejmowych czy senackich wykażą się inni. Prawdę mówiąc, gdy dochodzi do głosowań to z telewizyjnej owcy wyłania się często wilk.

Nikt się tym specjalnie nie przejmuje, bo jak powiedział kiedyś poseł Kurski: ciemny lud wszystko kupi. Nic się nie pomylił. No bo, kto będzie pamiętał wczorajszą owcę, na którą daliśmy głos, kiedy dzisiaj jest dzień polowań i najbardziej potrzebny jest wilk, no niechby chociaż wilczur.

Powierzchowność naszego rozumowania, luki w pamięci, czy zwykła niechlujność powoduje, że w niepamięć idą nie tylko błahe, drugorzędne zdarzenia, ale przykłady pisane czarno na białym!

Czy ktoś jeszcze pamięta, że ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz szukała ginekologa abortysty dla 14-letniej dziewczynki, która zaszła w ciążę z kolegą, bo szpitale odmawiały jej zabicia dziecka? Dziewczyna była młoda i głupia, wahała się, miała zmienne nastroje – jak pisała prasa. Nalegali rodzice, którzy szczęścia córki upatrywali w aborcji, w zabiciu wnuczka czy wnuczki. Znalazł się zaraz ktoś, kto doprowadził tych ciemnych ludzi przed kamerę telewizyjną, a zaraz potem w korytarze Ministerstwa Zdrowia; bo najlepiej, jeśli zabijaniem dzieci zajmuje się minister zdrowia. I to zadanie przyjęła na siebie pani Ewa Kopacz. Udzieliła kilku dziarskich wywiadów, zapewniła, że wie jaki to dramat, bo sama jest matką. Ewa Kopacz znalazła ginekologa z pewną ręką i dopomogła zabić dziecko w ostatnim dniu ciąży, w którym zabieg można było wykonać – polskie prawo zezwala na aborcję do 12. tygodnia, jeśli ciąża jest wynikiem czynu zabronionego. Plan został zrealizowany w pełni; być może było to jedyne z sukcesem i w całości zrealizowane zadanie pani premier. Było to w czerwcu 2008 roku.

Również w czerwcu, ale 2015 roku, ta sama pani Ewa Kopacz, już jako premier polskiego rządu, całowała nabożnie pierścień Ojca Świętego Franciszka w Watykanie. Oczywiście nie wiemy, co powiedziała Papieżowi – czy poprosiła o rozgrzeszenie, czy wyraziła skruchę i obiecała poprawę? Chyba nic nie obiecała, bo gdyby tak było, nie bylibyśmy świadkami przerażającego popędu pani premier do zmuszania własnych posłów i senatorów, aby przegłosowali ustawę o sztucznym zapłodnieniu. Jedynym zyskiem płynącym z tej ustawy dla Ewy Kopacz jest fakt, że po zaraz głosowaniu mogła z rozpromienioną radością twarzą rzucić do kamer: „Dotrzymałam słowa!”. A stało się to półtora tygodnia po audiencji u Ojca Świętego Franciszka.

Obłuda, hipokryzja, faryzeizm, pobielony grób? Każdy z nas może dostawić do tego wykazu swoje skojarzenia. Wcześniej czy później rzeczywistość jednak zawsze weryfikuje fakty i postawi pytanie: kim jesteście, Judasze?

Szczęśliwie idea konstytucji europejskiej pisanej przez Valery’ego Giscarda d’Estain ga legła w gruzach. Prace nad projektem ustawy zasadniczej UE zakończono w 2003 roku, ale dokument nie wszedł w życie z powodu braku ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej. Paradoksalnie, odrzucili ją w referendum Francuzi – rodacy Giscarda d’Estaing i Holendrzy; Niemcy nie ratyfikowały dokumentu, a Anglia odłożyła referendum na później, właściwie ad Kalendas Graecas. Podpisany 13 grudnia 2007 r. traktat lizboński zawiera jednak szereg postanowień upadłego traktatu konstytucyjnego.

Oba wspomniane wyżej wypadki pokazują postawy polityków neokonserwatywnych; właściwie przedrostek „neo” dodawany jest przez konserwatywnych konserwatystów, żeby oddzielić się od tych, co po nich nastali, albo takich, co to palą Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Niby też uznają zasady, według których żyją normalni ludzie, ale mają do nich swoje suplementy. Te suplementy sprawiają, że łatwo mówić im górnolotne frazesy, a trudno dotrzymać zgodności słów z czynami, czasem nawet nie potrafią odróżnić węgla od mleka.

***

Paweł Jaszczak
Włoska potrawa zaszkodziła CBA
Kierownictwo Centralnego Biura Antykorupcyjnego kupiło trzy lata temu oprogramowanie szpiegujące Remote Control System (RCS) od włoskiej firmy Hacking Team. Zapłaciliśmy z polskiego budżetu za ten mechanizm 250 tys. euro. Remote Control System toprogram szpiegujący komputery i smartfony. Nie ma co zgadywać, czyje to – w zamyśle szefów CBA – mają być komputery i smartfony. To chodzi o nasze komputery i smartfony.

Podsłuchiwanie i podglądanie innych to czynności wstydliwe wśród sąsiadów w blokach, ale bardzo skuteczne w działaniu służb specjalnych i np. w biznesie, czy w polityce. Mamy tego liczne przykłady związane z masowymi i kompromitującymi nagraniami wybitnych polityków obozu rządzącego.

Trudno powiedzieć, czy CBA dało się oczarować rozległością a przez to – skutecznością podsłuchów zaprezentowanych w „aferze taśmowej”, ale faktem jest, że agenci tego biura postanowili też podglądać, choćby na początek, nasze komputery i smartfony.
Stosunkowo szybko po zrealizowaniu zamówienia okazało się, że „włoska robota” podsłuchowa okazała się koronkową akcją obliczoną nie tylko na skuteczne podglądanie polskiej sieci internetowej przez polskie służby specjalne, ale też na szpiegowanie polskich służb Centralnego Biura Antykorupcyjnego i jego olbrzymich zasobów przez włoskiego producenta! Dowodzi tego opublikowana w internecie lista klientów producenta systemu szpiegującego RCS, na której znalazło się na niej… polskie CBA.

Od zawodowych szpiegów i prowokatorów nigdy nie dowiemy się, jakie straty poniosła Polska w wyniku przedostania się do obcych – bo włoskich – służb specjalnych tajnych danych mozolnie zgromadzonych przez polskich agentów, ale z informacji ujawnionych przez Radio Zet wiemy, że włoski producent systemów szpiegowskich mógł szpiegować Centralne Biuro Antykorupcyjne – wynika to z wycieku danych, do którego doprowadzili hakerzy. Opublikowali oni w sieci faktury, które dowodzą, że CBA zapłaciło za program szpiegujący komputery i smartfony prawie 250 tysięcy euro. Tajny system okazał się dziurawy jak durszlak. Zaraz włamali się do niego hakerzy i upublicznili „ściśle tajne” dla polskich agentów dokumenty, tym samym wystawiając na pośmiechowisko stan ochrony polskiego państwa; ujawnili karłowatość intelektualną specjalistów z CBA i wykazali, że złamać zaporę ochronną polskich służb potrafią amatorzy internetu. Ot, polscy specjaliści od tajemnic i prowokacji, dali się sprowokować do zakupu za bajońskie sumy programu, do zasobów którego wejść można tak łatwo jak na dyskotekę.

Bo, jak ustaliło Radio ZET, program Remote Control System ma tak zwane „tylne drzwi”, czyli furtkę, dzięki której bez wiedzy klienta firma mogła zaglądać do systemu. Gdyby tak było – Oznaczałoby to możliwą i nieograniczoną kontrolę [danych] ze strony producenta – mówi dr Łukasz Olejnik, specjalista od bezpieczeństwa i prywatności w sieci. – Firma może mieć potencjalnie wgląd do czego wykorzystywane są tego typu programy. Czyli choćby sprawdzać kogo i w jakim zakresie inwigiluje CBA – uważa Olejnik.

Po tej kompromitującej wpadce włoski Hacking Team – producent zabezpieczającośledzącego oprogramowania – po gigantycznym ataku w sieci na jego serwery zaleca wszystkim klientom zaprzestanie używania ich programu. Tymczasem CBA nie potwierdza i nie zaprzecza, że kupiło oprogramowanie. W oświadczeniu rzecznik służby zapewnia jedynie, że Biuro działa zgodnie z prawem. Co za ulga!
Przyznać trzeba, że skoro państwo polskie „istnieje tylko teoretycznie”, jak mawiał zupełnie niedawno minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, to i program szpiegujący może być bezpieczny dla państwa polskiego tylko teoretycznie. Sienkiewicz poległ jako polityk właśnie przez podsłuchy, tyle że w restauracji. Warto zadać pytanie: Czy o podsłuchach u „Sowy i Przyjaciół” może coś powiedzieć firma Hacking Team? A może źródło rewelacji ostatnich dwóch lat jest w Mediolanie? Może stamtąd nadawane są via Stonoga kolejne odcinki rewelacji o zapaści i bankructwie polskiego państwa? Gdyby tak było i gdyby włamanie hakerów do Remote Control System okazało się skutecznie głębokie, to możemy być pewni, że nagrania kompromitujące polskich polityków ekipy rządzącej – skądkolwiek by pochodziły – mogą stanowić detonator resztek polskiej suwerenności.

***

Iwona Klimczak
Aborcyjny dron przyleciał do Polski

Głupie żarty rzadko bywają mądre. Zazwyczaj są dziełem ludzi, którym nie zbywa taktu i roztropności. Bywa, że wyrządzają szkodę, niekiedy śmieszą obserwujących, innym razem wzbudzają politowanie dla pomysłodawcy. Z głupimi żartami wiążą się liczne historie, niekiedy równie głupie, jak same żarty.

Na wywoływanej sztucznie w Polsce fali genderyzmu i związanego z tym nierozłącznie poniżania kobiet, pojawiają się co jakiś czas kampanie medialne, które mają pokazać Polakom i światu, jacy głupi są Polacy.
Całkiem niedawno, po legalizacji tabletki wczesnoporonnej ellaOne, feministki z holenderskiej organizacji Women on Waves (kobiety na falach) wysłały z Frankfurtu nad Odrą (Niemcy) do sąsiednich Słubic niedużego drona z tabletkami aborcyjnymi. W zamyśle organizatorek akcja miała pokazać różnice w dostępie do usług aborcyjnych w Polsce i innych krajach Europy.

Kampania z „dronem aborcyjnym” nagłośniona została odpowiednio w polskich mediach i bez polotu sławiona była przez aktywistki z kilku skrajnych organizacji lewackich. Wypowiedzi świadczyły, że prawa polskich kobiet do aborcji są rażąco naruszane i Polkom należy się pomoc z Holandii i Niemiec.

– Zrobiliśmy tę akcję w celu zwrócenia uwagi opinii publicznej na problem tego, że kobiety w Polsce nie mają dostępu do medycznej aborcji oraz do refundowanej antykoncepcji – głosiła publicznie Agnieszka Olszewska z organizacji Women on Waves, jedna z polskich feministek, przyjmując na siebie odpowiedzialność w tej sprawie.

Uruchomiony po stronie niemieckiej dron wystartował z nabrzeża Odry we Frankfurcie i po pokonaniu kilkuset metrów wylądował w wybranym miejscu, na drugim brzegu rzeki.

Jak podają media, Olszewska zdjęła z drona przesyłkę – dwa opakowania pigułek aborcyjnych – i oświadczyła publicznie, że są przeznaczone dla niej i jeszcze jednej dziewczyny.

– Jest to tabletka, która jest używana do medycznej aborcji. Tę tabletkę zażyję – oznajmiła Olszewska i dodała: – Jestem przekonana, że polskie kobiety będą wiedziały, że pigułka aborcyjna istnieje i będą wiedziały, jak ją znaleźć.

Organizatorki zadymy pod nazwą „aborcyjny dron” wyrażały żal, że w Polsce, podobnie jak w Irlandii i na Malcie aborcja jest nielegalna. W związku z tym, ich zdaniem w tych trzech krajach prawa kobiet nadal są łamane.

Cała akcja nie byłaby warta odnotowania – głupich nie brakuje nigdzie. Ale jedna rzecz specjalnie zwraca uwagę: nie interweniowała policja, nie wyraził zainteresowania prowokacją żaden prokurator, nie zabrali głosu lekarze, nie było nawet protestów. A złamano obowiązujące w Polsce prawo, choćby o sposobie rozprowadzania groźnych preparatów medycznych, o transferze leków, o nielegalnym sprowadzeniu zza granicy środków poronnych. Przecież nawet feministki przyznały, że w Polsce te preparaty są nielegalne. Zresztą, aby uniknąć takiego zarzutu, jedna z feministek zaraz po wylądowaniu drona demonstracyjnie zażyła tabletkę poronną!

Krótko mówiąc, feministki nadymały się na głupi żart, a wyszło im przestępstwo.

***

Mirosław Orzechowski
BRICS – globalna alternatywa

W polskich mediach mówi się o Rosji źle albo wcale. Postrzega się Rosję tylko w kontekście wojny domowej na Ukrainie, nie próbując dokonać sprawiedliwej oceny stanu gospodarki tego kraju i jego sukcesów politycznych poza Europą. Poprawność polityczna obowiązująca w naszym regionie, nakazuje drwiącą i złośliwą krytykę każdego posunięcia przywódców Rosji, również takich, które warto by wprowadzić w Polsce.

Dbałość państwa o rodzinę, zakaz ulicznych parad homoseksualistów, ochrona dzieci szkolnych przed szkodliwym wpływem edukatorów seksualnych, przywracanie religii w szkołach i odbudowa obiektów sakralnych, rozwój rodzimego przemysłu – to niewątpliwie posunięcia godne uznania i naśladowania przez nasz katolicki kraj. Niestety, każdy kto chciałby pochwalić za cokolwiek dzisiejszą Rosję, natychmiast jest karcony i obwiniany o „ruską agenturę”.

Wydarzeniem ostatnich dni, którego nie można pominąć, był szczyt państw skupionych w organizacji BRICS oraz Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SZOW). Do rosyjskiego miasta Ufy – stolicy Baszkirii przybyło trzynastu przedstawicieli państw Azji, Ameryki i Afryki. Byli tam członkowie obu tych organizacji oraz przedstawiciele państw–obserwatorów. Do grupy państw rozwijających się, tworzących BRICS, należy Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki. Grupę SZOW, obok Rosji i Chin, stanowią także Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Przeprowadzenie spotkań dwóch różnych organizacji w jednym miejscu miało szczególną wymowę. Zachód zobaczył, że poza nim istnieją potęgi gospodarcze o wielkim zasięgu, które umieją ze sobą współpracować, wspierać się i snuć wspólnie ambitne plany. W ciągu dwudniowych obrad, w dniach 8 i 9 lipca, poruszono sprawy przyjęcia nowych członków do SZOW, omówiono szczegóły tworzenia struktur finansowych BRICS niezbędnych do realizacji wspólnych przedsięwzięć, poruszono tematy związane z aktualnym konfliktami na Ukrainie i w Syrii oraz temat współpracy wojskowo-technicznej.

BRICS powstał w 2006 roku podczas Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Od tej pory co roku odbywają się szczyty na terenie państwa któregoś z członków. W zeszłym roku taki szczyt zorganizowała Brazylia w mieście Fortaleza. Nazwa grupy pochodzi od pierwszych liter państw członkowskich. RPA dołączyło do grupy dopiero w 2011 roku; i wtedy dodano piątą literę do nazwy. Celem BRICS jest stworzenie nowego systemu walutowego, zwiększenie roli państw BRICS w światowych instytucjach walutowych, stymulowanie wzrostu gospodarczego oraz zreformowanie ONZ. Plany są ambitne. BRICS chce przebudować istniejący ład finansowo-gospodarczy, w którym karty rozdaje monopol centrów finansowych z Wall Street i London City. BRICS ma sprawić, że centrum gospodarcze przemieści się bardziej na Wschód, tam gdzie rozwijają się nowe potęgi gospodarcze – Chiny i Indie. BRICS chce rywalizować z grupą rozwiniętych gospodarek skupionych w G7.

Nieprzychylni nowej organizacji umniejszają jej znaczenie, nazywając BRICS nie organizacją, tylko dziennikarskim projektem, klubem lub forum dyskusyjnym. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że nowy międzynarodowy byt finansowo-gospodarczy jest faktem. Atlantycka propaganda lekceważy grupę BRICS dlatego, że jej motorem jest Rosja. Statystyki podają, że państwa skupione w BRICS zyskują na znaczeniu. Ludność tych państw licząca ponad 2,8 miliarda osób, zamieszkuje 26 procent powierzchni lądów Ziemi i stanowi 40 procent populacji świata. Państwa skupione w BRICS wypracowują 30 procent światowego PKB i zapewniają niemal jedną piątą światowego wzrostu gospodarczego. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że wkrótce państwa anglosaskie stracą swoje niepodzielne władanie nad światem i będą musiały uznać konkurenta, jakim jest BRICS. Nowe światowe centrum finansowo-gospodarcze nie jest chwilowym kaprysem, ale przedsięwzięciem, w którym bierze udział druga potęga gospodarcza na świata, jaką się stała niedawno Chińska Republika Ludowa.

Gospodarzem obecnego, siódmego już szczytu BRICS, był prezydent Rosji Władimir Putin. Jego gośćmi byli: premier Indii Narendra Modi, prezydent Brazylii Dilma Rousseff, prezydent Chin Xi Jinping oraz prezydent RPA Jacob Zuma. Tak jak planowano, na szczycie potwierdzono utworzenie Banku Rozwoju krajów BRICS. Gromadzone tam pieniądze będą przeznaczone na projekty infrastrukturalne państw członkowskich. Podpisano również porozumienie o warunkach wzajemnego wspierania się w ramach puli rezerwy walutowej. Fundusz rezerw walutowych będzie zabezpieczać przed kryzysami finansowymi. Uzgodniono, że wielkość puli funduszu wyniesie 100 miliardów dolarów. Chiny wniosą do puli 41 miliardów dolarów, Rosja, Indie i Brazylia po 18 miliardów, a RPA – 5 miliardów dolarów. Z funduszu rezerw walutowych będzie można udostępniać sobie wzajemnie środki finansowe poprzez banki centralne państw, w sytuacji braku płynności finansowej któregoś z członków BRICS – na przykład wskutek niespodziewanego odpływu zagranicznego kapitału z ich rynku. Fundusz rezerw BRICS będzie zatem instrumentem do zapewnienia stabilności walut państw członkowskich, co jest ważne dzisiaj, w dobie kryzysu finansowego w Europie związanego z rozsypywaniem się strefy euro oraz wobec eskalowania terroryzmu Państwa Islamskiego, czy konfliktu na Ukrainie. Chiny, Rosja i Indie mają wspólny problem. Na ich terenie mieszka około 200 milionów muzułman. Agresja dżihadystów Państwa Islamskiego ma charakter globalny i niewielka iskra może wywołać potężny chaos, również w tych trzech państwach. Ścisła współpraca w ramach BRICS, pomoże na skuteczną obronę przed terrorem.

Próżno szukać w polskich mediach rzetelnych analiz osiągnięć grupy BRICS. Dla finansjery światowej, najwygodniej byłoby zamilczeć wyniki szczytu tej organizacji. Gdy konkurencja osiąga spektakularne sukcesy, bezpieczniej jest milczeć niż krytykować. Zachód na pewno obawia się, że część pieniędzy za sprawą BRICS, znajdzie się poza ich kontrolą. Rzecznik prasowy W. Putina – Dmitrij Pieskow uspakaja słowami: „Współdziałanie w ramach BRICS nie jest wymierzone w jakieś państwo. Kraje członkowskie BRICS stoją w obliczu wspólnych wyzwań i mają podobny model rozwoju”. Wspólnie, łatwiej będzie państwom rozwijającym się prowadzić międzynarodowe transakcje oraz przedsięwzięcia w gospodarce i infrastrukturze. Nieliczni komentatorzy, którzy zainteresowali się ostatnim szczytem zauważyli, że wspólną cechą BRICS jest to, iż państwa członkowskie bogacą się i przekształcają z dłużników na wierzycieli.

Członkowie BRICS zaczynają realizować największe w historii nowożytnej projekty, które przewidują stworzenie nowej euroazjatyckiej infrastruktury na terytorium Rosji, Chin i w Indiach. Państwa należące do grupy zacieśniają kontakty bilateralne. Jednym ze sztandarowych projektów ma być budowa kolei łączącej Atlantyk z Pacyfikiem, skąd będzie można eksportować brazylijskie towary do Azji. Chiny będą głównym wykonawcą tego projektu. Rośnie liczba chińskich inwestycji w Rosji – głównie w branży ropy i gazu. Niedawno, sukcesem skończyły się trwające dziesięć lat negocjacje dotyczące kontraktu na dostawę rosyjskiego gazu z Jakucji do Chin. Kontrakt na 30 lat opiewa na kwotę 400 miliardów dolarów! Z kolei Chiny i Brazylia po mistrzowsku radzą sobie w Afryce. Brazylia buduje tam fabryki leków generycznych, otwiera instytuty naukowe, a Chiny budują drogi, koleje, porty, mosty, lotniska, w zamian za ropę, miedź, żelazo. Chiny są obecnie największym inwestorem na Czarnym kontynencie.

Podczas gdy USA i UE znajdują się na krawędzi bankructwa, kraje BRICS masowo skupują złoto i diamenty na zabezpieczenie swoich walut. Wykonują działania, których celem jest stopniowe wycofywanie dolara z międzynarodowych transakcji finansowych. Chcą, aby handel wewnętrzny, rozliczany był w walutach krajowych, a nie w dolarach. Rubel jest dzisiaj najsilniej umacniającą się walutą na całym świecie. Dlatego Zachód, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, posługując się językiem sankcji i embarga, podburza wszystkich, by osłabiać gospodarkę Rosji i Chin. Zachód nie ma się czym pochwalić. Dług publiczny państw bogatych należących do grupy G7 waha się w granicach 70-130 procent PKB, podczas gdy dług publiczny Rosji wynosi tylko 9 procent. Chiny mają trochę większy dług PKB – 31,7 procenta, ale za to posiadają największe rezerwy walutowe na świecie oceniane na 4 biliony dolarów oraz są największym światowym producentem złota. Ma zatem kogo bać się zepsuty konsumpcją świat Zachodu.

Międzynarodowy Bank Rozwoju, zwany bankiem BRICS, ma rozpocząć swoje funkcjonowanie już w przyszłym roku. Siedziba banku będzie się znajdować w Szanghaju. Centrum regionalne w Afryce zlokalizowane będzie w Johanesburgu. Jeszcze miesiąc przed szczytem w rosyjskiej Ufie, wybrany został skład zarządu banku. Na stanowisko pierwszego prezesa banku BRICS powołano K.V. Kamath z Indii. Po zakończeniu jego sześcioletniej kadencji, zastąpi go reprezentant Brazylii, a potem Rosji. Wiceprezydentem pierwszej kadencji został przedstawiciel Chin. Bank BRICS rozpocznie swoją działalność z kapitałem 50 miliardów dolarów. Usługi banku będą oferowane wszystkim krajom należącym do ONZ. Niewykluczone, że w przyszłości dołączą do udziałowców banku BRICS inne państwa o rozwijających się gospodarkach, takie jak Turcja, Meksyk, Indonezja i Nigeria. Prezydent Rosji Władimir Putin wiąże duże nadzieje z powstaniem nowego banku. Postrzega go jako pomocne narzędzie w zmniejszaniu dominacji Zachodu i uniezależnieniu się od niego. Bank BRICS będzie przeciwwagą wobec globalnych instytucji finansowych – Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz Azjatyckiego Banku Rozwoju.

Zakończony pomyślnie tegoroczny szczyt bloku BRICS jest wyzwaniem dla najbogatszych państw świata przez kraje, które wiele trudu wkładają w swój rozkwit. Jednak Zachód nie chce ich uznać za równych sobie. Skąpe relacje z tego wydarzenia w polskojęzycznej prasie wydawanej w Polsce, świadczą o tym, że decydenci finansowi jeszcze nie ustalili, jaką przyjąć interpretację do upowszechnienia. Ekonomiczny konflikt Zachodu ze Wschodem jest już chyba przesądzony, więc nie zaszkodzi już teraz zamieniać wolną gotówkę na złoto i srebro. Kruszce te nigdy dotąd nie zawiodły.

***

Krzysztof Zagozda
Sam na sam z Niemcami

– Ale niech ta Polska to wie i niech ci Polacy to wiedzą, że to jest nasza ziemia, to są nasze Prusy! Zdążyliśmy przywyknąć do takich słów, wszak od 1945 roku stale dochodzą one do nas zza Odry. Dlaczego więc te, wypowiedziane kilkanaście dni temu, mają wagę wyjątkową? Bo tym razem nie przywędrowały one zza zachodniej granicy, ale zostały buńczucznie wypowiedziane na antenie polskiej państwowej stacji radiowej przez mieszkańca naszego kraju, który podczas zorganizowanego w Mrągowie (sic!) zjazdu Ziomkostwa Pruskiego promował swój film pt. „Polskie obozy koncentracyjne”. Jak to możliwe?

Powody są dwa. Z jednej strony dramatyczny upadek polityki polskiej (myśli i czynu), z drugiej – niezwykle konsekwentna i przebiegła polityka uprawiana od siedemdziesięciu lat przez Niemców. Już w 1945 r. udało im się wykorzystać rosnącą nieufność między ZSSR i zachodnimi aliantami. Za pierwszy ich powojenny majstersztyk należy uznać osadzenie Reinharda Gehlena, byłego generała Wermachtu, na czele – podporządkowanej co prawda Amerykanom – niemieckiej służby wywiadowczej, poprzedniczki dzisiejszej BND. Waszyngton sfinansował „nowe życie” całej sieci szpiegowskiej i dywersyjnej pozostawionej przez III Rzeszę na terenach znajdujących się w tym czasie za żelazną kurtyną. Każda pozyskana z tego kanału informacja szła przez „niemieckie ręce” i to od Berlina zależało, co i w jakim kształcie trafiało do komórek amerykańskich służb wywiadowczych.

Niemcy perfekcyjnie potrafili wykorzystać zapotrzebowanie Stanów Zjednoczonych na posiadanie w Europie silnego sojusznika, który równoważyłby potencjał państw-satelitów Związku Sowieckiego. Amerykańskie pieniądze szybko postawiły na nogi zrujnowaną niemiecką gospodarkę i uzbroiły po zęby powstałą w 1955 r. Bundeswehrę. „Zimna wojna” służyła Niemcom, którzy umiejętnie podbijali cenę swojego trwania u boku USA. Raz po raz w przestrzeni dyplomatyczno-wywiadowczej pojawiały się informacje o sondowaniu przez Berlin w Moskwie zgody na połączanie obu państw niemieckich w zamian za oddanie się pod sowiecką kuratelę polityczną (do dziś Niemcy grają na amerykańsko-rosyjskiej rywalizacji). Tajemnicą poliszynela jest to, że mimo pozornej wrogości między RFN a NRD, w obszarach newralgicznych dla ponadczasowego interesu niemieckiego dochodziło do coraz ściślejszej współpracy między BND a STASI. Świadczy o tym choćby płynność w prowadzeniu i przenikanie agentur obu tych służb uaktywnionych po 1970 r. na terenie Polski. Monachijskie Radio Wolna Europa spopularyzowało i wykreowało spośród tej agentury liderów tzw. opozycji demokratycznej, zachęcając Polaków do otwartego buntu przeciw Związkowi Sowieckiemu. STASI też nie zasypiała gruszek w popiele: z jednej strony umiejętnie podsycała panujący w Polsce ferment polityczny (m.in. organizując porwanie i mord na ks. Jerzym Popiełuszce), z drugiej zaś namawiała Moskwę do zbrojnej interwencji w Polsce. Niemiecka Narodowa Armia Ludowa miałaby wówczas bronić socjalizmu na Dolnym i Górnym Śląsku, Opolszczyźnie i całym Pomorzu. Sprytnie, nieprawdaż?

Wypadkową starań obu państw niemieckich stały się obrady Okrągłego Stołu, przy którym zasiadło wielu ich agentów zainstalowanych po obu – zdawało się wówczas, że przeciwnych – stronach barykady (te służbowe zależności trwają do dziś, ba – zostały prawnie zalegalizowane poprzez różne systemy stypendialne i umożliwiają kontrolowanie przez Berlin wszystkich obszarów życia publicznego w Polsce). Chwilę później Niemcy popisali się drugim powojennym majstersztykiem: połączyli oba swoje państwa. Tak oto, przy entuzjazmie oficjeli nowo ogłoszonej III RP, gwałtownie przybliżyła się chwila nieuchronnego otwartego konfliktu niemiecko-polskiego. Niemcy w 1945 r. zostały podzielone na dwa kontrolowane przez innych państwa nie z powodu czyjegoś widzimisię, ale dlatego, że ich imperialne zapędy kosztowały życie stu milionów ludzi. Wiele dziś wskazuje na to, że za tzw. obalenie Muru Berlińskiego znów trzeba będzie zapłacić polską krwią.

Bez wątpienia trzecim niemieckim majstersztykiem było uzyskanie zgody Waszyngtonu na budowę Unii Europejskiej pod batutą Berlina. Niemcy stały się europejskim hegemonem decydującym o wszystkim, co dzieje się na starym kontynencie. Chowając się za unijną nomenklaturą kolonizują polskie Ziemie Odzyskane, powoli przywracając stan rzeczy charakterystyczny dla germańskich epizodów z ich przeszłości. Mniejszość niemiecka poczuła wiatr w żaglach i już bez ogródek, bezkarnie pluje na wszystko, co polskie, sławiąc przy tym swoje dziedzictwo, z tym hitlerowskim włącznie! Co my na to? W milczeniu nastawiamy kolejne policzki. Ukradkiem rozwiązano Powiernictwo Polskie, jedyną organizację ukierunkowaną na przeciwdziałanie roszczeniom tzw. wypędzonych. Bliski upadku jest Instytut Zachodni, zasłużona jednostka badawczo-rozwojowa zajmująca się stosunkami polsko-niemieckimi, sytuacją Ziem Zachodnich oraz analizą polityki prowadzonej przez Niemcy. Sami się rozbroiliśmy i spolegliwie czekamy na zadanie nam decydującego ciosu. Kiedy on nadejdzie?

Najbliższe tygodnie pokażą, czy będziemy biernymi świadkami kolejnego sukcesu polityki niemieckiej, czwartego już majstersztyku w powojennej historii Europy. Oto wykorzystując amerykańsko-rosyjski konflikt na Ukrainie, Berlin dąży do uzyskania zgody Stanów Zjednoczonych na budowę tzw. Armii europejskiej. Czym ona miałaby być? Ano niczym innym, jak pozbawioną NATOwskiej (czytaj: amerykańskiej) kontroli nad Bundeswehrą, okraszoną kilkoma liśćmi figowymi, czyli uzupełnioną niewielką liczbą żołnierzy innych narodowości. Dlaczego to takie ważne? Bo upadłby w ten sposób przedostatni zapis traktatu poczdamskiego. Ostatnim jest przebieg naszej zachodniej i północnej granicy… Jest tylko kwestią czasu, kiedy Niemcy – zgodnie z postanowieniami tamtego traktatu – upomną się o nowe, znacznie dla nich korzystniejsze rozstrzygnięcia.

Za genialnie skuteczną, choć wyjątkowo drańską, należy uznać prowadzoną przez Niemców politykę historyczną. Przekazanie gigantycznych pieniędzy środowiskom żydowskim pozwoliło na stopniowe zdejmowanie z nich odpowiedzialności za piekło II wojny światowej i przerzucenie jej na Polaków. Kto zatem – w obliczu nieuchronnego starcia się z niemieckim Drang nach Osten – opowie się po stronie polskich awanturników, faszystów i antysemitów? Kto z zewnątrz publicznie podważy niemieckie prawo do naszych Ziem Zachodnich, skoro dziś, choćby poprzez nieroztropne wspieranie mniejszości niemieckiej, sami je im przyznajemy? Zostaliśmy sam na sam z apetytami Berlina, uprawiającego politykę Bismarcka i Fryderyka Wielkiego. Oto na naszych oczach ziszcza się zarówno cudowny sen niemieckich rewanżystów, jak i koszmar tych polskich patriotów, którzy przestrzegali przed amputacją Ziem Odzyskanych.

Istotą naszej obecnej sytuacji jako narodu i państwa jest nasze położenie w polityce międzynarodowej, a to należy uznać za dramatycznie złe. Nie jesteśmy liczącym się partnerem nie tylko dla wielkich tego świata, ale i dla małych państw europejskich. Sztucznie wykreowany konflikt z Rosją – jedynym państwem, z którym łączy nas sprawa niemieckich roszczeń terytorialnych, powoduje, że sami stoimy oko w oko z apetytami coraz silniejszych, oswobodzonych z międzynarodowego kagańca, Niemców. Rok 1939 się nie powtórzy, bo wówczas Polacy byli w większości świadomi zagrożenia. Dziś jesteśmy oślepiani i ogłuszani. I coraz staranniej ogłupiani!

***

Iwona Klimczak
Zapomniana zbrodnia

O zbrodniach sowieckich na polskich żołnierzach i funkcjonariuszach publicznych podczas II wojny światowej wiemy coraz więcej. Katyń, Starobielsk, Ostaszków, Charków czy Kuropaty – te nazwy są już obecne w świadomości Polaków. Wciąż jednak niewiele wiemy na temat zbrodni sowieckiej na Polakach, która przeszła do historii pod nazwą obławy augustowskiej.

To jedna z najbardziej tajemniczych do dziś zbrodni sowieckich na ziemiach polskich po zakończeniu wojny. Do dziś źródła nie potwierdzają, co stało się z ofiarami, choć dziś nikt nie wątpi, że zostali zamordowani; wciąż nie znamy miejsca ich pochówku.

Dwie okupacje
Po Wrześniu 1939 r. teren obecnej północno-wschodniej Polski został podzielony między dwóch okupantów: powiat suwalski i część augustowskiego znalazły się pod władzą Niemców, reszta z Augustowem – Sowietów. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej cały obszar znalazł się w rękach niemieckich aż do połowy 1944 r., gdy wkroczyły tu znów wojska sowieckie.

Przez cały okres okupacji, po obu stronach granicy, istniała silna polska partyzantka, skupiona głównie w Armii Krajowej, która często współpracowała z aktywną tu partyzantką komunistyczną. Po wejściu wojsk sowieckich nastąpiły natomiast masowe aresztowania ujawniających się w ramach akcji „Burza” dowódców AK czy wcielanie do Armii Berlinga. W efekcie tych działań lasy znów zapełniły się partyzantami, bo za opór groziło aresztowanie. Partyzanci podejmowali akcje zbrojne przeciw instalującym się władzom z nadania sowieckiego, a przy okazji grabiącym, gwałcącym i mordującym okolicznych mieszkańców. W odwecie polscy żołnierze rozbijali posterunki Milicji Obywatelskiej, karali donosicieli, odbijali skradziony dobytek. Z danych Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku wynika, że od marca do czerwca 1945 r. Podziemie polskie zorganizowało 186 takich akcji. Tylko w powiecie suwalskim rozbito 17 posterunków MO (na 18 istniejących) i wykonano 23 wyroki śmierci na donosicieli.

Wojska sowieckie podejmowały oczywiście akcje mające na celu likwidację polskiego podziemia, ale były to działania ostrożne. Pierwsze poważniejsze akcje, wymierzone oczywiście nie tylko w polskich żołnierzy, ale i zwykłych mieszkańców wsi, miały miejsce w maju 1945 r., gdy napadnięto na ludność Studzieniczej, uczestniczącą w uroczystości Zielonych Świątek.

Główną akcję pacyfikacyjną, której celem miała być całkowita likwidacja podziemia zaplanowano na lipiec.

Pacyfikacja
Działania przeciw Polakom rozpoczęły się 12 lipca, trwały zasadniczo do 28 lipca i objęły tereny powiatów: augustowskiego, suwalskiego i sokólskiego. Prowadziły je oddziały 50. Armii III Frontu Białoruskiego – 385. Pułk Strzelecki Wojsk Wewnętrznych NKWD, wspierany przez 1. Pułk Praski Dywizji im. T. Kościuszki oraz lokalne oddziały Milicji Obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa publicznego.

Akcja nie była zmasowanym atakiem zbrojnym, ale polegała na jak najszybszym zatrzymywaniu osób, głównie we wsiach i miasteczkach; w ich miejscach zamieszkania, na ulicach, w pracy, na polach, a także – mniej odważnie – w lasach. Zatrzymywano głównie według przygotowanych wcześniej list, ale zdarzały się też aresztowania przypadkowe, osób zupełnie niezwiązanych z działalnością podziemia.

Charakterystyczne było, że Sowieci starali się zachować jak największy „spokój” podczas aresztowań, obawiając się zapewne jakiejś akcji odwetowej. Informowano więc często, że chodzi o wyjaśnienie jakichś kwestii urzędowych – sprostowania czy uzupełnienia danych na posterunku, po czym zatrzymany zostanie zwolniony.

W sumie aresztowano – według ustaleń historyków ok. 2000 osób, część rzeczywiście od razu zwolniono, część po kilku-kilkunastu dniach, przesłuchiwanych przez ten czas w okrutny sposób. Tak wyselekcjonowano grupę ok. 600 osób, których uznano za działaczy podziemia niepodległościowego, mimo że wiele z tych osób nie miało z nim żadnego związku. Obława odbywała się – wspominał żołnierz AK – z typowym sowieckim bałaganiarstwem. (…) nie mieli ochoty uganiać się po lasach za uzbrojonymi partyzantami. Ułatwiali sobie robotę. Wyciągali ludzi z chałup. Mieli listy przygotowane przez szpicli. Gdy kogoś nie zastali w domu, brali innego. Żeby się liczba zgadzała. Poszukiwali nie tylko AK-owców. Aresztowali leśników, sołtysów, bogatych gospodarzy. To byli dla nich wrogowie, spuścizna po „pańskiej” Polsce. Szukano też uczestników wojny polskosowieckiej z 1920 r.

Zaginieni
Po owych 600 osobach ślad zaginął całkowicie. Rodziny natychmiast rozpoczęły poszukiwania, próbowano uzyskać informację w miejscowych posterunkach MO, we władzach samorządowych. Dużą aktywność wykazały tu niektóre władze gminne np. gmina Giby, skąd pochodziło wielu aresztowanych. Władze tej gminy próbowały nawet interweniować w sprawie zaginionych mieszkańców u Bolesława Bieruta. Wszystkie te działania nie przyniosły żadnego skutku, a w miarę upływu lat i nasilania się stalinizmu – były coraz bardziej niebezpieczne, bo obława augustowska, podobnie jak Katyń, była tematem zakazanym.

Historycy podejrzewają, że aresztowani Polacy mogli zostać wywiezieni w okolice Grodna i zamordowani na terenie tzw. Fortów Grodzieńskich – miejscu dokonywania egzekucji przez NKWD. Wskazują na to nieliczne dostępne zeznania świadków, w tym współpracowników NKWD. Ich wiarygodność trudno jednak ocenić.

Z czasem bliscy zaczęli kierować do sądów wnioski o uznanie zaginionych za zmarłych i takie decyzje otrzymywali.

Nadzieje – nie tyle na odkrycie prawdy, ale choćby znalezienie miejsc pochówku – dało odkrycie w 1987 r. masowych grobów w uroczysku Wielki Bór w gminie Giby. Bliskość terenu, na którym odbyła się obława mogła wskazywać na fakt, że tu złożono ciała ofiar. Wówczas okoliczni mieszkańcy postawili krzyż ku czci ofiar, a później w tym miejscu stanął pomnik – symboliczny grób. Mimo że w wyniku ekshumacji szybko ustalono – co potwierdziły późniejsze badania IPN – że to niemiecki cmentarz z okresu II wojny, to tutaj do dziś odbywają się uroczystości upamiętnienia ofiar zbrodni.

Ważnym skutkiem odkrycia z Gib było jednak upublicznienie sprawy obławy. To wówczas powstał Obywatelski Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny w Lipcu 1945 r. Zadaniem komitetu miało być stworzenie pełnej listy zaginionych i próba wyjaśnienia ich losu. Władze oczywiście szybko zakazały komitetowi działalności, ale nie zatrzymało to pracy, a materiały, które zebrano są ważnym wkładem w naszą wiedzę o tamtych wydarzeniach.

Śledztwo
Na początku lat 90-tych Prokuratura w Suwałkach rozpoczęła śledztwo w sprawie obławy, szybko zawieszone z powodu braku dowodów. W 2000 r. śledztwo rozpoczął IPN w Białymstoku. I tu w śledztwie nie ma postępów wobec braku materiałów źródłowych. Jeśli istnieją, znajdują się w rosyjskich archiwach. Polscy prokuratorzy od 1995 r. ślą prośby o umożliwienie dostępu do takich dokumentów. W 1995 r. od prokuratorów rosyjskich uzyskano potwierdzenie aresztowania 592 osób, wpierających antyradziecko nastawioną Armię Krajową. Strona rosyjska twierdziła, że w dokumentach nie ma informacji na temat losów Polaków, a osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie akcji nie żyją. W 2006 r. odmówiono pomocy prawnej w tej sprawie powołując się na jej przedawnienie. Kolejne wnioski wysyłano, z negatywnym skutkiem, w następnych latach, także na Białoruś, z zapytaniem o dokumenty na temat ewentualnych miejsc pochówku ofiar.

Dopiero wiosną 2011 r. pojawiła się praca rosyjskiego historyka Nikity Pietrowa, w której zacytował depeszę generała Wiktora Abakumowa, szefa kontrwywiadu wojskowego „Smiersz” do szefa NKWD Ławrientija Berii, z której wynika, że w lipcu 1945 r. przeprowadzono likwidację zatrzymanych w lasach augustowskich bandytów. Akcją dowodzili funkcjonariusze „Smierszy”: gen. Gorgonow i gen. Zielenin. Według opinii Pietrowa rozkaz w tej sprawie wydał osobiście Stalin. IPN od 2011 r. czyni starania o uzyskanie dostępu do tego dokumentu.

Pamięć
Obława augustowska była największą zbrodnią sowiecka na ziemiach polskich po II wojnie światowej, a zacieranie śladów po niej niezwykle „skuteczne”. Do dziś potomkowie ofiar nie mogą nawet zmówić modlitwy przy ich grobie, nie mogą sprawić im godnego pogrzebu. Dramat ofiar i ich rodzin był tym większy, że zbrodni dokonano tuż po zakończeniu straszliwej wojny z Niemcami i niemieckiej okupacji, w której tak mocno ucierpiał naród polski. Przyszło im doświadczyć kolejnych łez od tych, którzy na sztandarach mieli hasła równości i wolności.

Przebieg akcji pacyfikacyjnej jasno pokazywał, jak wyglądała owa niepodległość Polski, którą ze Wschodu nieśli Sowieci. Komuniści, „swoi” Polacy często nie byli nawet informowani o planowanych działaniach.

Przez lata zbrodnia w Puszczy Augustowskiej skazana była na zapomnienie. Podobnie jak o innych mordach sowieckich nie wolno było o niej mówić. Nie jest więc znana dziś szerzej w polskim społeczeństwie, a młode pokolenie, otrzymujące i tak coraz bardziej okrojony kurs historii Polski nie wiem o niej zupełnie nic.

Do dziś historycy nie potrafią znaleźć odpowiedzi na wiele pytań w sprawie obławy augustowskiej, wciąż nie wiadomo, gdzie zostali pochowani. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się w końcu dotrzeć do rosyjskich archiwów, które kryją zapewne wciąż prawdę o niejednej sowieckiej zbrodni.

***

 

Teresa Szemerluk
Chrześcijanin jest ekstremistą
Walec gender miażdży starą Europę. Jak podaje Radio Watykan, uczniowie, którzy niepochlebnie wyrażają się o homoseksualizmie, powinni zostać potraktowani przez szkołę jako potencjalni ekstremiści! Taki pogląd wynika z nowych wytycznych brytyjskiego ministerstwa oświaty.

Rząd Davida Camerona musi walczyć z rodzimym islamskim ekstremizmem. Głównym tego narzędziem ma być edukacja, która do tej pory słabo wywiązywała się z tej roli, zupełnie nie panując nad burzliwie zajmującymi nowe obszary życia Wielkiej Brytanii, muzułmanami.

Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że pisane beztrosko prawo pełne sloganów o „tolerancji” i multikulturowości będzie twardo wykorzystywane przez środowiska społeczności islamskich emigrantów. Początkowe bagatelizowanie tego zjawiska i przymykanie oczu na fakty zaowocowało tym, że radykalnym muzułmanom udało się m.in. przejąć kontrolę nad kilkoma szkołami w Birmingham. Wtedy dopiero brytyjski rząd odpowiedział nowymi standardami i wzmożonymi kontrolami. W efekcie uderzyły one jednak w nieporównywalnie słabiej zorganizowanych chrześcijan. Jak informuje Daily Telegraph, skutkiem całkowitej niefrasobliwości zamknięto już dwie chrześcijańskie szkoły, które nie respektowały tzw. „wartości nowoczesnej Brytanii”.

Aberracja cywilizacyjna ministerstwa oświaty polega na tym, że za jeden z głównych wskaźników zagrożenia dla „nowoczesnej Brytanii” uznano stosunek do homoseksualizmu, negatywny stosunek. Nowe wytyczne dla szkół są w tym całkiem jednoznaczne. Niepochlebne uwagi o homoseksualizmie to powód, by znaleźć się na liście podejrzanych. Samobójczy zapęd brytyjskich urzędników pominął zupełnie fakt, że większość chrześcijańskich rodzin uważa, iż małżeństwo jest zarezerwowane wyłącznie dla kobiety i mężczyzny.

– Czy odtąd rodziny te oficjalnie trafią na listę podejrzanych i powiązanych z ekstremizmem? – pyta Andrea Williams, szef Christian Legal Centre, organizacji, która udziela chrześcijanom pomocy prawnej. Obawia się ona, że nowe wytyczne ministerstwa czynią z nauczycieli szpiegów i funkcjonariuszy swoistej policji politycznej, strzegącej „poprawnego myślenia” poddanych.

Ta sytuacja wzbudza jeszcze w Polsce śmiech, ale jeśli dopuścimy do rozprzestrzenienia ideologii gender, za kilka lat polskie rodziny podzielić mogą los Anglików.

***

Jacek Kędzierski
Franciszkowa ekologia katolicka
„Encyklika Laudato si’ mi’ Signore Ojca Świętego Franciszka poświęcona trosce o wspólny dom” to prawie 200-stronicowy traktat teologiczno-filozoficzny poświęcony obcowaniu człowieka względem naszej „Siostry Ziemi”. Jest to zarazem dokument papieski, który w pełni wpisuje się do katolickiej nauki społecznej, stanowiąc jej kolejny rozdział.

Od Św. Franciszka z Asyżu
do Franciszka z Buenos Aires
Jak każda encyklika społeczna, tak też i LAUDATO SI’ przywołuje „ekologiczne” nauczanie poprzedników Franciszka, uzupełniając je głosem ekumenicznego patriarchy Bartłomieja. Nie na darmo Kard. Bergolio przyjął imię Franciszek, by teraz nie przywołać ekologicznej działalności i przesłania pozostawionego przez jego imiennika z Asyżu. Teraz on sam, wzorując się na nim, wydobywa przesłanie ekologiczne z Pisma Świętego, począwszy od Księgi Rodzaju, aż po słowa Jezusa o pięknie i niewinności przyrody.

Nie wolno pomijać tradycji judeochrześcijańskiej, według której „stworzenie” to znacznie więcej niż natura, ponieważ związane jest z Bożym planem miłości, gdzie każda istota ma wartość i znaczenie. Natura jest często traktowana jako system poznawany, analizowany i zarządzany, podczas gdy stworzenie można zrozumieć tylko jako dar, który pochodzi z otwartej dłoni Ojca nas wszystkich, jako rzeczywistość oświetlona miłością, wzywająca nas do powszechnej komunii. Wpisuje się w nią także społeczne nauczanie św. Jana Pawła II, który nie marginalizował kwestii ekologicznej. Pisał w encyklikach, że człowiek, opanowany pragnieniem posiadania i używania, bardziej aniżeli bycia i wzrastania, zużywa w nadmiarze i w sposób nieuporządkowany zasoby ziemi, narażając przez to także własne życie. Człowiek mniema, że samowolnie może rozporządzać ziemią, podporządkowując ją bezwzględnie własnej woli, tak jakby nie miała ona własnego kształtu i wcześniejszego, wyznaczonego jej przez Boga, przeznaczenia, które człowiek, owszem, może rozwijać, lecz któremu nie może się sprzeniewierzać. Zamiast pełnić rolę współpracownika Boga w dziele stworzenia, człowiek zajmuje Jego miejsce i w końcu prowokuje bunt natury, raczej przez niego tyranizowanej niż rządzonej.

Pierwsze przyjęcie
Pierwsze przyjęcie encykliki w Polsce nie było dobre. Media ostrzegały: Polsko, za rok papież Franciszek przybędzie nad Wisłę, a ty ciągle palisz węglem. On to ocenia negatywnie. Przeczytałem Franciszkowy traktat kilkakrotnie i nigdzie nakazu natychmiastowego wygaszenia palenisk węglowych w Polsce nie znalazłem. Franciszek zwraca uwagę, że większość globalnego ocieplenia ostatnich kilkudziesięciu lat jest następstwem wysokiego stężenia gazów cieplarnianych (dwutlenek węgla, metan, tlenki azotu i inne), emitowanych głównie z powodu działalności człowieka, a ich koncentracja w atmosferze stanowi przeszkodę, aby ciepło promieni słonecznych odbitych od ziemi rozproszyło się w przestrzeni. Zwiększa to szczególnie energetyka oparta na intensywnym wykorzystaniu paliw kopalnych. (…)

Dlatego pilne i konieczne stało się prowadzenie takiej polityki, aby w nadchodzących latach emisja dwutlenku węgla i innych gazów zanieczyszczających została drastycznie zmniejszona, zastępując na przykład paliwa kopalne i rozwijając odnawialne źródła energii. W świecie istnieje niewielki poziom dostępu do czystej i odnawialnej energii.(…)

Wiemy, że technologia oparta na spalaniu silnie zanieczyszczających paliw kopalnych, zwłaszcza węgla, ale także ropy naftowej, a w mniejszym stopniu gazu, powinna być stopniowo zastąpiona. W oczekiwaniu na wszechstronny rozwój odnawialnych źródeł energii, który powinien już się zacząć, słuszne jest opowiadanie się za mniejszym złem lub nastawienie się na rozwiązania przejściowe. Jednak we wspólnocie międzynarodowej nie osiągnięto odpowiednich porozumień na temat odpowiedzialności tych, którzy muszą ponosić wyższe koszty transformacji energetycznej.

I to wszystko, co na prawie 200 stronach na temat konieczności rezygnacji z palenia węglem znalazłem. Papież postrzega je jako mniejsze zło, nalega na stopniowe ograniczanie i przestrzega, by kosztów wprowadzania odnawialnych źródeł energii nie przerzucać na „ubogich”.

Nie tylko globalne ocieplenie
LAUDATO SI’, pytając co się dzieje w naszym domu na skutek nadzwyczajnego rapidacion, zwraca uwagę na inne problemy. To wytwarzanie i gromadzenie odpadów oraz zanieczyszczenie wody. Ten pierwszy problem wskazuje na aktualność LAUDATO SI’ dla nas wszystkich. Chodzi o pozbywanie się odpadów przez ich spalanie. Ekologiczna spalarnia powinna funkcjonować w każdej większej aglomeracji, tymczasem już można spotkać pogląd, jakoby byłoby to wbrew najnowszej encyklice. Nic bardziej błędnego. Franciszek zwraca uwagę, że nadmiernej produkcji śmieci sprzyja przepełniona pogardą ideologia wykluczania, tym razem wobec przedmiotów materialnych. Ludzie chcą je szybko zdobywać, ale i szybko się ich pozbywać, skoro tylko uznają je za zbędne. W efekcie Nasz dom, Ziemia, zdaje się stawać coraz bardziej ogromnym składem nieczystości – alarmuje Papież Franciszek.

Zróżnicowanie postaw
Ekologia skutkuje zróżnicowanym podejściem. Papież dostrzega podejście powierzchowne, sugerujące, że sytuacja nie jest aż tak zła i nie ma poważniejszych powodów do niepokoju i zmiany stylu życia i gospodarki.

Inna postawa opiera się na wierze w postęp i konstatacji, że problemy środowiskowe rozwiążą się poprzez zastosowanie nowych technik, bez rozważań etycznych ani dogłębnych zmian. Przeciwną postawę zajmują ci, którzy twierdzą, że człowiek może być jedynie zagrożeniem i zaszkodzić globalnemu ekosystemowi.

Nietrudno zauważyć, że niektóre ruchy ekologiczne bronią integralności środowiska i słusznie domagają się ograniczenia badań naukowych, ale niekiedy nie stosują tych samych zasad do życia ludzkiego. Kiedy dokonuje się eksperymentów na żywych zarodkach ludzkich to często usprawiedliwia się przekroczenie wszelkich granic, zapominając, że niezbywalna wartość istoty ludzkiej znacznie wykracza poza stopień jej rozwoju. Pochodną tego podejścia są „Zieloni” aż przesadnie troszczący się o środowisko naturalne, ale nieszanujący życia ludzkiego, bo opowiadający się za tzw. „prawem do aborcji”.

Ludzki pierwiastek kryzysu ekologicznego
Ludzkość opętana postępem nie zwraca uwagi na to, że stała się zagrożeniem dla samej siebie. Jej osiągnięcia, takie jak energia jądrowa, biotechnologia, informatyka, znajomość DNA i inne możliwości, które zyskała, oferuje jej straszliwą moc. Co więcej, umożliwiają one tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać i zdobyć niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i światem. Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy i nie ma gwarancji, że dobrze ją wykorzysta, biorąc pod uwagę sposób, w jaki się nią posługuje – twierdzi Papież.

Zwraca uwagę na przyjęty paradygmat technologiczny – założenie, że człowiek jest ponad wszystkim, a z tym co go otacza uczynić może wszystko. Paradygmat technokratyczny zakłada, prócz zapanowania nad naturą, także panowanie nad gospodarką i polityką. Z tego antropocentystycznego paradygmatu ludzkość powinna się wyzwolić.

Obrona pracy ludzkiej
Dość nieoczekiwanie ta ekologiczna encyklika porusza również problem społeczny – pracy ludzkiej. Dostrzegany brak pracy spowodowany bywa zbyt nieskrepowaną wolnością gospodarczą, stosującą także wobec pracowników zasadę „użyj i wyrzuć”. Środkiem zaradczym powinny być podejmowane przez władze działania na rzecz wyraźnego i zdecydowanego poparcia dla drobnych producentów oraz dywersyfikacji produkcji. Aby istniała wolność gospodarcza, z której wszyscy korzystaliby faktycznie, niekiedy konieczne może być nałożenie ograniczeń na tych, którzy posiadają największe zasoby i możliwości finansowe. Samo ogłoszenie wolności gospodarczej, kiedy jednak warunki realne uniemożliwiają do niej dostęp, i kiedy ograniczony jest dostęp do pracy, staje się dyskursem pełnym sprzeczności, kompromitującym politykę – pisze Franciszek.

Choć pracy brak to paradoksem bywa żądanie pracy w niedziele. A przecież – przypomina Franciszek – jest to dzień nam dany dla uzdrowienia relacji człowieka z Bogiem, z samym sobą, z innymi i ze światem. Niedziela jest dniem zmartwychwstania, pierwszym dniem nowego stworzenia, którego pierwocinami jest ludzkość wskrzeszona przez Pana, będąca poręką ostatecznego przemienienia całej rzeczywistości stworzonej. Ponadto dzień ten zapowiada wieczny odpoczynek człowieka w Bogu. Tak więc duchowość chrześcijańska dopełnia wartość odpoczynku i świętowania. Zatem, być może, kiedy Papież Franciszek przybędzie do Polski, bardziej zwróci uwagę na zakłócanie niedzielnego wypoczynku, niż na palenie węglem.

Ekologia integralna
Ekologię, która bada relacje między organizmami żywymi a środowiskiem, w którym się rozwijają Papież postrzega integralnie. Wskazuje na ekologię środowiskową, gospodarczą, społeczną, kulturową oraz ludzką ekologię życia codziennego. Działalność ekologiczna nie może polegać na niszczeniu czy tworzeniu nowych miast, hipotetycznie bardziej ekologicznych, w których jednak nie zawsze ludziom chciałoby się żyć. Należy uwzględniać historię, kulturę i architekturę określonego miejsca, które warunkują jego oryginalną tożsamość. Ekologia powinna również troszczyć się o bogactwa kultury ludzkości w najszerszym znaczeniu.

Działania polityków i ekologów powinna ukierunkowywać zasada dobra wspólnego oraz troska o sprawiedliwość między pokoleniami. Dobro wspólne to suma warunków życia społecznego, które pozwalają pełniej i szybciej osiągnąć własną doskonałość. Dobro wspólne zakłada poszanowanie osoby ludzkiej jako takiej, z jej podstawowymi i niezbywalnymi prawami ukierunkowanymi na integralny rozwój. Powinno być ono głównym drogowskazem ekologa. Kolejnym, troska o warunki życia przyszłych pokoleń. Każdy, nie tylko ekolog powinien zadać sobie pytanie: Jaki świat chcemy przekazać tym, którzy będą po nas, dorastającym dzieciom?

Wytyczne i działania
W rozwiązywaniu problemów niezbędny jest dialog na temat środowiska w polityce międzynarodowej oraz w wymiarze ogólnonarodowym i lokalnym.

Wskazania Papieża Franciszka dla polityki ekologicznej są niezwykle cenne. Studium oddziaływania na środowisko nie powinno być późniejsze niż opracowanie projektów produkcyjnych, planu lub programu. Musi mieć charakter interdyscyplinarny, przejrzysty i być opracowane niezależnie od jakiejkolwiek presji gospodarczej lub politycznej, by było ono połączone z analizą warunków pracy i wpływu na zdrowie osób, na lokalną gospodarkę czy bezpieczeństwo. Zawsze konieczne jest osiągnięcie konsensusu między różnymi podmiotami społecznymi, które mogą wnieść różne perspektywy, rozwiązania i alternatywy. Ale miejsce uprzywilejowane w debatach powinni mieć mieszkańcy danego miejsca, zastanawiający się, czego pragną dla siebie i swoich dzieci. Mogą też oni uwzględniać cele wykraczające poza doraźny interes gospodarczy. Musimy przestać myśleć o „ingerencji” w środowisko, a dążyć do podjęcia działań przemyślanych i omawianych przez wszystkie zainteresowane strony. Partycypacja wymaga, by wszyscy zostali odpowiednio poinformowani o różnych aspektach oraz różnych zagrożeniach i możliwościach. Nie może się ona ograniczać jedynie do decyzji początkowej na temat danego projektu, ale wymaga również stałych działań kontrolnych i monitoringu. Jakże wartościowe to wskazania także dla politycznych decydentów np. Miasta Łodzi.

***

Papież modli się o jedność katolików i prawosławnych
IKa

Jedność Kościoła Chrystusowego jest zadaniem, do realizacji którego mamy obowiązek dążyć stale. Ojciec Święty modli się nieustannie o przywrócenie pełnej widzialnej jedności między katolikami a prawosławnymi. Papież Franciszek mówił o tym przyjmując delegację patriarchatu Konstantynopola, przybyłą do Rzymu na uroczystości świętych Piotra i Pawła.

Pocałunek pokoju wymieniony z Jego Świątobliwością [patriarchą Bartłomiejem] był wymownym znakiem miłości braterskiej – mówił Franciszek. – Dodaje nam ona sił na drodze pojednania i pozwoli kiedyś uczestniczyć razem w Uczcie Eucharystycznej. Osiągnięcie tego celu, ku któremu ufnie zdążamy, stanowi jedną z moich głównych trosk. Nie przestaję prosić o to Boga. Pragnę zatem, aby coraz liczniejsze były okazje do spotkania, wymiany i współpracy między katolikami a prawosławnymi. Pogłębiając w ten sposób wzajemną znajomość i szacunek będzie można pokonać wszelkie uprzedzenia i nieporozumienia, stanowiące dziedzictwo długiego podziału, i rozpatrywać w prawdzie, ale z duchem braterskim, utrzymujące się jeszcze trudności. Dlatego chcę raz jeszcze potwierdzić moje poparcie dla cennych prac Międzynarodowej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego Między Kościołem Katolickim a Kościołem Prawosławnym. Problemy, jakie można napotkać podczas dialogu teologicznego, nie powinny skłaniać do zniechęcenia ani rezygnacji. Ojciec Święty Franciszek zapewnił o modlitwie swojej i licznych katolików w całym Kościele za przygotowania do Soboru Panprawosławnego, prosząc swych gości o modlitwę za Synod Biskupów o rodzinie. Jako przykład współpracy wspomniał też wystąpienie na nie- dawnej prezentacji jego encykliki Laudato si’ przewodniczącego tegorocznej delegacji na rzymskie obchody Świętych Piotra i Pawła, metropolity Pergamonu Joannisa Zizioulasa. On właśnie kieruje ze strony prawosławnej pracami wspomnianej przez Papieża komisji dialogu teologicznego.

W listopadzie ub. r. w patronalnych obchodach św. Andrzeja na Fanarze w Konstantynopolu uczestniczył sam Papież. Wtedy również katolicy i prawosławni modlili się wspólnie w tej intencji. Obustronne wymiany trwają już od blisko pół wieku, bo od 1969 r.

***

Izabela Maria Trelińska
Św. Rita z Cascii, Dotykanie świętych
Dlaczego maluję święte wizerunki? Kiedy w 1990 r. wyjeżdżałam do Ziemi Świętej, namalowałam pierwszy obraz św. Stanisława ze Szczepanowa, na zamówienie prorektora Seminarium Krakowskiego ks. dr Stanisława. I tak toczy się moja przygoda obcowania ze Świętymi Nieba. Jedni ludzie zadają mi pytanie, dlaczego „święci”. Inni jak np. O.prof. Jacek Salij OP , zachęca i pięknie pisze: „żebym jak najdłużej swoją posługę malowania świętych obrazów wypełniała”.

Zadanie jest trudne i niezwykłe. Na pewno mnie przerasta. Ale patrząc na ilość obrazów i wpatrując się w oczy ich duszy, mam odczucie wypełniania zadania przy pomocy Łaski Bożej.

Św. Rita urodziła się we Włoszech w Roccaporenie w 1360-1381 i była długo oczekiwanym, wymodlonym dzieckiem swoich rodziców. Już jako dziewczynka prosiła rodziców, aby pozwolili jej wstąpić do klasztoru; oni jednak postanowili wydać ją za mąż.

Rita była dobrą żoną i matką. Jej mąż był człowiekiem o gwałtownym charakterze. W ciągu osiemnastu lat małżeństwa, Rita swą miłością zmieniła męża, sprawiła również, że jego kamienne serce zaczęło bić dla żony i dzieci. W jednym roku została wdową i straciła synów. Znalazła ukojenie w modlitwie. W wieku 36 lat mogła zrealizować swe powołanie monastyczne. Wstąpiła do zakonu augustianek w Cascii, gdzie żyła w doskonałym posłuszeństwie, wyróżniając się wielkim miłosierdziem. Rita otaczała wielkim kultem Mękę Chrystusa. Otrzymała dar stygmatu na czole. Chrystus ofiarował jej męczeństwo ciernia. Przez 15 lat nosiła niegojącą się ranę na czole, znamię cierpienia Zbawiciela. Stygmat oznaczał samotność i ból fizyczny. Krwawy znak wydzielał nieznośny zapach. Z tego powodu Rita została odizolowana od ludzi. Mimo bólu, samotności i cierpienia Rita była najbardziej radosną zakonnicą w klasztorze.

Kult św. Rity nie był nigdy kultem sterowanym przez władze kościelne. Jego siłą jest spontaniczność, ludowość, prostota. Po tylu wiekach święta z odległej Italii nie daje o sobie zapomnieć, zarówno w swojej ojczyźnie jak i na świecie. W Polsce od kilku dziesięcioleci obserwujemy rozwój kultu św. Rity. Szerzą go augustianie i augustianki w Krakowie. Księga cudów zawiera opis setek skutecznych jej interwencji, dlatego wierni wzywają ją jako patronkę w sprawach – po ludzku sądząc – beznadziejnych. Za przyczyną św. Rity cuda dzieją się nadal. Wystarczy przyjść na nabożeństwo 22. dnia każdego miesiąca i wsłuchać się w prośby i podziękowania, kierowane do Boga za jej przyczyną. Są to prośby kierowane do osoby godnej zaufania. Prośby przeniknięte są nadzieją zbudowaną na już doznanych łaskach. Modlący się czciciele czują, że św Rita ich słucha i rozumie. Są pewni, że zaradzi nieszczęściom i przywróci sens życia.

Przed św. Ritą łatwo się otworzyć, wypłakać, poskarżyć, wyrzucić z serca lęki, nazwać uczucia, poskarżyć się z doznanej krzywdy, niesprawiedliwości, biedy. Św. Rita zmarła 22 maja 1457 roku.

Malowanie świętych jest dla mnie szansą poznania niezwykłych postaci, które zaufały Panu Bogu. Oddały Mu swoje życie, swoje myśli, serce. Droga życia, wznoszenie się ku prowadzi, doskonałości na pewno nie są łatwe. Związane są z trudem, odwagą, wiernością, wytrwałością. Każdy święty miał chwile słabości, zwątpienia. Musieli jednak posłuchać Chrystusa , usłyszeć Jego głos i powrócić do łaski. Być drogowskazem, pielgrzymem, świadkiem! Wdzięczna za niezwykły dar wiary i miłości, proszę „moich świętych” o wstawiennictwo, dobro i błogosławieństwo dla naszej Ojczyzny. Lubię malować święte wizerunki. Nigdy nie wiem, jak będą wyglądać? Jakie będą miały spojrzenie, duszę? Ile mogę wyrazić poprzez oczy! Nigdy nie mam dość malowania świętych. Zawsze mnie interesują, zaskakują, wzbogacają, pomagają. Zawsze proszę „moich świętych” o modlitwę, pomoc, „ratunek”. Bo modlitwa wyraża całe serce człowieka.

***

Jacek Kędzierski
Widzewski Wieczór Narodów

Spośród licznych koncertów, które w ramach 31 Międzynarodowych Warsztatów Artystycznych (międzynarodowa nazwa: International Folk Festival) odbyły się w dniach 8-13 lipca w Łodzi i w województwie największe wrażenie wywarł na mnie Wieczór Narodów w widzewskim klubie Ariadna.

Wydarzenie to zgodnie z nazwą było prezentacją dorobku kultury ludowej różnych narodów. Niewielki budynek i sala taneczna był w stanie pomieścić kilkuset muzyków i tancerzy ludowych z Łodzi, kilku krajów Azji i Europy. Raz po raz na estradzie pojawiała się, przywołana przez niestrudzoną prezenterkę Monikę Tabowską z łódzkiego Centrum Kultury Młodych muzyczna część zespołów, a parkiet sali wypełniał się całą ich resztą, której nie trzeba było namawiać do wspólnego tańca, w tym także do nauki kujawiaka. Na suto zastawionych stołach poszczególne zespoły serwowały potrawy i napoje narodowych kuchni.

Im odleglejszy kraj, tym zaprezentowany przez zespół go reprezentujący występ robi na odbiorcach większe wrażenie. Takież sprawił występ Chanthaburi Folk Dance Group of Benechamarachutit School z Tajlandii. Zespół jest efektem funkcjonowania, finansowanego przez lokalne władze, specjalnego programu wspierania i rozwijania umiejętności artystycznych wśród uczniów i studentów licznych placówek oświatowych i naukowych prowincji Chanthaburi „Promocja Thaiskiej Muzyki Klasycznej i Teatru Dramatycznego”. Osiągnięty wysoki poziom sprawił, że Chanthaburi Folk Dance Group jest zespołem reprezentacyjnym tej prowincji i całej Tajlandii, promującym thaiską sztukę taneczną na scenach krajowych i zagranicznych.

Famagusta Municipality Folk Dance Group z Cypru Północnego, a zatem tureckiego, w swojej trzydziestoletniej historii szczyci się udziałem w prawie siedemdziesięciu festiwalach folklorystycznych. Łódzki, tegoroczny jest jedynym z polskich. Jest to z pewnością zespół, którego tancerki zdobyłyby laury w klasyfikacji Miss Obiektywu, choć tylko nieznacznie wyprzedziłyby artystki z Izraela, którego reprezentantem był The Dabka Ensemble z Izraela. Misją tego zespołu jest dziaanie na rzecz zbliżenia dwóch semickich kultur – izraelskiej i arabskiej. W Łodzi zaprezentował on układy taneczne z beduińskich ceremonii ślubnych. Nie mniej egzotycznymi i widowiskowymi były tańce zaprezentowane przez EFEM Youth and Sports Club z zachodniej Turcji.

Układy taneczne w wykonaniu The Little Willow z Rumunii, przypominały już nieco te, które znamy w wykonaniu podhalańskotatrzańskich zespołów folklorystycznych, zaś ogladając młodzieżowy zespół Volynjanochka z Łucka, patrząc na stroje tancerek, odniosłem wrażenie, że jest to grupa z Podlasia, a może z Lubelszczyzny i dopiero kozackie hołubce wskazywały, że to zespół z zachodniej Ukrainy. Zespół ten gościł w Łodzi krócej niż inne, bo w drodze do Niemiec z powodzeniem i aplauzem publiczności wypełnił lukę po nieobecnym zespole chorwackim. Łódź reprezentowały Zespół Pieśni i Tańca „ANILANA” dzialajacy na Widzewie oraz Zespół Pieśni i Tańca „Łódź” działający przy Centrum Kultury Młodych z siedzibą na Górnej. Za rok gościny udzieli im Famagusta Municipality Folk Dance Group.

Były to już 31. Międzynarodowe Warsztaty Folklorystyczne, które od 1989 roku mają charakter międzynarodowy. Impreza ta, organizowana przez Centrum Kultury Młodych i Widzewskie Domy Kultury, przy wsparciu UMŁ, Urzędu Marszałkowskiego i objęta honorowym patronatem Wojewody Łódzkiego, trwale wpisała się już w kalendarz letnich wydarzeń kulturalnych w Łodzi i województwie, by przybliżać mieszkańcom różnorodne i odmienne kultury ludowe różnych części świata. Podkreśla ona głębokie znaczenie kultury i tradycji różnych narodów, różnych ludów, a jednocześnie służy prowadzeniu przez nie autentycznego dialogu.

***

Prof. Tadeusz Gerstenkorn,
Ojcostwo – dar i wyzwanie
Pod takim tytułem ukazał się wakacyjny (6-7), ale już 25-26 numer miesięcznika pt. „Civitas Christiana”, sztandarowe czasopismo Stowarzyszenia Katolickiego działającego pod tą samą nazwą.

Od wielu już lat 23 czerwca obchodzony jest tradycyjnie Dzień Ojca. Stowarzyszenie Civitas Christiana pragnie mocno przypomnieć nie tylko ten dzień, ale obowiązki, zadania mężczyzny jako ojca w naszym trochę zagubionym etycznie społeczeństwie. Na stronie tytułowej pisma czytamy: „Ojcowanie” jest pierwszym zadaniem każdego mężczyzny. Ale nie chodzi tutaj jedynie o proste biologiczne przełożenie na bycie tatą jakiegoś dziecka. Koniecznie trzeba zdobyć to czasopismo i przeczytać artykuł pod tymże tytułem, stanowiący streszczenie rozmowy Patrycji Guevara-Woźniak z Jadwigą Pulikowską. Właściwie każde zdanie tego artykułu warte jest zacytowania i zapamiętania oraz głoszenia jako orędzia postawy w solidnej rodzinie. Autorka nie rzuca gromów na błędne postawy mężczyzn w rodzinie, ale ten przykry stan rzeczy widzi jako skutek „przetrzebienia męskiej populacji” przez rozliczne wojny i złe systemy polityczne, i to nie tylko fizycznie, ale również psychicznie i moralnie; mężczyźni zmuszani byli często do „podwójnego życia”, innego na zewnątrz, innego w domu. Rzutowało to i do dziś oddziałuje na relację z dziećmi, wrażliwymi bardzo na ten dysonans moralny. A przecież bycie ojcem czy matką nie jest automatyczne, tych postaw życiowych każdy musi się nauczyć, uczy się ich przez całe życie. Dobrze, jeżeli w ważnym momencie naszego życia pojawi się ktoś, kto nam podpowie „musisz zacząć myśleć, sam brać odpowiedzialność za swoje życie.

W innym z kolei artykule pt. „Podjąłem wyzwanie ojcostwa” Tadeusz Olczyk, przewodniczący Rady Oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Civitas Christiana w Radomsku, pisze: Po ponad 30 latach mogę stwierdzić, że ojcostwo mnie nie ogranicza, ale jest darem, drogą do wzrostu i swoistą walką z moim egoizmem. I dalej autor wspomina: Jako kilkuletnie dziecko pamiętam rodziców modlących się razem, biorących również mnie do wspólnej modlitwy. Pamiętam niedzielne wyjścia do kościoła i ojca pomagającego mamie przy świątecznym obiedzie. Mając obraz takiego ojca, łatwiej było mi podjąć i wypełniać funkcje ojcowskie. Powołanie do ojcostwa ułatwił autorowi także udział (wraz z głębokim przeżyciem) w Międzynarodowym Kongresie w 1999 r. O godności ojcostwa. Po tym kongresie autor artykułu utwierdził się w przekonaniu, że ojcostwo powinno być najważniejszą życiową karierą. Czas ofiarowany dzieciom nie jest czasem straconym, ale zyskanym, bo nadaje życiu bardziej ludzki charakter i pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Wakacyjny numer pisma jest pełen także innych, równie ważnych i interesujących artykułów. Dr Anna Sutowicz, historyk kultury średniowiecza, a zarazem sekretarz Oddziału Civitas Christiana we Wrocławiu, podaje Krótką historię Święta Bożego Ciała. Dowiadujemy się z artykułu jak to święto powstało, jaka jest jego tradycja. Wielkie dzięki za ten artykuł, bo pozwala on głębiej przeżyć uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa.

Ks. dr Mariusz Bernyś, polonista i teolog, poeta i autor wielu książek, ukazuje, że Polska drugą ojczyzną kultu Serca Pana Jezusa. Pisze m.in.: Polska jest dzisiaj jednym z nielicznych krajów w Europie, w których kult Serca Bożego jest nadal bardzo żywy. W tym kulcie jest zawarty program świętości, z którego korzystało wielu polskich świętych.

Artykuł Magdaleny Szwarockiej pt. Chrystocentryczny święty przybliża postać świętego Jana z Dukli. Żył on w XV w. i choć w opinii społecznej świętość życia Jana z Dukli była niewątpliwa, dopiero w 1733 r. papież Klemens XII zaliczył naszego rodaka w poczet błogosławionych, a Jan Paweł II w 1994 r. w Krośnie w poczet świętych.

Z rozmowy Ewy Czumakow z Marcinem Kowalewskim CMF, założycielem muzycznego zespołu Fragua (Kuźnia), dowiadujemy się, że przestrzeganie wszystkich ślubów zakonnych wynika z przestrzegania ślubu posłuszeństwa, bowiem jeśli ktoś umie być posłusznym, to będzie dbał o cnotę ubóstwa i czystości. W artykule jest też sporo informacji o założycielu zakonu klaretynów Antonim Marii Claret, pochodzącym z hiszpańskiej rodziny. Podkreśliłem sobie jego ważną myśl: Nie mów ludziom o Chrystusie, jeśli cię o Niego nie pytają, ale żyj tak, żeby cię o Niego pytali.

Zawsze chętnie sięgam do lektury Jana Gacia, historyka, znawcy i przewodnika Ziemi Świętej, autora 17 książek i ponad 300 artykułów dotyczących sztuki, religii i historii, członka Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy O/Łódź, pt. Misja Hiszpanii wyzwaniem na przyszłość. Jest to krótki (z konieczności), ale pasjonujący artykuł o roli Hiszpanii w ewangelizowaniu Europy. Warto ten esej przeczytać nawet parę razy, aby zapamiętać najważniejsze momenty w dziejach tego państwa o wielkiej kulturze i znaczeniu w dziejach naszego kontynentu.
Tomasz Rzymkowski, członek Rady Głównej i dyrektor Oddziału Okręgowego Civitas Christiana w Warszawie świetnie wypunktował końcową kampanię i debatę kandydatów na prezydenta RP w artykule pt. Internetowy budyń pokonał telewizyjny bigos. Z dużym kunsztem w krótkiej relacji ujął cały problem i omówił krytycznie.

Mam tylko pewne obiekcje co do rozważań architekta Michała Fabisiaka, prezesa Stowarzyszenia Dzielny Tata, który w artykule pt. Ojcowski thriller sądowy przedstawia swój dramat z odebranym mu sądowo kilka lat temu małoletnim synem. Jeden z fragmentów artykułu ma podtytuł: Jak się kończy małżeństwo. Z tekstu artykułu dowiadujemy się – choć bez tytułu – jak się ono zaczęło. Mianowicie, żonę autor poznał przez internet. Nie zachwyca mnie ten sposób znajdowania towarzyszki życia, jest wiele innych, znacznie pewniejszych możliwości poznania i ugruntowania się w przekonaniu o właściwym wyborze, rzutującym przecież na całe przyszłe życie. Co tu narzekać, że historia życia kończy się rozwodem i kłopotami sądowymi z „przydziałem” dziecka. Tak to jest, że sądy najczęściej przyznają prawo do opieki nad dzieckiem matce, w przypadku rozpadu małżeństwa. Nie jest to jakiś szczególny ukłon w stronę kobiet, ale zwykłe doświadczenie życiowe. Po prostu kobiety-matki zwykle lepiej wypełniają obowiązki opiekuńcze i wychowawcze. Trudno! Jak mówi O. Tadeusz Rydzyk: Widziały gały, co brały. A internet to jednak niedostateczny sposób – może maniera – poznania się i skutki mogą być i bywają niestety często fatalne. Artykuł może być ostrzeżeniem dla wielu spóźnionych kandydatów na małżeństwo. Przecież w tym wieku jest się już dojrzałym, doświadczonym człowiekiem, nawet z dużym dorobkiem zawodowym. Po co ryzykować? Ostatnio lansowany jest jeszcze gorszy, ekstrawagancki sposób szukania żony, sposób „zapachowy” przez wąchanie koszuli nocnej oferowanych wybranek. Czy mamy zgłupieć doszczętnie?

Trudno tu omówić, zwłaszcza szczegółowo, wszystkie artykuły. Wszystkie są wartościowe, pisane wspaniałą polszczyzną przy doskonałej redakcji Marcina Kluczyńskiego (działacza Oddziału Łódzkiego Civitas Christiana) i rzadko spotykanej dbałości o skrzętną korektę i dobrą interpunkcję. Cieszmy się, że mamy co czytać, wzbogacać swą wiedzę i budować naszą osobowość. Nie żałujmy czasu na świetną lekturę. Dziękujmy Bogu, że jest taka możliwość!

***

Izabela Maria Trelińska
Upadek, kryzys czy śmierć sztuki?
Bylejakość w sposobie ubierania się. Bez żenady noszenie na ulicy krótkich spodenek i japonek na stopach (jak na plażę), nawet mężczyźni, co dawniej było nie do pomyślenia! Bylejakość w sposobie wypowiadania się; wulgaryzmy co drugie słowo, moja tęsknota do ważnych, głębokich rozmów, które dają do myślenia, rozwoju, bogactwa i radości obcowania z pięknem języka. Bylejakość w rozróżnianiu prawdy, uczciwości, odpowiedzialności, wytrwałości, która przewyższa doskonałość. Bylejakość w kierowaniu Państwem.

Dawanie złych przykładów, posługiwanie się kłamstwem, oszustwem. Wprowadzanie chaosu, niszczącej destrukcji. Deprawacja dzieci i młodzieży. Czy na takim podłożu może zrodzić się potrzeba obcowania ze sztuką, z wyższymi wartościami? Galerie sztuki świecą pustkami! Nikt nawet nie wchodzi do punktów sprzedaży obrazów czy to nie grozi zagładą sztuki? Likwidowane są „masowo” punkty oprawy obrazów i sprzedaży gotowych ramek różnych wielkości. Czy zostanie nam odebrana radość wchodzenia do galerii i patrzenia na różnorodność w twórczości?

Takie myśli zrodziły się w moim umyśle i sercu obserwując zamykane sklepy i oglądając napisy z numeru telefonu „do wynajęcia”. Na pewno jeszcze istnieją ludzie, którym zależy na tym, żeby „czegoś wartościowego” dokonać. Sprowadzić dzieła sztuki do kraju z odległych miast, muzeów. Taka właśnie, godna polecenia wystawa, została otwarta 25 czerwca w Muzeum Narodowym w Krakowie. Wystawa sztuki orientu. Bardzo zachęcam. Sama jestem ogromnie zainteresowana obejrzeniem tej ekspozycji, której sprowadzenie kosztowało 3 miliony złotych!

Twórczość wielkich destruktorów sztuki tradycyjnej z początku XX wieku jest dzisiaj odbierana jako wartość historyczna, akademicka. Nikt już nie walczy z jej tezami. Coś, co dawniej odbierano jako rewolucyjne, dziś uznaje się za estetyczne. Dotyczy to także w dużym stopniu sztuki Picassa. Picasso, mimo że jego „ Panny z Avignon” uznano za pierwsze i najważniejsze dzieło awangardy, dziś pociąga nas przede wszystkim urodą swego malarstwa. Moc prowokacji ulotniła się; przesłania ideologiczne przebrzmiały; zostały walory poetyckie, został warsztat, kolor, forma. Picasso nigdy nie sprzeniewierzył się malarstwu, jak czynił to programowo Marcel Duchamp. Całe moje życie artysty było i jest niczym innym, jak stałą walką przeciwko śmierci sztuki – w tych słowach Picassa zawiera się rzeczywisty cel jego pracy. Daleki był również od abstrakcji. Mówił o sobie jak każdy Hiszpan jestem realistą. Do roku 1906 jego malarskie widzenie było tradycyjne, później, aż do końca życia stale powracał do warsztatu realistycznego. Usunięcie figuracji, pozbawienie malarstwa poetyckich symboli i aluzji, uważał za rodzaj kastracji. Twierdził, że abstrakcja – to śmierć sztuki, ponieważ inspiracja przychodzi zawsze ze świata, z życia, a nie z intelektualnej kalkulacji. Picasso nie potrafił się oprzeć uwodzicielskiej sile kultury łacińskiej i jej „mocnemu” przywiązaniu do natury i do obrazowania. Naturę badał różnymi metodami, nie uważał jednak swoich licznych sposobów malowania za ewolucję.

Ponieważ sztuce obce jest pojęcie postępu, nie ma sensu wskazywać, który z jego licznych stylów był najlepszy: błękitny, różowy, kubistyczny.

Historia bywa okrutna dla dzieł w stopniu nie mniejszym niż dla ludzi. Lecz dzisiaj, z perspektywy czasu, dwa obrazy Picassa wydają się być najbardziej charakterystyczne i znaczące ponad pozostałe: „Guernica” z 1937 r. i „Panny z Avignon” z 1907 r.

„Guernica” – genialny protest przeciw faszystowskiemu okrucieństwu i wojnie w ogóle; była pełną syntezą dotychczasowej twórczości Picassa. To biało-szaro-czarne płótno stanowiło wstrząs moralny.

Wstrząsem czysto artystycznym były „Panny z Avignon”, przy czym Avignon nie jest tu zapewne nazwą miasta, a ulicy w Barcelonie, pełnej czerwonych lampek. To pierwsze dramatyczne poszukiwanie syntezy, niedopowiadania, deformacji, geometryzacji, pokazywanie przedmiotów, ludzi z różnych punktów widzenia, rezygnacja z piękna. To pierwsze dramatyczne poszukiwanie syntezy, leżało w pracowni Picassa i dopiero po latach doceniono jego rewolucyjną wartość.

Picasso ulegał niezliczonym wpływom, od El Greco, po maski murzyńskie i dzieła wielkich mistrzów. Wszystko co zobaczył umiał przekształcać w tyglu swego talentu.

Wolty i „zamachy” Picassa zdumiewały, szokowały i dezorientowały współczesnych do tego stopnia, że przynajmniej do 1940 roku – jego wielkie odkrycia interpretowano jako chorobliwą wszechstronność, chaotyczność i brak wyraźnej osobowości. Louis Gillet pisał w roku 1937: Kartą piekieł jest nieszczęście, które nie przydarzyło się żadnemu innemu artyście, a polegające na tym, że Picasso maluje bez miłości, bo nie potrafi kochać. Połączenie genialnego zmysłu plastycznego, niezwykłej wirtuozerii malarskiej i absolutnego nihilizmu – oto tragedie tego człowieka. W 30 lat później to samo powtórzył brytyjski krytyk John Berger w „Sukcesie i porażce Picassa”.

Do tego chóru dołączyli też koledzy malarze. Wielki Maurice de Vlaminck warczał z gniewem: cynik bez charakteru, prowadzący malarstwo francuskie w niebezpieczny zaułek – oto czym jest Picasso – gdzie u niego uczucia? Gdzie twórcza konstrukcja? Nic prócz szarpania nerwów, błazenady, żonglerki i łamigłówek – to co niezdrowe – uważa się za oryginalne, fałsz bierze się za piękno. I jeszcze M. Chagall: cóż za geniusz. Szkoda, że nie maluje. Wylewano mu na głowy jezioro pomyj : Belzebub, Faust, Landru, stukmistrz, alchemik, hiena etc.

***

Jacek Kędzierski
„Powstanie czerwcowe” włókniarzy łódzkich

Wydarzenia sprzed 110 lat w Łodzi, zwane „powstaniem czerwcowym”, dla większości poszły w zapomnienie i tylko niewielka „ultralewicowa” grupka przypisuje im jakiekolwiek znaczenie, chyba niesłusznie pozytywne. Kwerenda historyczna daje podstawy do jednoznacznie negatywnej oceny tamtych wydarzeń, zarówno co do przyczyn, przebiegu, jak i następstw.

Jeżeli chodzi o przyczyny zajść łódzkich w czerwcu 1905 roku to szukać ich należy w prowokacjach „zaczepnych” zarówno ze strony carskiej Ochrany, jak i ze strony „socjałów”, zarówno ze strony SDKPiL-u, jak i żydowskiego „Bundu”.

Las Łagiewnicki, wtedy położony na północ od Łodzi, a dziś stanowiący północne krańce miasta, był celem robotniczych, masowych majówek, podczas których esdekapeilowscy lub pepeesowscy aktywiści przeprowadzali ideologiczne agitacje. 18 czerwca tamtego roku (Zielone Świątki) również taką wycieczkę zorganizowano. W godzinach popołudniowych na Bałutach, w okolicach ul. Franciszkańskiej, do zwartej kolumny powracających do domów przybliżył się patrol kozacki. Padło kilka strzałów, przy czym nie ustalono, kto je oddał. Pierwsze strzały padły w stronę Kozaków, ale czy to strzelali lewaccy, czy też rosyjscy prowokatorzy z Ochrany, tego nie ustalono. Spowodowały one atak Kozaków na tę kolumnę robotników. Rany odniosło wielu niewinnych, a kilku robotników poniosło śmierć.

20 i 21 czerwca odbyły się pogrzeby ofiar kozackiej szarży z 18 czerwca, które przerodziły się w manifestację rozgromioną przez Rosjan. W pogrzebach tych brało udział po kilka tysięcy ludzi. Podczas jednego z nich doszło podobno do gorszącego incydentu. W następstwie naporu tłumu, trumna ze zwłokami została upuszczona na ziemię. Pogrzeby kończyły się ulicznymi manifestacjami, które starali się rozproszyć Kozacy. W następstwie ich szarż 21 manifestantów poniosło śmierć. Kolejne pogrzeby przebiegły w miarę spokojnie i wszystko wskazywało na to, że sytuacja w Łodzi została opanowana.

Zbliżało się Boże Ciało. Zaniepokojony napiętą sytuacją w mieście Łodzi Abp Wincenty Teofil Chościak-Popiel, w obawie by nie doszło do profanacji Najświętszego Sakramentu, zakazał organizowania procesji Bożego Ciała. Natychmiast do stolicy udała się delegacja łodzian, by ubłagać cofnięcie zakazu. Zostali wysłuchani i procesje odbyły się bez żadnych zakłóceń, z uwagi na to, że porządku pilnowała specjalnie zorganizowana straż porządkowa. Jeszcze w środę przed świętem „socjały” z SDKPiL-u i „bundowcy” rozpowszechniali wprost niewiarygodne informacje, które podburzały społeczeństwo. Rozgłaszano nieprawdziwe informacje, jakoby w prosektorium żydowskiego szpitala przechowywano zwłoki kilku żydów poległych w manifestacjach i odmawiano ich wydania w celu pochówku. Zmobilizowano tysiące żydowskich zwolenników SDKPiL-u i Bundu, a do miasta Łodzi ściągnięto setki takich osobników z okolicznych miejscowości. Kiedy zebranym przed żydowskim szpitalem masom oświadczono, że żadnych zwłok nie posiadają, ci utworzyli kolumnę i skierowali się przez Nowy Rynek do ulicy Piotrkowskiej. Jako że była to pora końca zmiany, wychodzący z fabryk robotnicy, bądź to przyglądali się zgromadzeniu, bądź też przyłączali się do pochodu, w wyniku czego liczba jego uczestników stale rosła. Szli, niosąc kilka pustych trumien, i na każdym ze skrzyżowań pochód zatrzymywał się, a aktywiści wygłaszali „mowy”. Po minięciu ul. Głównej do szturmu ruszyli Kozacy i rozproszyli tę manifestację. Była środa wieczorem przed świętem Bożego Ciała. Na 24 godziny lewaccy „żydkowie” uspokoili się i w mieście Łodzi zapanował spokój. Miasto, z obawy, by ręka „ulicznej sprawiedliwości” ich nie dosięgła, masowo upuszczały średnie i niższe warstwy żydostwa.

22 czerwca wieczorem wybuchło powstanie zbrojne. Nagromadzony w mieście materiał ludzki – lumpenproletariat żydowskiego pochodzenia wybuchł z całą siłą. Na ulicy Wschodniej została zaatakowana kompania piechoty i pół sotni Kozaków. Nocą z 22 na 23 czerwca na ulicach Łodzi wzniesiono ponad 100 barykad. Przystąpiono do niszczenia mienia, a zwłaszcza sklepów monopolowych. Na ul. Aleksandrowskiej obalano słupy telegraficzne, a na ul. Widzewskiej zaatakowano i zdemolowano dom publiczny.

Władze przystąpiły do działań. Do pacyfikacji skierowano sześć pułków piechoty, dwa pułki kawalerii oraz pułk Kozaków. Najbardziej krwawe walki miały miejsce na barykadach wzniesionych na rogu ulic Wschodniej i Południowej, ul. Północnej. W innych rejonach miasta panował spokój, także na Widzewie, w okolicach szosy rokicińskiej. Zebrała się tam zaledwie garstka młokosów, którzy udali się do parku Źródliska. Przy „Quelli”, zza parkanu zdołali ostrzelać patrol kozacki. Źródła podają, iż tego dnia zginęło 160 osób.

24 czerwca padły ostatnie barykady na ulicy Wschodniej. Do miasta powracał spokój, a wraz z nim żydowska klasa średnia i rodziny górnych warstw, które w środę przed świętem Bożego Ciała w panice, pośpiesznie opuszczali swoje domy. Następstwem „powstania”, a raczej zajść czerwcowych w Łodzi, prócz strat w ludziach (tysiące rannych i setki zabitych) oraz zniszczeń materialnych, było wprowadzenie przez władze stanu wojennego. Ogólna ocena tamtych „wypadków” musi być negatywna i współgrać z ogólną oceną rewolucji 1905-1907 w Kongresówce, jakiej dokonał laureat Literackiej Nagrody Nobla w 1905 roku Henryk Sienkiewicz: Nie wolno nam zapominać o tym, co się działo na polskiej ziemi w ostatnich czasach. Brzmią jeszcze w uszach niepodobne do wiary okrzyki: „precz z Polską!”, wydawane na ulicach Warszawy i innych miast w Królestwie; stają nam jeszcze w oczach drukowane paszkwile na Orła Białego w pismach nierosyjskich i nierządowych. Pamiętamy, z jaką usilnością odwodzono ludzi od idei polskiej i od miłości ojczyzny. Byłoby złudzeniem mniemać, że tych ludzi już nie ma lub że jest ich garstka nieznaczna. Barbarzyński i pozbawiony mózgu socjalizm krajowego wyrobu oraz jego zagraniczny dla krajowego użytku surogat, ogarnęły spore zastępy, zwłaszcza w klasie robotniczej i zrobiły swoje. Mieliśmy przecież i usiłowania rewolucyjne – tę marną i niedołężną córkę niedołężnej rewolucji rosyjskiej. Rzuciła ona w ślad za matką kilka bomb, zabiła kilkudziesięciu rosyjskich policjantów, kilkuset polskich obywateli, a w końcu przeszła w to, w co musiała przejść właśnie dlatego, że nie była narodową, w zwykły bandytyzm. W 1863 r. były krwawe nieszczęścia, nie było krwawego błota.

Kierując się wynikami własnych badań nad źródłami poznania tamtych wydarzeń oraz ich Sienkiewiczowską oceną, skierowałem list otwarty do Pani Prezydent Miasta Łodzi Hanny Zdanowskiej i Pani Wojewody Łódzkiej Jolanty Chełmińskiej, które objęły patronat honorowy nad tymi, zaplanowanymi przez niewielką lewacką grupkę eventami, mającymi uczcić 110. rocznicę tamtych łódzkich wydarzeń. Wyraziłem w nim moje, jako mieszkańca Łodzi, poważne zaniepokojenie ich postępowaniem i zaapelowałem o wycofanie honorowego patronatu nad tym wydarzeniem.

Uważam, że tamte, niewątpliwie nieszczęsne dla kraju i miasta Łodzi, wydarzenia zaliczyć wypada do kręgu tych, które w pamięci, ku przestrodze zachować należy, ale w żadnym razie nie powinny być one powodem do uroczystego celebrowania, ani też nie zasługują na obejmowanie nad takim celebrowaniem honorowego patronatu ani przez Panią Wojewodę – przedstawiciela rządu RP w województwie łódzkim ani też przez Panią Prezydent Miasta Łodzi.

***

Teresa Szemerluk
Wola Zaradzyńska ma nowy kościół

W 2008 r. w Woli Zaradzyńskiej erygowano parafię Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy, której proboszczem został Ksiądz Grzegorz Adamek. 21 czerwca 2015 r. miała miejsce uroczysta konsekracja kościoła.

W 2011 r. zapadła decyzja o budowie kościoła, a po 4 latach nastąpiło uroczyste wejście, poświęcenie ołtarzy, wprowadzenie Najświętszego Sakramentu i relikwii Jana Pawła II oraz wprowadzenie wiernych do nowej świątyni. Mszy świętej przewodniczył Ks. Abp Senior Władysław Ziółek, który w tym dniu obchodził też swoje święto – 80. urodziny, imieniny i 35. rocznicę sakry biskupiej.

We Mszy św. uczestniczyło wielu księży z dekanatu pabianickiego, parafianie, zaproszeni goście, poczty sztandarowe z jednostek OSP z parafii. Były wielkie emocje, wzruszenia, życzenia, podziękowania i kwiaty. Kościół ma 3 ołtarze, a cały wystrój zasługuje na najwyższe uznanie. Ks. Abp Ziółek na zakończenie i pożegnanie powiedział, że nasz kościół to „perełka”. Po Mszy św. wszyscy uczestnicy uroczystości zostali zaproszeni na pyszne ciasto, grochówkę i inne towarzyszące świętu atrakcje.

***

Paweł Jaszczak
Muzułmanie chcą przejmować kościoły we Francji
W Anglii muzułmanie przejmują szkoły, zamieniając je w ortodoksyjne islamskie uczelnie, kształcące arabskie dzieci w duchu Koranu. We Francji nie poprzestają na budynkach świeckich – religijni aktywiści zabiegają o przejęcie opustoszałych kościołów katolickich.

Każdy islamista jest ortodoksyjnym wyznawcą Allaha i za przejmowaniem katolickich najczęściej kościołów opowiadają się w zasadzie wszyscy muzułmańscy emigranci, nawet ci uchodzący za najbardziej umiarkowanych – pisze tygodnik „Famille Chrétienne”. W ostatnim numerze periodyk podsumowuje debatę, jaką wywołał wniosek Dalila Boubakeura, zwierzchnika wspólnoty muzułmańskiej we Francji, aby przekazywać jego wiernym opustoszałe kościoły.

Na szczęście Francuzi są oburzeni. Okazało się, że są oni wciąż przywiązani do chrześcijańskiego dziedzictwa swego kraju, nawet jeśli nie chodzą już regularnie do kościoła. Potem głos zabrali również poszczególni Biskupi; niestety, nie zajął oficjalnego stanowiska Episkopat Francji.

Pomimo wyraźnego sprzeciwu francuskiego społeczeństwa, muzułmanie nie rezygnują z idei przejmowania katolickich kościołów. Francuski tygodnik katolicki zwraca uwagę, że kontrowersyjna propozycja zwierzchnika muzułmanów nie była medialnym lapsusem. Podobny wniosek przedstawił on również w wydanej właśnie książce pod tytułem „Lettre ouvert aux Français” (List otwarty do Francuzów). Popierają go w tym także muzułmańscy intelektualiści i przedstawiciele tak zwanego umiarkowanego islamu.

***

Sabina Witkowska
Jubileusz Księdza Arcybiskupa
„Deum et animam scire” („Znać Boga i ducha”) – to tytuł Księgi Jubileuszowej, wręczonej Ks. Abp. Prof. Markowi Jędraszewskiemu Metropolicie Łódzkiemu przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu z okazji 35. rocznicy pracy naukowej na Wydziale Teologicznym tej uczelni. Uroczystość wręczenia Księgi odbyła się 25 czerwca w Poznaniu.

Pozycja została przygotowana i wydana przez Zakład Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, którego Ks. Abp Jędraszewski był założycielem i pierwszym kierownikiem.

Podczas uroczystości została przedstawiona postać Księdza Arcybiskupa Metropolity Łódzkiego jako pasterza Kościoła, profesora, naukowca, filozofa, teologa oraz wykładowcy i duszpasterza akademickiego, a laudacje wygłosili Ksiądz Profesor dr hab. Jan Grzeszczak i Pan Profesor dr hab. Krzysztof Stachewicz, kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Prof. dr hab. Krzysztof Stachewicz, mówiąc o drodze naukowej Jubilata podkreślił, że cała naukowa twórczość Abpa Profesora Marka Jędraszewskiego wpisuje się w tradycję augustyńską i jest pośrednią polemiką z kantowskim rozerwaniem więzi pomiędzy – niemożliwym zresztą na gruncie czystego rozumu u Kanta – poznaniem Boga i poznaniem człowieka. W swej autoprezentacji naukowej, którą napisał do Księgi Pamiątkowej, właśnie w duchu św. Biskupa z Hippony, mówi o pasji, jaką było i jest dla niego odkrywanie i przekazywanie prawdy dotyczącej człowieka i Boga . Pomiędzy prawdą o osobie ludzkiej i prawdą o Bogu zachodzi w jego myśleniu organiczna jedność, jest ona na wiele sposobów ukazywana i uzasadniana. Poszukuje on tej prawdy na wielu drogach, niemniej najważniejszą jest dla niego, jak się wydaje, droga badań filozoficznych.

W swoim wystąpieniu prof. Stachiewicz podkreślił też zasługi organizacyjne Ks. Abp. Jędraszewskiego, który stworzył, i przez 14 lat kierował, Zakład Filozofii Chrześcijańskiej, powołał periodyk naukowy „Filozofia Chrześcijańska”, doprowadził do wydania serii książkowej „Biblioteka Filozofii Chrześcijańskiej”. W Zakładzie Filozofii Chrześcijańskiej – podkreślił prof. Stachiewicz – Abp Marek zarażał nas swymi pasjami, stwarzał przestrzeń wolności, stymulował rozwój naukowy (…), wyciągał pomocną dłoń w sytuacjach trudnych, interesował się naszym życiem pozanaukowym, duchowo towarzyszył na wielu zakrętach. Mówiący te słowa doświadczał Jego czynnej życzliwości niezliczoną ilość razy, przynajmniej kilka z nich zachowując w nieustannie wdzięcznej pamięci.

Ks. Prof. dr hab. Jan Grzeszczak wspominał drogę naukową i kapłańską Dostojnego Jubilata, budzenie się Jego filozoficznej pasji, ogromną wrażliwość na sprawy związane z naszą Ojczyzną, zasługi na rzecz popularyzacji nauki Ojca Świętego Jana Pawła II. Podkreślił też niezwykłą inicjatywę Ks. Abp Jędraszewskiego w Kościele łódzkim, jaką są cieszące się wielkim uznaniem wiernych Dialogi w katedrze. Ks. prof. Grzeszczak nazwał je ukoronowaniem intelektualnej drogi Dostojnego Jubilata. – Ex abundantia enim cordis os loquitur (Albowiem z obfitości serca mówią usta) – wiemy o tym dobrze i dziękujemy Ci, Księże Arcybiskupie, za ten piękny przykład intelektu wprzęgniętego w biskupią posługę wobec tych, którzy są blisko i tych, którzy są daleko – zakończył swoje wystąpienie Ks. prof. Grzeszczak.

Ks. Abp Marek Jędraszewski jest autorem 22 książek i ok. 160 artykułów i rozpraw – to podręczniki i pomoce dydaktyczne, teksty poświęcone historii Kościoła poznańskiego, filozoficzne, poruszające problemy wolności i moralności.

***

 

Grzegorz Wróbel
Zamordowani na „nieludzkiej ziemi”

Ludobójstwo dokonane na elicie polskiego społeczeństwa w 1940 r. przez sowieckie władze „…bez wzywania aresztowanych i przedstawiania zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia […] rozpatrzyć w trybie specjalnym, z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelanie” (fragment decyzji z 5 marca 1940 r., podpisanej przez Stalina).

O przeprowadzonej zagładzie niemal 22 tysięcy polskich obywateli tylko tym jednym sowieckim rozkazem wspominamy w sposób nieskrępowany od niedawna. Nie przestają zabiegać o ujawnienie pełnej prawdy o tej okrutnej zbrodni środowiska „Rodziny Katyńskiej” i „Rodziny Policyjnej 1939”, gromadzące w swych szeregach członków rodzin pomordowanych. Społeczeństwo i rodziny nadal czekają na ujawnienie miejsc „Dołów Śmierci” dla ponad 7 tysięcy zgładzonych z tzw. listy ukraińskiej i białoruskiej.

Szacuje się, że pośród ofiar, (w granicach administracyjnych z 1939 r.) ok. 1200 osób, było związanych z Łodzią i województwem łódzkim. Wśród represjonowanych było kilkudziesięciu duchownych różnych wyznań. Jako „służytiele kulta” każdy z nich był pod specjalnym nadzorem NKWD.

Odnalezione zapiski oraz inne relacje wielokrotnie sygnalizują organizowanie w obozach Mszy świętych, nabożeństw, wspólnych modlitw, śpiewów modlitewnych. Dramatyzm sytuacji sprawiał, iż ilość indywidualnych wewnętrznych przeżyć religijnych była znacząca.

Po porozumieniu z ZSRR Ambasada RP w Kujbyszewie, na podstawie relacji ocalałych jeńców, byłych zesłańców itp., 22 grudnia 1941 r. poszukiwała 55 duchownych. Na podobnych zasadach Jędrzej Tucholski sporządził listę 45 kapłanów różnych wyznań represjonowanych na terenach ówczesnego ZSRR.

Podczas kwerendy, pośród 3435 nazwisk listy ukraińskiej udało się dodatkowo wyszukać nazwiska następujących kapłanów:
Bączkowski Tadeusz, syn Kajetana i Emilii, ur. 1877 r., ksiądz kanonik z Kiwerc, wywieziony w 1940 r.
Matzner Stanisław Klemens, ur. 07.03. 1891 r., ksiądz kapelan, administrator we Lwowie.
Teleżyński Michał, syn Fiodora i Marii, ur. 1886 r. we Włodzimierzu Wołyńskim, duchowny prawosławny, poseł na Sejm RP. Aresztowany w grudniu 1939 r. jako były petlurowiec więziony do 29 kwietnia 1940 r. we Włodzimierzu Wołyńskim, następnie z grupą 30 mężczyzn przewieziony do Kijowa do więzienia NKWD. Zabrany z Kijowa 8 maja 1940 r. Dalej brak danych.
Tyszka Michał, syn Adolfa, ur. 1906 roku w Piotrowie. Kapelan (kapitan) KOP. Aresztowany 18 września oraz 20 grudnia 1939 r., więziony w Ruwnem. 28 marca 1940 r., przetransportowany do więzienia w Dniepropietrowsku. Sprawę 27 stycznia 1940 r., skierowano do OSO (Kolegium Specjalne) NKWD ZSRR.

Wśród zamordowanych warto upamiętnić sylwetki duchownych związanych z Łodzią – ks. Kazimierza Suchcickiego, ks. Józefa Kacprzaka, ks. Władysława Plewika.

Ks. generał Kazimierz Suchcicki, syn Mikołaja i Marianny z Wierzbowkich. Urodzony 8 listopada 1882 r. w Piotrowie, w pow. ostrołęckim. Absolwent Seminarium Duchownego w Płocku w 1905 r. W 1919 r. Kapelan 21 pułku piechoty. W 1920 r. kapelan w Obozie Szkół Podoficerskich. W 1922 r. zastępca Szefa Duszpasterstwa Okręgu Korpusu VI [dalej OK]. Od 1927 r. Szef Duszpasterstwa OK II , następnie Szef Duszpasterstwa OK IV – Łódzkiego. Mianowany dziekanem (pułkownikiem) w 1937 r. Więzień obozu w Kozielsku. Zamordowany w 1940 r. Spoczywa na obecnym Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu.

Postanowieniem Prezydenta RP z 29 czerwca 2012 nr 112-26-2012 mianowany pośmiertnie generałem brygady (nominacja po dwuletnich staraniach – GW).

Ks. kapitan rezerwy Józef Kacprzak, syn Tomasza i Marii z Golatowskich, urodzony 2 lipca 1886 r. w Nakwasinie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1913 r. Uczestnik wojny 1920 r. Wikariusz w Dobrem, Łowiczu, Powsinie, Tomaszowie w diecezji warszawskiej. Od 1925 r. w diecezji łódzkiej. Prefekt szkół w Łęczycy, proboszcz parafii w Tumie i Gałkowie. W latach 1935-1937 prefekt Szkoły Handlowej w Łodzi, kapelan szpitalny oraz więzienia przy ul. Sterlinga. W 1939 r. podniesiony do godności kanonika.

Jak wynika z dokumentów przechowywanych w Archiwum Archidiecezjalnym w Łodzi, ks. J. Kacprzak, uważał, że szkolnictwo jest mu „przeznaczone”, a swe obowiązki katechety wykonywał wzorowo: […] Ks. prefekt [Józef Kacprzak] posiada dużo walorów dydaktycznych, jak i dobrą wyraźna wymowę, uśmiech, pogodne oblicze. Sposób przeprowadzanych zajęć wspominała Zofia Kulińska-Wilczek: …Ks. Prefekt w sposób ciekawy prowadził lekcje religii. Był uzdolniony plastycznie. Często przekazywane wiadomości obrazował rysunkiem na tablicy (…) Do dziś (tzn. czasu powstania relacji) postać Księdza i te plastyczne przedstawione dzieje biblijne mam żywo w pamięci.

Warto przytoczyć także fragmenty relacji Stefana Nastarowicza świadczące o niezwykłej postawie ks. kapelana podczas uwięzienia w Ostaszkowie: Już 1 listopada 1939 r. spotkałem na tej wyspie (obóz Ostaszkowski był umieszczony na wyspie jeziora Seliger) księdza Józefa Kacprzaka, z którym się tam poznałem. Musiał przyjechać wcześniejszym transportem. Kiedy dowiedział się, że jestem z Łodzi i jak się znalazłem w obozie, zaproponował mi udział w cichej Mszy świętej za zmarłych i zaginionych podczas wojny. Msza odbyła się po południu w klasztorze Niłowa Pustyń znajdującym się na terenie wspomnianej wyżej wyspy, w modlitewnej przygnębiającej atmosferze. Mimo to nastrój był poważny i podniosły. Ołtarz zastępowała nakryta kocem skrzynia. Podobna uroczystość odbyła się z okazji Święta Niepodległości (11 Listopada). Księdza Józefa Kacprzaka spotykałem od czasu do czasu, dużo z nim rozmawiałem o naszych jenieckich losach…

W relacji także ciekawa wzmianka o nieudanej próbie wydostania się księdza z Ostaszkowa: W tym transporcie (do wyjazdu) znajdował się także ks. Kacprzak. W czasie wsiadania na statek został jednak rozpoznany przez oficerów sowieckich, prawdopodobnie po charakterystycznym czarnym płaszczu z aksamitnym kołnierzem oraz kapeluszu z dużym rondem, którzy wyłączyli go spośród wyjeżdżających i zawrócili do obozu w Ostaszkowie…(Relacja w zbiorach: Stowarzyszenie „Rodzina Katyńska” w Łodzi).

Pomimo poszukiwań, prób zebrania informacji o zamordowanych duchownych, dopóki nie uzyskamy pełnego wglądu do archiwów obecnej Federacji Rosyjskiej, akt przechowywanych na Białorusi i Ukrainie – lista będzie wymagała uzupełnienia.

Na prośbę „Rodziny Katyńskiej” w Łodzi przeprowadziłem kwerendę w Archiwum Archidiecezjalnym w Łodzi. Na podstawie zebranych tam materiałów ustaliłem, że Władysław Plewik, s. Pawła i Franciszki z domu Wójtowicz, urodził się 7 kwietnia 1905 r. w Bełżycach k. Lublina. Ukończył szkołę w Wilnie w 1925 r. Wyższe Seminarium Duchowne w Łodzi w 1934 r. Wikary w parafii Krzepców – 1934 r. Prefekt szkolny w Tomaszowie Mazowieckim 1936 – 1939. Podczas pobytu w WSD, praktyk w parafiach zyskał opinię: Był zawsze przykładem dobrego kleryka i Zawsze skromny i taktowny, [parafianie] cieszą się, że zostanie księdzem.

W teczce są także dokumenty potwierdzające liczbę godzin prowadzonej pracy katechetycznej, pozytywne opinie po wizytacji prowadzonych przez ks. W. Plewika zajęć. Ostatni dokument to prośba o urlop wypoczynkowy celem odwiedzin rodzinnego domu w Bełżycach z dnia 24 czerwca 1939 r. Ponadto w teczce jest interesująca informacja przesłana do Archiwum przez Grzegorza Widelskiego, krewnego ks. W. Plewika z roku 2005. W liście W. Widelski wspomina, że rodzina ks. Plewika otrzymała gryps z informacją: Obecnie jestem pod zaborem Sowietów w Szepietówce… spotkałem tutaj dużo znajomych księży, razem ze zwierzchnikiem z Łodzi. Jest także informacja, że matka księdza [Franciszka] otrzymała kartkę od syna ze Starobielska wysłaną 29 listopada 1939 r. Jestem niemal pewien, że owym „zwierzchnikiem z Łodzi” był ks. płk (pośmiertnie mianowany generałem) Kazimierz Suchcicki – szef duszpasterstwa DOK IV, zamordowany następnie w Katyniu.

Ks. Władysław Plewik był więziony w Starobielsku, został zamordowany w gmachu NKWD w Charkowie w 1940 r., spoczywa na Polskim Cmentarzu Wojennym w Charkowie –Piatichatki.

We wrześniu 1939 r. nasza diecezja liczyła 357 księży – 155 nie doczekało końca wojny.

***

Janusz Janyst
Patologie polskiego neoliberalizmu
Ukazała się właśnie, wydana przez wrocławskie „Wektory”, obszerna książka Pawła Bożyka pt. „Apokalipsa według Pawła. Jak zniszczono nasz kraj”.

Autor jest ekonomistą, absolwentem Wydziału Ekonomii Politycznej Uniwersytetu Warszawskiego, profesorem belwederskim, członkiem senatu Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych w Tokio. Opublikował setki artykułów i kilkadziesiąt książek. Był osobistym doradcą politycznym Edwarda Gierka, konsultantem Lecha Kaczyńskiego.

Apokalipsa nie została pomyślana jako książka naukowa, lecz publicystyczna (rozpoczyna się nawet i kończy dialogiem z żoną, Hanką). Podzielona na 15 rozdziałów (te zaś na podrozdziały), zawiera wątki autobiograficzne, wszelako tematem głównym jest najnowsza, ekonomiczna przede wszystkim historia Polski, analizowana począwszy od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Bożyk portretuje ważne postaci, przypomina również rozmowy, które odbył lub których był świadkiem. Słyszał np. jak PRLowski minister spraw wewnętrznych, Stanisław Kowalczyk, mówił Edwardowi Gierkowi, że Lech Wałęsa jest opłacanym od siedmiu lat agentem tajnych służb, a na teren stoczni dostarczony został przez bezpiekę motorówką Marynarki Wojennej. Strajki, zanim wymknęły się spod kontroli, były odgórnie sterowane. To był początek planowanego niezadługo „oddania władzy”.

W PRL opozycja walczyła z ustrojem, nie z Gierkiem, uważanym notabene przez Rosjan za szkodnika politycznego, bo zmieniał w Polsce system w odwrotnym (właśnie kapitalistycznym) kierunku. Zaciągane kredyty służyły głównie finansowaniu inwestycji. W latach siedemdziesiątych zbudowano 557 zakładów przemysłowych, stworzono trzy miliony miejsc pracy. Niektóre gałęzie przemysłu miały się naprawdę dobrze, np. obrabiarki sterowane numerycznie eksportowano do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo (w tym do USA i Japonii). Choć nastąpiło załamanie, to w latach osiemdziesiątych do spłaty kredytów pozostało 19,6 miliarda dolarów (niecałe 10% PKB). Obecnie zadłużenie zagraniczne jest 40 razy większe – wynosi 400 miliardów dolarów (60% PKB). W wyniku błędnej polityki transformacyjnej na gruzach często nowoczesnego przemysłu państwowego (elektronicznego, chemicznego, stalowego), po zlikwidowaniu ponad 650 przedsiębiorstw, utworzone zostały tysiące karłowatych zakładów, mogących w gospodarce światowej pełnić jedynie rolę uzupełniającą. Nie mamy już ani jednego wielkiego przedsiębiorstwa przemysłowego liczącego się w skali globalnej. Osobną sprawą jest szwankowanie służby zdrowia, edukacji itd. Wątpliwą pociechę może stanowić rozkwit gastronomii, a są tacy, których kontentują domy publiczne.

Autor omawia kolejno działalność poszczególnych rządów III RP, premierów, prezydentów, charakteryzuje partie polityczne. Istotne są wnioski. Polska miała szansę zbudowania kapitalizmu „z ludzką twarzą” pod nazwą społecznej gospodarki rynkowej takiej, jaka jest w Szwecji i innych krajach, gdzie wilcze prawa kapitalizmu wolnorynkowego zostały ucywilizowane. Dlaczego nowe polskie elity tego nie zrobiły – nie chciały czy też nie wiedziały? Raczej to drugie, były po prostu niekompetentne. O neoliberalizmie duża część wyznawców nowej religii ekonomicznej usłyszała po raz pierwszy wówczas, gdy znalazła się w parlamencie, rządzie, na wysokich urzędach w Warszawie i całym kraju. Balcerowicz był świeżo po „ideologicznym praniu mózgów” w Waszyngtonie, gdzie zapoznał się z amerykańskim rozumieniem wolnego rynku, całkowicie eliminującym udział państwa w gospodarce. Gdy przygotował pakiet ustaw sejmowych, nikt go nie pytał, jakie będą koszty „jego” transformacji. To na jego zamówienie dokonana została destrukcja polskiego przemysłu – tak pojmował on terapię szokową. Nastąpiła bezmyślna likwidacja wielkich przedsiębiorstw, np. stoczni (nowocześniejszych, niż niemieckie) i zakładów wysokiej techniki. Część z nich z powodzeniem mogła być konkurencyjna na rynku międzynarodowym. Chaotyczną prywatyzację, opartą na fałszywej z gruntu przesłance, że własność prywatna jest w każdym przypadku lepsza niż państwowa, należało przyhamować. Natomiast minister Janusz Lewandowski sprzedawał fabryki nawet za symboliczną złotówkę (Bożyk nie wspomina o towarzyszącej „transakcjom” korupcji, co naświetlił Witold Kieżun w Patologii transformacji). Prywatyzowane przedsiębiorstwa zawsze bankrutowały, nawet, gdy do spełnienia warunku opłacalności niewiele im brakowało. Fiskus dobijał z kolei opłacalne zakłady państwowe. Szybko zwiększało się bezrobocie. A skala bankructw była do uregulowania, wystarczyło zmniejszyć dewaluację złotego, nie likwidować do zera ograniczeń importowych i nie pozbawiać całkowicie eksporterów dopłat do oferowanych zagranicy towarów.

Politykę własnościową trzeba było podporządkować strategii rozwoju gospodarczego. Tymczasem za bezcen oddano również banki. W obcych rękach znajduje się dziś 90% kapitału bankowego (w innych krajach nie więcej niż 30%). Ogranicza to do zera możliwość manewru polityki gospodarczej. Należało też postawić tamę niebywałemu zróżnicowaniu dochodów. Z biedą kontrastują w szczególności zarobki milionerów wywodzących się na ogół z dawnej nomenklatury oraz służb. Uwłaszczeniu tych grup służyła misternie przygotowana akcja zrezygnowania z władzy przez PZPR.

Ci, którzy mieli inne spojrzenie na przyszłość systemu gospodarczego w Polsce (którzy postulowali choćby nawiązanie do powojennych doświadczeń Japonii, wstrzymującej prywatyzację fabryk do momentu postawienia ich „na nogi”, co umożliwiło korzystną sprzedaż), nic nie mogli zrobić. Zapanowała bowiem nowa cenzura. Wolność głoszenia poglądów dotyczyła wyłącznie tych, którzy wypowiadali poglądy „jedynie słuszne”.

W Polsce neoliberalny system stał się w praktyce całkowicie nieliberalny. Pod przykrywką 21 postulatów Solidarności wprowadzono rozwiązania polityczne i gospodarcze o celach zgoła przeciwstawnych, promujących olbrzymie zróżnicowanie społeczne, bezrobocie i szereg innych patologii. Wolność, o którą walczyła Solidarność, jest obecnie wolnością dla niektórych, a więc namiastką prawdziwej wolności. W III RP zmieniły się w stosunku do PRL jedynie podmioty wolność ograniczające.
Sporo uwagi poświęca ponadto autor problematyce światowych kryzysów finansowych. Kolejny, wynikający z globalizacji rynków finansowych i szybkiego zwiększania się kapitału spekulacyjnego, wydaje się nieunikniony. Polska jest do niego całkowicie nieprzygotowana.

Pewne wywody są może w Apokalipsie niepotrzebnie powtarzane, mimo to czyta się tę ważną – i wiejącą trochę grozą – pracę nieomal jednym tchem. Swoisty bonus stanowią ciekawostki, choćby informacja, że Pałac Kultury w Warszawie nie został zaprojektowany w ZSRR. To jeden z dziesięciu budynków podarowanych po II wojnie światowej ZSRR przez… Amerykanów.

***

Władysław Romin
W Ameryce skończyła się normalność
Jak powszechnie wiadomo, ryba psuje się od głowy. Co prawda demokracja to nie ryba, więc szczyci się tym, że ma przynajmniej trzy głowy: władze ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, ale praktyka dowodzi, że czego nie rozstrzygnie kilkuset deputowanych bądź posłów, to rozstrzyga kilku członków składu sędziowskiego.

Tak było w Ameryce, gdzie 27 czerwca br. Sąd Najwyższy zmienił definicję małżeństwa. Tak, tak, proszę Państwa. Pięciu sędziów przeciw czterem stwierdziło, że „małżeństwa osób tej samej płci” są od tego dnia uznane za „prawo konstytucyjne”. Sąd Najwyższy USA nie zatrzymał się na tym. Nakazał wszystkim stanom Ameryki, a jest ich w sumie 50, aby uznały homomałżeństwa za takie same, jak małżeństwo mężczyzny i kobiety. Rzeczą chyba najbardziej dotkliwą jest fakt, że orzeczenie sądu gwarantuje, iż nigdy nie będzie możliwy powrót do definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety!

W pierwszej reakcji po decyzji Sądu Najwyższego prezydent USA Barack Obama wypowiedział zdanie, które dziś cytują wszystkie zachodnie media: „love is love” – „miłość to miłość”. Wieczorem 26 czerwca Biały Dom mienił się kolorami tęczy. Rozumiecie teraz, dlaczego za ciężkie pieniądze utrzymują w Warszawie kiczowatą tęczę na Placu Zbawiciela w Warszawie?

Można z tego drwić, można wzruszyć ramionami, ale skoro klasa polityczna dzierżąca władzę w Polsce jest tak bezkrytycznie olśniona Stanami Zjednoczonymi, jak jest, to radzę zapamiętać opisany wyżej fakt, bo skłonność do kopiowania zdegenerowanych wzorców zza oceanu jest w Polsce przesadnie wysoka od 1989 roku.

Sąd Najwyższy stwierdził, że w Ameryce wszyscy mają prawo do równego traktowania i że Ameryka powinna być dumna z rozstrzygnięcia tych pięciu sędziów. Niech więc Amerykanie martwią się skutkami tej aberracji, to w końcu ich kraj. Niech jednak nie zatrzymują się w pół kroku, tylko uznają za małżeństwa związki szympansów, wilków i łabędzi. Bo małpy, jak wiadomo, wilki i łabędzie są monogamiczne, chociaż od szympansów wierniejsze małżonkowi są gibony. A jak się im uda ten eksperyment, to w kolejce czekają papużki nierozłączki. To, co darmo podpowiadam Amerykanom, nie jest żartem, bo jeśli podstawową misją małżeństwa nie ma być przekazanie życia, to i tak związki dwóch mężczyzn albo dwóch kobiet stoją w gradacji wartości społecznej niżej niż para zwierząt.

Moim Rodakom powiem tylko, że widać jest nam, Polakom, pisane być świadkami normalności i ładu w tym zdegenerowanym świecie, bo gdyby było inaczej to Amerykanie dawno przyznaliby Polakom prawo do bezwizowych podróży, a tak nie jedziemy do Ameryki i nie zarażamy się powszechnie ich dziwactwami.

Na potwierdzenie tego przypomnę, że niedawno odwołany ambasador USA w Polsce Stefan Mulle był równym gościem i bardzo dobrze mówił i rozumiał po polsku. Z pewnością Amerykanie zabrali go z powrotem do siebie, żeby nie nasiąkał tu zbytnio normalnością, bo po powrocie za ocean mógłby rozgłaszać poglądy i wartości, które w Polsce wciąż mają wielkie znaczenie.

***

Władysław Trzaska-Korowajczyk
Patron szkoły to wzór do naśladowania
W ostatnich tygodniach w Gdańsku rozpętała się burza. Na sesji Rady Miasta Gdańska podjęto uchwałę o nadaniu jednej ze szkół w tym mieście imienia Tadeusza Mazowieckiego. Tylko nieliczni radni zdawali sobie sprawę, kim był w PRL Tadeusz Mazowiecki. Przekłamujące rzeczywistość media, z „Gazetą Wyborczą” na czele, przemilczają fakty historyczne dotyczące tego ostatniego premiera PRL, a jednocześnie pod niebiosa wychwalają jego zasługi.

Na wspomnianej sesji Rady Miasta Gdańska radna Anna Kołakowska gwałtownie zaprotestowała przeciw haniebnej uchwale. Niestety niewielu radnych ją poparło i uchwała przy poparciu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, została przyjęta. Podobno swoje zastrzeżenia zgłosił IPN i do tej pory owa szkoła, na szczęście, nie ma swego patrona.

Tymczasem pani Anna Kołakowska poddawana jest różnym szykanom. Władze oświatowe Gdańska zastosowały różnego rodzaju represje w stosunku do Anny Kołakowskiej, nauczycielki jednej ze szkół w tym mieście, odznaczonej Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski. Sankcje są bardzo poważne, z groźbą zwolnienia dyscyplinarnego włącznie. Podobną karę przewiduje się dyrektorowi tej placówki Jolancie Kwiatkowskiej-Reichert. Pani dyrektor stanęła bowiem w obronie represjonowanej nauczycielki i spotkała się z co najmniej niechętnym, żeby nie powiedzieć wrogim, stosunkiem swoich zwierzchników.
W jakim kraju my żyjemy? Czy wolność słowa jest konstytucyjnym sloganem?

Tadeusz Mazowiecki zmarł w październiku 2013 r. Media i część świata polityki ogłosili, że zmarł pierwszy premier wolnej Polski. Czy rzeczywiście taką pozycją polityczną mógł się legitymować Zmarły? Uroczystości pogrzebowe miały niezwykle uroczysty charakter, pogrzebowi towarzyszył nawet Dzwon Zygmunta. Nikt po 1989 r., poza świętym Janem Pawłem II, nie miał tak uroczystego pochówku, nawet dwaj prezydenci: Lech Kaczyński i Ryszard Kaczorowski. Czym tak się zasłużył Tadeusz Mazowiecki, że politycy i nie tylko, od lewej do „prawej” tak czcili Zmarłego?

Niewielu ludzi pamięta początki politycznej drogi Tadeusza Mazowieckiego. Karierę dziennikarską rozpoczął w PAX Bolesława Piaseckiego, w „Dziś i Jutro” w 1949 r. Dobrze musiał zasłużyć się szefowi, bo w krótkim czasie został zastępcą redaktora naczelnego dziennika „Słowo Powszechne”, a następnie, w 1953 r., szefem „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego”. Tu trzeba przypomnieć, że były to czasy niezwykle trudne, wręcz dramatyczne dla Kościoła rzymskokatolickiego.

Na przełomie lat 40-tych i 50-tych reżim komunistyczny, pod wodzą Bieruta i Bermana, rozpoczął bezwzględną rozprawę z duchowieństwem katolickim, z jednoczesnymi represjami wobec wiernych. Na początku 1953 r. odbył się pokazowy proces duchowieństwa Kurii Krakowskiej. Zapadły trzy wyroki śmierci i kilka wyroków długoletnich więzień. Ohydny list potępiający oskarżonych podpisało 53 krakowskich intelektualistów, wśród nich m.in.: Wisława Szymborska, jej dwaj mężowie Włodek i Filipowicz, Jan Błoński, Sławomir Mrożek, Bruno Miecugow ojciec znanego dziś dziennikarza TVN i inni.

We wrześniu 1953 r. odbył się proces Biskupa Czesława Kaczmarka, pasterza Kościoła kieleckiego. Wiele przemawia za tym, że władza ludowa dokonała odwetu za to, że Biskup odsłonił prawdę o prowokacji kieleckiej z 1946 r., w której agenci UBP sprowokowali zamordowanie kilkudziesięciu Żydów w Kielcach. Do dziś ta ubecka zbrodnia nie do końca została wyjaśniona.

Po wyroku na ks. Bp. Czesławie Kaczmarku ukazał się parszywy artykuł potępiający księdza Biskupa jako agenta imperializmu amerykańskiego autorstwa redaktora naczelnego „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego” Tadeusza Mazowieckiego. Premier „przełomu” lat 80-tych i 90-tych nigdy nie wytłumaczył się z tego haniebnego tekstu.

Swoje credo polityczne zawarł w 1952 r. w książce napisanej wspólnie z Zygmuntem Przetakiewiczem, działaczem przedwojennej „Falangi pt. „Wróg pozostał ten sam”. Językiem reżimowej propagandy, skrytykował w sposób brutalny polską emigrację londyńską, która według autora dąży do rewanżyzmu i do kolejnej wojny. Słowami bierutowskiej propagandy i ubeckim językiem określił Żołnierzy Wyklętych jako zbrodniarzy szkodzących ludowej Polsce, a tacy powinni być bezwzględnie eliminowani. Ostro skrytykował dowódców powstania warszawskiego. W tej książce poparł rewolucję socjalną jaka odbywa się w Polsce Ludowej, a wszystkich jej przeciwni nazwał wrogami nowej rzeczywistości, snującymi mrzonki o powrocie burżuazyjnego, przedwojennego polskiego totalitaryzmu. Domagał się, by duchowieństwo katolickie wspierało nową rzeczywistość, a świeccy katolicy popierali wymuszone na Episkopacie oświadczenie, wymagające od wiernych poparcia dla nowej rzeczywistości.

W połowie lat 50-tych Tadeusz Mazowiecki, w oparciu o grupę młodych z PAX, utworzył „Frondę”, grupę rozłamową w stosunku do Bolesława Piaseckiego. Można tylko się domyślać, że ta akcja była aprobowana, żeby nie powiedzieć inspirowana, przez jakąś frakcję w KC PZPR. Ten „bunt” opłacił się Mazowieckiemu, mimo że nie wygrał z szefem PAX. Po 1956 r. założył „WIĘŹ” – miesięcznik lewego skrzydła w KIK, a w 1961 r. został wybrany do Sejmu PRL, w którym jako poseł Koła Katolickiego „Znak” zasiadał przez trzy kadencje. W tym czasie, w roku 1968, „Znak” zaprotestował wobec represjonowanych studentów. Nie jest wykluczone, że Mazowieckiemu chodziło przede wszystkim o „komandosów” i wszystkich określanych „rewizjonistami”, którzy niebawem nazwali się demokratyczną opozycją. Interesujące, że ze strony władzy ludowej nie spotkały go żadne represje, a być może za kilkanaście lat ta postawa zaowocowała teką premiera.

Rok 1980 strajk w Stoczni Gdańskiej. Pod bramą pojawiają się Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, zostali przywiezieni samolotem rządowym z Warszawy, w obecności funkcjonariuszy MSW. Kto tych dwóch panów delegował do Gdańska? Może tak sobie przyszli do Kiszczaka i poprosili o samolot, bo w imieniu prawdziwej opozycji pragną doradzać rodzącej się Solidarności jak obalić ustrój komunistyczny. W następnych latach związki Mazowieckiego z „demokratyczną opozycją” były dosyć ścisłe, a z kim jeszcze Geremek i Mazowiecki mieli kontakty, tego na razie nie wiadomo. Bez komentarza pozostawiam rady Geremka udzielane Jaruzelskiemu, co ma robić generał, aby w PRL był porządek, socjalistyczny oczywiście.

Przychodzi rok 1989 i są realizowane ustalenia z Magdalenki i Okrągłego Stołu. Nie udaje się powołać Kiszczaka na stanowisko premiera i funkcję tę satrapa PRL Wojciech Jaruzelski powierza Tadeuszowi Mazowieckiemu. Takiej funkcji pierwszy komunista PRL nie przekazałby człowiekowi, któremu nie ufałby co do dotrzymania umów okrągłostołowych. Premier Tadeusz Mazowiecki z zobowiązań wywiązał się znakomicie. Szef rządu kluczowe resorty ministerialne przekazał lekko przefarbowanym na liberałów komunistom, a resorty siłowe ludziom z ekipy Jaruzelskiego.

Czy ktoś dziś pamięta, że Tadeusz Mazowiecki, premier podobno wolnej Polski, sprzeciwiał się wycofaniu Armii Czerwonej z Polski?! Czy jest rzeczą normalną, że szef jakiegokolwiek suwerennego państwa wyrażał zgodę na obecność wojsk okupacyjnych na terenie swego państwa. A co robili „demokratyczni opozycjoniści” z Michnikiem na czele siedząc tygodniami w archiwach Służby Bezpieczeństwa? Kto wyraził zgodę na penetrowanie tajnych dokumentów, co nie tylko pozwalało na zdobycie wiedzy, ale pewnie i „czyszczenie zasobów z kompromitujących ludzi tzw. opozycji z zasobów archiwalnych SB, można też było wyłuskać materiały na „haki” na ewentualnych konkurentów. Tymczasem funkcjonariusze SB pod okiem Kiszczaka i Kozłowskiego czyścili akta tajnych służb PRL. Część, mniej ważną, pewnie spalono, ale te najważniejsze z nich gdzieś zostały ukryte i to niekoniecznie w Polsce.

Tymczasem Tadeusz Mazowiecki, jeszcze jako ostatni premier PRL z nominacji Jaruzelskiego, ogłosił z trybuny sejmowej ową haniebną dla Polski „grubą kreskę”. Umowa z Magdalenki została dotrzymana. Resorty siłowe pozostały w gestii postkomunistów, a funkcjonariusze SB albo przefarbowali się na funkcjonariuszy służb specjalnych III RP, albo stali się statecznymi biznesmenami. Żaden z nich za swoje zbrodnie nie poniósł kary, a wręcz odwrotnie korzysta z różnych przywilejów i apanaży.

„Gruba kreska” Mazowieckiego storpedowała lustrację i dekomunizację. Próby radykalnej lustracji skończyły się dla premierów Jana Olszewskiego w 1992 r. i Jarosława Kaczyńskiego w 2007 r. klęską wyborczą z siłami obawiającymi się dekonspiracji zdrady narodowej.

Lustracja nie została dokonana, nawet wtedy, gdy zdekonspirowano agenta, ten odwoływał się do niezawisłego sądu, w którym sędziowie, często o komunistycznych rodowodach, oddalali pozew lustratora. Brak dekomunizacji spowodował, że w polityce są obecni do dziś prominenci komunistyczni, tacy jak Kwaśniewski, Miller i wielu, wielu podobnych im aparatczyków. Jest jeszcze jedna grupa godna uwagi, to ludzie o komunistycznych korzeniach, ale w hierarchii rewizjonistów, stali ponad resztą „komandosów”. Środowiska wspomniane wyżej stanowią dziś aparat władzy, wspierany przez większość mediów. Tymczasem dziesiątki tysięcy tych, co z kamieniami szli na komunistyczne czołgi, dzisiaj kompletnie marginalizowani, zapomniani, schorowani cierpią biedę i zadają sobie pytanie „po co to nam było?”. W zimie 1989/90 po odwiedzeniu cmentarza w Katyniu, Mazowiecki wesoło bawił się i tańczył z Niezabitowską w jednej z knajp smoleńskich.

***

Zgierz uczcił ofiary ludobójstwa na Wołyniu
(MK)

11 lipca 2015 r., w 72. rocznicę „krwawej niedzieli” na Wołyniu, kilkadziesiąt osób wzięło udział w Apelu Pamięci Ofiar Wołynia, zorganizowanym przez zgierską Młodzież Wszechpolską.

Uroczystość na zgierskim Placu Stu Straconych pod tablicą „W hołdzie poległym i pomordowanym” rozpoczął Apel Pamięci. Następnie głos zabrał porucznik Tadeusz Łobanowski, weteran 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, który wspominał tamte tragiczne dni.
Po nim przemówił ks. Tadeusz Żurawski, również świadek rzezi na Wołyniu, który podkreślił, że potrzebne jest polsko-ukraińskie pojednanie, ale oparte na fundamencie prawdy. Ks. Żurawski odmówił także modlitwę za pomordowanych. Głos zabrał również przedstawiciel zgierskiej Młodzieży Wszechpolskiej, Kamil Klimczak: Dzisiaj z ust polskich polityków, również na wiecach w polskich miastach słychać zbrodniczy dla tysięcy Polaków okrzyk „Sława Ukrainie!”. My mówimy: Polska upomni się o każdego Polaka, od Zaolzia po Wołyń!
Na zakończenie Apelu zgromadzeni złożyli kwiaty i znicze pod tablicą i odśpiewali hymn narodowy.