Aspekt Polski nr 209

 

209

Iwona Klimczak, Łodzianie dali świadectwo wiary
Jak co roku w drugą niedzielę czerwca z Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej w Łodzi do bazyliki archikatedralnej wyrusza Archidiecezjalna Procesja Eucharystyczna, będąca pamiątką wizyty w Łodzi Ojca Świętego Jana Pawła II 13 czerwca 1987 roku. Tradycją uroczystości jest, że homilię wygłasza zaproszony przez Księdza Arcybiskupa Łódzkiego hierarcha Kościoła katolickiego. W tym roku do Łodzi przyjechał Ks. Abp Józef Kupny Metropolita Wrocławski.

W procesji uczestniczyli duchowni: kapłani i siostry zakonne ze zgromadzeń na terenie archidiecezji łódzkiej oraz tysiące wiernych z Łodzi i delegacje parafii z całej archidiecezji. Feretron z Najświętszym Sakramentem nieśli tegoroczni neoprezbiterzy.

Procesja zakończyła się przy łódzkiej bazylice archikatedralnej, gdzie, przy ołtarzu polowym, odprawiona została uroczysta Msza święta. Po zakończeniu procesji na placu przy Archikatedrze Łódzkiej obyła się Msza święta. Na początku uroczystości zebranych powitał Ks. Abp Marek Jędraszewski, Metropolita Łódzki, który przypomniał genezę Archidiecezjalnej Procesji Eucharystycznej: we Wrocławiu, w czerwcu 1987 roku, odbywał się Kongres Eucharystyczny. Była to okazja by po raz trzeci naszą Ojczyznę odwiedził Papież Polak. Właśnie w czasie tej pielgrzymki Ojciec święty Jan Paweł II przybył do Łodzi. To tutaj udzielił Komunii świętej dzieciom na łódzkim Lublinku, a później nawiedził tę katedrę. Następnie udał się do zakładów Uniontex, by spotkać się z ich pracownikami. Nawiązując do tradycji, jaką zapoczątkował Ksiądz Arcybiskup Władysław Ziółek, dziś gromadzimy się po raz kolejny by dziękować Chrystusowi za jego obecność w Eucharystii i za obecność Świętego Papieża w tym mieście.

Ks. Abp Jędraszewski przywitał zaproszonego gości: i wszystkich uczestników wydarzenia: Dziś na naszym Święcie witamy serdecznie Księdza Arcybiskupa, Józefa Kupnego, Metropolitę Wrocławskiego, który przybył tutaj by wraz z nami wspólnie się modlić i oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Witam obecnych kapłanów, szczególnie księży Neoprezbiterów, nadzieję Kościoła Łódzkiego. Witam drogich memu sercu wszystkich wiernych, oraz rodziny naszej diecezji. Wszystkich zapraszam do wspólnego uwielbienia Chrystusa w Eucharystii.

Homilię podczas Mszy świętej wygłosił Ks. Abp Kupny, który zwrócił uwagę na szczególne znaczenie Eucharystii w naszym życiu. w dzisiejszą uroczystość chcemy uczcić naszego Pana i Boga obecnego wśród nas pod postaciami chleba i wina. Chcemy go adorować i dziękować Mu za stałą obecność w naszym życiu (…). To On, Jezus Chrystus, jest obecny w naszej historii, jest obecny w naszym życiu, w naszej codzienności. Ks. Abp Kupny podkreślił, że ta obecność Chrystusa jest obecnością jakby na zewnątrz człowieka, natomiast przyjmując Komunię świętą wchodzimy w głęboki związek z Chrystusem: Jezus jest obecny we mnie, trwa we mnie, nie jest na zewnątrz mojej osoby, jest we mnie, a jednocześnie ja jestem w nim – mówił Metropolita Wrocławski.

Pasterz Kościoła wrocławskiego podkreślił też, że to nasze zjednoczenie powinno być trwałe. Aby tak było do przyjęcia Chrystusa należy się przygotowywać. Przypomina to hasło tegorocznego roku duszpasterskiego i hasło naszej uroczystości: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię – zauważył.

Każdy z nas potrzebuje nawrócenia, tzn. przemiany swego serca – mówił Metropolita Wrocławski. Często odczuwamy, że w naszym życiu trzeba coś zmienić albo coś naprawić. Potrzeba nam oczyszczać nasze serca, by Jezus czuł się w naszym sercu dobrze.(…) Muszę sobie odpowiedzieć zgodnie z sumieniem: Czy On mnie, może przyjąć takim jakim jestem? (…) Człowiek który stoi w prawdzie przed Bogiem i samym sobą nigdy nie może powiedzieć, że jest godzien przyjąć Boga do swego serca. Z drugiej strony myśl o naszej niegodności nie może nas powstrzymywać przed wchodzeniem w Komunię z Bogiem. Pamiętajmy, autentyczna postawa chrześcijanina wyraża się tym, że czyni wszystko co może, żeby się Panu Bogu podobać. Ale ma też świadomość swojej grzeszności. Stąd w czasie Mszy świętej słyszymy słowa: Panie nie jestem godny abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Jak podkreślił Ks. Abp Kupny, dziś chcemy wyrazić radość z obecności Chrystusa pod postacią chleba. I tę radość w tej procesji wyraziliśmy. Chcę serdecznie podziękować wam za to piękne świadectwo wiary. Patrzyłem, jak ci obok których przechodziliśmy, klękali, czynili znak krzyża. Wspaniałe świadectwo wiary w obecność Chrystusa w Eucharystii. Bóg zapłać wam za to świadectwo.

Metropolita Wrocławski zaznaczył też jednoczącą moc Eucharystii: na niej budujemy nasze rodziny, nasze wspólnoty parafialne. Eucharystia zawsze jednoczy, ona się domaga budowania jedności. (…) Jesteśmy odpowiedzialni za tę wspólnotę. Potrzeba do tego wielkiej cierpliwości. Te wspólnotę człowieka z człowiekiem, wspólnotę opartą na miłości bliźniego, na miłości społecznej buduje się codziennym wysiłkiem, nie porywem emocji, ale siłą woli, siłą ducha. Prośmy, by Jezus obecny pod postacią chleba w Eucharystii obdarzał nas siłą do tego, abyśmy budowali nasze rodziny, nasze parafie, nasze miasta i naszą ojczyznę na fundamencie Eucharystii.

Po Mszy świętej zebrani odśpiewali hymn „Te Deum Laudamus”, a na zakończenie za uczestnictwo w tegorocznej Procesji dziękował Ks. Abp Marek Jędraszewski: Dziękujemy Panu Bogu za dar Eucharystii, ale także za to, że nam błogosławi, także pogodą. Najpierw straszono nas wysoką temperaturą, której nie było, a od rana strasznie się chmurzyło, co wielu zniechęciło do obecności tutaj na wspólnej modlitwie. Nic jednak z tych obaw, jednych jak i drugich, nie wyszło. Pan Bóg nam pobłogosławił.
Dziękuję Metropolicie Wrocławskiemu za dzisiejsze rozważanie jakie zostało do nas skierowane, do naszych serc. Czujemy się przez nie wezwani do odpowiedzialności za Kościół i Ojczyznę. Dziękuję wszystkim, którzy nieśli sztandary z Łodzi i całej Archidiecezji, oraz służbom mundurowym, których obecność jest dla nas ważna i cenna.
Metropolita Łódzki podziękował też wszystkim, którzy pomagali w organizacji uroczystości: służbom porządkowym, dzięki którym z godnością, mogliśmy przejść przez miasto”, policji, służbie zdrowia, służbie liturgicznej, klerykom Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Seminarium, jest otwarte i czeka na nowych kandydatów. Módlmy się o nowe powołania do służby Bożej by nie zabrakło tych, którzy będą szafarzami Eucharystii – dodał Ks. Abp Marek.

Uroczystość zakończyła się błogosławieństwem oraz odśpiewaniem „Bogurodzicy”.

***

Jubileusz Arcybiskupa Seniora
20 czerwca o godz. 12 w łódzkiej bazylice archikatedralnej odbędą się uroczystości 35. rocznicy święceń biskupich oraz 80. urodzin Księdza Arcybiskupa Seniora Władysława Ziółka. Do udziału w uroczystości zaprasza Ks. Ab Marek Jędraszewski Metropolita Łódzki.

Serdecznie zapraszam kapłanów, osoby życia konsekrowanego i wiernych świeckich. Niech będzie to dziękczynna modlitwa Kościoła łódzkiego za gorliwą posługę Pasterza i Nauczyciela, a zarazem wspólna prośba o Boże błogosławieństwo dla Księdza Arcybiskupa na dalsze lata jego posługiwania „W mocy Ducha” – stwierdza Ks. Abp Jędraszewski w specjalnym komunikacie.

Władysław Ziółek urodził się 22 czerwca 1935 r. we wsi Komorniki koło Wolborza. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1958 r. z rąk ks. Abp. Józefa Gawliny. Jest doktorem prawa kanonicznego. Ukończył też Wyższą Szkołę Literatury Łacińskiej i odbył trzyletnią praktykę w Rocie Rzymskiej.

Od początku posługi ks. Ziółek związany był z Kurią Łódzką: najpierw był notariuszem, a następnie kanclerzem. Był także obrońcą węzła małżeńskiego w Sądzie Biskupim. W 1980 r. Papież Jan Paweł II mianował Ks. Władysława Ziółka biskupem pomocniczym diecezji łódzkiej. Sakrę biskupią Ks. Władysław przyjął 4 maja 1980 r. z rąk Ks. Bp. Józefa Rozwadowskiego – ówczesnego ordynariusza diecezji łódzkiej. Jako biskupie zawołanie przyjął „In virtute Spiritus” – „W mocy Ducha”.

W 1986 r. Bp Ziółek został Ordynariuszem diecezji łódzkiej, a gdy w 1992 r. Ojciec Święty Jan Paweł II podniósł Kościół łódzki do rangi archidiecezji, Ks. Bp Władysław Ziółek otrzymał tytuł Arcybiskupa, a po utworzeniu 25 marca 2004 r. prowincji kościelnej złożonej z archidiecezji łódzkiej i diecezji łowickiej, ks. Abp Ziółek został mianowany Arcybiskupem Metropolitą.

Już od pierwszych lat posługi ks. Bp Ziółek rozpoczął rozwiązywanie jednego z najbardziej palących problemów – braku kościołów. W czasach komunistycznych, „robotnicza Łódź” miała być w zamierzeniu ówczesnych władz miastem „czerwonym”, miastem bez Boga, a więc i bez świątyń. Stąd przez długie lata nie wydawano pozwoleń na budowę nowych kościołów. Łódź rozrastała się, powstawały nowe wielkie osiedla mieszkaniowe, na których nie było świątyń. Tak było na Retkini, czy Widzewie-Wschodzie. Po 1989 r. szybko odrabiano te zaległości, ale diecezja stanęła wówczas przed problemami finansowymi. Mimo to, od 1989 r. na terenie archidiecezji łódzkiej powstało kilkadziesiąt nowych parafii: 26 w Łodzi i 37 poza nią. Słusznie Ordynariusza Łódzkiego zaczęto określać mianem „Wielkiego Budowniczego Kościoła łódzkiego”.
Przed Abp. Ziółkiem stanęły też wielkie wyzwania duchowe. Po 1989 r. widoczne stało się zjawisko zeświecczenia społeczeństwa, wyrażające się odchodzeniem od Kościoła bądź zobojętnieniem na sprawy wiary. Znacznie spadała frekwencja na mszach świętych. Stąd w Kościele łódzkim pojawiły różnorodne formy działania, także świeckich: aktywnie działały duszpasterstwa, powstawały stowarzyszenia katolickie i prasa, działało Wydawnictwo Archidiecezjalne, księgarnia, Fundusz Ochrony Macierzyństwa, Domu Samotnej Matki oraz Centrum Pomocy Rodzinie i Caritas łódzkiej.

Ale o obliczu Kościoła decyduje przede wszystkim duchowość, religijność jego wiernych. Staraniem Ks. Abp. Władysława Ziółka Kościół łódzki coraz głębiej i bardziej świadomie przeżywa więc dziedzictwo licznych świętych i błogosławionych związanych z Ziemią Łódzką: Ojca Maksymiliana Kolbe, Siostry Urszuli Ledóchowskiej, Stanisławy Leszczyńskiej, Ojca Rafała Kalinowskiego, Ojca Anzelma Macieja Gądka, Sługi Bożej Wandy Malczewskiej, której proces beatyfikacyjny trwa, a nade wszystko św. Faustyny Kowalskiej, orędowniczki Miłosierdzia Bożego, od 2005 r. patronki Łodzi.

Wielką troską Pasterza Kościoła łódzkiego było nauczanie religii w szkołach. Gdy nauka religii powróciła do szkół w 1990 r., przed Kościołem stanęło nie lada wyzwanie: należało wykształcić setki katechetów, przygotować księży i siostry zakonne do pracy w szkole, napisać programy, podręczniki. Temu celowi służyło m.in., założone przez ks. Bp. Rozwadowskiego Studium Teologiczno-Filozoficzne, rozbudowane przez ks. Abp. Ziółka w Instytut Teologiczny w Łodzi.
Niezwykle ważnym wydarzeniem dla Kościoła łódzkiego była wizyta w Łodzi Ojca Świętego Jana Pawła II. Jej duchowe pokłosie widoczne jest i dziś, i bez przesady można stwierdzić, że ukształtowała ona oblicze archidiecezji, umiejętnie i pieczołowicie pielęgnowane przez Abp. Władysława Ziółka.

Z okazji jubileuszu Redakcja „Aspektu Polskiego” życzy Dostojnemu Jubilatowi Bożej Opieki i wielu łask w dalszej służbie Bogu i Kościołowi.

REDAKCJA „ASPEKTU POLSKIEGO”

***

Mirosław Orzechowski, Polacy czekają na zmiany
Poseł do Parlamentu Europejskiego Andrzej Duda został wybrany prezydentem Polski. Z mało znanego młodego polityka Prawa i Sprawiedliwości w ciągu miesiąca kampanii wyborczej zrodziła się głowa państwa polskiego.

Za dwa miesiące, w uroczystość Przemienienia Pańskiego, zostanie zaprzysiężony i będzie piątym w historii prezydentem III Rzeczypospolitej Polskiej, a czwartym wybranym w wyborach powszechnych.

Andrzej Duda wygrał w drugiej turze, zdobywając 51,5 proc. głosów. Bronisław Komorowski zdobył 48,5 proc. Tak więc, rekord podwójnej kadencji ustanowiony przez Aleksandra Kwaśniewskiego nie został wyrównany.

Andrzej Duda ma 43 lata. Jego rodzice osiedlili się w Krakowie po studiach, oboje pracują na Akademii Górniczo-Hutniczej. Matka zajmuje się chemią, ojciec jest automatykiem. Syn nie poszedł jednak w ich ślady. W tym czasie działał w harcerstwie, był także ministrantem. Koledzy zapamiętali go jako bardzo religijnego.

Przepustką do kariery – najpierw akademickiej, a potem także politycznej – stały się dla Dudy studia na Wydziale Prawa UJ. Po obronie pracy magisterskiej w 1996 r. został na uczelni, specjalizował się w prawie administracyjnym.

W 2006 r. młody prawnik trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie został wiceministrem. W 2007 r. rząd PiS upadł i odbyły się przedterminowe wybory parlamentarne. Duda starał się o mandat poselski, ale przegrał. Wówczas Zbigniew Ziobro polecił Dudę prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, a ten dał mu posadę podsekretarza stanu w swojej kancelarii.

W 2010 r. Jarosław Kaczyński zdecydował się wystawić go w wyborach na prezydenta Krakowa. Duda nie wszedł wówczas do drugiej tury, uzyskując trzeci wynik. Zdecydowanie lepiej wypadł w 2011 r., kiedy startując do Sejmu uzyskał aż 80 tys. głosów. W 2014 r. został europosłem. Równo rok później – prezydentem Polski.

Przyszłą żonę, Agatę Kornhauser, Andrzej Duda poznał w trzeciej klasie liceum. Ożenił się w 1994 r., jeszcze w czasie studiów. Rok później przyszła na świat jego córka Kinga, dziś studentka pierwszego roku prawa na UJ.

Podczas konwencji wyborczej 28 lutego Andrzej Duda ogłosił swój program. Głównymi polami jego działalności mają być: rodzina, praca, bezpieczeństwo i dialog. Hasła te, nazywane przez Dudę filarami, od razu wywołały polityczny spór, bo Kancelaria Prezydenta uznała je za kopię programu prezydentury Bronisława Komorowskiego.
Kandydat PiS przedstawił kilka konkretnych propozycji. Poczesne miejsce zajmuje wśród nich zapowiedź cofnięcia reform wprowadzonych przez kilkanaście ostatnich lat – m.in. wydłużenia wieku emerytalnego czy powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum.

W kampanii wspominał o konieczności udzielenia pomocy ludziom, którzy wzięli kredyty we frankach szwajcarskich i mają problemy z ich spłacaniem. Zapowiedział też wypłacanie 500 zł miesięcznie na każde dziecko w biedniejszej rodzinie i 500 zł na drugie dziecko w zamożniejszych, wsparcie rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi, przyznanie uprawnień emerytalnych dla rodziców, którzy przez wiele lat zajmowali się domem czy zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Nade wszystko jednak złożył obietnice przywrócenia wieku emerytalnego dla kobiet – 60 lat a dla mężczyzn – 65, a ponadto możliwość odejścia na emeryturę po przepracowaniu 40 lat.

Zapowiedział przeprowadzenie „rzetelnej odbudowy” gospodarki i polskiego przemysłu, wsparcie polityki rządu prowadzącej do tworzenia miejsc pracy, a także pomoc dla przedsiębiorców. Deklarował, że będzie prowadzić aktywną, suwerenną politykę zagraniczną, a także doprowadzi do wzmocnienia potencjału armii jego zdaniem doprowadzonej przez rząd PO i Bronisława Komorowskiego do katastrofalnego stanu.

Prezydent elekt otrzymał wielki mandat zaufania Polaków, oparty o nadzieję, że dotrzyma złożonych obietnic. A złożył w kampanii bardzo cenne zobowiązania, głównie w sprawie wieku emerytalnego, przyjaznej współpracy ze wszystkimi sąsiadami Polski i kształtowania polskiej rzeczywistości w oparciu o polska tradycję.

Te zobowiązania, które wyniosły Andrzeja Dudę do zwycięstwa były główną przyczyną klęski Bronisława Komorowskiego. Utrzymującego przez całą kadencję gigantyczną popularność i rewelacyjne sondaże, prezydenta Komorowskiego zniszczyła pewność siebie, arogancja i przekonanie, że nikt nie dosięgnie pułapu jego 70 proc. poparcia, jakim cieszył się jeszcze dwa miesiące przed wyborami. Zadufany w sobie Bronisław Komorowski po prostu nie zauważył, że całkowicie rozminął się z rzeczywistością, że wielu Polaków jest niezadowolonych ze sposobu rządzenia i z efektów rządów jego samego, jak i Platformy Obywatelskiej. Gwoździem do trumny politycznej Komorowskiego było złożenie dwóch podpisów: pod ustawą podnoszącą wiek emerytalny do 67. roku życia i pod konwencją antyprzemocową, uderzającą w Kościół i polską tradycję katolicką. Ważnym elementem kampanii przeciw samemu sobie było sprzyjanie in vitro i angażowanie Polski w bezmyślnym konflikcie z Rosją.

***

Nowa odsłona afery taśmowej
Co raz, Polska wstrząsana jest doniesieniami o rozmaitych aferach. Jak dotąd ani jedna, może poza „aferą Rywina”, nie zakończyła się wyrokami sądowymi. Ten stan nie jest przypadkowy. Wymiar sprawiedliwości praktycznie nie działa, a media są w rękach niemieckich właścicieli. To sprawia, że jesteśmy społeczeństwem podatnym na wywoływane sztucznie sensacje a nasza uwaga kierowana jest na pozorowane zdarzenia.

Trzeba jednak rozdzielić pomówienia od faktów. Cokolwiek by nie powiedzieć o „zasłyszanych” sensacjach, o podejrzeniach i fałszywych relacjach, to jednak nagrania rozmów – które stały się nieomal modą w Polsce – są dowodami niezbitymi. Ostatni odcinek „afery taśmowej” pokazuje poziom zdegenerowania grupy politycznej trzymającej władzę w Polsce od wielu lat.

Afera podsłuchowa, która wstrząsnęła Polską w ubiegłym roku, właśnie wybuchła na nowo. Wszystko za sprawą akt opublikowanych na facebooku przez mało komu znanego biznesmena, Zbigniewa Stonogę. Opublikowano fotokopie tysięcy stron prokuratorskich akt „afery podsłuchowej”. Ten fakt pokazuje kondycję polskiego wymiaru sprawiedliwości i odsłania prawdziwą twarz i motywacje polskich polityków, głównie z Platformy Obywatelskiej.

Zapowiadane są kolejne sensacyjne nagrania, także obyczajowe. Dla porządku, trzeba mieć nadzieję, że ujawnienie przed Polakami poziom zdegenerowania polityków przyniesie otrzeźwienie przy kolejnych wyborach.

Za onet.pl przytoczmy kilka najważniejszych nagrań w warszawskiej restauracji Sowa&Przyjaciele i Amber Room w pałacyku Sobańskich oraz Osteria:
„Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”
Podczas rozmowy ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza i prezesa NBP Marka Belki, Sienkiewicz mówi, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie” a Belka, który ocenił firmę Polskie Inwestycje Rozwojowe jako „ch…, d… i kamieni kupa”.

Sławomir Nowak: „chcą ją trzepać”
Dyskusja Sławomira Nowaka (były minister transportu) z Andrzejem Parafianowiczem (były wiceminister finansów). Nowak wyraził swoje obawy co do efektów, jakie przyniesie kontrola skarbowa prowadzona u jego żony, która prowadziła zakład dentystyczny. Padają słowa Nowaka: „Chcą ją trzepać. Mam nadzieję, że to dotyczy tylko jej działalności, a nie będą chcieli crossować tego z moimi rachunkami”. Odpowiedź Parafianowicza brzmi: „Zablokowałem to”.

Radosław Sikorski: zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy, kompletni frajerzy…
Radosław Sikorski z Jackiem Rostowskim w mocnych słowach ocenił relacje polsko-amerykańskie. W trakcie tej rozmowy padły słowa: „Wiesz, że polsko-amerykański sojusz to jest nic niewarty. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza Polsce fałszywe poczucie bezpieczeństwa – powiedział Sikorski. – Bullshit, skonfliktujemy się z Niemcami, Francuzami… Bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy, kompletni frajerzy”.

Podpalenie przy ambasadzie Rosji podczas Marszu Niepodległości
Paweł Wojtunik mówi do minister Bieńkowskiej, o wydaniu polecenia, by w trakcie Marszu Niepodległości (listopad 2013 r.) podpalono budkę strażniczą w pobliżu ambasady Rosji. Polecenie takie miał wydać Bartłomiej Sienkiewicz. W tej rozmowie Bieńkowska uważa, jeśli ktoś pracuje za 6 tys. zł jest idiotą albo złodziejem.
Prokuratura umorzyła wszystkie postępowania w tych sprawach.

***

Iwona Klimczak, Grecja walczy o życie
Nieco w cieniu wydarzeń na Ukrainie rozgrywa się dramat innego europejskiego państwa. Po raz kolejny słyszymy o katastrofalnej sytuacji w Grecji, której niemieccy i francuscy władcy Europy stawiają kolejne warunki.

O potężnym kryzysie w Grecji wiadomo już od kilku lat, gdy nie dało się już dłużej kryć zbliżającego się bankructwa kraju. Krach przyspieszył kryzys strefy euro, do której należy na swoje nieszczęście Grecja. Państwo żyjące ponad stan, na kredyt, prowadziło mocno kreatywną księgowość, by nie przyznać się do grożącej katastrofy. Liczby zatrważają: w 2014 r. zadłużenie Grecji wyniosło 412 mld euro, w tym 273 mld to zadłużenie sektora finansów publicznych, a ponad 100 mld to zadłużenie banków: centralnego i sektora bankowego. Zadłużenie państwa to w znacznej większości dług wobec programów pomocowych finansowanych przez państwa UE ze strefy euro oraz wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Państwa strefy euro zbierają dziś żniwa własnej polityki: bardzo chętnie przyjęto Grecję do grona państw posługujących się wspólną walutą, bardzo chętnie udzielano kredytów i zachęcano do wydawania pieniędzy. Grecy zaś bardzo chętnie korzystali z możliwości podnoszenia poziomu życia, kraj się rozwijał, rosły pensje, coraz liczniejsze były przywileje socjalne.
Od kilku lat Grecja jest beneficjentem pomocy finansowej państw Unii Europejskiej, bez której nie jest w stanie już funkcjonować, ale przekazywanie kolejnych miliardów euro niemieccy i francuscy władcy Europy uzależniają od wprowadzenia drastycznych oszczędności. Cięcia te uderzają oczywiście w najbiedniejszych: kilka lat temu obniżono o 30 proc. emerytury, płacę minimalną zaś zmniejszono z 700 do 400 euro. Podwyższono wiek emerytalny, obcięto premie i dodatki do pensji. W liczącym 11 mln mieszkańców państwie ok. 250 tys. pracowników sektora publicznego straciło pracę, co podwyższyło i tak już koszmarnie wysokie bezrobocie – waha się ono w granicach 40 proc., podczas gdy w 2007 r. nie przekraczało 8 proc. Trwa wyprzedaż majątku narodowego. Trudno się dziwić, że Grecy nie wytrzymywali i wychodzili na ulice. Dochodziło też do zmian władzy, bowiem drastyczne reformy rodem z planów Balcerowicza nie zyskiwały społecznego zrozumienia.

W 2014 r. władzę objęła lewicowo-radykalna Syriza, która w koalicji z narodowym stronnictwem Niezależni Grecy stworzyła rząd z Aleksisem Ciprasem na czele. Ku przerażeniu przywódców UE, Cipras zapowiedział wycofanie się z drastycznych reform uderzających w najsłabszych i renegocjacje dyktatu Unii Europejskiej. Walka trwa.
22 maja premier Cipras spotkał się z Angelą Merkel i Francis’em Hollande’m. Głównym tematem było przedłużenie pomocy dla Grecji w wysokości 7,2 mld euro. Tylko w czerwcu państwo to musi spłacić 1,55 mld euro, do 5 czerwca miało oddać 300 mln euro zaciągniętych pożyczek. Pieniądze nie wpłynęły, a premier Grecji mówi, że bez unijnej pomocy nie ma mowy o spłacie. Zachodni przywódcy postawili warunek: przestawienie listy reform do akceptacji, dających oszczędności rzędu 3 mld euro. Grecy, niczym unijna kolonia, muszą negocjować swoją politykę finansową, a Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy proponują im nawet swoje projekty reform! Premier Cipras uznał je za absurdalne, a grecki minister finansów – za obraźliwe.

W nocy 2 czerwca dalsze rozmowy o Grecji toczyły się w Berlinie. Grecki premier w nich nie uczestniczył, czekał w Atenach na opinie o przekazanym przez Greków przedstawicielom Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego „realistycznym planie dla Grecji w celu wyjścia z kryzysu”. Jak mówił Cipras to realistyczny plan, którego przyjęcie przez instytucje, naszych pożyczkodawców i partnerów w Europie będzie oznaczać koniec scenariusza podziałów w Europie. Rozmowy nie skończyły się zawarciem porozumienia. Z lakonicznego komunikatu wynika, że europejscy przywódcy wciąż szukają kompromisu.
Sytuacja w Grecji była też tematem rozmów podczas szczytu G7 – siedmiu najbogatszych państw świata (bez Rosji). I tu nie było porozumienia, a rozmowy mają być prowadzone dalej w najbliższych dniach.

W wywiadzie dla włoskiej gazety „Corriere della Sera” premier Cipras powiedział, że oczekuje, że będzie pozytywne nastawienie dla alternatywnych propozycji dotyczących cięć emerytur czy wprowadzenia środków recesji. Grecy chcą bowiem pobudzać gospodarkę, a nie oszczędzać kosztem najbiedniejszych. Cipras ostrzega też, że brak porozumienia będzie dla europejskich podatników bardzo kosztowny. Grecy biorą pod uwagę nawet wyjście ze strefy euro, o „Grexit” mówi też Jean-Claude Juncker, ale jako o wielkim zagrożeniu dla europejskiej waluty. Grecki premier rozmawiał też przez telefon z Władimirem Putinem. Tematem rozmowy miała być energetyka, ale mówi się nawet o możliwej rosyjskiej pomocy dla Grecji.
Jak na razie nie widać końca tej przepychanki, a rozpaczliwie zabrzmiał głos greckiego ministra finansów, który porównał sytuację Grecji do Niemiec po II wojnie światowej, a Merkel poprosił o „mowę nadziei”. Ale i unijni urzędnicy zdają sobie sprawę, że porozumienie jest konieczne, w przeciwnym razie Grecy przestaną spłacać zadłużenie, a bankructwo czy wyjście ze strefy euro będzie miało trudne do przewidzenia skutki dla całej strefy euro, szczególnie Niemiec, które są mocno zaangażowane finansowo w Grecji.

W ostatnich dniach grecki Najwyższy Sąd Administracyjny uznał, że obniżka wysokości emerytur w 2012 r. w ramach planów oszczędnościowych była niezgodna z konstytucją tego kraju, a także z Europejską Konwencją Praw Człowieka, bo pozbawia emerytów prawa do godnego życia. Sąd nakazał wycofanie się z tej decyzji, co grecki budżet może kosztować 1,5 mld euro rocznie. To może znacznie skomplikować i tak już trudne rozmowy w sprawie dalszej pomocy unijnej dla Grecji, bo wierzyciele domagają się od Greków m.in. dalszych cięć emerytur.

Czy więc kolejny plan reform i kolejna pomoc finansowa wejdzie w życie i, co ważniejsze, czy rozwiążą się greckie problemy? Mało prawdopodobne, bo ze skutkami zadawania się z unijnymi urzędnikami i życia ponad stan Grecy będą się mierzyć przez długie lata, a kryzys odczuwać będą pewnie i następne pokolenia.

Sytuacja Grecji musi być za to przestrogą dla Polski: oddanie gospodarczej niezależności, a z tym wiąże się wejście do strefy euro, i zachłyśnięcie się dobrobytem na kredyt może postawić nas bardzo szybko w gronie państw proszących Angelę Merkel o łaskę.

***

Paweł Jaszczak, Ukraińcy handlują polską pomoc humanitarną
Procesy modernizacyjne na Ukrainie idą wypróbowaną w Polsce drogą. Zagraniczna pomoc humanitarna, kierowana do instytucji rządowych trafia do rąk odpowiednio ustosunkowanych złodziei. Tych, jak powszechnie wiadomo, nie brakuje wszędzie gdzie nadarza się po temu okazja.

Jak podaje portal sputniknews, w obwodzie lwowskim w sklepie handlują produktami, które Polska przekazała dla ukraińskich służb bezpieczeństwa – informują o tym ukraińskie media.

W Nowojaworowsku, w sklepie spożywczym przy ulicy Stepana Bandery, działacze społeczni znaleźli na półkach makaron po 9 hrywien 50 kopiejek z napisem w języku polskim „artykuł nie jest przeznaczony do sprzedaży – piszą ukraińskie „Wiesti”.

Jak się okazało makaron jest częścią pomocy humanitarnej, którą Polska wysłała żołnierzom w ATO. Działacze napisali pismo do lokalnej policji w związku z nielegalną sprzedażą pomocy humanitarnej – poinformowano w oświadczeniu. Według informacji zastępcy burmistrza Nowojaworowska Władimira Macelucha, tego typu makaron w Polsce rozdawany jest bezpłatnie niezamożnym obywatelom. Nowojaworowczanie skarżą się, że nie jest to pierwszy przypadek sprzedaży pomocy humanitarnej dla żołnierzy – informują „Wiesti”.
Warto zauważyć, że prezydent Komorowski obiecał ukraińskim władzom 100 milionów euro, z czego 50 milionów będzie przeznaczone na instalację dla punktów kontroli granicznej, w tym także, na budowę muru na granicy rosyjsko-ukraińskiej. Przykład sprzedawanej żywności pokazuje, w jaki sposób na Ukrainie wykorzystana jest pomoc finansowana przez polskich podatników.

***

Maria Czapor, Ojciec Święty przyjął prezydenta Putina
W środę, 10 czerwca odbyło się drugie spotkanie prezydenta Władimira Putina z Ojcem Świętym Franciszkiem. Spotkanie trwało ok. godziny. Ojciec Święty zaapelował do prezydenta Rosji o podjęcie „szczerych i konkretnych wysiłków w celu przywrócenia pokoju na Ukrainie”.

Wezwał też, by wszystkie strony wojny domowej na Ukrainie prawdziwie zaangażowały się w realizację porozumienia z Mińska. Wskazał na pilną konieczność dostarczenia cierpiącej ludności pomocy humanitarnej. Ważnym tematem rozmowy była także sytuacja na Bliskim Wschodzie, w tym – dramatyczny los tamtejszych chrześcijan. Władimir Putin podarował Ojcu Świętemu wyhaftowany obraz przedstawiający sobór Chrystusa Zbawiciela w Moskwie i wyjaśnił, że świątynia została zniszczona w czasach sowieckich, a odbudowana na przełomie XX i XXI wieku, po odrzuceniu przez Rosję systemu komunistycznego.

Papież Franciszek wręczył prezydentowi Putinowi tradycyjny prezent, jakim obdarzani są szefowie państw i rządów, czyli medal Anioła Pokoju. To medal wykonany przez artystę w ubiegłym wieku. To Anioł Pokoju, który wygrywa wszystkie wojny i mówi o solidarności między narodami – tłumaczył Ojciec Święty swemu gościowi. Rosyjski przywódca otrzymał też kopię papieskiej adhortacji apostolskiej „Radość Ewangelii”. Podczas wizyty w Watykanie prezydentowi Rosji towarzyszył m.in. szef dyplomacji Siergiej Ławrow.

W czasie audiencji Papież Franciszek wyraził przekonanie, że konieczne jest zaangażowanie na rzecz rozwiązania poważnej sytuacji humanitarnej na Ukrainie – podał rzecznik Watykanu. Niezbędne jest zapewnienie dostępu pracownikom humanitarnym oraz wkład wszystkich stron na rzecz stopniowego odprężenia w regionie – te słowa Ojca Świętego przytoczył rzecznik ksiądz Federico Lombardi po prawie godzinnej wizycie Putina u Franciszka.

Dziennikarze obserwujący audiencję odnotowali, że rosyjski przywódca żegnając się z Papieżem powiedział: To była wielka przyjemność i honor spotkać Waszą Świątobliwość. Franciszek podziękował Putinowi po niemiecku.

Chrześcijańska Europa potrzebuje Rosji – powiedziała prof. Anna Raźny w rozmowie z portalem sputniknews.com. – Spotkanie w Watykanie, to według mnie świadectwo tego, że możliwa jest współpraca między Stolicą Apostolską i wracającą do chrześcijaństwa Rosją w sprawach, które możemy ująć za świętym Tomaszem jako dobro wspólne. To spotkanie jest również świadectwem możliwości współpracy w nowym dwubiegunowym świecie, który Zachód, a konkretnie Stany Zjednoczone z sojusznikami, nader wszystko z Unią Europejską, chcą zachować w swej dominacji. To spotkanie jest świadectwem również dobrej woli konkretnych osób – Ojca Świętego Franciszka i prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina. Jest świadectwem otwarcia i dialogu. – podkreśliła prof. Anna Raźny.

W komunikacie watykański rzecznik ks. Federico Lombardi napisał: Jak łatwo było przewidzieć w kontekście sytuacji na świecie, rozmowa była poświęcona głównie konfliktowi na Ukrainie i wydarzeniom na Bliskim Wschodzie. Jeśli chodzi o Ukrainę, Ojciec Święty stwierdził, że potrzebny jest szczery i wielki wysiłek na rzecz realizacji pokoju; zgodzono się też co do znaczenia odbudowy klimatu dialogu oraz tego, by wszystkie strony zaangażowały się, by wprowadzić w życie porozumienia z Mińska – głosi komunikat rzecznika.

Władimir Putin przyjechał do Włoch na światową wystawę Expo 2015 w Mediolanie, którą odwiedził wraz z włoskim premierem Matteo Renzim. Na zakończenie wizyty w Mediolanie Putin oświadczył, że w kwestii Ukrainy nie ma innego rozwiązania niż pokój. Wraz z premierem Włoch wskazywał, że podstawą wszelkich wysiłków w tej sprawie muszą być porozumienia z Mińska. Porozumienia te powinny być wprowadzone we wszystkich swych aspektach natury politycznej, militarnej, humanitarnej i społecznej, ale nie wszystkie zostały w pełni zrealizowane – oświadczył rosyjski przywódca na wspólnej konferencji prasowej z szefem włoskiego rządu na terenie światowej wystawy Expo.

Jak pisze znany włoski dziennikarz Giulietto Chiesa: Prezydenta Federacji Rosyjskiej otaczała sympatia i szacunek, które wyraźnie kontrastowały ze stanowiskiem G7 (…). Wszystkie rzymskie i mediolańskie spotkania prezydenta Federacji Rosyjskiej charakteryzowało dążenie do odnowienia politycznych, gospodarczych i kulturalnych kontaktów(…). Nie mówiąc już o zgodnym chórze przedstawicieli przemysłu, biznesu, banków, stowarzyszeń przemysłowych i nawet partii politycznych, nawołujących do  całkowitego zniesienia sankcji.

Wizyta Władimira Putina w Stolicy Apostolskiej i we Włoszech zbiegła się z 25. rocznicą ogłoszenia Deklaracji Niepodległości Rosji, która przypadała 12 czerwca.

***

Teresa Szemerluk, Szlakiem Jana Pawła II
Już po raz trzynasty w Łodzi odbyła się w Łodzi wędrówka szlakiem miejsc, które 13 czerwca 1987 r. odwiedził Ojciec Święty Jan Paweł II. Łodzianie odwiedzili więc Urząd Miasta Łodzi, lotnisko na Lublinku, zakłady przy ul. Pabianickiej, dawne zakłady „Uniontex” przy ul. Tymienieckiego i archikatedrę. Motywem przewodnim tegorocznej szlaku papieskiego były Światowe Dni Młodzieży, które odbędą się w Polsce w przyszłym roku.

W piątek 12 czerwca, w wigilię rocznicy wizyty Papieża przed 28 laty łodzianie, z udziałem Księży: Abp. seniora Władysława Ziółka, Abp. Józefa Bolonka, Bp. seniora Adama Lepy, Bp. Ireneusza Pękalskiego i Bp. Marka Marczaka, władz miasta, młodzieży i dzieci z łódzkich szkół.
Wędrówka rozpoczęła się przy przy tablicy pamiątkowej na Urzędzie Miasta Łodzi, upamiętniającej nadanie Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II tytułu honorowego obywatela Miasta Łodzi w 2003 roku.

Następnie uczestnicy wędrówki szlakiem Jana Pawła II udali się na lotnisko Lublinek, gdzie słowo wygłosił Ks. Bp Marczak, przypominając Komunię świętą, jakiej tu udzielił Jan Paweł II łódzkim dzieciom. W tym miejscu pokazano też prezentację idei Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w 1985 r. Drugą stacją była dawna fabryka Alba przy Pabianickiej 184/186, gdzie Jan Paweł II podszedł do czekających na niego ludzi. To spotkanie nie było wcześniej planowane. Tutaj zaprezentowano Światowe Dni Młodzieży poza Europą i odśpiewano hymnu ŚDM w Sydney w 2008 r.

Następnie uczestnicy wędrówki zatrzymali się przy tablicy pamiątkowej przy dawnych zakładach Uniontex przy ul. Bp. Tymienieckiego 25. Tutaj Papież odbył bezprecedensowe spotkanie z robotnicami w ich miejscu pracy. Podczas tej stacji przedstawiono Światowe Dni Młodzieży w Paryżu w 1997 roku i ich trwałe owoce dla narodu i Kościoła we Francji. Wysłuchano hymnu Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w 2000 roku.
Papieski szlak skończył się w bazylice archikatedralnej, gdzie w 1987 r. Ojciec Święty spotkał się z przedstawicielami łódzkiego świata nauki i kultury. Tutaj uczestnicy wydarzenia zostali zapoznani zostali z planami Światowych Dni Młodzieży 2016 w Polsce oraz przygotowaniami w Archidiecezji Łódzkiej do tego ważnego wydarzenia.

Wizytę Ojca Świętego wspominał też Ks. Abp senior Władysław Ziółek, który w 1987 roku był Ordynariuszem Łódzkim i witał Ojca Świętego w naszym mieście. Ks. Abp Ziółek podkreślił, że cieszy się, że co roku może wspominać to ważne wydarzenia i że towarzyszy temu liczny udział dzieci i młodzieży.

Ostatnim elementem wydarzenia było słowo Ks. Biskupa Ireneusza Pękalskiego wygłoszone przy pomniku św. Jana Pawła II na placu katedralnym. Pod pomnikiem złożono kwiaty i zapalono znicze.
Na zakończenie zaśpiewano hymn przyszłorocznych ŚDM w Krakowie.

***

Marcin Keller, Święta Urszula Ledóchowska
24 maja Kościół wspomina świętą Urszulę Ledóchowską – założycielkę zakonu Sióstr Urszulanek „szarych”. Ten rok jest szczególny, bo obchodzimy 150. rocznicę urodzin tej wybitnej Polki. Powinniśmy być dumni mając taką orędowniczkę w Niebie. Nasza święta rodaczka, to nie tylko wzór zakonnicy, wychowawczyni, ale również wzór gorącej patriotki i ambasadorki polskości z przełomu XIX i XX wieku.

Lista zasług i dzieł świętej Urszuli Ledóchowskiej jest wyjątkowo długa, a wypowiedziane przez nią słowa są prawdziwą skarbnicą religijnej i narodowej mądrości. Święta Urszula Ledóchowska na pierwszym miejscu stawiała dobroć, która jest niezbędna, by osładzać życie bliźnim. Mówiła: Pierwsze apostolstwo to apostolstwo dobroci. Pierwszy sposób trafiania do serc – to stała pogoda duszy, stały odblask szczęścia Bożego na twarzy, stała radość… Apostolstwem dobroci jest poświęcanie się dla innych… Gdyby takie słowa padały z ust współczesnych matek i nauczycielek, wtedy na pewno świat byłby lepszy, a Polska była by silnym krajem. Gdyby wyrzucić do kosza kolorowe, szkodliwe gazety i wyłączyć głupie filmy, wtedy pojawiłaby się przestrzeń do naśladowania sprawdzonych wzorców i zapoznania się z nietracącymi na aktualności skarbami myśli świętej Urszuli Ledóchowskiej – mistrzyni słowa płynącego z mądrości, którą nabywała prowadząc niespotykanie aktywne życie.

Urszula Ledóchowska miała dar zjednywania ludzi. Umiała dotrzeć do każdego – od najmniejszego dziecka po starsze wychowanki, współsiostry aż po kobiety z innych krajów, do których kierowała odczyty i prelekcje przemierzając pół Europy. Umiała skutecznie zjednywać do swoich inicjatyw ówczesnych polityków, publicystów, dyplomatów, książąt oraz kapłanów – włącznie z Ojcem Świętym Piusem X. Wszystko co robiła, wypływało z ufności pokładanej w Bogu. Mówiła: Wielki to pokój – zupełne poleganie na Bogu. Zostawmy przyszłość w ręku Jezusa, Pana, Mistrza, Przyjaciela naszego. On nam krzywdy nie zrobi… Stanie się to co Bóg chce, i to będzie dobre! Zrzućmy troski gryzące o jutro – dość ma dzień dzisiejszy swojej nędzy. Jutro samo o sobie pamiętać będzie. Dziś dzień po Bożemu przepędzić, dziś nad sobą pracować, dziś obowiązki swe jak najwierniej wykonać – oto do czego muszę zmierzać. Urszula Ledóchowska miała prosty przepis na życie: Przez całe życie próbujmy pracować, modlić się, radować i cierpieć pod okiem Jezusa, trzymając się ręki Maryi, a życie takie stanie się Boże.
Niecodzienna musiała być rodzina i środowisko, w którym wychowywała się Julia Ledóchowska, późniejsza siostra Urszula. Rodzice jej byli głęboko wierzącymi katolikami. Oboje należeli do arystokracji. Ojciec – Antoni Ledóchowski był polskim emigrantem pochodzącym z hrabiowskiej rodziny wygnanej z Podola za udział w Powstaniu Listopadowym. Matka – Józefina Salis-Zizers pochodziła ze starej rodziny rycerzy szwajcarskich. Z tego rodu pochodził św. Franciszek Salezy. Poznali się i pobrali w Austrii. Spośród siedmioro ich dzieci aż troje poświęciło się służbie Bogu, wstępując do zakonów. Starsza siostra Julii – bł. Maria Teresa poświęciła się misjom w Afryce i założyła zgromadzenie, Sodalicję św. Piotra Klawera. Brat Julii – Włodzimierz, wstąpił do zakonu jezuitów i niemal trzydzieści lat był generałem tego zakonu. Fenomen świętości rodziny Ledóchowskich, potwierdziło kolejne pokolenie. Trzy wnuczki Antoniego i Józefiny zostały urszulankami. Jedna z sióstr Julii we wspomnieniach napisała o pobożności swoich rodziców: Dom nasz miał ducha prawdziwie katolickiego. Życie w domu było święte i piękne. Pragnieniem naszej matki było widzieć nas wszystkich w niebie, co nam często powtarzała.
Zanim rodzina Ledóchowskich przeniosła się z Austrii do Polski, Julia otrzymała staranne wykształcenie. Gdy miała 18 lat, rodzice zakupili majątek w Lipnicy Murowanej niedaleko Bochni. Od samego początku Julia czuła się odpowiedzialna za nowy dom i z charakterystyczną dla siebie werwą zajęła się jego administrowaniem. W wolnym czasie uczyła się języków obcych, czytała, grała na fortepianie, malowała. Polska była dla niej i jej rodzeństwa utęsknioną krainą, znaną z opowiadań ojca. Julia szybko nawiązała kontakt z okoliczną ludnością. Otoczyła opieką chorych i ubogich. Wkrótce stała się tak znana i lubiana, że przychodzili do niej po radę lub lekarstwa z odległych okolic.
Mając 21 lat, Julia wstąpiła do zakonu sióstr urszulanek „czarnych” w Krakowie. Jej brat wspomina, że od dzieciństwa chciała zostać zakonnicą. Zwierzyła się jemu z tego pragnienia, gdy miała dziewięć lat. Przy ślubach zakonnych w 1889 r., przyjęła imię Maria Urszula od Jezusa. Jako siostra Urszula zajęła się pracą pedagogiczną. Obowiązki wykonywała z zapałem i talentem. Umiejętności siostry Urszuli zostały docenione po latach, gdy w 1904 roku wybrano ją na przełożoną zakonu. Szczególną misją Zgromadzenia Urszulanek „czarnych” założonego w XVI w. przez świętą Anielę Merici było głoszenie Chrystusa przez wychowanie i nauczanie dzieci i młodzieży. Siostra Urszula Ledóchowska dysponując niespożytą energią, poza obowiązkami przypisanymi regułą zakonu, podejmowała szereg innych inicjatyw. Była założycielką pierwszego w Polsce internatu dla studentek oraz Sodalicji Mariańskiej. Wszędzie, gdzie się znalazła organizowała życie społeczne, wydawała gazety katolickie, zakładała szkoły i ochronki dla sierot.
Wiedziała, że przyszłość narodu zależy od właściwego wychowania dzieci. Swoim wychowankom i słuchaczkom mówiła o roli matki i znaczeniu macierzyństwa: W ręku Jezusa, pod okiem Jezusa, z Jezusem w sercu, dziecko twe wyrośnie na dobrego, cnotliwego chrześcijanina i nie będzie dla ciebie powodem łez, trosk, zmartwienia. Kształtując młode dziewczęta i prowadząc liczne prelekcje dla kobiet, podkreślała znaczenie modlitwy, która jest mostem łączącym doczesność z wiecznością. Mówiła, by patrzeć „dalej” i we wszystkich działaniach widzieć ostateczny cel. Życie w perspektywie religijnej było naczelną wskazówką, którą dawała swoim słuchaczkom. Z zadziwiającą jasnością i mądrością opisywała świat, który już wtedy był atakowany przez ateistyczne ideologie i rodzące się ruchy feministyczne. Przestrzegała przed słabością i uleganiu „nowościom”. O grzechu mówiła: Człowiek grzeszy, spodziewając się jakiegoś zysku, jakiejś przyjemności, satysfakcji; i myli się, bo w grzechu nic innego nie znajdzie, jak udręczenie ducha i mękę serca.

Niespokojny duch, pasja i chęć pomagania, kazała jej poszerzać krąg dziewcząt objętych pracą wychowawczą i ewangelizacyjną. By prowadzić misję również wśród dziewcząt z ubogich środowisk, siostra Urszula założyła nowe Zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Dekret założycielski tego Zgromadzenia został zatwierdzony dopiero w 1923 r. Jeszcze zanim doszło do założenia nowego Zgromadzenia, w 1907 r., z błogosławieństwem Ojca Świętego Piusa X, matka Urszula postanowiła pojechać do Rosji, do Petersburga, by pomóc w utrzymaniu wiary wśród Polaków-katolików przebywających w Rosji. Udała się tam z dwiema siostrami, by objąć kierownictwo internatu dla uczennic polskiego gimnazjum. W tym czasie w Rosji nie wolno było prowadzić działalności religijnej, dlatego matka Urszula pojechała tam w konspiracji – w świeckim stroju jako hrabina Ledóchowska. W 1910 r. rozszerzyła swą działalność jadąc do Karelii nad Zatoką Fińską, gdzie założyła prywatne gimnazjum z internatem oraz dom urszulanek i nowicjat.

Gdy wybuchła I wojna światowa, siostra Urszula, jako poddana austro-węgierska, musiała opuścić Rosję. Wtedy rozpoczęła się jej „skandynawska wędrówka”. W latach 19141918 objechała niemal całą Skandynawię, począwszy od Finlandii, poprzez Szwecję, Norwegię aż po Danię. Wszędzie włączała się w życie społeczne i religijne, również wśród protestantów. Organizowała szkoły języków dla skandynawskich dziewcząt, ochronki dla sierot po polskich emigrantach. Zakładała gimnazja z internatem dla dziewcząt. Prowadziła działalność wydawniczą. Niezwykle szybko opanowywała obce języki, by móc prowadzić wykłady, prelekcje i odczyty w ojczystym języku swoich słuchaczek. Tematyka publicznych wystąpień najczęściej dotyczyła zagadnień pedagogicznych, wychowawczych i religijnych. Nie zabrakło też wątku polskiego. Z pasją opowiadała o Polsce – o jej kulturze, historii oraz o nadziei na odzyskanie niepodległości. Zachęcona przez Henryka Sienkiewicza, aktywnie wspierała działalność Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce.

Po zakończeniu wojny w 1918 r., matka Urszula rozpoczęła przygotowania do powrotu do kraju. Sprawie pomógł dar norweskiego konsula Solt-Nielsena. Dzięki jego hojności w 1920 r. został zakupiony majątek w Pniewach niedaleko Poznania, w którym ulokował się pierwszy na terenie Polski dom „szarych urszulanek”. W sierpniu tego roku matka Urszula z grupą sióstr i podopiecznych dzieci powróciła z tułaczki do Polski. W wolnej Polsce, Matka Urszula kontynuowała misję krzewienia wiary i wychowywania dzieci i młodzieży, tworząc rozmaite struktury wychowawcze. W okresie międzywojennym powstały w różnych częściach Polski 24 przedszkola, 14 świetlic, 9 domów dziecka, 8 szkół, internaty dla młodzieży szkolnej i akademickiej, kuchnie dla ubogich, kolonie dla dzieci, czytelnie, biblioteki, koła kobiet i gospodyń wiejskich. Dynamicznie rozwijające się zgromadzenie szarych urszulanek, podjęło się pracy misyjnej na terenach szczególnie zaniedbanych, na przedmieściach wielkich miast – Warszawy, Łodzi, Rzymu oraz na wschodnich terenach Polski, zwłaszcza na Polesiu.
Matka Urszula w swoich szkołach i zakładach wychowawczych zwracała dziewczętom uwagę na obowiązek aktywnego udziału w życiu społecznym. Uczyła odwagi oraz gotowości do ofiar i poświęceń: Nie poczuwamy się do obowiązku bronienia świętych praw Bożych. Cóż ja mogę zrobić – mówimy często. Oto zróbmy dla dobrej sprawy to, co inni robią dla złej. O naszych polskich obowiązkach pisała: Aby ocalić Ojczyznę trzeba: kochać Boga, kochać Kościół i rodzinny polski próg. To jest fundament. Taka jest nauka historii. Polska potrzebuje wiary. Gdyby Polacy choć trochę skorzystali z geniuszu tej świętej urszulanki, może Polska nie była by dzisiaj w tak opłakanym położeniu. Matka Urszula Ledóchowska zmarła w Rzymie, 29 maja 1939 r. Bóg oszczędził jej konfrontacji z II wojną światową. Świętość Urszuli Ledóchowskiej oficjalnie uznał Kościół 20 czerwca 1983 roku podczas Mszy św. beatyfikacyjnej w Poznaniu. W 1989 r. zachowane od zniszczenia ciało bł. Urszuli zostało przewiezione z Rzymu do Pniew i złożone w kaplicy domu macierzystego. W rocznicę urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II – 18 maja 2003 r., Papież dokonał w Rzymie kanonizacji siostry Urszuli Ledóchowskiej. W homilii podsumował jej działalność słowami: Matka Urszula Ledóchowska całe swoje życie uczyniła misją miłosierdzia wobec najbardziej potrzebujących. Gdziekolwiek rzuciły ją losy, odnajdywała młodzież, która wymagała wykształcenia i duchowej formacji, a także biednych, chorych, osamotnionych, na różne sposoby zranionych przez życie, którzy oczekiwali od niej zrozumienia i konkretnej pomocy.

Bieżący rok jest rokiem obchodów 150. urodzin Wielkiej Polki – św. siostry Urszuli Ledóchowskiej i jednocześnie jest rokiem ważnym dla Polski, ze względu na wybory prezydenckie i parlamentarne. Wybierając jesienią swoich przedstawicieli będziemy potrzebowali wielkiej rozwagi i pomocy Ducha Świętego. Gdy polecimy naszą Ojczyznę świętej Urszuli Ledóchowskiej, na pewno zaangażuje się w naszej sprawie, podobnie jak robiła to za życia – energicznie i z rozmachem. Pomagając nam, nie omieszka jednak nam przypomnieć zdania, które nie raz powtarzała: Przyszłość narodu nie tyle w rękach polityków, ile w rękach matek spoczywa.

***

Mirosław Orzechowski, Irlandczycy rzucili wyzwanie Bogu
Społeczeństwo katolickiej Irlandii opowiedziało się, w przeprowadzonym 22 maja referendum, za legalizacją związków pederastów i lesbijek stawiając je na równi z małżeństwami. Niebywałe, że stało się to w kraju, w którym trzy czwarte mieszkańców przyznaje się do wiary katolickiej! Na pytanie: „Czy jesteś za dodaniem do konstytucji wpisu umożliwiającego zawieranie małżeństwa dwóm osobom bez względu na ich płeć?” pozytywnie odpowiedziało 62 procent Irlandczyków, przy frekwencji przekraczającej 60 procent, spośród 3,2 miliona uprawnionych do głosowania. Kto by dziś uwierzył, że jeszcze dwadzieścia lat temu, stosunki homoseksualne były w tym kraju karalne.

Wynik głosowania pokazuje, jakiego milowego kroku na manowce dokonano w Irlandii w ostatnich latach. Jedni powiedzą, że to krok ku postępowi, drudzy – że to krok ku upadkowi państwa, regresowi cywilizacyjnemu i upadkowi człowieka. Irlandia stała się pierwszym na świecie państwem, w którym o legalizacji małżeństw tej samej płci zdecydowali obywatele w drodze ogólnonarodowego głosowania. Dotąd decydowały o tym państwowe parlamenty. Smutny korowód państw, w których legalizowano związki homoseksualne, rozpoczęła Dania w 1989 roku. Potem była Norwegia, Szwecja, Węgry, Holandia, Francja, Belgia, Niemcy, Finlandia, Kanada, aż nazbierało się 18 państw! Do tej niechlubnej grupy dołączyła teraz katolicka Irlandia! Wszędzie zaczynało się podobnie. Najpierw była legalizacja związków partnerskich tzw. „małżeństw light” z ograniczonymi prawami. Potem zrównywano partnerskie związki homoseksualne z tradycyjnym małżeństwem, również z prawem do adopcji dzieci. Pierwszym państwem, w którym całkowicie zrównano wszystkie prawa dla par heteroseksualnych i homoseksualnych była Holandia.

Świat stanął na głowie, bo zamiast drżeć z trwogi przed karą Bożą za grzech sodomii, dzisiaj oklaskuje sukces diabła w katolickiej Irlandii. Czy nikt już tam nie wierzy w karę Sodomy i Gomory? Po ogłoszeniu wyników referendum Dublin huczał od radosnych okrzyków tłumów wymachujących tęczowymi flagami. Z gratulacjami pośpieszył konserwatysta – David Cameron, skądinąd ojciec gromadki dzieci, oraz kandydatka na prezydenta USA – Hilary Clinton. Uderza niezwykła przewrotność przedstawicieli postępowego świata. Gdy nie tak dawno w Wielkiej Brytanii toczyła się debata na temat legalizacji związków homoseksualnych, David Cameron powiedział takie zdanie: Jestem wielkim zwolennikiem małżeństwa, dlatego chciałbym, aby było otwarte dla wszystkich.

Drogo kiedyś zapłaci „Zachód” za eksperymenty przeprowadzane na rodzinie i społeczeństwie. Skutki są już dzisiaj widoczne. Chwieje się w posadach instytucja rodziny, wiele pojęć zatraca swoje pierwotne znaczenie, a słowa „ojcostwo i macierzyństwo” zastępowane są złowieszczo brzmiącym zwrotem: „rodzic A i rodzic B”. Duży udział w rozprzestrzenianiu się tej rewolucji dewiacyjnej mają międzynarodowe instytucje, które od lat zajmują się formułowaniem rezolucji nakazujących „równanie praw”, ze szczególnym serwilizmem wobec środowisk homoseksualnych.

„Upadła twierdza Watykanu!” – wołają z diabelską radością tytuły zachodnich gazet. I przykro słuchać poreferendalnych komentarzy, które świętując triumf wyrwania katolickiego ducha z Irlandii obwinia o to księży. Na fali niesłychanej kampanii wrogości, kłamstw i bluźnierstw przeciw Bogu nakręcana jest atmosfera gorszącej epidemii seksualnej wśród duchowieństwa. Nagonka jest tak agresywna, że księża wolą milczeć, byle się nie narażać. A katolicy niestety nie bronią swoich pasterzy. Z głupoty, z wyrachowania, albo z wychowania chcą zostać sami w klatce z wilkami. Efekt jest taki, że mimo głosu irlandzkich hierarchów, wzywających do głosowania przeciw uznaniu gejowskich małżeństw, Irlandczycy woleli być „nowocześni” i otworzyli belzebubowi na oścież drzwi irlandzkich serc.

Masowe odchodzenie Irlandczyków od Kościoła w dużej mierze jest skutkiem nachalnej propagandy antykatolickiej w mediach i w przestrzeni publicznej. Ani szkoła, ani rodzina nie wychowuje już do obrony królestwa dusz Chrystusowych. „Nowoczesność” znaczy już także w Irlandii „bezbożność”, „pogaństwo” i „satanizm”. Jeszcze w latach 70. ponad 90 procent irlandzkich katolików chodziło regularnie na niedzielne Msze święte. Dziesięć lat temu, wielkość ta spadła o połowę, a teraz jedynie co piąty z nich chodzi do Kościoła. Gdy Konwent konstytucyjny Irlandii zaproponował referendum w sprawie wprowadzenia instytucji małżeństw homoseksualnych, irlandzki Kościół protestował, niestety, zbyt słabo. Choć księża wzywali, by kierować się katolickim sumieniem, Kościół nie zorganizował szerokiej akcji sprzeciwu. Prymas Irlandii Eamon Martin powiedział, że: Jeśli społeczeństwo wprowadzi i narzuci model małżeństwa <bezpłciowego> zdefiniowanego jedynie jako związek dwóch przypadkowych osób (także mężczyzny z mężczyzną, albo kobiety z kobietą), będzie nam coraz trudniej publicznie przemawiać za, lub uczyć o małżeństwie między mężczyzną a kobietą. Ten „zamglony” List pasterski Episkopatu irlandzkiego wyrażający stanowisko Kościoła trafił i tak zaledwie do 10 procent wiernych! Skutek jest taki, że jeszcze tej jesieni odbędą się pierwsze śluby homoseksualne. Teraz będzie coraz trudniej nazywać Irlandię krajem katolickim.

Przyjęło się uważać, że Irlandczycy są narodem konserwatywnym. Było tak pół wieku temu, kiedy Irlandia była biedną i odizolowaną od świata wyspą. Większość mieszkańców zajmowała się rolnictwem, a Kościół katolicki cieszył się najwyższym autorytetem. Tradycje oparte na wierze rzymskokatolickiej określały tożsamość narodową Republiki Irlandii potrzebną w konfrontacji z protestancką Irlandią Północną. Czasy te już minęły. Odrębność przestała być tak ważna dla Irlandczyków. Zmiany nastąpiły po otwarciu się wyspy na świat i wejściu Irlandii do Wspólnoty Europejskiej w 1973 roku. Stopniowo zaczęto eliminować z prawodawstwa ustawy zakorzenione w katolickim nauczaniu Kościoła. Do tego celu wykorzystano referenda. System prawny tego kraju wymaga, żeby za każdym razem, kiedy rząd chce wprowadzić zmiany w konstytucji, musi skonsultować się ze społeczeństwem poprzez referendum. Wielu pamięta referendum z 2008 roku, kiedy Irlandczycy nie wyrazili zgody na podpisanie Traktatu Lizbońskiego. Rok później ponownie przystąpiono do rozstrzygnięcia tego tematu. Tym razem wynik referendum był pozytywny. Kampania medialna z elementami zastraszania przyniosła oczekiwany skutek.

Obowiązująca w Irlandii konstytucja powstała w 1937 roku. Wszystkie jej regulacje miały bardzo wyraźną wykładnię katolicką. Później wiele zapisów zostało zmienionych. Do 1980 roku obowiązywał całkowity zakaz handlu środkami antykoncepcyjnymi. Zniesiono ten zakaz. W 1995 roku, w wyniku kolejnego referendum, zniesiono zakaz rozwodów. W zeszłym roku złagodzono restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, dopuszczając przerywanie ciąży w sytuacji zagrożenia życia kobiety. Od 2010 r. parlament irlandzki dopuścił, aby pary seksualne w Irlandii mogły zawierać związki partnerskie, ale bez pełnego statusu przysługującemu małżeństwu. Na to nie pozwalały zapisy konstytucji Irlandii. Więc trzeba było zmienić definicję małżeństwa poprzez referendum tak, by małżeństwem mógł być związek dwojga osób dowolnej płci. W 2013 roku komisja do spraw reformy konstytucyjnej zaleciła przeprowadzenie procedury pełnej legalizacji małżeństw jednopłciowych, a w styczniu tego roku parlament Irlandii przyjął brzmienie tekstu do poprawki konstytucji. Przegłosowane w referendum zapisy, będą stanowić już 34. poprawkę irlandzkiej ustawy zasadniczej. Jak widać referenda stały się środkiem do zmieniania rzeczywistości na gorsze. Architekci tych zmian postawili na głupotę Irlandczyków i na płytkość ich wiary. I nie pomylili się. Mają na piśmie wyrażony dowód, że katolicy z Irlandii gotowi są zmieniać w głosowaniu Prawo Boże!

Na wynik referendum miało także wielki wpływ poparcie sodomitów przez wszystkie partie polityczne w Irlandii! Wszystkie media, w tym sieci społecznościowe, bębniły o potrzebie zmian definicji małżeństwa. Zdumiewające, że nawet opozycyjna partia konserwatystów stojąca najbliżej Kościoła – Fianna Fail, nie krytykowała tej obłąkanej idei. Wręcz przeciwnie, lider tej partii – Michael Martin powiedział, że nie mógł poprzeć strony przeciwników małżeństw homoseksualnych ponieważ: po prostu nie można w XXI wieku dyskryminować homoseksualistów ze względu na ich seksualność.

W obliczu tego, co zaszło w Irlandii, chrześcijańska Europa musi dać wyraźny głos. Mamy obowiązek powiedzieć, że wypieramy się diabła, że wierzymy w jedynego Boga. Czy stać nas na to? Czy potrafimy zobaczyć jasno zarysowaną już oś zła i odrzucić ją? Narzucane brutalnie prawa Unii Europejskiej są duchowym dziedzictwem Rewolucji Francuskiej z całym złem, jakie z sobą niosła. To dziedzictwo niszczenia rozlewane jest dziś po świecie. Na tym bitewnym polu zostały szczątki katolickiej Polski i Rosja. Piekielny atak, także polskojęzycznych mediów, na Rosję motywowany jest przede wszystkim obawą, że Polska i Rosja – wspólnota wiernych Kościoła chrześcijańskiego Zachodu i Wschodu, mogą zatrzymać diabła, który panoszy się już wszędzie. Czy potrafimy to pojąć w obliczu wypełniania się Fatimy i w przededniu 1050. rocznicy chrztu Polski?

Jesteśmy świadkami przegranej batalii o rząd dusz w państwie katolickim. Jeśli będziemy milczeć, następna może być Polska. Słowa te kieruję do Czytelników „Aspektu Polskiego”, do moich Rodaków, do ludzi Kościoła katolickiego, którzy rozumieją, co się wokół nich dzieje. „Państwowe małżeństwa” zboczeńców nie są jedynym zagrożeniem. Nasze dusze toczy rak genderyzmu, wszechobecnej seksualizacji, deprawacji dzieci w szkołach, rządowa osłona zbrodni dokonywanych w technice in vitro, aborcja i jawne bluźnierstwa przeciw Bogu. Za to podnoszone są kary dla krytykujących dewiacje. Cały ten piekielny szturm dokonuje się tylko po to, żeby zniszczyć rodzinę! Bo to rodzina przekazuje dziecku wiarę, kształtuje jego tożsamość, pomaga zrozumieć poznawany świat. To chrześcijańska rodzina mężczyzny i kobiety jest wrogiem diabła! On nie boi się już rządów, które dysponują armiami – te są już po jego stronie. Ale potęgą nie do przebycia jest rodzina, która daje życie i wychowuje!
Nie liczmy na porozumienie. Z diabłem nie wolno się układać, bo gorzko zapłaczemy nad własnym grobem. Dzisiaj bohaterstwo staniało. Każdy z nas może sięgnąć po ten heroiczny owoc. Trzeba tylko nauczyć się dwóch słów: NIE POZWALAM!

***

Ks. Infułat Józef Fijałkowski, Kościół ewangelizuje
Kościół ma prawo i obowiązek głosić Ewangelię. Chrystus do swoich Apostołów powiedział: idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody. Nawiązując do artykułu z poprzedniego numeru „Aspektu Polskiego” Ewangelizując w czasach nowoczesnych spróbujmy rozważyć jedną z fundamentalnych zasad ewangelizacji świata.

To Kościół ma prawo i obowiązek ewangelizować; w każdym czasie aż do skończenia świata. Ewangelizację świata Chrystus uczynił jednym z najważniejszych zadań Kościoła i Jego misji wobec wszystkich pokoleń. Apostołowie umocnieni Duchem Świętym wypełniali to zadanie z godną podziwu i szacunku gorliwością, nie lękając się sprzeciwów, prześladowań, a nawet męczeństwa. Integralną częścią Kościoła i Jego misji jest więc służba Ewangelii. Kościół przechowuje Ewangelię jako najcenniejszy skarb, stara się ją zrozumieć, wyjaśnia ją i pomaga, aby każdy człowiek otwartym sercem przyjął Dobrą Nowinę jako dar przeznaczony przez Boga dla niego. Kościół idzie do świata z Ewangelią, którą posłany przez Ojca Syn Boży, Jezus Chrystus z miłości do nas ludzi przyniósł i ogłosił, abyśmy poznali prawdę o Bogu i o człowieku. Chrystus swoim autorytetem budzi w nas zaufanie, ponieważ sam jest Prawdą – ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem.

Nie powinniśmy zatem lękać się i bać Chrystusa i Jego prawdy, którą w Jego imieniu głosi Kościół i Jego Apostołowie – Papież, biskupi i kapłani. Gdyby za tym nie stał Chrystus, podejmowanie się głoszenia Ewangelii byłoby pewnego rodzaju brakiem roztropności, a może i zuchwalstwem. Nikt bowiem z ludzi z własnej mądrości nie może powiedzieć i obiecać: żył będziesz, a ja cię wskrzeszę w dniu ostatecznym. Tę i wiele innych prawd, obietnic, a także zadań do wykonania gwarantuje swoją miłością z Krzyża i swoim zmartwychwstaniem Zbawiciel świata. Misja ewangelizacji świata zlecona została przez Chrystusa Kościołowi, to znaczy wszystkim, którzy tę wspólnotę na mocy chrztu i powołania stanowią, a więc biskupom, kapłanom, ale i świeckim wierzącym. W szczególny sposób jest jednak ona związana z powołaniem kapłańskim.
Problem jednak jest w tym, że dzisiaj odniesienia wielu ludzi do Kościoła i kapłanów pozbawione są tej Chrystusowej wizji i dlatego głoszenie Ewangelii natrafia na wiele przeciwności i jest bardzo mało skuteczne. Ilustracją tego jest rozpowszechnione w naszych czasach hasło: Pan Bóg tak, Kościół nie. Ci, którzy tak sądzą zapominają, że nie można rozdzielać Chrystusa i Kościoła. Jest to podstawowa integralność – nie ma Chrystusa bez Kościoła i Kościoła bez Chrystusa.
Chrystus pozostawił swoją Ewangelię (Pismo Święte) Kościołowi i jego kapłanom, utożsamia się z nimi i z ich misją – kto was słucha, mnie słucha, kto wami gardzi, mną gardzi. Nie można zatem w życiu kierować się tą zasadą – Pan Bóg tak, Kościół nie, ponieważ odrzucając Kościół odrzucamy też Boga.

A zatem bez przyjęcia tej spójności człowiek będzie miał trudności w przyjęciu Ewangelii, którą głosi Kościół i Jego kapłani. Być może, że pośród wielu innych z tej przyczyny głoszone Słowo Boże w Kościele i na katechezie nie jest przyjmowane z całą otwartością serca i umysłu, i nie przynosi oczekiwanych owoców.

Rozumiejąc te trudności i uwarunkowania Sobór Watykański II wyszedł naprzeciw ludzkim oczekiwaniom i wiele uwagi poświęcił Kościołowi i Jego misji we współczesnym świecie. Znalazło to wyraz w zadaniu jakie podjęli ojcowie soborowi (biskupi) Kościele powiedz o sobie, kim jesteś. Owocem tych rozważań stały się dwa ważne dokumenty Konstytucja Dogmatyczna o Kościele Lumen Gentium oraz Konstytucja Duszpasterska o Kościele w Świecie Współczesnym Gaudium et Spes oraz Dekret o Pasterskich Zadaniach Biskupów w Kościele Christus Dominus i Dekret o Posłudze i Życiu Kapłańskim Presbiterorum Ordinis.
Bogactwo myśli zawartych w tych dokumentach jest tak ważne, a zarazem fundamentalne, że bez dokładnego przeanalizowania ich treści trudno mówić o nowej ewangelizacji i oczekiwać jej skuteczności. Ale to zadanie odkładamy na przyszłość, a zachęca się w miarę możliwości do osobistego zainteresowania się zawartymi w tych dokumentach treściami.

W Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Sobór Watykański II stwierdza: stąd też Kościół wyposażony w dary swego Założyciela i wiernie dochowujący Jego przykazań miłości, pokory i wyrzeczenia otrzymuje posłannictwo głoszenia i krzewienia Królestwa Chrystusowego i Bożego wśród wszystkich narodów i stanowi zalążek oraz zaczątek tego Królestwa na ziemi.

A Święty Jan Paweł II w Adhortacji Apostolskiej Ecclesia in Europa (Kościół w Europie) pisze: Ewangelia nadziei, przekazana Kościołowi i przezeń przyswojona, musi być głoszona na co dzień i każdego dnia trzeba dawać o niej świadectwo. Takie jest powołanie Kościoła we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach… Kościół jest dla ewangelizacji, czyli po to, aby głosił Słowo Boże i go nauczał, aby przez nie dochodził do nas dar łaski…

***

Izabela Maria Trelińska, Tajemnica jedności
Bóg przedstawiając się ludziom powiedział o sobie, że jest dobry. Nie powiedział ani jednego słowa o innych swoich atrybutach. Wszystkie swoje właściwości przemilczał i tylko określił siebie atrybutem dobrego działania. – R. Brandstatter, Krąg biblijny.

W „Trójcy Świętej” Andrieja Rublowa, namalowanej ok. 1411 lub 1427 r., trzej aniołowie przysiedli przy ołtarzu, na którym widnieje kielich. Przysiedli. Czy modlą się? Rozmawiają? Kontemplują? Czy zatopili się w wieczności? Tajemnica Trójcy Świętej, niezgłębiona, wielka, pociągająca i niedostępna dla głębszego wniknięcia w odczucie jedności trzech Boskich Osób w miłości i działaniu.

Łagodne pochylenie postaci aniołów jest znamienne, jedyne i piękne. Pełne wdzięku, wewnętrznego ładu i pokoju. Panuje tu Boży pokój i nadprzyrodzone piękno. Zaduma i pewien smutek. Anioł przynosi dobro. Skąd więc bierze się ów smutek? Jakby bezsilność. Tak. Bezsilność. Tak odbieram trzeciego anioła – prawego, symbolizującego tutaj Ducha Świętego. Jest jakby bezsilny wobec naszych oporów, braku zawierzenia, grzechu, pychy, próżności, lenistwa, przewrotności, pustki i głupoty. Wiele interpretacji. Wiele niejasności i pytań. Dlaczego aniołowie „zasiedli przy ołtarzu”? To ikona – modlitwa – obecność Boga.
Środkowy anioł, symbolizujący Jezusa Chrystusa, jest najpiękniejszy. W fioletowej sukni z żółtym pasem spływającym z ramienia i luźno układającej się na drugim ramieniu sfalowanej, kobaltowej tuniki, przedstawionej tutaj jako zstępujący z nieba kwiat, jako róża niebiańska, mistyczna – symbolizująca życie, śmierć i zmartwychwstanie. Jego ręka zbliża się do kielicha. Jest lekko uniesiona nad ołtarzem. Wskazuje na kielich, jakby przypominała nam o bogactwie, jakie niesie poprzez Eucharystię. Działanie prawie niedostrzegalne, zakryte, tajemnicze – a jakie potężne!

W „Trójcy Świętej” A. Rublowa każdy anioł ma inną szatę. Bóg Ojciec, z lewej, ma niebieską suknię i złoty płaszcz. Zaś Duch Święty – błękitną suknię i złoto-zieloną tunikę. Te trzy Boskie Osoby są wpisane niejako w formę kręgu. Działają bez słów. Skutecznie i zawsze z miłością. Pochylenie środkowego anioła nad kielichem, nad Eucharystią jest jakby przypomnieniem obecności, świętości trzech osób Trójcy Przenajświętszej: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jest dyskretnym wskazaniem na ten bezcenny dar Bożej miłości do nas. Bóg jest zatroskany o nas. Jest zatroskany o nasze zbawienie. Uczestnictwo w Eucharystii już tu na ziemi daje nam bezpieczne niebo. Przyjmując ten dar – dar Eucharystii, człowiek już tu na ziemi uczestniczy w dwóch światach: ziemskim i niebiańskim.

„Trójca Święta” Rublowa, mimo różnych interpretacji nie uzyskała do tej pory jednoznacznego odczytania jej treści symbolicznych. Nawet problem powstania ikony nie został wyjaśniony. Prawdopodobnie Rublow namalował ją „na chwałę swojego ojca duchownego” – św. Sergiusza z Radoneża (zm. 1382 r.). Był on propagatorem kultu Trójcy Świętej, nieznanego na Rusi. Ideałem jego było: „wewnętrzne zjednoczenie wszystkich istot w Bogu”, a obcowaniem z Trójcą Świętą chciał przezwyciężyć strach przed nienawistnym podziałem tego świata.
W „Trójcy Świętej” Rublowa upatrywano także dzieło heretyckie, ale widziano w nim również ikonę, której wymowa dogmatyczna miała być odpowiedzią na ruchy heretyckie – szerzące się na Rusi i odrzucanie czci oddawanej ikonom.

Wydobycie w ikonie Rublowa światła w postaci aniołów ze złotym tłem ma następujące znaczenie: w opracowanej w okresie patrystycznym symbolice światła, traktowano je jako znak Boskości, Chwały Bożej, Piękności. Po drugie – w teologii bizantyjskiej i tekstach liturgicznych o dogmacie Trójcy Świętej opisywano Boga jako „nosiciela światła i słońce chwały”, Syna jako „narodzoną od słońca światłość” zaś Ducha Świętego jako „pochodzący od słońca promień”.

Dlaczego Pan Bóg pochyla się nad nami? Pan Bóg nie tylko się nad nami pochyla. Podtrzymuje nas. Podtrzymuje i czuwa nad każdym naszym działaniem. Co mamy czynić? Wpatrywać się w Boga. Wsłuchiwać się w Jego słowa, rozważać je w swoim sercu i czuwać. Czuwać na modlitwie wiernie. Modlitwa jest więc dla nas wielką szansą. Bo dzięki modlitwie możemy zyskać, otrzymać łaskę, która poprowadzi nas dobra drogą.

***

Iwona Klimczak, Przed Najświętszym Sakramentem…
4 czerwca obchodziliśmy uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną powszechnie Bożym Ciałem. W całej Polsce odbywały się uroczyste procesje ulicami miast i wsi, a kapłani wygłaszali homilie, poruszające m.in. ważne problemy, przed którymi dziś stoimy. Biskupi mówili więc w tym roku o cywilizacji miłości i cywilizacji śmierci, o rodzinie i zagrożeniach dla niej, o in vitro, konwencji antyprzemocowej i wykluczaniu Kościoła z przestrzeni publicznej.

Niedziela duszą tygodnia
O znaczeniu niedzieli i świętowaniu w duchu chrześcijańskim mówił Ks. Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, Metropolita Poznański. Niedziela staje się duszą całego tygodnia, a sercem niedzieli jest uczestnictwo w Eucharystii, która stanowi źródło i szczyt życia chrześcijańskiego – mówił. Tymczasem od 25 lat nie udało się zakazać handlu w niedzielę w kraju, który mieni się katolickim, a w wielu miejscowościach – mówił Ks. Abp Gądecki – wytworzył się specyficzny zwyczaj robienia zakupów w niedzielę czy wręcz rodzinnych wizyt w hipermarketach, a dla wielu niedziela stała się wyłącznie zakończeniem tygodnia (weekendem), rozumianym jako czas odpoczynku i rozrywki.

Wierność Ewangelii nazywają średniowieczem
Ks. Abp Marek Jędraszewski, wiceprzewodniczący KEP i Metropolita Łódzki zwracał uwagę na problem ochrony życia ludzkiego. Osoby ludzkiej nie można bowiem traktować jak przedmiotu, zasługuje ona na poszanowanie godności i prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Z jakim bólem – mówił Metropolita Łódzki – musimy dzisiaj wspomnieć tych, którzy przyznają się oficjalnie do przynależności do Kościoła katolickiego, a jednocześnie zwalniają z pracy lekarzy, którzy odmówili przeprowadzenia aborcji, bo uważali, że to dziecko istniejące w łonie matki jest dzieckiem, a nie jakąś grupą komórek. Jakże jest to bolesne – dodał – że wierność Ewangelii bywa nazywana powrotem do średniowiecza.

Ks. Abp Jędraszewski podkreślił też zagrożenia związane z ratyfikacją tzw. konwencji antyprzemocowej, według której to religia i zdrowa normalna rodzina są źródłem przemocy wobec kobiet, a nie alkohol, narkotyki czy brak pracy.

Ks. Abp Jędraszewski zwrócił też uwagę na promowanie ideologii gender. Próbuje się to wtłaczać przez pewne programy już od przedszkoli (…) To jest państwo wyznaniowe. Ktoś uznał, że to jest dogmat i trzeba to wprowadzać.

Rodzina jest niezastąpiona i niezastępowalna
Ks. Abp Sławoj Leszek Głódź nawiązując od odbywających się w tych dniach Marszy dla Życia i Rodziny, podkreślił, że są one też apelem o opamiętanie się, o zejście z drogi, która prowadzi donikąd, protestem przeciw coraz mocniej dającemu o sobie znać nurtowi laicyzacji, wrogim chrześcijaństwu ideologiom, które przenikają do naszej ojczyzny i mają wpływ na kształt ustawodawstwa, na resortowe zarządzenia i dyrektywy, na programy szkolne promujące treści dewiacyjne, których nie sposób zaaprobować.

Wokół sprawy ochrony życia i rodziny skupił się Kardynał Stanisław Dziwisz, Metropolita Krakowski. Metodę in vitro nazwał niemoralną, nie do przyjęcia dla chrześcijan i przez ludzi szanujących fundamentalne prawo każdej ludzkiej istoty do życia. Konwencję antyprzemocową określił jako prowadzącą do zmian niszczących małżeństwo, rodzinę, wychowanie dzieci i tradycję. Potępił też wprowadzenie do sprzedaży tzw. pigułki „dzień po” dostępnej bez problemu dla młodych dziewcząt. Zdaniem Kard. Dziwisza nadzieją są młodzi: Liczymy na mądrość i zaangażowanie w nasze wspólne i ważne sprawy młodego pokolenia Polek i Polaków – mówił. Polska woła dziś o ludzi sumienia – stwierdził Kard. Dziwisz – także w polityce i stosunkach społecznych.

Wokół rodziny skupił swoje kazanie także Ks. Abp Kazimierz Nycz, Metropolita Warszawski, który mówił, że nikt i nic do końca nie potrafi rodziny zastąpić, że jest potrzebna społeczności ludzkiej, jest dla wychowania następnych pokoleń wspólnotą niezastąpioną i niezastępowalną. Ks. Abp Nycz zwrócił też uwagę na wzrastającą liczbą rozwodów, podkreślił, że ludzie rozstają się i zaczynają od nowa, jakby się nic nie stało, często bez podejmowania walki o jedność małżeństwa i rodziny.

Wyraził też niepokój o przyszłość rodziny w kontekście referendum w Irlandii, w wyniku którego dopuszczono możliwość zawierania małżeństw homoseksualnych. Podkreślił, że to poważne ostrzeżenie dla całej Europy i Polski.

Pójdźmy za Chrystusem
Ks. Abp Wojciech Polak, Prymas Polski wzywał do pójścia za Chrystusem, który czeka na nas przy swoim stole, ale za każdym razem na nowo nas posyła. To przecież dlatego wyszliśmy dziś w procesji eucharystycznej tymi samymi ulicami, którymi codziennie przechodzimy w drodze do pracy, do szkoły, czy na zakupy. Z drugiej zaś strony musimy ciągle pamiętać, że żaden nasz wysiłek czy postanowienie nie przyniosą owoców, jeśli nie będziemy coraz bardziej rozkochiwać się w Eucharystii, jeśli zabraknie naszej wierności niedzielnej Mszy świętej, jeśli nie będziemy przy Nim klękać na adoracji, bez słów, choćby na chwilę, kiedy w ciągu dnia przechodzimy obok tutejszych kościołów – mówił Prymas.

Wyznawcy Chrystusa, brońcie Jego nauki
Ks. Abp Henryk Hoser, Ordynariusz Diecezji Prasko-Warszawskiej mówił: Bóg upomina się o nasze sumienie, o naszą zdolność oceny tego, co jest dobre i co złe. Sumienie staje dzisiaj w centrum dyskusji. Sumienie prawe to takie, które jest uformowane w oparciu nie o nasze subiektywne mniemania, ale o prawdy które nie zmieniają się, które nie są koniunkturalne i które zawsze obowiązują – podkreślił.

Ks. Abp Hoser dodał też, że ostatnie lata były narastającym sprzeciwem wobec obecności chrześcijan i Kościoła w przestrzeni publicznej. Były, już ponawianymi w poprzedniej epoce, ciągłymi próbami spychania Kościoła do kruchty i zakrystii, spychania Kościoła z przestrzeni publicznej, odbierania mu głosu, zagłuszania jego głosu, bo ten głos jest niepoprawny politycznie. Ks. Abp Henryk Hoser zwrócił uwagę, że próbuje się wciąż wykreślić Boga z przestrzeni publicznej oraz wykreślić symbole, które Go przypominają, gdy chce się wprowadzić tak zwane świeckie państwo, które nie oznacza wcale neutralności w stosunku do innych religii i wolności religijnej, ale oznacza państwo ateistyczne. Ci, którzy to czynią są dopuszczani przed mikrofony i kamery. – Głos Kościoła jest niewygodny – zauważył Biskup Warszawsko-Praski.
Ks. Bp Wiesław Mering Mering, Ordynariusz Diecezji Włocławskiej, przypominając, że Bóg zna zmienność i niestałość ludu, ale czeka wciąż nawrócenia człowieka i szuka nowych dróg, żeby dotrzeć do serca ludu, do przemiany człowieka; ciągłego poprawiania na nowo rzeczywiści, w której jesteśmy, którą stanowimy i w której żyjemy. (…) Bóg w dzisiejsze święto pyta nas: Ja jestem dla was, ale czy wasze serca są dla Mnie? – pytał Ks. Bp Mering.

Ordynariusz Włocławski apeluje: Wyznawcy Chrystusa! Brońcie Jego nauki, brońcie Ewangelii, przeciwstawcie się rozbijaniu rodziny, niszczeniu małżeństwa, ideologizacji szkoły, żebyśmy nie obudzili się zbyt późno; pozwólcie przeniknąć się Bożej nauce i Bożemu Prawu.

Ku czci Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
Święto Bożego Ciała ma długą tradycję. Inicjatorką jego ustanowienia była św. Julianna z Cornillon, przeorysza klasztoru augustianek w Mont Cornillon (pod Liege). W 1245 r. objawił jej się Pan Jezus i zażądał ustanowienia osobnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii w czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Już następnym roku odbyła się pierwsza procesja eucharystyczna.

Dla całego Kościoła święto zatwierdził Papież Jan XXII (XIV w.) Na terenie Polski procesje odbywały się od XIV w. Do dziś niektóre mają specjalny, tradycyjny charakter. Tak jest np. w Spycimierzu, gdzie od samego rana mieszkańcy układają barwy dywan z kwiatów, po którym przejdzie kapłan z Najświętszym Sakramentem, a za nim wierni w procesji. W Łowiczu za to w procesji idą licznie mieszkańcy w ludowych pasiastych, niezwykle kolorowych strojach.

***

Emilia ZImnica-Kuzioła, Słowo o Danucie Szaflarskiej w stulecie urodzin
Błyszczy jak diament
Do warszawskiej szkoły teatralnej przyjęto ją po egzaminie poprawkowym, wkrótce dostała pozytywną opinię, ale z uwagą, iż ma: „za małe oczy”. Góralka z temperamentem wykrzyczała profesorowi Aleksandrowi Zelwerowiczowi swoje oburzenie…

Po raz pierwszy pojawiła się na profesjonalnych deskach scenicznych w dniu wybuchu II wojny światowej (Teatr na Pohulance w Wilnie). Wkrótce wojna zabrała jej ukochanego brata. Wyszła za mąż za pianistę Jana Ekiera, który – jak wspominała aktorka – szedł do niej z obrączkami, do Wilna, sześć dni. Wrócili już we troje, z córeczką Marysią, do stolicy.
Wybuchło powstanie warszawskie, Szaflarska była łączniczką (sama mówi „gońcem”), wielokrotnie ona i jej bliscy otarli się o śmierć. Przeżyła dramatyczne kilkadziesiąt godzin w transporcie do obozu przejściowego w Pruszkowie (w zatłoczeniu, na stojąco, z chorym dzieckiem na ręku).
Zyskała sławę po emisji, w 1947 roku, filmu muzycznego Zakazane piosenki, którym zagrała Halinkę Tokarską, uczestniczkę powstania. Film Leopolda Buczkowskiego, o latach okupacji niemieckiej, był pierwszym pełnometrażowym obrazem po wojnie. Szaflarska znalazła się na pierwszej w historii okładce „Filmu”, została uznana za pierwszą amantkę polskiego kina.

Zawsze była niezależna, silna, odważna, mimo delikatnej postury i niskiego wzrostu. Rozstała się z pierwszym mężem, ponieważ on nalegał, by zrezygnowała z pracy w teatrze. Z podobnych powodów rozpadło się jej drugie małżeństwo ze spikerem radiowym, Januszem Kilańskim, ojcem ich córki Agnieszki. Bo to teatr był jej pasją, największą miłością.

Długa jest lista nagród, jakie otrzymała w swojej wieloletniej karierze aktorskiej teatralnej i filmowej, toteż wymienić warto tylko te najważniejsze: kilkakrotnie otrzymywała nagrody na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za rolę w filmach Diabły, diabły (w 1991 r.), Pożegnanie z Marią (w 1993 r.), Pora umierać (2007 r.). Za rolę w tym ostatnim filmie odebrała też Polską Nagrodę Filmową Orły 2008. W 2007 roku zastała odznaczona Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. W 2008 roku odebrała Złotą Kaczkę przyznaną dla najlepszej aktorki stulecia kina polskiego. W 2013 roku – jako pierwsza aktorka i pierwsza kobieta – otrzymała Polską Nagrodę Filmową Orły za całokształt twórczości artystycznej. W 2015 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Danutę Szaflarską Orderem Odrodzenia Polski. Wśród licznych wyróżnień wspomnieć można kryształ „Zwierciadła”: „za niewiarygodne aktorstwo, od lat magnetyzujące młodych i dojrzałych widzów; za dawanie przykładu jak pracować, pięknie dojrzewać i mądrze żyć; za witalność, poczucie humoru i pogodę ducha”.

Szaflarska nie napisała autobiografii, nie epatowała dziennikarzy opowieściami o swoim życiu prywatnym. Wyjątek zrobiła dla Doroty Kędzierzawskiej – w filmie Inny świat z 2013 roku podzieliła się wspomnieniami ze swojego „bogatego życia”. Tylko raz opowiedziała o swojej wierze i przyjaźni z księdzem Jerzym Popiełuszką. Wyznała wtedy, że za jego sprawą po 40 latach wyspowiadała się i uwierzyła w istnienie Boga. W jednym z wywiadów aktorka opowiedziała o okolicznościach poznania kapelana Solidarności. Uczestniczyła jako delegatka Komitetu Prymasowskiego w procesach politycznych. Któregoś dnia podszedł do niej ks. Popiełuszko, przedstawił się i poprosił o przeczytanie wiersza podczas mszy św. za ojczyznę. Próbowała odmówić tłumacząc się, że jest ateistką i nie chodzi do kościoła. Jednak ta deklaracja nie zraziła księdza Jerzego. Z czasem ich znajomość przerodziła się w przyjaźń. Szaflarska podkreślała, że kapłan nigdy nie próbował jej nawracać: Przekonało mnie to, jakim on był człowiekiem. Interesował się wszystkimi, szanował ludzi, nie obchodziło go, czy ktoś był wierzący, czy nie. To zaważyło. Ksiądz ochrzcił jej dorosłą córkę i wnuka. Aktorka zapewnia, że często zwraca się do ks. Popiełuszki: ja nadal mam z nim kontakt, rozmawiam z nim, proszę, żeby się opiekował moimi dziećmi i wnukami. potwierdzenie „obecności” księdza w jej życiu przytacza dwie interesujące historie:
Gdy leżałam w szpitalu i dostałam zawału. Lekarze badali mi tętno, ciśnienie coraz bardziej spadało. Wyciągnęłam wtedy rękę i w myśli powiedziałam: „Jerzy, daj lekarstwo”. Wie pani, czemu tak zrobiłam? Kiedyś, kiedy Jerzy jeszcze żył, zaziębiłam się i leżałam w łóżku. Jerzy przyszedł mnie odwiedzić i mówi: „Dowiedziałem się, że jesteś chora, więc przyniosłem ci lekarstwo”. Wyciągnęłam do niego prawą rękę, a on dał mi czekoladę. W tym szpitalu to mi się przypomniało. I nagle pojawił się lekarz, który podał mi jakieś lekarstwo. Bóle ustąpiły. Potem okazało się, że to było jego prywatne lekarstwo, którego szpital nie miał. Pytałam tego lekarza, dlaczego do mnie przyszedł, bo nie pracował na OIOM-ie, na którym ja leżałam. Powiedział, że nie wie.

Druga interwencja miała miejsce w równie dramatycznych okolicznościach: Zostałam napadnięta na klatce schodowej mojego domu. Jeden z tych morderców mnie dusił, a ja straciłam przytomność. Potem okazało się, że leżałam tak pół godziny. Nagle zaczęłam odczuwać niebywałe, nieziemskie szczęście i zdałam sobie sprawę, że siedzi koło mnie Jerzy. Nie widziałam go, ale wiedziałam, że to on. Płynęło od niego coś niesamowitego. Kiedy poczułam to szczęście ogromne, on się oddalił. I wtedy ja zaczynam myśleć: położyłam się do łóżka zdrowa, to dlaczego wszystko mnie boli? Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżę na schodach. Co się stało, przecież ja nie mdleję? Zobaczyłam rozerwany płaszcz i wtedy sobie przypomniałam, co się wydarzyło. W końcu znalazł mnie sąsiad. Policja była zdziwiona, że żyję, bo przecież ja już miałam wtedy prawie 90 lat.
Szaflarska zwierzyła się Annie Sosnowskiej, że nie boi się śmierci, bo jest pewna, że ksiądz Jerzy „przeprowadzi ją w inny wymiar życia”. Bogata w doświadczenia, afirmuje świat razem z jego blaskami i cieniami. Nie chce rozmyślać o tym, co trudne, o ciężkich chwilach, jakich nie szczędził jej los. I nauczyła się uważniej patrzeć na świat, przeżywać codzienność bez ciągłego pośpiechu: Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: „Zaraz, dokąd ja się tak śpieszę? Przecież na końcu czeka na mnie trumna” (śmiech). Pozbądź się tego wewnętrznego biegu. Oglądaj świat, obserwuj, co się dookoła ciebie dzieje, bo życie mamy jedno, a przecież we wszystkim można znaleźć tyle piękna. Właściwie samo to, że się żyje, jest już czymś cudownym.

Erwin Axer powiedział o Danucie Szaflarskiej, że „każda jej rola błyszczy jak kryształ”, ale ona błyszczy jak diament (i nie tylko na ekranie i teatralnych deskach, ale i w życiu). Życzymy jej zdrowia i następnych niezapomnianych ról.

Wszystkie cytaty z: Danuta, Szaflarska, Anna Sosnowska, Cuda są rzeczą normalną, „W Drodze” 12/2012, numer 472.

***

Sabina Witkowska, Polityka jeździ też tramwajami
Moda na afery nie omija także naszego miasta. W Łodzi, zarówno zwolennicy prezydent miasta Hanny Zdanowskiej z PO, jak i jej wrogowie czerpali dane osobowe z bazy gapowiczów komunikacji miejskiej (MPK), o czym poinformowała „Gazeta Wyborcza”.
Działacze polityczni PO zatrudnieni na lukratywnych etatach w MPK wykorzystywali dane osób schwytanych za jazdę bez biletu do rejestracji kandydatów na europosłów. Trzeba postawić jasne pytanie: czy fałszowali podpisy osób, których adresy i numery PESEL znali? Jeśli tak, to nawet usłużni wobec PO prokuratorzy nie powinni przymykać na to oczu.

Na tym jednak nie koniec. Dostęp do danych osobowych jest widać w MPK tak łatwy, że sięgnęli po nie organizatorzy referendum w sprawie odwołania z urzędu prezydent Hanny Zdanowskiej! W obu przypadkach trzeba było zebrać po kilkadziesiąt tysięcy podpisów.

Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, o udostępnienie danych i fałszowanie podpisów rzekomych zwolenników prokuratura podejrzewa byłą członkinię PO zatrudnioną w MPK.

Przesłuchania osób, których dane nielegalnie wykorzystano, odbywają się w ośmiu łódzkich komisariatach. Do przesłuchania jest jeszcze blisko 40 tys. osób. Jeśli tempo śledztwa się nie zmieni, to dochodzenie potrwa co najmniej 32 lata, zapowiada „GW”. Taka niespodziewana odsiecz jest oczywiście na rękę winowajcom. Ale ciekawe, co na to prokuratura?

Powiedzieć, że Platforma Obywatelska ma złą passę, byłoby formułą niezwykle wytworną; lśniące kostiumy, w jakich paradują wciąż politycy tej partii prują się i pękają w szwach z nadwagi, w którą popadli jak tłuste koty. Platforma spala się gwałtownie, jak stary kalosz kopcąc przy tym czarnym śmierdzącym dymem, który przeszkadza już wszystkim.

***

Jacek Kędziarski, Mała uliczka w tarapatach
Uliczka ta w mieście Łodzi nie ma większego znaczenia. Ot, jedna z setek małych, trylinkowych uliczek dojazdowych do bloków oraz szkół i przedszkoli. Ale już niedługo ul. Józefa w Łodzi na Starym Widzewie może popaść w poważne tarapaty. Kłopoty, które czekają ją i jej użytkowników związane są z przebudową przejazdu kolejowego na ul. Niciarnianej na bezkolizyjny.

Ulica Józefa biegnie równolegle do torów kolejowych i przecina Niciarnianą przed samym przejazdem. Po przebudowie przejazdu, tak jak i tory, ma przechodzić wiaduktem ponad ul. Niciarnianą. Nie powinno to pociągać poważniejszych konsekwencji, a jednak. Stali czytelnicy „AP” znają już los dwóch sklepów, spożywczego i cukierni na rogu Niciarnianej i Józefa. Ich właściciele otrzymali od władz miasta nakaz opuszczenia zajmowanych budynków i temu nakazowi już pokornie się podporządkowali, a budynki przeszły w stan ruiny. Okazuje się, że wydany nakaz nie był uzasadniony przebudową ul. Niciarnianej, ale zupełnie inną inwestycją, którą władze miasta postanowiły zrealizować równocześnie z przebudową przejazdu kolejowego. Jej zwiastunem były nabazgrane jaskrawym sprayem numery na pniach licznych drzew rosnących w tym rejonie. Wśród nich są ponad stuletnie kasztanowce pamiętające jeszcze stojące tam domki Kunitzerowskie. Są też stare lipy i grochodrzewy (popularnie zwane akacjami) pięknie obsypane kwieciem o tej porze roku. Także rajskie jabłonie i bzy zostały ozdobione „bohomazami” z różowej farby sprayowej. Nie oszczędzono nawet rosnącej przed wejściem do przedszkola jarzębiny, która wkrótce okryje się czerwonymi koralami… Mieszkańcy osiedla zadają sobie pytania: komu (czemu) to służy? i kto za tym stoi? Z jakiego powodu drzewa, które sadzili ich pradziadowie mają paść ofiarą zębów piły motorowej?

Odpowiedzi na te pytania uzyskać nie było łatwo. Pod koniec maja br. można było je usłyszeć podczas specjalnych spotkań grupy, zaniepokojonych oszpeceniem pstrokatym sprayem drzew mieszkańców Starego Widzewa, z wiceprezydentem Jabłońskim. Otóż, nie wszystkie upstrokacone drzewa przeznaczone zostały do ekstrakcji. Cyfry, które na nich naniesiono mają służyć (!) policzeniu drzew znajdujących się na ul. Józefa (!). Ale tylko kilka, albo aż kilka, bo to najstarsze, ponad stuletnie kasztanowce i lipy, przeznaczono do wycinki. Prezydent obiecał, że zęby piły motorowej oszczędzą większość drzew na ul. Józefa.

Czemu pozbawienie tej ulicy zadrzewienia miałoby służyć? Wyjawiono skrywaną miesiącami tajemnicę, że w żadnym razie nie przebudowie przejazdu kolejowego, ale przeniesieniu trakcji wysokiego napięcia ze słupów pod ziemię. Obecnie trakcja wysokiego napięcia z Janowa do Śródmieścia rozwieszona jest nad ulicą na wysokich masztach. Z powodu nieznanego, a jak można przypuszczać z racji budowy nowego stadionu, maszty te mają zostać zlikwidowane, a trakcja schowana pod ziemię. Czy to dobrze, czy źle, a zwłaszcza po co, skoro stadion 20-tysięczny stał tyle, tj. 40 lat, i słupy trakcji wysokiego napięcia nikomu nie przeszkadzały. Nawet mieszkańcy bloków z ostatnich kondygnacji przyzwyczaili się do charakterystycznego buczenia rozlegającego się przy wilgotnej aurze. Przebieg podziemnego korytarza dla trakcji wysokiego napięcia wytyczono tak nieszczęśliwie, że przebiegał on będzie tuż przy fundamentach przedszkola, stykając się z nimi z dwóch stron, pod stanowiskiem trzech starych kasztanowców i lip oraz tuż przy fundamentach dwóch bloków mieszkalnych. Podobno innego przebiegu trakcji wytyczyć się nie udało. Umieszczenie trakcji wysokiego napięcia pod ziemią wymaga też uprzedniego wykopania głębokiego, bo dwumetrowej głębokości rowu i wybudowania w nim żelbetonowego kanału. Wszystkie te roboty „wykopaliskowe” będą zmuszeni znosić mieszkańcy osiedla. Ten hałas i pył.

Czyż nie ma innej alternatywy? Trakcja wysokiego napięcia skrzyżuje się pod ul. Niciarnianą z magistralą wodociągową, która rurą o średnicy 1 metra z „katedry” na Stokach transportuje do reszty miasta wodę. Co w razie awarii tej magistrali i powstania rzeki wody? Nie tylko Śródmieście pozbawione zostanie prądu, ale zagrożenie dla życia mieszkańców jest znaczne.

Pojawia się pytanie, czyż nie ma alternatywy dla tego szaleńczego planu chowania trakcji wysokiego napięcia pod powierzchnię gruntu, bo ponoć w przyszłości przeszkadzałaby na nowo budowanemu stadionowi Widzewa. Otóż jest i dziwię się ogromie, że nikt na nią nie zwrócił uwagi. Po drugiej stronie torów, miedzy nasypem a ul. Nowogrodzką jest pas nieużytkowanego i niezadrzewionego gruntu, na który można przenieść trakcję wysokiego napięcia. Nie ma potrzeby chowania jej pod powierzchnię ziemi, choć byłoby to możliwe, a zwłaszcza łatwiejsze niż w pasie ul. Józefa, wystarczy przenieść słupy trakcji, by nadal była to trakcja napowietrzna. Przecież to takie proste… Hm… Ale to przecież najprostsze rozwiązania najtrudniej przychodzą do głowy tym, którym powinny przyjść.

***

Janusz Janyst, Łódzkie wspomnienia
Warszawska Firma Wydawnicza SC opublikowała książkę Jerzego Tworkiewicza „Biegiem przez życie, czyli opowiadania z Łodzi”. Książka ma charakter wspomnieniowy, jest dość intymną podróżą w przeszłość.
Autor ukończył filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim. Działał jako nauczyciel angielskiego i tłumacz. Deklaruje silne zainteresowanie kulturą i historią Stanów Zjednoczonych, a jego wielką, życiową pasją jest bliska rockowi piosenka, którą – jako wokalista i gitarzysta – wykonywał już w czasach szkolnych, a potem jeszcze przez kilka dziesięcioleci, głównie za granicą.

Osiem pomieszczonych w Biegiem przez życie opowieści dotyczy głównie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a więc okresu dzieciństwa i młodości Tworkiewicza, kiedy życie i radość wydawały się nie mieć końca. Jak pisze we wstępie – po tamtych czasach pozostały tylko cienie, ulotni bohaterowie dawnych dni i miasto, którego mury i ulice wypełniają wspomnienia.

Autobiograficzna narracja rozpoczyna się spojrzeniem na rodzinę i kumpli z podwórka przy zbiegu ulic Nawrot i Kilińskiego. Tworkiewicz powraca do przeżyć okresu szkolnego (uczęszczał do szkoły podstawowej i III Liceum Ogólnokształcącego przy ul. Sienkiewicza 46). Opisuje przygody, np. narciarską wyprawę z kolegami do Łagiewnik, zakończoną dość dramatycznie.

Dowiadujemy się o fascynacji kinem, szczególnie westernami, oglądanymi m.in. w Kinie Studyjnym Stylowy. To właśnie umiłowanie X Muzy sprawiło, że później, na ostatnich latach filologii polskiej, Tworkiewicz wybrał jako specjalizację filmoznawstwo, prowadzone przez prof. Bolesława W. Lewickiego.

Wędrówka kontynuowana w kolejnych rozdziałach sprawia, że starszym czytelnikom mogą stanąć znów przed oczami miejsca, których już nie ma, jak choćby niewyburzona jeszcze ulica Główna ze sklepikami stanowiącymi relikt przedwojennej Polski. To tam można było kupić pocztówki dźwiękowe, zastępujące w PRL niedostępne, oryginalne płyty zachodnie (z atrakcyjnymi dla młodzieży nagraniami Paula Anki, Elvisa Presleya, Shadowsów, Beatlesów itp.). Skądinąd dziś dawne piosenki, jak i filmy, mają wartość sentymentalną – przywracają świat prawie zapomnianych wydarzeń i ludzi. Dzięki temu stary oszust czas wydaje się zwalniać, by potem znów przyspieszyć bieg.

Spore sekwencje tekstu poświęcone zostały studenckiemu obozowi wojskowemu w Braniewie (w czasie, gdy na Półwyspie Synajskim trwała wojna, co oznaczało dodatkowe ćwiczenia, alarmy, apele), także wydarzeniom marca 1968 w Łodzi, których kulminację stanowił wiec studentów przed Biblioteką Uniwersytecką, a następnie okupacja budynku. Na kartach książki spotykamy Jacka Bierezina, Henryka Pustkowskiego, Witolda Sułkowskiego (guru opozycji), Romana Gorzelskiego, Wojciecha Wiszniewskiego, Marka Koterskiego, Bogusława Meca, Ryszarda Pryta, Lecha Tyszkę, Andrzeja Żylisa. Ci ostatni trzej to postacie związane, wraz z Tworkiewiczem, z zespołem Śliwki, powstałym przy III LO, a przechodzącym potem kilka transformacji. Na początku lat sześćdziesiątych Łódź była zresztą prawdziwym zagłębiem grup beatowych. Odwiedzamy z kolei Honoratkę, Siódemki, Klub Żydowski, uczestniczymy w wakacyjnym graniu w Jastrzębiej Górze.

Niepotrzebnie włączone zostały do wspomnień trochę naiwne wywody na temat antysemityzmu. Tworkiewicz miał przyjaciół Żydów i zrozumiałe jest jego oburzenie antyżydowską nagonką z 1968 roku. Tyle, że nie wyjaśnia politycznego mechanizmu tych wydarzeń, a antysemityzm generalizuje. Przebywając za granicą wiedzę o Polsce czerpał zapewne z korespondencji powielających publicystykę „Gazety Wyborczej”, która odpowiedzialność za kampanię 1968 roku próbowała zdjąć z jej komunistycznych organizatorów i przenieść na Polaków jako takich. Tworkiewicz pisze nawet, że podłoże antysemickie ma krytyka Michnika, patrioty wysokiej próby. Wypadałoby więc autorowi polecić na początek lekturę choćby Michnikowszczyzny Ziemkiewicza.
Niewątpliwym walorem Biegiem przez życie jest przywołanie obrazu Łodzi sprzed pół wieku oraz sugestywnie przedstawiony problem przemijania – dotyczącego przecież każdego z nas.

***

Władysław Romin, W polityce nie ma nic na zawsze
Bronisław Komorowski przegrał wybory prezydenckie i wiele wskazuje na to, że przegrał też przyszłość Platformy Obywatelskiej. Jego niemrawa kampania przyprawiła nie tylko o stan przedzawałowy szefa jego sztabu wyborczego, ale też pociągnęła za sobą partię, która wyniosła go na najwyższy urząd w Polsce.

Jednak klęska wyborcza to nie wszystko. Następstwem dotkliwej porażki Bronisława Komorowskiego był „efekt Mariana Krzaklewskiego”: mimo że był liderem dzierżącej władzę zjednoczonej „prawicy solidarnościowej” i jej murowanym kandydatem na prezydenta – nie wszedł nawet do drugiej tury, przegrywając z Aleksandrem Kwaśniewskim i Andrzejem Olechowskim. Pociągnął za to za sobą w niebyt rządzącą niepodzielnie Akcję Wyborczą Solidarność. Tym, którzy nie pamiętają tamtego wydarzenia powiem, że dominująca część Platformy Obywatelskiej to ówcześni „awuesiacy”, jak o nich mówiono. „Awuesiakami” byli również członkowie PiS-u, ale oni uciekli w porę z tonącego okrętu, a to właśnie erozja ugrupowania Mariana Krzaklewskiego spowodowała powstanie partii braci Kaczyńskich i partii Donalda Tuska.

Jest jeszcze jedno podobieństwo. Wybory prezydenckie w roku 2001 i w 2015 miały miejsce na zakończenie pierwszej (w przypadku AWS) kadencji parlamentu i drugiej – jeśli chodzi o PO. Obaj kandydaci – Krzaklewski i Komorowski wywołali efekt domina, skutkujący zniszczeniem wszelkiej wiarygodności organizacji, utratą władzy i klęską w wyborach prezydenckich. Po AWS-ie nastał czas SLD. Wyborcy tak stanowczo odrzucili „reformatorów” AWS, że postkomuniści Leszka Millera osiągnęli w wyborach ponad 41 proc. głosów! Rozgromili doszczętnie awuesowski układ rządzący. Ale Platforma Obywatelska uzyskała już wtedy 12,6 proc., dalej: „Samoobrona” – 10,2 proc., PiS – 9,5 proc., PSL – 8,98 proc. i LPR – 7,87 proc.

Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał 216 mandatów i z łatwością złożył koalicję z PSL, które dostało 42 mandaty. Kto dzisiaj zmieni Platformę Obywatelską u steru władzy i w jakim stylu? Tak jak nikt nie wierzył u klęskę Komorowskiego przed pierwszą turą wyborów, tak teraz pospołu mamy przekonanie, że jego klęska to dopiero początek końca „demokracji złotych zegarków, podniesionego wieku emerytalnego, in vitro, konwencji przemocowej, afer i 70 tysięcy stron prokuratorskich akt z kompromitującymi zeznaniami osób podsłuchiwanych w różnych knajpach Warszawy”. Bronisław Komorowski i Platforma Obywatelska kończą swoje rządy w nędznym stylu.

Moja Ojczyzna jest dzisiaj bardzo chora
Upadła pod ciężarem nikczemności polityków, pod gradem dorodnych i gorzkich owoców ich rządów, które spadły im na głowę. Jak chętnie mawia pewien znany polityk z Łodzi, „w polityce nic nie dzieje się na zawsze”. Ma rację, choć to na nim spełni się ta mądra maksyma. Pan Bóg skarał ich za tabletkę ellaOne, za in vitro, za faworyzację dewiacji seksualnych, za arogancję, drogie wino, ośmiorniczki i cygara, za NIEMORALNOŚĆ. Za podniesiony wiek emerytalny, za wplątanie Polski w bezmyślny „konflikt z Rosją” i „robienie laski Amerykanom”, za popieranie banderowców i sprzeniewierzenie się pamięci polskich Męczenników Wołynia. Za ucieczkę Tuska i prostactwo wytatuowanej pani minister, dla której pensję 6 tys. zł może przyjąć „tylko idiota albo złodziej”. Szkoda mi tylko tych, którzy związali się z Platformą zauroczeni jej iluzoryczną potęgą. Trzeba Wam było, koledzy, zostać sobą, bo teraz jesteście przykryci ich popiołem. A przecież to jeszcze nie wszystko!
W pierwszym tygodniu czerwca afera podsłuchowa, która wstrząsnęła Polską w ubiegłym roku, wybuchła na nowo. Wszystko za sprawą akt opublikowanych na facebooku przez biznesmena Zbigniewa Stonogę. Internet, a za jego pośrednictwem, każdy, kto chciał, mógł poznać szczegóły zeznań osób podsłuchiwanych w warszawskich restauracjach. Posypały się dymisje i to spośród osób niewymienianych dotąd w kontekście podsłuchów. Z zapowiedzi pana Stonogi wynika, że prawdziwe pikantne sensacje czekają na nas w protokołach, które opublikowane będą wkrótce. Gdyby nie ujawnione nagrania – nie doszłoby do żadnej zmiany. Tak nie może funkcjonować demokratyczne państwo!
Podejrzenia, sensacje i panika – to stan, do którego doszła partia Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Ewa Kopacz nie ogarnia już żadnej sfery. Histeryczne zmiany w składzie rządu nikogo już nie uspokajają, przeciwnie – są dowodem bezradności, strzałów na oślep i drwin obserwatorów.
Przywołując słowa znanej polskiej aktorki, można powiedzieć: „Szanowni Państwo, 10 czerwca 2015 r. skończyła się Rzeczpospolita Platformy Obywatelskiej”. Kto będzie potem?

***

Władysław Korowajczyk, Bezpieczeństwo w teoretycznym państwie
W ostatnich tygodniach kampanii wyborczej pan – jeszcze prezydent – Bronisław Komorowski ocknął się z letargu i ruszył na ulice stolicy. Jak mantrę powtarzał hasła o bezpieczeństwie i przedstawiał siebie jako chroniącego wolność i demokrację III RP. Jednocześnie atakował swego kontrkandydata Andrzeja Dudę. Kampanii prezydenta towarzyszył chór lizusów.

Wracam do czołowego hasła Bronisława Komorowskiego o bezpieczeństwie. Czy rzeczywiście obywatel Polski nie odczuwa żadnych zagrożeń i ma pełen komfort bezpieczeństwa? Co do tego mam poważne wątpliwości.

Czy Polacy nie odczuwają zagrożeń zewnętrznych? Wydarzenia światowe są pełne dynamiki i nikt nie jest w stanie przewidzieć, co przyniesie dzień jutrzejszy. Zagrożenia zewnętrzne narastają. Czy nasze wojsko, liczące trzy dywizje żołnierzy, czyli trzydzieści tysięcy ludzi pod bronią, jest w stanie odeprzeć atak zewnętrzny i zagwarantować nam bezpieczeństwo? A NATO? Generałowie amerykańscy oświadczyli, że Polska musi wytrzymać trzy miesiące, a dopiero Sojusz Atlantycki będzie w stanie przyjść z pomocą! W ostatnich ośmiu latach Donald Tusk i Ewa Kopacz razem z ministrem Bogdanem Klichem systematycznie rozbrajali nasze państwo i mamy to co mamy. Jednocześnie tak rozwalono system dowodzenia, że dzisiaj nie wiadomo, kto komu podlega. Napoleon powiedział „to więcej niż zdrada, to błąd”.
Przy okazji należy przypomnieć, że Bronisław Komorowski, obecny prezydent Polski, od ćwierć wieku miał silne związki z WP jako minister i wiceminister MON i pełniąc odpowiedzialne funkcje związane z WP. Prezydent odpowiada więc za stan armii polskiej.

A poczucie bezpieczeństwa wewnętrznego? Różne służby specjalne, których jest bez liku, nie zawsze budzą zaufanie i nie do końca można na nich polegać w obronie interesów narodowych. Choćby ostatnia „afera taśmowa”, w której paru kelnerów wykiwało cały system służb specjalnych.

Czy Polska jest państwem prawa? Podstawą prawnego bezpieczeństwa, są sprawiedliwe wyroki. Tymczasem, obserwując zapadające wyroki widać wyraźnie, że sądy są upolitycznione. Pod rządami Platformy Obywatelskiej afera goniła aferę, a jakoś nikt z czołowych, a nawet średniej miary, działaczy Platformy Obywatelskiej nie został sądownie skazany. Ta sytuacja tylko podważa tezę o niezawisłości sądów.
Nie lepiej jest z prokuraturą. Wiele spraw osób związanych z PO nigdy nie znalazło się na wokandzie i po prostu „zostało zamiecionych pod dywan”. Wniosek, może niesłuszny, nasuwa się jeden: trudno w niektórych przypadkach mówić o niezależności prokuratury.
Jak można mówić o państwie prawa, w którym komornicy, w asyście policji, włamują się do twego domu i zagarniają mienie? Nie brałeś żadnego kredytu, dokumenty nie zgadzają się, ale komornik ma rację. Odwołania czasami są skuteczne. Tylko że takie procesy trwają miesiącami, a poszkodowany nigdy nie doczeka się właściwej rekompensaty. I tu odczuwa się państwo teoretyczne, w którym teoretyczny rząd dopuszcza do takiego bezprawia!

Bezwzględny rozbój banków widać jak na dłoni. Banki z całą bezwzględnością niszczą wielu kredytobiorców. W różne pułapki finansowe wpadają Polacy, a rząd Platformy Obywatelskiej rozkłada bezradnie ręce. Od 1989 r. trwa wyprzedaż wszystkiego, co w Polsce ma jakąś wartość. Pozbywano się i polskiego kapitału. Po nas choćby potop. Miliardowe zyski bankowe przekazuje się do central zagranicznych. Czy to nie jest rozbój na obywatelach Polski?

Szczególnym państwem w państwie są urzędy skarbowe. Jeżeli wierzyć informacjom medialnym, że premie skarbowych urzędników uzależnione są od wyników kontroli finansowych i to „pozytywnych” to mamy to, co mamy, niezliczone firmy padają, bo urzędnik, interpretując przepisy według własnego widzimisię, może puścić z torbami najbardziej uczciwego przedsiębiorcę. Hulaj duszo, piekła nie ma! Rozpleniła się lichwa, parabanki powstają jak grzyby po deszczu, rujnują ludzi, doprowadzając do osobistych tragedii. A rząd rozkłada ręce i nic podobno nie może zrobić. Nieudolność, głupota, czy celowe działanie?

Bronisław Komorowski mówi, że wraz z Platformą Obywatelską jest gwarantem bezpieczeństwa. Jakiego bezpieczeństwa? Chyba własnej partii, a jak przedstawia się ich morale wykazała afera taśmowa. Im nie chodzi o dobro państwa i narodu, im chodzi o własne bezpieczeństwo w rozkradaniu Polski i wyprzedaży majątku narodowego. Pycha, tupet, bezczelność, prostactwo, brak kompetencji, amoralność, zachłanność. Oto cechy tej „klasy” politycznej bez żadnej klasy. Najwyższy czas, by takim ludziom powiedzieć: żegnaj!

***

Prof. Tadeusz Gerstenkorn, Manipulacja wciąż aktualna
Aby stwierdzić, że manipulacja jest stale żywa, trzeba najpierw zaznajomić się dobrze ze znaczeniem tego obecnie często używanego terminu.

Są trzy podstawowe interpretacje. Najczęściej przez manipulację rozumiemy nieuczciwe wpływanie na cudze poglądy lub działania; może to też być naginanie, przeinaczanie faktów w celu osiągnięcia własnych korzyści, na przykład jakiejś partii. Zbliżone do tego rozumienie manipulacji to tendencyjna interpretacja faktów lub danych (statystycznych) w celu udowodnienia własnej tezy, zazwyczaj nieprawdziwej. Jako przykład może tu służyć posługiwanie się wybiórczo pewnymi danymi statystycznymi, aby twierdzić, na przykład, że następuje trwały wzrost gospodarczy.

Trzecie znaczenie słowa manipulacja, w tym artykule nieistotne, to ręczne wykonywanie jakichś prac lub czynności, szczególnie precyzyjnych lub skomplikowanych. Mając to na myśli mówimy na przykład o manipulacji przy naprawie zegarka lub komputera.
Pochodne od manipulacji słowo to manipulant, czyli człowiek podstępny, przebiegły, sterujący działaniami innych ludzi, stosujący naginanie faktów dla wygodnego dla siebie interpretowania jakieś tezy. Słowo manipulator ma też znaczenie techniczne jako urządzenie do zdalnego sterowania pewnymi przedmiotami. Oczywiście istnieje także czasownikowa forma rozważanego słowa. Manipulować to nieuczciwie wpływać na cudze poglądy lub działania w celu osiągnięcia pewnych korzyści. Mamy wówczas na myśli takie właśnie oddziaływanie na słuchaczy radia, widzów telewizji, czyli niecne wpływanie na opinię publiczną.

Słowo manipulacja przyszło do nas, jak sądzę, z języka francuskiego, ale jego rodowód jest łaciński. Manipulus wiązka, garść, naręcze (manus – ręka), ale także manipuł, czyli mały oddział wojska rzymskiego (ok. 60 do 120 żołnierzy), to jest jedna trzecia kohorty. Być może moja interpretacja jest błędna, ale wydaje mi się, że termin ten wziął się stąd, że jako „sztandar” takiego oddziału służyło w owym czasie naręcze, np. siana, noszone na jakimś drzewcu. Nawiązując jednak do współczesności trzeba przyznać, że nieobcy jest nam w życiu ten termin. Manipulacja stała się poniekąd profesją, zawodem niektórych osobników, których trudno nazwać nawet pseudodziennikarzami lub politykami. Z tego powodu manipulacja jest poddawana skrupulatnym badaniom naukowym, aby przedstawić społeczeństwu zagrożenia płynące z jej uprawiania. W Polsce znane są dobre prace na ten temat Ks. Biskupa dr. Adama Lepy. Warto zajrzeć do tych książek i dużo się z nich nauczyć. W Stanach Zjednoczonych Ameryki było głośno przed paru laty o pani Noam Chomsky, profesor lingwistyki w Massachusetts Institute of Technology, gdzie uczyła w całym okresie swej kariery naukowej i gdzie utworzyła tzw. lingwistykę twórczą (generującą). Dała się poznać szerszej publiczności zarówno w swym kraju, jak i za granicą, poprzez swe zaangażowanie intelektualne. Opracowała listę „dziesięciu strategii manipulacji” uprawianych przez media. Jej celem było ukazanie głównych zasad manipulacji dla uniknięcia przez społeczeństwo celów głównych manipulacji utrzymywania w nim ignorancji i miernoty. Otrzymałem ten tekst droga elektroniczną, a wkrótce opracowanie polskie (www.rak.salon24. pl/378960.technika-manipulacja-w-polscena-przykladach). Nie wszyscy mają internet i nie do wszystkich ten tekst dotarł. Tutaj podaję zarys tego zagadnienia.

1. Strategia rozrywki
(w tekście polskim: Odwróć uwagę)
Pierwszorzędnym elementem kontroli nad społeczeństwem jest strategia odwrócenia uwagi społeczeństwa od problemów dla niego ważnych. Polega ona na wprowadzeniu ciągłego potoku rozrywki lub nieistotnych informacji. Zwłaszcza strategia rozrywki jest niezbędna dla powstrzymania zainteresowania się przez społeczeństwo sprawami ważnymi w obrębie nauki, gospodarki, psychologii, czy nawet cybernetyki. W internetowym tekście polskim dano tu jako przykład nagłaśnianie przez media akcji Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka.

2. Stworzyć problemy,
po czym zaproponować rozwiązanie
Metoda ta jest także określana jako „problem – reakcja – rozwiązanie”. Najpierw stwarza się problem w taki sposób, aby wzbudzić pewną reakcję społeczeństwa; tak, by ono dobrowolnie samo zaakceptowało proponowane mu zmiany i rozwiązanie. Przykład: zezwala się na pewne nawet krwawe zamieszki uliczne w taki sposób, aby społeczeństwo prosiło zwiększenie praw bezpieczeństwa z ograniczeniem prawa do wolności. W tekście polskim jako przykład podaje się zgodę na przyjazd do Polski grupy niemieckich lewaków dla wywołania zamieszek przy obchodach Święta Niepodległości, aby później mieć pretekst w ograniczeniu prawa o zgromadzeniach.

3. Strategia stopniowania
Aby stworzyć atmosferę zaakceptowania czegoś, co jest ogólnie nieakceptowane, należy (wystarczy) zastosować stopniowanie ukazywania tego problemu nawet w długim okresie czasu, ale w dobrym naświetleniu. Jako przykład podaje się tu zjawisko stopniowego wprowadzania ideologii neoliberalizmu z postępującym zubożeniem, zaniżaniem płac, a wzrostem czasu lub niedogodności pracy. W naszych polskich warunkach dobrze to ilustruje zręczne ograniczanie praw pracowniczych, związków zawodowych; tłumaczone było przez stopniowe wprowadzenie. Jednak dość szybko zaczęły powstawać ogromne różnice w poziomie płac i zarobkach od głodowych do niebotycznych.

4. Strategia odwlekania zmian
Strategia jest niezwykle chytra, bo polega na tym, aby uzyskać akceptację dla decyzji niepopularnej, ale ukazanej jako „bolesna, ale konieczna”. Aby uzyskać zgodę społeczną, ukazuje się problem jako realizowany w pełni dopiero w przyszłości. Chodzi tu o znany psychologiczny chwyt, że łatwiej zaakceptować przyszłą ofiarę niż natychmiastową. Zakłada się przy tym, że społeczeństwo ma naiwną tendencję mieć nadzieję na lepsze jutro i że nieprzyjemnego zjawiska może jednak uda się w przyszłości uniknąć. W internetowym tekście polskim podaje się słusznie jako przykład stopniowe przedłużenie wieku emerytalnego aż do finalnych 67 lat.

5. Zwracać się do społeczeństwa
jak do małego dziecka
Znaczna część publicystyki, przeznaczona do szerokiego odbiorcy, używa w dyskursie, argumentacji lub aluzji tonu szczególnie infantylnego, często bliskiego formie głupawej, tak jakby odbiorca był małym dzieckiem lub osobą niedorozwiniętą umysłowo. Zakłada się więc, że jeśli się będzie mówić tak jak do dzieci, to i reakcja społeczna będzie podobna, to znaczy bezkrytyczna. W tekście polskim przytacza się tu znane nieodpowiedzialne wypowiedzi niektórych polityków o znanych nazwiskach.

6. Skupić odbiorcę na emocjach,
a nie na refleksji
Odwołanie do emocji jest klasyczną techniką dla zniwelowania myślenia racjonalnego i zaniku krytycyzmu u wielu osób. Ponadto posłużenie się emocjami pozwala na otwarcie się drzwi dostępu do nieświadomości, przez którą można wsączyć pewne idee, pragnienia, obawy, popędy lub żądane zachowania. Jako przykład internauta podaje nagłaśnianie zupełnie jednostkowych przypadków nieobyczajności wśród duchownych i wyolbrzymianie tego zjawiska. Znane są również wypowiedzi o „dożynaniu watahy”, a ostatnio rozważania o możliwości skorzystania z usług tak zwanych „hejterów” specjalizujących się w internecie w sianiu nienawiści lub niechęci (ang. hate – nienawiść, wstręt).

7. Utrzymywanie społeczeństwa
w ignorancji i przeciętności
Działania prowadzić w taki sposób, aby społeczeństwo nie było zdolne do zrozumienia techniki i metod używanych dla kontroli nad nim i jego zniewolenia. Jednym ze sposobów jest wprowadzenie możliwie niskiego poziomu powszechnego nauczania do szkół. W internecie podawane są przykłady zbywania płytkimi wyjaśnieniami pozbywania się przez Polskę rezerw finansowych, także walutowych oraz rażący wypływ pieniądza z kraju.

8. Utwierdzić społeczeństwo w przekonaniu, że dobrze jest być przeciętnym
Zarówno tekst obcy, jak i polski, przytacza jako przykład wynoszenie na podium jako celebrytów pseudoartystów i aktorów operujących wulgarnym językiem.

9. Zamienić bunt na poczucie winy
Kazać wierzyć ludziom, że oni sami są odpowiedzialni za zło, które ich dotyka z powodu niedostatecznej pomysłowości (inteligencji), uzdolnień i okazywanego wysiłku. Zamiast się burzyć przeciwko systemowi ekonomicznemu i politycznemu ludzie powinni sami się oskarżać i źle oceniać. Efektem tego jest zanik działania, a bez tego nie ma przemian lub rewolucji. Jako przykład takiej strategii podawane są tu przypadki wmawiania nam o polskiej odpowiedzialności za eksterminację Żydów i konieczność rekompensaty za to.

10. Starać się poznać ludzi lepiej
niż oni sami są zdolni to uczynić
Obecne techniki poznawania człowieka również od strony psychicznej są bardzo zaawansowane i wykorzystywane naukowo na jego pognębienie. Jako przykład podaje się wymyślnie sporządzane sondaże, które zniekształcają rzeczywistość, a wpływają na nierozsądne decyzje członków społeczeństwa.
Tak wygląda manipulacja dzisiaj.
A jutro?
Dzisiaj to tylko wczoraj
przesunięte w czasie
Wczoraj to dzień dzisiejszy,
który mam jeszcze w zapasie
Hanna G. Adamkiewicz

***

Izabela Maria Trelińska, Syria. Przywołać historię
Boże spraw, aby Syria była stabilna politycznie, aby nie została obdarta z najpiękniejszych zabytków kultury aramejskiej, aby przetrwało chrześcijaństwo na tej ziemi, zgoda i pokój. O to modlę się każdego dnia – dla tego udręczonego kraju Bliskiego Wschodu. Aby prosić Boga o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności!

Starożytna Syria obejmowała nie tylko Syrię w dzisiejszych granicach, ale także Jordanię, Izrael i Liban. Ze względu na strategiczne położenie tutejsze nadmorskie miasta były ważnymi fenickimi ośrodkami handlu, a później kluczowymi elementami w systemach fortyfikacji broniących imperiów m. in.: Rzymian, Persów, Egipcjan i Babilończyków.

Kiedy po I wojnie światowej rozpadło się imperium osmańskie, emir Fajsal (syn szarifa Mekki al Husajna i brat Aba Allaha, drugiego z czołowych przywódców antytureckiego powstania i późniejszego króla Jordanii) w marcu 1920 r. został wybrany przez Arabów królem Wielkiej Syrii.

Miesiąc później Liga Narodów formalnie uznała mandat na te terytoria Francuzom, którzy wkroczyli do Damaszku i niezwłocznie pozbawili Fajsala tronu (rok później przy brytyjskim poparciu został on królem Iraku). Nową posiadłość podzielono na cztery okręgi: Liban z posłusznymi Paryżowi chrześcijanami, muzułmańską Syrię zamieszkałą przez Alawitów, Latakię oraz druzyjski Dżabel adDuruz, co miało ułatwić Francji sprawowanie władzy. Polityka „dziel i rządź” nie przyniosła jednak spodziewanych efektów i w 1925 r. wybuchło powstanie antyfrancuskie. Mimo jego stłumienia i militarnej przewagi Francuzów, Arabom udało się stopniowo wywalczyć dla siebie pewne swobody polityczne.

W 1936 r. doszło do podpisania nigdy nieratyfikowanego przez Francję traktatu o francusko-syryjskiej przyjaźni i współpracy. W zamian za zgodę na jeszcze trzy lata francuskiego mandatu, przyznawał on Syrii: Latakię i Dżabel ad-Duruz, a także prowincję Aleksandretę, co wywołało protesty tamtejszej ludności, która w zorganizowanym na wniosek Paryża plebiscycie opowiedziała się za przyłączeniem do Turcji (nastapiło to w 1939 r.). Syryjczycy nigdy nie uznali tego wyniku i syryjskie mapy nadal przedstawiają tę prowincję jako część Syrii. Podczas II wojny światowej tutejsza francuska administracja uznała zwierzchność państwa Vichy, w efekcie czego w 1941 roku do Syrii wkroczyły wojska alianckie (z udziałem sił Wolnej Francji). Syria otrzymała obietnice pełnej niepodległości, którą uzyskała w 1946 r. na mocy rezolucji ONZ.

Po klęsce w wojnie z Izraelem w 1948 r. sytuacja wewnętrzna zdestabilizowała się i nastąpiły trzy zamachy wojskowe, zakończone powrotem do rządów konstytucyjnych. Do połowy lat 50-tych absolutną kontrolę nad armią uzyskała ponadnarodowa partia Baas (Partia Socjalistycznego Odrodzenia Arabskiego) popierana przez alawitów i druzów, głosząca hasła panarabizmu. Doprowadziła ona do utworzenia wraz z Egiptem w 1958 r. wspólnego państwa o nazwie Zjednoczona Republika Arabska. Niezadowolenia z dominacji Egipcjan w jego strukturach zaowocowało jednak w trzy lata później kolejnym przewrotem i rozwiązaniem unii.

Lata 60-te to okres walk między rozmaitymi frakcjami partii Baas, która w tym czasie zdobyła też (i szybko straciła) władzę w sąsiednim Iraku. Dotkliwym ciosem dla rządu socjalistów była klęska w wojnie sześciodniowej w 1967 r. W odpowiedzi na nasilające się ataki wspieranych przez Damaszek palestyńskich terrorystów Izraelczycy dokonali wówczas, przed świtem 5 czerwca, niespodziewanego ataku powietrznego, a następnie zajęli Synaj, zachodni brzeg Jordanu ze wschodnią Jerozolimą i wzgórze Golan.

Władzę w partii i państwie przejął wówczas, stojący już wcześniej na czele rządu, przeciwny wspieraniu Palestyńczyków w konflikcie z Jordańczykami, minister obrony Hafez ad-Asad, należący do religijnej mniejszości alawitów. Po zaprzysiężeniu w marcu 1971 r. rozpoczął siedmioletnią kadencję prezydencką. W polityce wewnętrznej Asad wyeliminował wszelką opozycję i stał się absolutnym władcą Syrii. Odebrał islamowi status religii państwowej, faworyzował mniejszości na czele z alawitami, rozbudował biurokrację, podporządkował sobie ugrupowania palestyńskie (dążył do osłabienia Arafata), a także umiejętnie wykorzystał silne pragnienie spokoju i stabilizacji politycznej.

W latach 80-tych, wskutek kłopotów gospodarczych Syrii, ponownie urosły w siłę ugrupowania przeciwników reżimu. Podczas walk w Hamie zginęło od 10 do 30 tys. ludzi, a miasto zostało zrównane z ziemią. Asad podczas wojny w Zatoce Perskiej opowiedział się po stronie aliantów, wcześniej wspierał Iran w wojnie z Irakiem. Do zbliżenia z Zachodem skłonił go także rozpad Związku Radzieckiego, tradycyjnego sojusznika Syrii.

Pod koniec 2000 r. Izrael wytrącił Syrii z rąk ważną kartę przetargową, dokonując jednostronnego wycofania swych sił z południowego Libanu. W kilkanaście dni później, 10 czerwca, ciężko schorowany Asad zmarł, pogrążając cały kraj w autentycznej rozpaczy, choć rządził twardą ręką, rozbudował państwo policyjne i zaprowadził kult własnej osoby (jego portrety wisiały na każdym skrzyżowaniu ulic, a jego imieniem nazywano każdą ważną budowlę). Był zarazem dla Syryjczyków gwarantem stabilności. Nowym prezydentem został syn Asada, Baszar wykształcony w Wielkiej Brytanii – lekarz okulista.

***

Janusz Janyst, Książka, której „nie ma”
Wojciech Sumliński opublikował, w założonym przez siebie wydawnictwie „Wojciech Sumliński Reporter”, książkę „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Ukazała się ona w trakcie niedawnej kampanii prezydenckiej.

– Podobnie jak moje wcześniejsze książki, pozycja ta została całkowicie przemilczana przez media mainstreamowe – powiedział autor podczas spotkania z łodzianami 27 maja. – To tak, jakby jej nie było.

Ograniczono się” jedynie do kolejnych, oszczerczych artykułów na mój temat. Ale ja gwarantuję prawdziwość każdego wydrukowanego zdania. Gdybym zresztą w jakimkolwiek punkcie mijał się z prawdą, dawno zrobiono by z tego odpowiedni użytek.

Przypomnijmy, że autor, z wykształcenia psycholog, pracował w pierwszym polskim zespole dziennikarzy śledczych w dzienniku „Życie”, następnie w tygodniku „Wprost”, w „Gazecie Polskiej”, a także Telewizji Polskiej, gdzie był twórcą i współtwórcą magazynów śledczych Oblicza prawdy oraz 30 minut. Ma na swoim koncie m.in. publikacje ujawniające 17 agentów rosyjskiego wywiadu wojskowego (GRU) w naszym kraju (notabene w sytuacji, gdy władze w ogóle nie przeciwdziałały rosyjskiej działalności agenturalnej), także książki całkowicie podważające wersję zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki „ustaloną” w trakcie tzw. procesu toruńskiego.

„Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” rozpoczyna omówienie zeznań „Masy”, najsłynniejszego świadka koronnego w Polsce, dotyczące „mafii pruszkowskiej”, działającej w porozumieniu i za przyzwoleniem „ludzi na wysokich stołkach”, jej prawdziwych szefów wywodzących się ze służb specjalnych PRL. „Mafia pruszkowska”, mająca już na początku lat dziewięćdziesiątych osiem tysięcy żołnierzy, a ponadto współpracowników we wszelkich możliwych instytucjach (nawet w aresztach i więzieniach), przez lata doglądała interesów grupy polityków SLD, niegdysiejszej partii rządzącej. Gangsterzy i politycy podzielili między siebie rynek automatów do gier, czerpiąc z tego dochody idące w setki milionów złotych. Charakterystyczne, że prokuratura nie wykazała jakiegokolwiek zainteresowania wątkami politycznymi zeznań „Masy”, skupiając się wyłącznie na kryminalnych.
I już potem przechodzi Sumliński do tematu głównego – powołanej do życia w połowie lat dziewięćdziesiątych dla zbudowania gigantycznej sieci intratnych, przestępczych interesów Fundacji „Pro Civili”, skupiającej służby specjalne, agentów rosyjskich, mafiosów grupy pruszkowskiej, przedstawicieli świata polskiego biznesu oraz polityków, głównie z Ministerstwa Obrony Narodowej. Autor wymienia wiele nazwisk i omawia monstrualne oszustwa, polegające m.in. na wyłudzaniu ogromnych kredytów bankowych, pisze o malwersacjach w Wojskowej Akademii Technicznej. Wspomina też o tym, że osoby stanowiące zagrożenie dla „Pro Civili” były fizycznie likwidowane (kilkanaście morderstw). Zagrabione setki milionów złotych (mówiąc skromnie) transferowano za granicę.

Dla osłony tych przedsięwzięć Wojskowe Służby Informacyjne wykorzystały wszystkie możliwe źródła osobowe, włącznie z najwyższymi rangą przedstawicielami służb tajnych i świata polityki, i tu właśnie wymieniony jest ówczesny minister obrony narodowej, Bronisław Komorowski. Można się dowiedzieć o jego relacjach z oficerami WSI, o szczególnych związkach z generałem Tadeuszem Rusakiem (który w 1981 r. jako dowódca kompanii czołgów na ochotnika zgłosił się do pacyfikowania kopalni „Wujek”), czy np. o zaniechaniu kontrwywiadowczym WSI odnoszącym się do sprzedaży innemu państwu Telekomunikacji S.A., co oznaczało „pozbycie się” infrastruktury obronnej i utratę przez Polskę kontroli nad systemem stanowisk kierowania państwem w wypadku zagrożenia militarnego.
Sumliński raz jeszcze (po książkach Z mocy bezprawia oraz Z mocy nadziei) powraca do haniebnej intrygi z 2008 roku, w którą bezpośrednio zaangażowany był Komorowski (wówczas Marszałek Sejmu), a której cel stanowiło zdyskredytowanie kierowanej przez Antoniego Macierewicza Komisji Weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych. Komorowski notabene spotykał się wtedy z dwoma oficerami służb tajnych, podejrzewając, że jeden z nich może być powiązany z rosyjskim wywiadem (chodziło o wykradzenie tajnego Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej). Wspomniana intryga w pierwszym etapie polegała na oszczerczym oskarżeniu o płatną protekcję Sumlińskiego i aresztowaniu go. Na skutek nikczemnych działań i całkowitego osaczenia reporter doprowadzony został do próby samobójczej. Teraz dochodzi do wniosku, że dotycząca go prowokacja mogła mieć związek z dziennikarskim śledztwem w sprawie „Pro Civili”. Zresztą opisuje późniejsze dwa zamachy na jego życie. Przytacza również sugestię otrzymaną od oficerów ABW, że Andrzej Lepper mógł zginąć dlatego, że dysponował dokumentami dotyczącymi „Pro Civili”.
Omawiana pozycja wzbogaca naszą wiedzę o „wolnej Polsce”, choć ci, którzy znają poprzednie książki Sumlińskiego, zauważą szereg powtórek. Tak czy inaczej, przeczytać warto.

***

Jacek Kędzierski, Zychowicz, albo „co rok prorok”
Powiedzenie „co rok prorok” charakteryzuje nadzwyczajną intensyfikację działań prokreacyjnych, czego skutkiem bywa przysparzanie sobie, rodzinie, narodowi i ludzkości potomstwa rok w rok. Ale aktywność taka i jej owoce może ujawniać się także w innych sferach „twórczości”, np. w twórczości literackiej. Ostatnio także ujawnia się w sferze publicystyki historycznej. Takimi bowiem „prorokami”, wyskakującymi z jednej z oficyn wydawniczych każdego roku, są książki Piotra Zychowicza.

Pierwszy „prorok”
„Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku Trzeciej Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” to pierwsze dzieło Zychowicza. Tematem tej książki jest to, co nigdy nie mogło nastąpić. Co więcej, materiały źródłowe z roku 1939 wskazują, że ¾ społeczeństwa polskiego oczekiwało zupełnie czegoś innego niż paktu z brunatnym diabłem – hitlerowskimi Niemcami. Dość powszechne było oczekiwanie zawarcia układu wojskowego ze Związkiem Sowieckim. Pisał o tym M. Berezowski – działacz Stronnictwa Narodowego. Obszerny reportaż z Pragi „pod Protektoratem”, który w czerwcu zamieściły „Wiadomości Literackie” ukazywał Polakom w zasadzie to, co miało ich spotkać za kilka miesięcy, np. tramwaje z wagonami „Nur fűr Deutsche”. By przełamać gorycz klęski, praska ulica „sypała” dowcipami. Jeden z nich, autorstwa ponoć tramwajowych konduktorów starał się dodać prażanom otuchy. Wskazywali, że już w 1945 r. zamiast obwieszczać pasażerom przystanek przy ul. Hitlera, będą obwieszczać przystanek przy ul. Lenina, a plac III Republiki zamiast placu Göringa. Ba, oczekiwała tego nie tylko większość społeczeństwa polskiego, oczekiwali tego zachodni alianci Francja i Anglia. No, ale Zychowicz tego nie znalazł pośród zbieranych przez siebie trocin historii.

Drugi „prorok”
„Obłęd ’44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie” to jedyna książka, co do której zgadzam się z Zychowiczem. Wywołanie tego powstania było idiotyzmem, podobnie jak większości powstań narodowych, no może poza śląskimi i wielkopolskim. Był to akt samobójczy, o którym pamięć należy zachować i ofiarom cześć oddawać, ale przykładu nie brać. Nie był to bynajmniej prezent zrobiony Stalinowi, jako że sprowadziło na zainstalowany w kraj prostalinowski rząd konieczność odbudowy stolicy. Postawiło też Stalina w niefortunnej sytuacji dowodzącego na ścianie wschodniej, który powstańcom nie pomógł, bo nie mógł. De Gaulle, mając informację, co się w Paryżu dzieje (siły komunistyczne wywołały powstanie), natychmiast polecił podjąć działania, by uchronić miasto od zniszczeń. Stalin tego uczynić nie mógł, bo jego słabnące siły do 15 września toczyły z Niemcami bitwę pancerną. Kiedy jego wojska zajęły wschodni brzeg, powstanie dogorywało i nie było już możliwości udzielenia mu pomocy.

Trzeci „prorok”
„Opcja niemiecka. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą” jest książką bardzo niebezpieczną. W książce tej Zychowicz szuka w narodzie polskim zdrajców. Zdrajcy ci mieli podjąć po przegranym Wrześniu’39 kolaborację z Niemcami. Zdrajcy ci spotykali się z esesmanami i pili z nimi wódkę. Zdrajcy ci marzyli też o objęciu stanowisk rządowych w jakimś quasi-państewku polskim utworzonym przez Hitlera. Tymi zdrajcami, którzy mieliby objąć teki w kolaboracyjnym, prohitlerowskim, marionetkowym rządzie polskiego Reststadt. Kandydaci Zychowicza na zdrajców narodu są zacni: a to Wincenty Witos, a to Maciej Rataj, a to Paderewski. Lubomirscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Tarnowscy, wszyscy oni, zdaniem Zychowicza palili się do tej zdrady. Takim zdrajcą narodu, podług życzenia Zychowicza miał być także Stanisław Estreicher. Pech chciał, że rektora Jagiellonki hitlerowcy jeszcze w 1939 r. umieścili w Sachsenhausen, gdzie wkrótce zakończył życie.

Ponoć jeszcze w 1941 r. byli jacyś Polacy, którzy liczyli jeszcze, że Hitler utworzy państwo polskie. Miałoby ono obejmować Generalną Gubernię, Litwę, część Łotwy, Białoruś i Ukrainę. Ponoć sprawa rozbiła się o Łódź, bo Hitler nie chciał tego miasta utracić…

Komu mało, to dodam, że jeszcze po klęsce powstania w Warszawie Polacy mieli jeszcze bić się u boku Niemców w jakimś polskim Wehrmachcie…

Paździerz, nie dębina
Pisarstwo historyczne, czy też solidną publicystykę historyczną porównałbym do działalności tartaku. Tartak, wiadomo: jest las, w lesie drzewo, się ścina, się wiezie do tartaku, się tnie, jest najpierw tarcica, a po dalszej obróbce deska boazeryjna, czy podłogowa. Ale produkcji historyczno-popularyzatorskiej Zychowicza nie do tego można porównać. Nie chodzi mu bowiem o produkcję desek. On także interesuje się tartakiem i w nim bywa, ale zainteresowania swoje kieruje ku zupełnie innemu produktowi działalności tartacznej. Zychowicza interesuje nie otrzymana w tartaku tarcica, ale trociny. On te trociny zbiera, gromadzi, mierzy, waży, bada ich strukturę, barwę, kolor – potem wrzuca do kadzi, dodaje lepiszcza germanofilstwa zmieszanego z rusofobią, a i antykomunistycznym jadem i z tych trocin wytwarza płyty wiórowe. Taką „trociną” zebraną przez Zychowicza jest opis jakiejś libacji alkoholowej Polaków z hitlerowcami. Takich zdarzeń mogło być wiele, tylko co z tego wynika. Na pozór jego produkty są atrakcyjniejsze i gładsze niż „deska drewniana” (bywa, że i z dziurą po sęku), zwłaszcza jeżeli zostały oklejone interesującym fornirem, ale tylko na pozór. Dobry technolog na kilometr dostrzeże różnicę pomiędzy „dechą drewnianą” a „płytą paździerzową”, a znawcą literatury historycznej, produkty Zychowicza od solidnych opracowań.

Czwarty „prorok”
Czwartym „prorokiem” Zychowicza, albo też jego czwartą „płytą drewnopodobną” ma być „Pakt Piłsudski Lenin. Czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”. Z zapowiedzi wydawniczych wynika, że ma to być „płyta” o tym, że w 1920 r. powinna Polska przystać do wojska Białej Rosji.

…byli Wrangel, Judenicz, Denikin/ była krew i wszy i wiorsty,/ lecz czerwony żołnierz piechoty szedł wytrwale/ i nie drżał przed nikim… recytowała na „podstawówkowej” akademii ku czci rewolucji koleżanka z klasy, stąd te nazwiska są mi znane. Z tej trójcy z Nikołajem Nikołajewiczem Judeniczem trzymała Estonia, pozwalając jego wojskom stacjonować, ale kiedy, już na początku 1920 r., było jasne, że czerwoni pokonają białych, Estonia nie chcąc narażać kraju na wkroczenie armii bolszewickiej wyprosiła kontrrewolucjonistów ze swojego terytorium. Natomiast Anton Iwanowicz Denikin był zatwardziałym Wielkorusem i nie widział możliwości odłączenia od terytorium byłego już Imperium Rosyjskiego ani piędzi ziemi. Zachodnią granicą Rosji miała być rzeka Prosna, a kraj miał rozciągać się od Kalisza po Władywostok. Rokowania z Denikinem prowadzone w połowie 1919 r. potwierdziły jego wrogość wobec Polski, która, o ile stanowiłaby niepodległe państwo, mieścić się powinna w granicach Kongresówki. Tyły brał mocno i już w kwietniu 1920 r. zepchnięty został na Krym, po czym przekazał dowództwo bardziej umiarkowanemu pod względem stosunku do nowopowstałych państw narodowych Piotrowi Nikołajewiczowi Wranglowi. Ten jednak objął dowództwo zbyt późno, a podjęta ofensywa w czasie wydawałoby się najkorzystniejszym, bo gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, zakończyła się niepowodzeniem i Wrangel z Zagłębia Donieckiego musiał wrócić na Krym.

O czym zatem tu pisać, pomyślałem czytając zapowiedź tej książki. Przecież nie ma o czym. Gdyby bowiem Polska w 1920 r. otwarcie poparła Białych to jej niepodległość szybko by się zakończyła. I tak Piłsudski popełnił błąd, bo mając od bolszewików, otrzymane w Mikaszewiczach zapewnienie przyłączenia do Polski całej Białorusi i Litwy, sięgnął po Ukrainę. Ziemia ta była i jest najcenniejszą dla każdej Rosji, a tym bardziej dla bolszewickiej, stawiającej na industrializację. Próba oderwania jej od Rosji Sowieckiej niemalże zakończyła się utratą przez Polskę niepodległości.

Końca chyba nie widać
Obawiam się, że czwarta pozycja to jeszcze nie jest ostatnie słowo Zychowicza w zakresie produkcji historyczno-popularyzatorskich „proroków”, że po nich przyjdą inne. Wyczerpawszy tematykę z okresu II wojny światowej, w której to powinna nastąpić „finlandyzacja” Polski w kierunku hitleryzmu, a także z okresu I wojny Zychowicz sięgnąć może po wcześniejsze wydarzenia z historii Polski, by z trocin historii skleić kolejny paździerz. Być może pojawi się płyta paździerzowa, która będzie wmawiała nam Polakom, że pod takimi Płowcami Władysław Łokietek nie powinien walczyć z Krzyżakami, ale wstąpić do tego krwiożerczego zakonu i wdziać biały płaszcz z czarnym krzyżem, jako komtur ziemi krakowskiej. Jeżeli nie on i nie tam, to być może jego syn Kazimierz, zwany Wielkim, choć do wielkości dużo mu brakowało, powinien to uczynić. Ponoć z pola bitwy pod Płowcami zbiegł był. Z całą pewnością zaś – postara się kiedyś udowodnić Zychowicz – nie powinno dojść do bitwy pod Grunwaldem, a jeżeli doszło, to należało uniknąć wojny z Zakonem, która tym biednym Niemcom odebrała Pomorze. Dalej, jeżeli już ten prymitywny Zygmunt z rodu Jagiellonów zmusił maltretowanego Hohenzollerna do złożenia mu hołdu, to po wymarciu tej dynastii należało na tron Polski wybrać jakieś pruskie książątko, bo wiele byśmy na tym skorzystali, a i Prusacy nie musieliby przeprowadzać hucpy rozbiorowej.

***

Mirosław Orzechowski, Strajk w obronie polskiej szkoły
Polacy na Liwie znowu musieli wziąć sprawy w swoje ręce. W pierwszym dniu czerwca zaprotestowali strajkiem szkolnym, by zwrócić uwagę władz litewskich na trudną sytuację szkolnictwa mniejszości narodowych na Litwie. Boją się zamykania kolejnych szkół z polskim językiem nauczania.

Trwająca od dziesięciu lat reforma oświaty popsuła funkcjonowanie tych szkół. Zostało ich na terenie całej Litwy zaledwie 90. Teraz walka toczy się o funkcjonowanie szkół średnich z językiem polskim i rosyjskim – 17 szkołom z nauczaniem od klasy 1. do 12. grozi przekształcenie w szkoły o niższym statusie – z nauczaniem tylko do klasy 10. Ze względu na malejącą liczbę uczniów, licea te nie mogą uzyskać akredytacji, która uzależniona jest od liczebności klas. Polacy, ale również Rosjanie, nie godzą się na to, bo przez rygorystyczne kryterium, oparte na liczbie uczniów, całkowicie wyeliminuje się szkoły obejmujące pełny cykl nauki w języku polskim – od klasy pierwszej aż do matury. W najstarszych klasach przerabiane są ważne treści z literatury czy historii, które pomagają identyfikować się ze swoim narodem. Gdy zamknie się średnie szkoły z polskim nauczaniem, ograniczony zostanie dostęp młodzieży do polskiej kultury. I oto chodzi litewskim decydentom!
Organizatorzy czerwcowego strajku zarzucają szowinistycznym władzom Litwy, że utrudniają funkcjonowanie szkół mniejszości narodowych, zmuszając by ich dzieci uczęszczały do szkół litewskich. W ten sposób uderza się w siłę i żywotność mniejszości polskiej. Ograniczony dostęp do polskiej edukacji, to prosta droga do wynaradawiania Polaków na Litwie. Rząd litewski od szeregu lat ogranicza prawa mniejszości narodowych. Dotyczy to zarówno Polaków, jaki i Rosjan czy Białorusinów. Sytuacja szkolnictwa na Litwie staje się coraz trudniejsza. Problemem jest brak podręczników do nauczania w języku polskim oraz wprowadzenie ujednoliconych egzaminów z języka litewskiego dla szkół mniejszości narodowych. Na maturze każdy polski uczeń musi zdać język litewski w tym samym zakresie, co uczeń litewskiej szkoły, czyli musi przeczytać wszystkie lektury, z którymi litewski uczeń zapoznawał się przez cały okres kształcenia. Nie ma żadnej ulgi dla uczniów polskich czy innych narodowości. Kiedyś było inaczej. Matury z języka litewskiego dla uczniów mniejszości narodowych miały zmniejszone wymagania dotyczące znajomości literatury litewskiej.

Przyjęta w marcu 2011 r. nowelizacja ustawy oświatowej, wprowadziła wiele zmian niekorzystnych dla Polaków, m.in. nakazano, by w szkołach mniejszości narodowych lekcje dotyczące historii i geografii Litwy, a także wiedzy o świecie w części dotyczącej Litwy, były prowadzone w języku litewskim, natomiast przedmiot o nazwie „podstawy wychowania patriotycznego” miał być prowadzony w całości w języku litewskim. Obserwując narastającą niechęć Litwinów do Polaków, istnieje uzasadniona obawa, że na lekcjach wychowania patriotycznego będzie przedstawiana rzeczywistość nie z polskiego, ale z litewskiego punktu widzenia. Można by mnożyć przykłady wrogich zachowań Litwinów i przedstawicieli ich władz w stosunku do polskiej mniejszości. Kiedy posłowie Akcji Wyborczej Polaków na Litwie zasiadali jeszcze w koalicji rządzącej parlamentu litewskiego i zgłosili postulaty dopuszczenia napisów polsko-litewskich, wywołało to straszliwą furię antypolskich środowisk. Kilkuset manifestantów wyszło wtedy na wileński Plac Niepodległości, by wykrzykiwać antypolskie hasła. Wyzywali nas wtedy od okupantów i kolonistów. Rośnie niechęć Litwinów do Polaków, co wykazują badania. Ostatnio podały, że w 2006 r. przyjaźń do Polaków wyrażało 53 procent Litwinów, ale już w zeszłym roku, sympatia Litwinów spadła do 12 proc. Chyba jakieś fatum ciąży na relacjach Polski z jej sąsiadami ze Wschodu. 8 kwietnia 2010 roku ówczesny prezydent Polski Lech Kaczyński gościł w Wilnie u prezydent Litwy Dalii Grybauskaite. W tym samym dniu, sejm Litwy „uczcił” tę wizytę odrzuceniem kompromisowego projektu w kwestii pisowni nazwisk. Podobnie było niedawno, podczas wizyty polskiego prezydenta Bronisława Komorowskiego na Ukrainie. Właśnie w dniu, kiedy gościł w Kijowie, sejm Ukrainy „uczcił” tę wizytę przegłosowaniem ustawy gloryfikującej działalność organizacji nacjonalistów ukraińskich UPA. Dziwne i zastanawiające jest podobieństwo obu tych wydarzeń. Wrogość Litwinów i Ukraińców do Polaków jest taka sama.

Rząd litewski prowadzi otwartą wojnę z mniejszościami narodowymi łamiąc postanowienia unijne dotyczące praw mniejszości narodowych. Nie ma co liczyć na rząd polski w tej sprawie, bo we wszystkich dziedzinach jest nieudolny, również w dbałości o swoich Rodaków na obczyźnie. Poza oświadczeniami rząd polski niczego do tej pory nie wyegzekwował ze strony litewskiej. Dlatego rodzice i nauczyciele zdecydowali się na strajk. 1 czerwca około 700 osób – uczniów, nauczycieli i rodziców zgromadziło się przed gmachem litewskiego rządu, by złożyć petycję na ręce litewskiej minister edukacji Audrone Pietriene. Pani poseł obiecała przyjrzeć się postulatom i zadeklarowała, że polskie licea otrzymają niezbędne akredytacje. Czy słowa te zamienią się w czyn? Czas pokaże. Pewne jest, że tym razem inicjatorzy strajku nie odpuszczą. Zapowiadają, że będą kontynuowali strajk do momentu otrzymania pisemnych gwarancji. Jeśli nie będzie akredytacji dla polskich liceów, 1 września, rodzice nie poślą dzieci do litewskich szkół. „Strajk pustych ławek” – bo tak nazwano ten strajk, popiera polska partia Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Do protestu przyłączyli się też Rosjanie, bo również ich dotyczy dyskryminacyjna polityka władz litewskich.

O problemach nękających Polaków wypowiedział się podczas strajku, Jarosław Narkiewicz – jeden z posłów parlamentu litewskiego reprezentujących Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Zwrócił uwagę na dyskryminujące traktowanie Polaków na Litwie, które stoi w kontraście do dobrej sytuacji Litwinów zamieszkujących Polskę: W Sejnach, w litewskiej szkole w klasach 1-12 jest tylko 67 uczniów, podczas, gdy w Wileńskiej Szkole Średniej im. Joachima Lelewela z polskim językiem nauczania, do której uczęszcza 462 uczniów, grozi degradacja i status szkoły podstawowej.

W Polsce mieszka tylko 17 tysięcy Litwinów, podczas gdy liczba Polaków na Litwie wynosi 230 tysięcy! Do polskich szkół uczęszcza na Litwie około 12 tysięcy uczniów. Polacy są najliczniejszą mniejszością na Litwie stanowiącą 6,6 procent mieszkańców. Nieco mniejszą grupę narodową stanowią Rosjanie. Razem mniejszości narodowe na Litwie liczą 40 procent ogółu mieszkańców. W ostatnim czasie zauważa się coraz większe zbliżenie pomiędzy mniejszościami narodowymi zamieszkującymi Republikę Litewską. Współpraca ta przełożyła się na sukces w marcowych wyborach do samorządów lokalnych. Koalicja Akcji Wyborczej Polaków na Litwie z Aliansem – partią skupiającą Rosjan, zdobyła aż 70 mandatów w ośmiu samorządach. Sukces ten daje nadzieję, że działając wspólnie z innymi mniejszościami, będzie można skuteczniej walczyć o prawa mniejszości narodowych.

Polacy oczekują, że wreszcie skończy się patologia, polegająca na nierównym realizowaniu wzajemnych zobowiązań. Rząd polski nie dbając o własnych Rodaków za granicą wypełnia wszystkie standardy unijne względem mniejszości narodowych, nawet przesadnie gorliwie, podczas gdy Litwa nie dotrzymuje większości zapisów konwencji o ochronie praw mniejszości narodowych. Nęka Polaków i bezkarnie łamie unijne dyrektywy.

Donald Tusk milczy, instytucje unijne udają, że problemu nie ma i nie wyznaczają żadnych kar. Skoro tak, to może i my zamkniemy litewskie szkoły, bo liczą za mało uczniów. Usuniemy dwujęzyczne napisy, skoro Litwini nakładają na Polaków horrendalne kary pieniężne, nawet za tablice z polską nazwą umieszczone na prywatnej posesji. Zobaczymy wtedy, jak działa unijne prawo.