5 lat po katastrofie smoleńskiej

5 lat temu, w wigilię niedzieli Bożego Miłosierdzia 2010 r. spadł na rosyjską ziemię samolot wiozący do Katynia oficjalną delegację z Polski z prezydentem Lechem Kaczyńskim. W gęstej smoleńskiej mgle pasażerski samolot TU 154M nie trafił w pas do lądowania i uderzając w ziemię, rozpadł się na kawałki. Wszyscy zginęli.

Delegacja polska zdążała do Katynia oddać hołd oficerom polskim pomordowanym przez Sowietów w 1940 roku.

Zginęło 96 osób. Oprócz prezydenta Lecha Kaczyńskiego, śmierć poniósł Ryszard Kaczorowski ostatni prezydent RP na Uchodźstwie, Ordynariusz Polowy Wojska Polskiego ks. Bp gen. dyw. Tadeusz Płoski, dowódcy wszystkich formacji wojskowych, 18 parlamentarzystów, reprezentacji instytucji państwowych i organizacji społecznych, funkcjonariusze BOR i załoga.

Dla nas, Polaków, ta zbiorowa śmierć była jakby jeszcze jednym przegranym powstaniem. W jednej chwili przestała istnieć ta znacząca część najnowszej historii Polski. Poleciało ich tylu naraz i żaden nie wrócił. Co gorsza jednak, na ich śmierci nieufundowana została zgoda i pojednanie.

Katastrofa pod Smoleńskiem stała się zarzewiem rozdzierającego Naród konfliktu. Padły dziesiątki pytań na które nikt nie dawał odpowiedzi i setki oświadczeń, które tylko wywołały następne znaki zapytania. Nikt nikogo nie słuchał, nikt w nic nie wierzył. Tragedia, która mogła zjednoczyć Naród – rzuciła go samemu sobie na pożarcie.

W pięć lat po tragedii smoleńskiej uczymy się wciąż sami siebie. Nie wiem, czy jesteśmy bliżej czy dalej odpowiedzi na pytanie: jak to się mogło stać? Obowiązkiem każdego z nas jest, aby w gąszczu politycznych emocji nie zniknęła pamięć o tym, że najbardziej bolesne doświadczenia muszą nas uczyć jaką drogę wybierać na przyszłość. Bo przed Narodem jedna jest tylko przyszłość.

WŁADYSŁAW ROMIN